środa, 11 grudnia 2019

Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream, czyli o kremie przeciwzmarszczkowym pod oczy prosto z Japonii słów parę

Z kremami pod oczy mam troszeczkę trudną relację i niekoniecznie lubię je zmieniać. Produkt Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream dostałam podczas 3 edycji Hello Asia więc nie będę kłamać - długo musiał czekać na swoje 5 minut. W końcu jednak nadszedł jego czas i od kilku miesięcy poznajemy się bliżej :) Czy się polubiliśmy? Same zobaczcie!
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Krem pod oczy Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream umieszczono w najzwyklejszej, żółto-pomarańczowej elastycznej tubce z bardzo precyzyjnym dozownikiem, który dla mnie pięknie ułatwia aplikację. Sposób dozowania produktu jest bardzo higieniczny, a potem w razie czego - można tubkę rozciąć. Co ważne, napisy z plastiku nie schodzą i opakowanie wygląda ładnie nawet gdy wymęczymy je do końca. Zaletą jest także spora jak na krem pod oczy pojemność, wszak wewnątrz znajdziemy aż 25 gramów produktu. 
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Co zatem mówi o nim producent? Jest to przeciwzmarszczkowy krem pod oczy, którego używamy w miejscach, gdzie widzimy oznaki starzenia. Napina on naszą skórę, przez co jest ona sprężysta oraz elastyczna. Kosmetyk zawiera między innymi izoflawony fermentowanego mleka sojowego i pochodne retinolu. W związku z tym - na moją płyciutką siateczkę zmarszczek i jedną większą "kreskę" od spania na brzuchu wydał mi się specjalnie w sam raz. W końcu trzydziestka za pasem a kremy są - jak sama nazwa wskazuje - PRZECIWzmarszczkowe. Przejdźmy jednak do rzeczy. 
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Według mnie, ten produkt nie posiada zapachu, co jak na kosmetyk przeznaczony do wrażliwych okolic wydaje się plusem :)  O dziwo bardzo polubiłam się też z jego konsystencją, która niby jest na bazie wody i niby na pierwszy rzut oka może wyglądać na lekką, ale tak naprawdę jest treściwa oraz gęsta, więc warto chwilę poczekać aby zdążył się wchłonąć jeśli stosujecie go pod makijaż (ja używałam go często dwa razy dziennie). Po rozsmarowaniu nie znika on do matu, ale pozostawia po sobie delikatny, nielepiący film (ale absolutnie nieprzeszkadzający nawet mnie, nienawidzącej takich rzeczy), dający odczucie ukojenia, wygładzenia, a okolica oka właściwie od razu wygląda jakby lepiej... I teraz najważniejsze - krem nawet w nocy nie migruje i nie wpycha nam się nieproszony do oka :D Tak naprawdę zaczęłam zwracać na to uwagę dopiero niedawno, wszak moje patrzałki od około pół roku (lub trochę dłużej) przechodzą gorszy okres. Co istotne - kosmetyk ten kosztuje u Ber de Ver 59zł. Przy tej pojemności i wydajności - naprawdę warto.
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Co jednak z działaniem? Z czystym sumieniem muszę przyznać, że krem Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream zagwarantował mi bardzo dobry efekt i długofalowo poprawił strukturę skóry. Prawdopodobnie jest to zasługa faktu, iż nadał tej okolicy elastyczności, mocno ją nawilżył, odżywił oraz sprawił, że skóra stała się elastyczna i napięta w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Drobnej siateczki zmarszczek nie widać (ale nie będę Wam bajerować, zanim zaczęłam stosować krem Sana, nieszczególnie przykładałam się do pielęgnacji tej okolicy, więc mogła wyglądać gorzej), a moja "kreska od spania na brzuchu" jest zdecydowanie płytsza :) Jeśli chodzi o cienie - w moim odczuciu nic w ich sprawie nie zrobił, ale też nie takie było jego zadanie. Ja czuję się usatysfakcjonowana i nie dziwię się już skąd tyle dobrych opinii na jego temat. Następnym razem zamówię go też dla mamy :)
A jakiego kremu pod oczy używacie w tym momencie? A może włączył Wam się "tryb lenia" jak mnie przed otworzeniem Sany i nie stosujecie teraz żadnego? Znacie może japoński krem pod oczy Nameraka Honpo Wrinkle? A może narobiłam Wam na niego ochoty? Dajcie koniecznie znać! Według mnie to bardzo dobry produkt dla osób około trzydziestki :)

czwartek, 5 grudnia 2019

Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream, czyli jak uspokoić wrażliwą skórę

Od kilku dobrych lat mam problemy z rumieniem i najczęściej testuję produkty kojąco - wybielające (dlatego kocham kosmetyki z Azji - tam bardzo duży nacisk kładzie się na jasną cerę i mam ogromny wybór). Dziś pora więc na kolejnego gagatka z serii tych kojących, tym razem spod szyldu marki Hanyul. Postawiłam na serię Pure Artemisia i ich Watery Calming Cream, choć jak pewnie wiecie, jakiś czas później dotarła do mnie także tonik i fluid nawilżający, ale o nich później ;) Cała linia oparta jest na ekstrakcie z Bylicy Piołun i ma ona za zadanie odświeżać, nawilżać, chronić naszą skórę przed czynnikami zewnętrznymi, oczyszczać i działać przeciwzapalnie. Jak sprawdził się w mojej pielęgnacji? Same przeczytajcie!
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Krem Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream umieszczono w seledynowym, plastikowym słoiczku, który robi bardzo dobre wrażenie nie tylko na pierwszy rzut oka. Jest wygodny, łatwo się z niego korzysta, posiada zabezpieczenie i nawet przy końcu opakowania  - nadal dobrze prezentuje się na półce. Całość zawiera 50ml produktu i jest ważna aż 12 miesięcy od otwarcia. Jedyny minus jakiego doszukałam się w przypadku opakowania, to fakt, iż nie dołączono do niego żadnej łopatki, ale szczerze powiedziawszy - mnie nie są one niezbędne do życia ;)
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Krem ma białą barwę i jego zapach bardzo przypomina mi kosmetyki Huxley. Jest bardzo zielony, lekko słodki i dla mnie naprawdę wyjątkowo przyjemny, więc bardzo się cieszę, że trafiłam na niego także tutaj :) Mimo to, czuć go jedynie podczas nakładania. Co jednak znajdziemy wewnątrz? Cudowna żelowa konsystencja kremu łatwo sunie po skórze, a dodatkowo w kontakcie z nią, kosmetyk staje się jeszcze bardziej wodnisty. Po nałożeniu na twarz, całość bardzo szybko się wchłania, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu. Po kilku godzinach Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream ulatnia się u mnie do całkowitego matu, o ile został nałożony na twarz solo ;) Staram się nie robić takich rzeczy i zawsze stosuję pod spód co najmniej serum i esencję, ale zawsze w ramach eksperymentu sprawdzam jak to wygląda. Nałożony w towarzystwie z kolei utrzymuje się na twarzy nawet całą noc i zamykając wilgoć w środku, pozostawia bardzo delikatny film.
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Istotne jest także to, że krem ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb i pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać make-up praktycznie od razu. Słabą stroną tego produktu jest według mnie wydajność. Ja wypaprałam go praktycznie w półtora miesiąca - podejrzewam, że wynika to z połączenia lekkiej konsystencji i szybkiego wchłaniania. Co ciekawe, jego wydajność zwiększyła się, gdy zaczęłam używać jednocześnie fluidu nawilżającego i toniku z tej samej linii... Stosowałam go raz, bądź dwa razy dziennie w zależności od potrzeb i humoru (czasem lubię zmienić sobie np. krem na noc albo na dzień użyć czegoś innego). 
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Co jednak z działaniem? Na pewno produkt ten ładnie spełnia swoje zadanie w kwestii wyciszania rumienia. Dobrze współpracuje z resztą kosmetyków i skoro moja twarz nadal pozostaje blada, to znaczy, że w aktualnej pielęgnacji nie ma żadnych luk ;) Czasem bywa tak, że gdy zmienię choć jedną rzecz w misternie ułożonym planie, nowy dzień witam buraczanym motylem na policzkach :D Także w tej kwestii - duży plus. Działanie przeciwzapalne również daje o sobie znać, bo nic nowego na mojej twarzy nie wykwitło, nawet w tym najbardziej newralgicznym okresie w miesiącu :P Najsłabszym punktem w działaniu tego kremu jest według mnie nawilżenie. Latem byłoby zupełnie wystarczające, ale teraz, zimą (czy tam jesienią, jak kto woli) jest dla mnie ciut za słabe. Powiedzmy sobie jednak szczerze - nie stosuję go solo. W połączeniu z serum i esencją, idealnie zamyka wilgoć w środku i z powodzeniem stosowałam go nawet teraz. I znowu - najlepiej współdziałał  na tym polu wraz z dedykowanym mu tonerem i fluidem nawilżającym. Wtedy twarz jest aż pulchna od nawilżenia, jędrna i naprawdę wygląda pięknie :) (tak, kocham swoją cerę jak nie ma na niej buraka :P).
Podsumowując: jestem z niego naprawdę zadowolona, wszak spełnił w stu procentach moje oczekiwania. Z chęcią wróciłabym jednak do niego jeszcze latem i zobaczyła jak poradzi sobie w cieplejszych miesiącach. Brak zapychania, ukojenie cery na wysokim poziomie, łagodzenie zaczerwienień i działanie przeciwzapalne robi swoje, więc czuję się do niego przekonana :D A i tak nie stosuję już kremów solo, więc nie czuję się zawiedziona przeciętnym nawilżeniem. 
Znacie markę Hanyul? Miałyście już styczność z tym produktem? A może zdradzicie mi jaki krem aktualnie stosujecie i czy łączycie go z serum bądź innymi "cudami"? Jestem bardzo ciekawa :)

piątek, 29 listopada 2019

Szczęśliwa siódemka ostatniego czasu, czyli ulubieńcy!

W ostatnim czasie rzadziej piszę o swoich ulubionych produktach. Jest to spowodowane faktem, iż chyba testuję mniej kosmetyków niż kiedyś, jestem bardziej wymagająca niż dawniej i dużo rzadziej się maluję. Tym razem jednak, uzbierało się kilka rzeczy, które naprawdę pokochałam, z chęcią bym do nich wróciła i czystym sumieniem mogę powiedzieć, że świetnie się u mnie sprawdziły na przestrzeni niemalże ostatniego pół roku :) Zapraszam do lektury!
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid Cosrx Low pH Good Morning Gel Cleanser
1. Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid - Właściwie jest to produkt, który "uratował mi twarz". Ostatecznie wymiótł z mojej cery wszelkie zaskórniki i będę go kochać miłością wielką. Sprawił, że moja skóra stała się ładnie nawilżona oraz rozświetlona, a zmarszczki i pory stały nie były już tak widoczne. Dodatkowo zaskórniki naprawdę zniknęły! Część sama z siebie, a kilka "zatwardziałych elementów" łatwoudało mi się wycisnąć - bez żadnych ranek i uszkodzeń skóry. Przy stosowaniu go raz, lub dwa razy w tygodniu, nie pojawia się nic nowego. Moja twarz jest jest tak gładka jak dawniej i po prostu dużo ładniejsza, zarówno w makijażu, jak i bez :D (recenzja)
2. Cosrx Low pH Good Morning Gel Cleanser - Długo leżał u mnie w zapasach, a finalnie okazał się naprawdę świetnym kosmetykiem, który doceniłam nie tylko ja. Świetnie nadaje się on do mycia twarzy rano (jak sama nazwa wskazuje), ale używałam go również do drugiego etapu demakijażu. Żel świetnie oczyszczał cerę z nocnej pielęgnacji lub resztek makijażu, nie szczypał w oczy, był łagodny i nie powodował ściągnięcia ani zaczerwienienia skóry. Z miłą chęcią kupię go jeszcze raz, bo dawno nie miałam żelu, który tak przyjemnie by mi się stosowało, oraz był tak świetnie tolerowany przez moją skórę.
Holy Snail Shark Sauce Sulwhasoo Essential Firming Cream EX Esencja Aloesowa Natural Secrets
3. Holy Snail Shark Sauce - Jest to chyba niezbyt znany specyfik, który w końcu pomógł mi z szybkim pozbywaniem się przebarwień po niedoskonałościach i w łagodzeniu rumienia. Po nałożeniu na twarz jest praktycznie niewyczuwalny, a plamki po pryszczach znikały maksymalnie w ciągu 14 dni kuracji (normalnie trwa to kilka miesięcy xD). Rumień - praktycznie od razu. Kosmetyk ten działał w tym przypadku w sumie nawet lepiej od korektora :P Dodatkowo jest szalenie wydajny. (recenzja)
4. Sulwhasoo Essential Firming Cream EX - Jest to produkt, który towarzyszy mi od początku lata i zapewne będzie jeszcze przez bardzo długi czas, wszak zaopatrzyłam się w kolejne mililitry kremu i stosuję go przynajmniej raz w tygodniu na noc ;) Zachwyciło mnie jego działanie: cera podczas użytkowania jest bardziej jędrna a zmarszczki wygładzone. Skóra stała się gładka, rozświetlona, przebarwienia są mniej widoczne, rumień znacznie wyciszony, a wszystkie ranki goiły się szybciej niż zazwyczaj. Dodatkowo świetnie działa na ściągnięcie, łuszczenie oraz odwodnienie. Nie przysporzył mi też on żadnych problemów w postaci zaskórników lub pryszczy ;) (recenzja)
5. Natural Secrets Esencja Aloesowa - Długo myślałam, że porządną esencję są w stanie stworzyć tylko Azjaci, ale ten kosmetyk zmienił moje zdanie na ten temat. Jest to naprawdę dobry, naturalny produkt, który bez problemu możemy dostać w Polsce, dodatkowo wspierając rodzimą gospodarkę. Ma konsystencję rzadkiego żelu, nie klei się i wchłania do matu. Poza tym świetnie koi mój rumień, pięknie nawilża oraz rozświetla cerę. Esencja ta szybko pomogła mi także zaleczyć ogniska łuszczycy (porównując czas potrzebny do zaleczenia zmian stosując wyłącznie medykamenty). (recenzja)
EOS Organic Stick Balsam do Ust Sweet Mint Lovely Liquid Camouflage Conceal&Contour
6. EOS Organic Stick Balsam do Ust Sweet Mint - Dawno temu zdecydowałam się na popularne "jajeczko" tej marki i tak się zraziłam, iż długo myślałam, że balsamy tej marki to przereklamowane buble. Oczywiście do czasu, aż pewnego pięknego dnia podczas promocji w Rossmannie nie skusiłam się na wersję "słodka mięta" w sztyfcie. Nagle okazało się, że cudownie nawilża, odżywia, oraz dba o ogólną kondycję moich ust, jednocześnie nadając im subtelnego blasku i leciutko chłodząc. Nie bójcie się jednak tego efektu, wszak jest on bardzo delikatny, nie to co np. w Carmex ;).  Dodatkowo pięknie pachnie i słodko smakuje :D Oto moja nowa miłość w kategorii "pomadka ochronna w sztyfcie". Kiedy ta dobije dna - lecę po następną ;)
7. Lovely Liquid Camouflage Conceal&Contour - Długo na niego polowałam, ale kiedy już do mnie trafił, w stu procentach spełnił moje oczekiwania. Nie ciemnieje w ciągu dnia, nie uwydatnia linii mimicznych w okolicach oczu (choć ja i tak prawie ich nie mam), dobrze zakrywa cienie, jest trwały i wygodnie się go stosuje. Dużą zaletą jest także jego niska cena, ale niestety musimy liczyć się także z faktem, że jest średnio wydajny. Szkoda, ale mimo wszystko go lubię :) 
Gdyby nie fakt, iż pisałam o nich w poście "Makijaż na wakacjach" na pewno znalazłyby się w tym zestawieniu jeszcze dwa produkty. Krem BB Missha Cho Bo Yang, oraz sypki puder Deborah Dress Me Perfect Loose Powder. Nie będę się jednak powtarzać, więc jeśli Was one ciekawią, kliknijcie w  powyższy link :) Warto! ;)
I to już wszystko na dziś :) Czy znacie któryś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków? Może jest on także Waszym ulubieńcem? A może widzicie tu jakiegoś swojego bubla? Dajcie znać w komentarzach!

piątek, 22 listopada 2019

Nowości z ostatnich dwóch miesięcy

Dzisiejsze nowości zbierałam równo od 25 września, kiedy to w dniu publikacji poprzedniego posta z moimi szaleństwami, przyszły do mnie dwie nowe rzeczy :D Mam nadzieję, że tym razem obejdzie się bez podobnych "złośliwości" ze strony losu, choć dodam, że niestety, ale czekam na kilka przesyłek z Korei, więc taki układ rzeczy jest możliwy :P Przejdźmy jednak do rzeczy... Co trafiło do mnie tym razem? Zapraszam do oglądania!
black liner nowości
nowości wibo pro beauty sponge eyeiner eveline precise brush liner max factor masterpiece
Po bardzo długim czasie od premiery, podczas promocji w Rossmannie, w ręce wpadła mi gąbeczka Wibo Pro Beauty Sponge. Nie spodziewałam się po niej żadnych cudów, ale powiem Wam, że zrobiła na mnie pozytywne wrażenie oraz chętnie będę do niej wracać. Ma ją także moja mama i obie mamy identyczne odczucia. Drugą rzeczą z tego zdjęcia, jest eyeliner Eveline Precise Brush Liner. Pisałam obszerną recenzję na jego temat (klik) i mimo faktu, iż z czasem pędzelki faktycznie są ciut gorsze jakościowo (tzn. nie trzymają tak dobrze kształtu), to mnie nadal bardzo łatwo narysować nimi kreskę. Są tanie, wytrzymują długo po otwarciu, ja chętnie do niego wracam i wracać będę :) Ostatni na zdjęciu jest tusz Max Factor Masterpiece Max, którego jeszcze nigdy nie miałam, a to chyba już klasyk :)
nowości the wet brush loreal maska do włosów botanicals lavender kallos jasmine
W ostatnim czasie zdecydowałam się wymienić też swoją szczotkę do włosów. Kolejny raz postawiłam na The Wet Brush, tym razem będzie towarzyszyć mi czacha ;) Starą czeszę koty i to także ich ulubione narzędzie do tego "przykrego obowiązku". Z krótkowłosą Rozetką spokojnie daje sobie radę solo, a długowłosą Lilkę muszę doczesywać w newralgicznych miejscach grzebykiem :D Poza tym, w Elle znalazłam maskę do włosów L'oreal Botanicals Lavender Soothing Therapy Masque, a z kolei Kallos Jasmine Nourishing Hair Mask trafiła do mnie tylko dlatego, by załapać się na darmową wysyłkę szczotki. Miałam ją już kiedyś, ładnie pachniała, ale spektakularnego działania brak ;)
dr jart mist momo puri bcl krem
Na produkt Dr Jart+ Ceramidin Cream Mist zdecydowałam się z polecenia Myskinstoryy, która bardzo pomogła mi na początku mojej drogi z kwasami i często radzi mi nadal, a łatwym egzemplarzem nie jestem :D (tu wielkie podziękowania ;*) Z kolei zakup kremu BCL Momo Puri Moisture Gel to skutek agitacji Interendo :D Nawet nie wiecie, jak ta seria pięknie pachnie :)
Hanyul Brown pine leaven missha artemisia mist
Kosmetyk Hanyul Brown Pine Leaves Optimizing Serum to moja próba szukania zamiennika dla Sulwhasoo First Care Activating Serum EX. Bardzo je polubiłam, a chciałam wypróbować coś innego i tańszego, więc gdy wyczytałam na jednym z bodajże malezyjskich blogów (xD), że oba te kosmetyki są do siebie podobne, postanowiłam zaryzykować. Zobaczymy. Poza tym, pod wpływem chyba całego Instagrama, na którym trwał szał ciał na na nową serię Missha Time Revolution Artemisia zakupiłam Treatment Essence Mist Type, czyli po prostu esencję w mgiełce. Ostatnio jakoś wolę taki sposób aplikacji płynnych produktów ;)
Pure Artemisia Fresh Calming Water, Pure Artemisia Watery Calming Fluid Pure Artemisia Watery Calming Cream
Na punkcie marki Hanyul w ogóle załączyła mi się mini fiksacja i chyba cała moja aktualna pielęgnacja nawilżająca stoi pod znakiem tej firmy. Zdecydowałam się na linię Pure Artemisia, zawierającą w sobie ekstrakt z bylicy, która ma za zadanie łagodzić, nawadniać oraz uspokajać skórę. Trafiły więc do mnie Pure Artemisia Fresh Calming Water, Pure Artemisia Watery Calming Fluid, oraz Pure Artemisia Watery Calming Cream. Jak na razie testy esencji, fluidu i kremu przebiegają bardzo pozytywnie, a wrażenia ze stosowania tej linii mam wyjątkowo dobre. I ten cudowny, zielony zapach! Za jakiś czas, na blogu na pewno pojawi się recenzja wszystkich produktów, a ja na bank zakupię jeszcze czarną i białą serię :P Czekajcie więc na ostateczny werdykt ;)
Hair Shampoo Nutrient Fortifying Clinic, Hair Tonic Nutrient Fortyfying Clinic
Z kolei mój mąż powoli zaczyna marudzić, że tworzą mu się zakola. Wychodząc z założenia, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, postanowiłam że wypróbujemy linię Tosowoong do włosów wypadających. Tak trafił do nas Hair Shampoo Nutrient Fortifying Clinic, oraz Hair Tonic Nutrient Fortyfying Clinic. Na spółkę stosujemy szampon i szczerze Wam powiem, że ja już go kocham, a mój Rafał używa wcierki. Zobaczymy, co zdziała, bo szczególnie jej jestem ciekawa :)
W ostatnim czasie, dostałam także paczkę od Kasi Myskinstoryy, która podesłała mi kilka produktów do przetestowania. Trafiły więc do mnie Tonik Żelowy Złuszczająco - Rozjaśniający Lynia, Maseczka The Ordinary Salicyd Acid 2% Masque, Odżywka do Włosów Beaver Tea Tree Nourishing Balance Conditioner (myślę nad pełnowymiarową, jest ekstra!), miniaturki kremów Lancome i Annayake, oraz Krem pod Oczy Context Vitamin C All Day Eye Cream. Kochana, bardzo, bardzo Ci dziękuję ;*
I to już wszystko, co trafiło do mnie od publikacji ostatniego posta z nowościami :) Wpadło Wam coś w oko? Czekacie na jakąś recenzję? A może znacie któryś z tych produktów? Dajcie koniecznie znać!

P.S. Na sesję niestety nie załapał się balsam do ust Dr Jart+ Ceramidin Lipair, ale na pewno będzie miał on na blogu swoje 5 minut ;)