czwartek, 15 listopada 2018

L'oreal Unlimited Mascara, czyli o zbędnych innowacjach słów parę

Jak zapewne wiele razy mówiłam - nie lubię pisać recenzji tuszy do rzęs. Ale bywają w życiu takie egzemplarze, którym własny wpis na blogu z jakiegoś powodu po prostu im się należy. Zazwyczaj czymś się one wyróżniają - albo są wybitnie dobre, albo po prostu tragiczne. W przypadku L'oreal Unlimited Mascara sytuacja nie jest jednak jasna i klarowna, wszak to tusz, o którym zdecydowałam się napisać, ze względu na przedziwne innowacje dotykające szczoteczki oraz nietypowy wygląd. Czy klasykę zawsze warto zmieniać na coś innego? O tym już dziś ;)
L'oreal Unlimited Mascara
Co skłoniło mnie do zakupu L'oreal Unlimited Mascara? Oczywiście nietypowe opakowanie! Przypomina ono czarny kałamarz i zawiera 7.4ml kosmetyku ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Całość nie niszczy się i nie wyciera nawet przewożone w ciasnych kosmetyczkach, więc uznać należy, że dziwadełko to jest całkiem trwałe. W przypadku tego tuszu, na uwagę zasługuje głównie szczoteczka. Jest ona wykonana z sylikonu i zwęża się do dołu. Ciekawy jest jednak fakt, że możemy "złamać" jej rączkę w połowie, otrzymując nachylenie około 45 stopni. Niestety w tym miejscu przyznać muszę, iż jest to tylko drobny bajer, który niczego w życiu nie ułatwia, nie zmienia, ani nie poprawia. I tak maluję rzęsy prostą szczoteczką, jak robiłam to przez ostatnie 14 lat i tak... Nie nastawiajmy się również na żadne czekoladowe aromaty, czy coś w ten deseń :P Tusz ten zapewnia nam niezapomniane doznania zapachowe o aromacie plasteliny xD
L'oreal Unlimited Mascara
Trzeba jednak przyznać, że sama szczoteczka jest bardzo prosta w obsłudze. Nabiera optymalną ilość tuszu, ładnie wyczesuje rzęsy i już przy pierwszym użyciu udało mi się osiągnąć satysfakcjonujący efekt. Trudno się też nią upaćkać xD Wręcz powiedziałabym, że aby tego dokonać, trzeba wykazać się wyjątkowymi umiejętnościami manualnymi ;) Konsystencja tuszu również raczej temu nie sprzyja. Podoba mi się, że jest dokładnie taka jak należy: ani nie zbyt sucha, ani też nie za mokra. Dodatkowo maskara ma ładny, czarny kolor, który nie blaknie w ciągu dnia. Niestety dwa, czy trzy razy zrobiła mi psikusa i pięknie osypała mi się pod oczami. Ciężko jednak stwierdzić, jaka mogła być przyczyna takiego stanu rzeczy, bo zdarzyło się to dosłownie kilka razy... (ale jednak i byłam wtedy strasznie zła xD). Poza tymi kilkoma wpadkami, nie jestem w stanie zarzucić jej wiele w kwestii trwałości. Co ważne, rzęsy są po niej są jednocześnie na tyle sztywne, iż elegancko trzymają kształt i na tyle elastyczne, że wygodnie się z nimi funkcjonuje :D
L'oreal Unlimited Mascara
Jaki efekt otrzymamy po wytuszowaniu rzęs maskarą L'oreal Unlimited Mascara? Według mnie - średni (albo inaczej - codzienny). Moje rzęsy ostatnio są w naprawdę nieszczególnej kondycji, a ten tusz nie robi z nimi cudów. Fakt, trochę je wydłuża i pogrubia, ale w celu ich podkręcenia wyciągam zalotkę (na szczęście po jego użyciu skręt ładnie się trzyma). Dodatkowo, jeśli nałożymy zbyt wiele warstw, zacznie sklejać włoski i trzeba będzie sięgnąć po grzebyk :P Oczywiście wszystko da się uratować, ale ja nie jestem osobą, która lubi spędzać godziny na tuszowaniu firanek xD Na szczęście w przypadku Unlimited Mascara nie musimy obawiać się grudek, ale za to trochę pomęczymy się podczas zmywania ;) Poniżej zobaczyć możecie efekt, który gwarantuje jedna warstwa tuszu:
L'oreal Unlimited Mascara
W ramach podsumowania powiem Wam, że ja do L'oreal Unlimited Mascara już nie wrócę. Za kwotę 30zł jestem w stanie wyposażyć się w tusz, który będzie bardziej mi odpowiadał i zapewniał dużo lepszy efekt na rzęsach, przy jednocześnie mniejszym nakładzie pracy (choćby L'oreal False Lash Wings, L'oreal False Lash Telescopic albo Maybelline Lash Sensational). Miałyście może styczność z tym tuszem? Jakie są Wasze wrażenia? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 9 listopada 2018

Dr.G Hydra Intensive Cream, czyli o nawilżaniu słów kilka

Jak powszechnie wiadomo (a przynajmniej mam taką nadzieję, że wiadomo) nawilżać trzeba każdy rodzaj cery, od suchej po tłustą i czynność ta powinna stanowić jeden z podstawowych filarów naszej pielęgnacji. Z racji tego, że nadeszła jesień oraz zaczęło robić się chłodniej (bo nie chłodno xD my nadal poruszamy się po Łodzi głównie rowerem, wszak muszę ćwiczyć swoje zasiedziałe mięśnie i stawy :P) wyciągnęłam z szafki krem, który dostałam jakiś czas temu od Interendo, czyli Dr.G Hydra Intensive Cream, który wydał mi się odpowiedni na jesień. Dlaczego? Nauczona doświadczeniem, wiedziałam że jeśli koreańska marka dodała do nazwy kosmetyku "intensive" to konsystencja produktu zapewne będzie cięższa, niż żele, których zazwyczaj do nawilżania używam. Czy finalnie jestem z niego zadowolona? Zapraszam na recenzję!
Dr.G Hydra Intensive Cream
Dr.G Hydra Intensive Cream umieszczono w błękitnym, plastikowym słoiczku ze srebrną nakrętką. Mimo iż całość wykonana jest z tworzywa sztucznego, to wygląda nad wyraz elegancko. Napisy się nie ścierają, opakowanie jest małe, łatwe w transporcie i całkiem wygodne. Na zużycie 50ml kosmetyku, mamy aż 12 miesięcy. A swoją drogą, co pisze na jego temat producent i jakie obietnice nam składa? Dr.G Hydra Intensive Cream to silnie nawilżający krem, który dogłębnie odżywia i odbudowuje skórę, przeciwdziałając starzeniu. Zawiera między innymi kwas hialuronowy, ekstrakt z lilii wodnej, winogron, olej z wiesiołka oraz ceramidy. Krem ma białą barwę i przepięknie pachnie czymś, co przypomina mi kwitnące wiosną akacje (uwielbiam ten zapach :D). Aromat umila proces nakładania kosmetyku na skórę, ale potem na szczęście nie czuć go już na twarzy. Konsystencja kremu jest typowa dla produktów tego typu. Łatwo nałożyć ją na twarz, nie jest ciężka, ale jednak nie wchłania się do matu i pozostawia po sobie lekki film ochronny, który na szczęście nie jest lepki ani męczący, nawet dla osoby szczerze nienawidzącej tego typu atrakcji :P
Dr.G Hydra Intensive Cream
Co ważne, produkt ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb czy pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać makijaż praktycznie od razu, bez niepotrzebnego czekania aż krem się wchłonie. Co ciekawe, jeśli użyjecie go pod podkład, świetnie ukryje wszystkie suche skórki. W tej kategorii to mój ulubieniec wszechczasów, bo ładnie wyglądają na nim nawet fluidy, które podkreślały u mnie każdą suchość bądź nierówność. Wydajność produktu również jest całkiem przyzwoita, wszak używam go sobie od września i dopiero teraz dobijam do dna (jednak nie będę kłamać, to niejedyny produkt pielęgnacyjny którego używałam :P).
Dr.G Hydra Intensive Cream
Jak zatem z najważniejszym, czyli z działaniem owego specyfiku? Muszę przyznać, że producent w stu procentach spełnił swoje obietnice, jednak nic ponad to. Skóra podczas jego używania naprawdę była pięknie nawilżona, ujędrniona, odżywiona i gładka, jednak jeśli chodzi o kwestię uspokojenia zaczerwienień i rozszerzonych naczyń krwionośnych - jestem zawiedziona. W tej kategorii musiałam wytoczyć dodatkowe działa. Za plus uznaję także to, iż mimo tego, że nie jest on najlżejszym kremem z jakim się spotkałam, nie spowodował u mnie powstania żadnego pryszcza ani zaskórników. Ogólnie rzecz biorąc moja skóra chyba nawet się z nim polubiła, ale nie był on na tyle wspaniały, abym miała ochotę do niego wracać. Za to nie będę ukrywała - chętnie wypróbowałabym jego lżejszy odpowiednik, czyli Hydra Creme Full of Water. Sporym minusem dla niektórych osób, może być też cena tego produktu, wszak za słoiczek musimy zapłacić w Polsce 144zł lub około 27$ sprowadzając go bezpośrednio z Korei.
Znacie kosmetyki Dr.G? Miałyście okazję testować już jakieś produkty tej marki? Byłyście z nich zadowolone? Dajcie koniecznie znać! Jakiego kremu aktualnie używacie? Pamiętacie o nawilżaniu swojej cery? :)

niedziela, 4 listopada 2018

Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic, czyli kolejny epizod w walce z przebarwieniami

Walka z przebarwieniami i piegami, to tak naprawdę proces ciągły, bardzo przypominający walkę z wiatrakami xD Jedne znikają, drugie się pojawiają. Podobna historia tyczy się piegów, które raz bledną, a raz ciemnieją. Czasem wcale ich nie ma, a czasem zjawiają się znikąd, w dodatku wcale nieproszone. Stale więc, poza ochroną przeciwsłoneczną, testuję wszelkiego rodzaju "wybielacze" i "rozjaśniacze", które często przy okazji całkiem dobrze działają na moje wybujałe zaczerwienione policzki ;) Tym razem, zdecydowałam się więc wypróbować dwa kosmetyki koreańskiej marki Tosowoong, czyli płatki złuszczające Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads oraz punktowy krem Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract :) Jak te dwa produkty zdały u mnie egzamin? Czy jestem z nich zadowolona? Przeczytajcie dalej :)
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Krem Tosowoong Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract to produkt przeznaczony do punktowego rozjaśniania przebarwień różnego pochodzenia (choć ja, jak to ja stosuję go czasem na całą twarz i wszystko jest super, ciężko smarować każdego piega z osobna xD). Zawiera on w swoim składzie rokitnik, niacynamid, zieloną herbatę, ekstrakt z centelli asiatici, pantenol i wiele innych dobroci, mających zapewnić nam jak najlepsze efekty. Krem zapakowany jest w metalową, 50gramową tubę, przypominającą kosmetyki rodem z apteki. Specjalnie nie przeszkadza mi to pod względem estetycznym, ale w praktyce tuba jest średnio wygodna i wiecznie mam problem z wydostaniem właściwej ilości kosmetyku, bo albo nie leci z niej nic, albo zaraz zawartość cieknie jak szalona xD Wolałabym chyba słoiczek, albo coś z pompką.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo przyjemny, cytrusowy, przypominający mi pomarańcze, cytryny i nektarynki w środku sezonu ;) Konsystencja produktu, to coś pomiędzy kremem, a żelem. Spodziewałam się ciężkiego ulepka, ale ten kosmetyk absolutnie taki nie jest. Pięknie się wchłania, pozostawiając po sobie lekką, nieklejącą warstwę, bardzo łatwo rozprowadzić go zarówno punktowo jak i na całej twarzy, oraz co ciekawe - świetnie nadaje się także pod makijaż ;) W moim przypadku, był on też totalnie niewydajny :P Krem ten najlepiej stosować jako ostatni etap rutyny pielęgnacyjnej, choć ja używałam go także samodzielnie i również byłam zadowolona. Ponoć kosmetyk ten nadaje się do każdego rodzaju cery i szczerze powiem, że chyba faktycznie moja skóra zdaje się to potwierdzać (aktualnie jest chyba mieszana, naczynkowa).
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Co jednak z działaniem owego produktu? Nie wiem, jak to się dzieje, ale efekt zauważyłam bardzo szybko. Podczas użytkowania kremu, moja cera stała się rozpromieniona, zyskała zdrowy glow, pięknie się nawilżyła, ujędrniła (tak, częściej stosowałam go na całą twarz niż punktowo :P), a przebarwienia po pryszczach błyskawicznie znikały. Co jednak ze zmorą mojego życia, czyli piegami? Części praktycznie już nie ma, jest mała pula ledwo widocznych sztuk, chowających się już pod lekkim podkładem i kilka bardzo opornych egzemplarzy, których na razie nie usunęło nic. Trzeba jednak przyznać, że Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic znacząco je rozjaśnił. Nie będę więc ukrywać, że czuję się usatysfakcjonowana po zużyciu tego produktu, pomimo niskiej wydajności oraz niewygodnego opakowania. Koszt tego cuda, to aktualnie 21$ na Jolse.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Drugim produktem, który zdecydowałam się przetestować, są płatki Tosowoong Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads. Wykonane są one z mikrofibry, która nie jest drażniąca i usuwa martwe komórki skóry, dzięki ekstraktowi z rokitnika, trzynastu rodzajom wyciągów owocowych, witaminie C oraz kwasom AHA i BHA Co ciekawe, płatków tych nie musimy używać wyłącznie na twarzy. Z powodzeniem można je stosować także na ciało, z czego ochoczo skorzystałam xD W plastikowym słoiczku znajduje się 70 sztuk, zanurzonych w 155ml bezbarwnej esencji (należy zapomnieć o wożeniu tego cuda ze sobą gdziekolwiek, bo nie jest on szczelny). Jeśli chodzi o mikrofibrę, z której wykonane są płatki, to do skóry twarzy używałam tej gładszej strony, a perforowaną smarowałam ciemniejszą plamkę na łydce i łokcie xD Jeden "pad" jest tak mocno nasączony, że wystarczał, aby użyć go najpierw na twarz, a potem na ciało ;) Zapach produktu jest mocno cytrynowy i szczerze powiedziawszy, średnio mi się on podoba, ale na szczęście nie pozostaje na skórze.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jak płatki zadziałały na moją skórę? Bardzo przyzwoicie i wydaje mi się, że znacząco wspomogły one działanie powyższego kremu. Wydaje mi się, że moja cera stała się bardziej rozpromieniona i napięta, zaskórniki zniknęły, pory na nosie stały się mniej widoczne, a jednocześnie nie zauważyłam łuszczenia się, ani jakichkolwiek zaczerwienień. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak to, co płatki zdziałały na mojej łydce :D Ciemniejsza plamka, która towarzyszyła mi już kilka sezonów, praktycznie zniknęła. Łokcie też stały się ciut jaśniejsze. Ja czuję się usatysfakcjonowana, i mimo tego, że Tosowoong kolejny raz zawiódł w kwestii opakowania, z chęcią do nich wrócę :) Ich cena, to 24.22$.
Podsumowując tę recenzję... Powyższy duet naprawdę świetnie poradził sobie z moimi ekstremalnie upierdliwymi przebarwieniami i podczas jego stosowania, moja cera wyglądała naprawdę jak na ostatni czas wyjątkowo elegancko ;) Z czystym sumieniem polecam go więc, jeśli macie ochotę trochę się "wybielić" lub pozbyć niepożądanych plamek :)
Macie problem z przebarwieniami? Jak z nimi walczycie? Czy może należycie do osób, których ten problem nie dotyczy? A może znacie już kosmetyki marki Tosowoong? Dajcie koniecznie znać, co o nich myślicie :) 

poniedziałek, 29 października 2018

Shinybox Think Pink, czyli operacja różowy październik

Październik to miesiąc walki z rakiem piersi. Szczególnie często poruszane są wtedy tematy samobadań, profilaktyki i po prostu okazywaniu gestów solidarności kobietom, które z tą chorobą walczą. Jedną z firm, biorących udział w tej kampanii, jest Shinybox, który co roku w październiku tworzy edycję o nazwie Think Pink, mającą poruszać właśnie tę tematykę. Jak marce udało się to tym razem? Same zobaczcie!
Shinybox Think Pink
Kosmetyki tradycyjnie już znalazły się w sztywnym, fioletowo-różowym opakowaniu z twardej tektury, które z powodzeniem możemy wykorzystać w przyszłości do przechowywania bibelotów. Szczerze mówiąc, ja nadal bardzo się cieszę, że firma odeszła od poprzedniej wersji opakowań :P
Shinybox Think Pink
Pierwszym produktem, który znalazłam w pudełku, jest Odżywka bez Spłukiwania do Włosów Farbowanych Il Salone Milano. Polecana jest do codziennej pielęgnacji pasm, zwłaszcza tych suchych i łamliwych, tracących blask. Produkt ten zapewnia niesamowitą intensywność koloru, a także tworzy warstwę ochronną przed promieniowaniem UV, wzmacnia strukturę włosów oraz ułatwia ich modelowanie. Ogólnie rzecz biorąc, ja jestem z tego produktu zadowolona i z chęcią go wykorzystam, ale rozpakowując pudełko, naszła mnie pewna refleksja. Gdy byłam w liceum, na raka piersi zmarła moja ciocia. Minęło już wiele lat, ale pamiętam jak wyglądała podczas leczenia i w związku z tym sądzę, że w tym miesiącu produktów przeznaczonych do włosów chyba nie powinno tu być... Choć może wynika to z moich osobistych doświadczeń, więc chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat. Jej cena to 34.99 za 200ml. Drugim kosmetykiem z pudełka Think Pink, jest Biotanique, Naturalny Krem Odżywczy. Oparty jest na świeżej wodzie proaQua z technologią probiotyczną, która w inteligentny sposób wspiera mikroflorę skóry, dogłębnie nawilża oraz odżywia ją i chroni. Produkt wzbogacony jest również o D-Panthenol oraz wyjątkowo bogaty w kwasy Omega-6, witaminy i minerały Olej z Opuncji Figowej, który pozostawia skórę wygładzoną a także silnie zregenerowaną. Ogólnie rzecz biorąc, otwierając boxa, byłam w lekkim szoku, gdy znalazłam wewnątrz identyczny krem jak miesiąc temu, tyle że jeszcze raz taki duży xD Już miesiąc temu mówiłam, że to nie produkt dla mnie, więc to opakowanie trafiło do sąsiadki :P Koszt kremu to 10.50zł za sztukę. Ostatnim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Krem do Rąk i Paznokci Delia. Delia Cosmetics Extra Hand Care doskonale nawilża skórę rąk i zapewnia im potrzebne odżywienie. Formuła wzbogacona masłem shea oraz alantoiną sprawia, że skóra staje się aksamitna oraz gładka w dotyku. Dodatkowo D-pantenol doskonale koi i łagodzi podrażnienia. Kremy do rąk schodzą u mnie w rodzinie hurtem, więc i ten z pewnością się przyda, bo ciągle ktoś szuka nowego egzemplarza :P Nie jest to może wyszukana marka, ale już poszedł w ruch, a co najważniejsze - wydaje się to całkiem przyjemny produkt. Jego cena to 3.49zł za 75ml.
W pudełku znalazł się też produkt Olimp LabsApecontrol to suplement diety w postaci kapsułek, stanowiący kompozycję składników aktywnych, wspomagających kontrolę masy ciała poprzez niwelowanie chęci podjadania oraz regulację metabolizmu makroskładników odżywczych. Zawiera m.in. takie składniki aktywne jak Garcinia Cambodia, ekstrakt z Guarany, chrom czy Morwę Białą. Jak zapewne wiecie, bo wspominam o tym za każdym razem, nie lubię, kiedy w pudełkach znajdują się suplementy diety. Choruję przewlekle, biorę dużo leków i nie mogę łączyć z nimi czego popadnie, pomijając już fakt, że najzupełniej w świecie dobrze czuję się ze swoją wagą. A tego cuda nawet nie mam komu oddać, bo moja rodzina to głównie szczuplizny, ostatnio nawet tata zrzucił około 10kg. Jestem na nie :( Cena? 31.50 za opakowanie. Kolejnym kosmetykiem, który do mnie trafił, była Pomadka Moov Liquid LipsMatters w odcieniu Show off. Jest to płynna matowa szminka o kremowej konsystencji, która zapewnia komfortowe, matowe wykończenie ust bez uczucia przesuszenia i lepkości. Dzięki niezwykle trwałej formule długo utrzymuje się na ustach nie rozmazując się oraz zapewniając długotrwały efekt bez przesuszania. W pierwszej chwili ucieszyłam się widząc ją, ale niestety po użyciu okazało się, że najzwyczajniej w świecie fatalnie w niej wyglądam, wszak na moich ustach ten niby róż, zaczął mocno wpadać w fiolet. Bez żalu oddałam ją cioci, mam nadzieję, że będzie z niej zadowolona :) Dodawana była ona do pudełek wymiennie, można było trafić jeszcze na dwa produkty do włosów Kontigo lub błyszczyk Rosie. Cena pomadki to 18.99zł. Ostatnim już produktem wchodzącym w skład podstawowej wersji pudełka Think Pink, jest Balsam do Ust Bee Natural w wersji z Granatem. Marka ta według jej twórców to autentyczna wartość: naturalne składniki, najwyższa jakość, uczciwa cena i żadnych sztuczek. Stuprocentowo naturalny balsam do ust z woskiem pszczelim regeneruje usta, natłuszcza oraz wygładza. Przyznam, że jest to kosmetyk, który najbardziej mnie dotychczas ucieszył. Kilka razy zerkałam już na te pomadki w Rossmannie, mając chęć na zakup, więc naprawdę z przyjemnością zobaczę, czy dobrze się u mnie spisze. Cena? 10.99zł.  Poza tym, wewnątrz znalazłam jeszcze Voucher na kurs on line Dr Barbara, oraz Voucher do fotoobsługi Cewe Fotojoker. Z tego drugiego może nawet skorzystam ;) I to by było na tyle.
Shinybox Think Pink prezenty dla ambasadorek
W tym miesiącu Shinybox przygotował również trzy prezenty dla ambasadorek, które dla mnie okazały się bardzo interesujące. Pierwszym z nich, jest Liqpharm, LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C Boost. Kosmetyk ten, dzięki wysokim stężeniom aktywnych składników redukuje proces starzenia skóry oraz chroni przed działaniem niekorzystnych czynników środowiskowych. Piętnastoprocentowa, niezjonizowana witamina C zapewnia szybkie pobudzenie syntezy kolagenu, skutecznie neutralizuje wpływ wolnych rodników i wyrównuje koloryt cery. Z chęcią je przetestuję, wszak słyszałam o nim naprawdę wiele dobrego ;) Cena? około 60zł za 30ml. Drugim produktem, który trafił do ambasadorek, jest Naturativ Kremu 360°AOX. Regularnie stosowany, widocznie poprawia wygląd skóry. Sprawia, że wydaje się ona bardziej gładka, ujędrniona i rozjaśniona, bardziej promienna. Ze względu na  obecność przeciwutleniaczy krem jest niezastąpiony dla cery narażonej na miejski stres i klimatyzowane pomieszczenia. Mimo tego, iż wydaje mi się, że nie jest to w tym momencie odpowiedni produkt dla mnie, to albo poczeka on na swoje pięć minut, albo przejmie go moja mama, która wykazuje wręcz niezdrowe zainteresowanie tym kremem, odkąd otworzyłam paczkę ;) Cena? 192zł za 100ml. Trzeci i ostatni produkt, który trafił do mnie w tym pakiecie, to Bursztynowe Mydełko Aqua Baltic Horfes. Według producenta, aktywny wyciąg z bursztynu (10%) pielęgnuje ciało, odżywiając je i nawilżając. Zawarte w mydle aminokwasy oraz składniki mineralne działają odżywczo, spowalniając procesy starzenia się skóry. Nie wiem, w jaki sposób to wszystko może zapewnić mydełko, ale mimo wszystko cieszę się z jego obecności, bo uwaga: jest ładne xD (tak, to ja, sroka :P). Kosztuje około 20zł za sztukę.
Podsumowując tę edycję: według mojego osądu, pozostawia ona wiele do życzenia i daleko jej do ideału, ale dwa produkty nawet przypadły mi do gustu. Z kolei jeśli chodzi o prezent dla ambasadorek... To bardzo miły gest i cieszę się, że on do mnie trafił, choć marzy mi się, żeby np. Serum Liqpharm w pełnowymiarowej wersji mogła wypróbować każda subskrybentka :)
A Wy co myślicie na temat tej edycji? Przypadła Wam do gustu, a może wręcz przeciwnie? Dajcie znać!