piątek, 9 listopada 2018

Dr.G Hydra Intensive Cream, czyli o nawilżaniu słów kilka

Jak powszechnie wiadomo (a przynajmniej mam taką nadzieję, że wiadomo) nawilżać trzeba każdy rodzaj cery, od suchej po tłustą i czynność ta powinna stanowić jeden z podstawowych filarów naszej pielęgnacji. Z racji tego, że nadeszła jesień oraz zaczęło robić się chłodniej (bo nie chłodno xD my nadal poruszamy się po Łodzi głównie rowerem, wszak muszę ćwiczyć swoje zasiedziałe mięśnie i stawy :P) wyciągnęłam z szafki krem, który dostałam jakiś czas temu od Interendo, czyli Dr.G Hydra Intensive Cream, który wydał mi się odpowiedni na jesień. Dlaczego? Nauczona doświadczeniem, wiedziałam że jeśli koreańska marka dodała do nazwy kosmetyku "intensive" to konsystencja produktu zapewne będzie cięższa, niż żele, których zazwyczaj do nawilżania używam. Czy finalnie jestem z niego zadowolona? Zapraszam na recenzję!
Dr.G Hydra Intensive Cream
Dr.G Hydra Intensive Cream umieszczono w błękitnym, plastikowym słoiczku ze srebrną nakrętką. Mimo iż całość wykonana jest z tworzywa sztucznego, to wygląda nad wyraz elegancko. Napisy się nie ścierają, opakowanie jest małe, łatwe w transporcie i całkiem wygodne. Na zużycie 50ml kosmetyku, mamy aż 12 miesięcy. A swoją drogą, co pisze na jego temat producent i jakie obietnice nam składa? Dr.G Hydra Intensive Cream to silnie nawilżający krem, który dogłębnie odżywia i odbudowuje skórę, przeciwdziałając starzeniu. Zawiera między innymi kwas hialuronowy, ekstrakt z lilii wodnej, winogron, olej z wiesiołka oraz ceramidy. Krem ma białą barwę i przepięknie pachnie czymś, co przypomina mi kwitnące wiosną akacje (uwielbiam ten zapach :D). Aromat umila proces nakładania kosmetyku na skórę, ale potem na szczęście nie czuć go już na twarzy. Konsystencja kremu jest typowa dla produktów tego typu. Łatwo nałożyć ją na twarz, nie jest ciężka, ale jednak nie wchłania się do matu i pozostawia po sobie lekki film ochronny, który na szczęście nie jest lepki ani męczący, nawet dla osoby szczerze nienawidzącej tego typu atrakcji :P
Dr.G Hydra Intensive Cream
Co ważne, produkt ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb czy pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać makijaż praktycznie od razu, bez niepotrzebnego czekania aż krem się wchłonie. Co ciekawe, jeśli użyjecie go pod podkład, świetnie ukryje wszystkie suche skórki. W tej kategorii to mój ulubieniec wszechczasów, bo ładnie wyglądają na nim nawet fluidy, które podkreślały u mnie każdą suchość bądź nierówność. Wydajność produktu również jest całkiem przyzwoita, wszak używam go sobie od września i dopiero teraz dobijam do dna (jednak nie będę kłamać, to niejedyny produkt pielęgnacyjny którego używałam :P).
Dr.G Hydra Intensive Cream
Jak zatem z najważniejszym, czyli z działaniem owego specyfiku? Muszę przyznać, że producent w stu procentach spełnił swoje obietnice, jednak nic ponad to. Skóra podczas jego używania naprawdę była pięknie nawilżona, ujędrniona, odżywiona i gładka, jednak jeśli chodzi o kwestię uspokojenia zaczerwienień i rozszerzonych naczyń krwionośnych - jestem zawiedziona. W tej kategorii musiałam wytoczyć dodatkowe działa. Za plus uznaję także to, iż mimo tego, że nie jest on najlżejszym kremem z jakim się spotkałam, nie spowodował u mnie powstania żadnego pryszcza ani zaskórników. Ogólnie rzecz biorąc moja skóra chyba nawet się z nim polubiła, ale nie był on na tyle wspaniały, abym miała ochotę do niego wracać. Za to nie będę ukrywała - chętnie wypróbowałabym jego lżejszy odpowiednik, czyli Hydra Creme Full of Water. Sporym minusem dla niektórych osób, może być też cena tego produktu, wszak za słoiczek musimy zapłacić w Polsce 144zł lub około 27$ sprowadzając go bezpośrednio z Korei.
Znacie kosmetyki Dr.G? Miałyście okazję testować już jakieś produkty tej marki? Byłyście z nich zadowolone? Dajcie koniecznie znać! Jakiego kremu aktualnie używacie? Pamiętacie o nawilżaniu swojej cery? :)

niedziela, 4 listopada 2018

Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic, czyli kolejny epizod w walce z przebarwieniami

Walka z przebarwieniami i piegami, to tak naprawdę proces ciągły, bardzo przypominający walkę z wiatrakami xD Jedne znikają, drugie się pojawiają. Podobna historia tyczy się piegów, które raz bledną, a raz ciemnieją. Czasem wcale ich nie ma, a czasem zjawiają się znikąd, w dodatku wcale nieproszone. Stale więc, poza ochroną przeciwsłoneczną, testuję wszelkiego rodzaju "wybielacze" i "rozjaśniacze", które często przy okazji całkiem dobrze działają na moje wybujałe zaczerwienione policzki ;) Tym razem, zdecydowałam się więc wypróbować dwa kosmetyki koreańskiej marki Tosowoong, czyli płatki złuszczające Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads oraz punktowy krem Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract :) Jak te dwa produkty zdały u mnie egzamin? Czy jestem z nich zadowolona? Przeczytajcie dalej :)
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Krem Tosowoong Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract to produkt przeznaczony do punktowego rozjaśniania przebarwień różnego pochodzenia (choć ja, jak to ja stosuję go czasem na całą twarz i wszystko jest super, ciężko smarować każdego piega z osobna xD). Zawiera on w swoim składzie rokitnik, niacynamid, zieloną herbatę, ekstrakt z centelli asiatici, pantenol i wiele innych dobroci, mających zapewnić nam jak najlepsze efekty. Krem zapakowany jest w metalową, 50gramową tubę, przypominającą kosmetyki rodem z apteki. Specjalnie nie przeszkadza mi to pod względem estetycznym, ale w praktyce tuba jest średnio wygodna i wiecznie mam problem z wydostaniem właściwej ilości kosmetyku, bo albo nie leci z niej nic, albo zaraz zawartość cieknie jak szalona xD Wolałabym chyba słoiczek, albo coś z pompką.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo przyjemny, cytrusowy, przypominający mi pomarańcze, cytryny i nektarynki w środku sezonu ;) Konsystencja produktu, to coś pomiędzy kremem, a żelem. Spodziewałam się ciężkiego ulepka, ale ten kosmetyk absolutnie taki nie jest. Pięknie się wchłania, pozostawiając po sobie lekką, nieklejącą warstwę, bardzo łatwo rozprowadzić go zarówno punktowo jak i na całej twarzy, oraz co ciekawe - świetnie nadaje się także pod makijaż ;) W moim przypadku, był on też totalnie niewydajny :P Krem ten najlepiej stosować jako ostatni etap rutyny pielęgnacyjnej, choć ja używałam go także samodzielnie i również byłam zadowolona. Ponoć kosmetyk ten nadaje się do każdego rodzaju cery i szczerze powiem, że chyba faktycznie moja skóra zdaje się to potwierdzać (aktualnie jest chyba mieszana, naczynkowa).
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Co jednak z działaniem owego produktu? Nie wiem, jak to się dzieje, ale efekt zauważyłam bardzo szybko. Podczas użytkowania kremu, moja cera stała się rozpromieniona, zyskała zdrowy glow, pięknie się nawilżyła, ujędrniła (tak, częściej stosowałam go na całą twarz niż punktowo :P), a przebarwienia po pryszczach błyskawicznie znikały. Co jednak ze zmorą mojego życia, czyli piegami? Części praktycznie już nie ma, jest mała pula ledwo widocznych sztuk, chowających się już pod lekkim podkładem i kilka bardzo opornych egzemplarzy, których na razie nie usunęło nic. Trzeba jednak przyznać, że Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic znacząco je rozjaśnił. Nie będę więc ukrywać, że czuję się usatysfakcjonowana po zużyciu tego produktu, pomimo niskiej wydajności oraz niewygodnego opakowania. Koszt tego cuda, to aktualnie 21$ na Jolse.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Drugim produktem, który zdecydowałam się przetestować, są płatki Tosowoong Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads. Wykonane są one z mikrofibry, która nie jest drażniąca i usuwa martwe komórki skóry, dzięki ekstraktowi z rokitnika, trzynastu rodzajom wyciągów owocowych, witaminie C oraz kwasom AHA i BHA Co ciekawe, płatków tych nie musimy używać wyłącznie na twarzy. Z powodzeniem można je stosować także na ciało, z czego ochoczo skorzystałam xD W plastikowym słoiczku znajduje się 70 sztuk, zanurzonych w 155ml bezbarwnej esencji (należy zapomnieć o wożeniu tego cuda ze sobą gdziekolwiek, bo nie jest on szczelny). Jeśli chodzi o mikrofibrę, z której wykonane są płatki, to do skóry twarzy używałam tej gładszej strony, a perforowaną smarowałam ciemniejszą plamkę na łydce i łokcie xD Jeden "pad" jest tak mocno nasączony, że wystarczał, aby użyć go najpierw na twarz, a potem na ciało ;) Zapach produktu jest mocno cytrynowy i szczerze powiedziawszy, średnio mi się on podoba, ale na szczęście nie pozostaje na skórze.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jak płatki zadziałały na moją skórę? Bardzo przyzwoicie i wydaje mi się, że znacząco wspomogły one działanie powyższego kremu. Wydaje mi się, że moja cera stała się bardziej rozpromieniona i napięta, zaskórniki zniknęły, pory na nosie stały się mniej widoczne, a jednocześnie nie zauważyłam łuszczenia się, ani jakichkolwiek zaczerwienień. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak to, co płatki zdziałały na mojej łydce :D Ciemniejsza plamka, która towarzyszyła mi już kilka sezonów, praktycznie zniknęła. Łokcie też stały się ciut jaśniejsze. Ja czuję się usatysfakcjonowana, i mimo tego, że Tosowoong kolejny raz zawiódł w kwestii opakowania, z chęcią do nich wrócę :) Ich cena, to 24.22$.
Podsumowując tę recenzję... Powyższy duet naprawdę świetnie poradził sobie z moimi ekstremalnie upierdliwymi przebarwieniami i podczas jego stosowania, moja cera wyglądała naprawdę jak na ostatni czas wyjątkowo elegancko ;) Z czystym sumieniem polecam go więc, jeśli macie ochotę trochę się "wybielić" lub pozbyć niepożądanych plamek :)
Macie problem z przebarwieniami? Jak z nimi walczycie? Czy może należycie do osób, których ten problem nie dotyczy? A może znacie już kosmetyki marki Tosowoong? Dajcie koniecznie znać, co o nich myślicie :) 

poniedziałek, 29 października 2018

Shinybox Think Pink, czyli operacja różowy październik

Październik to miesiąc walki z rakiem piersi. Szczególnie często poruszane są wtedy tematy samobadań, profilaktyki i po prostu okazywaniu gestów solidarności kobietom, które z tą chorobą walczą. Jedną z firm, biorących udział w tej kampanii, jest Shinybox, który co roku w październiku tworzy edycję o nazwie Think Pink, mającą poruszać właśnie tę tematykę. Jak marce udało się to tym razem? Same zobaczcie!
Shinybox Think Pink
Kosmetyki tradycyjnie już znalazły się w sztywnym, fioletowo-różowym opakowaniu z twardej tektury, które z powodzeniem możemy wykorzystać w przyszłości do przechowywania bibelotów. Szczerze mówiąc, ja nadal bardzo się cieszę, że firma odeszła od poprzedniej wersji opakowań :P
Shinybox Think Pink
Pierwszym produktem, który znalazłam w pudełku, jest Odżywka bez Spłukiwania do Włosów Farbowanych Il Salone Milano. Polecana jest do codziennej pielęgnacji pasm, zwłaszcza tych suchych i łamliwych, tracących blask. Produkt ten zapewnia niesamowitą intensywność koloru, a także tworzy warstwę ochronną przed promieniowaniem UV, wzmacnia strukturę włosów oraz ułatwia ich modelowanie. Ogólnie rzecz biorąc, ja jestem z tego produktu zadowolona i z chęcią go wykorzystam, ale rozpakowując pudełko, naszła mnie pewna refleksja. Gdy byłam w liceum, na raka piersi zmarła moja ciocia. Minęło już wiele lat, ale pamiętam jak wyglądała podczas leczenia i w związku z tym sądzę, że w tym miesiącu produktów przeznaczonych do włosów chyba nie powinno tu być... Choć może wynika to z moich osobistych doświadczeń, więc chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat. Jej cena to 34.99 za 200ml. Drugim kosmetykiem z pudełka Think Pink, jest Biotanique, Naturalny Krem Odżywczy. Oparty jest na świeżej wodzie proaQua z technologią probiotyczną, która w inteligentny sposób wspiera mikroflorę skóry, dogłębnie nawilża oraz odżywia ją i chroni. Produkt wzbogacony jest również o D-Panthenol oraz wyjątkowo bogaty w kwasy Omega-6, witaminy i minerały Olej z Opuncji Figowej, który pozostawia skórę wygładzoną a także silnie zregenerowaną. Ogólnie rzecz biorąc, otwierając boxa, byłam w lekkim szoku, gdy znalazłam wewnątrz identyczny krem jak miesiąc temu, tyle że jeszcze raz taki duży xD Już miesiąc temu mówiłam, że to nie produkt dla mnie, więc to opakowanie trafiło do sąsiadki :P Koszt kremu to 10.50zł za sztukę. Ostatnim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Krem do Rąk i Paznokci Delia. Delia Cosmetics Extra Hand Care doskonale nawilża skórę rąk i zapewnia im potrzebne odżywienie. Formuła wzbogacona masłem shea oraz alantoiną sprawia, że skóra staje się aksamitna oraz gładka w dotyku. Dodatkowo D-pantenol doskonale koi i łagodzi podrażnienia. Kremy do rąk schodzą u mnie w rodzinie hurtem, więc i ten z pewnością się przyda, bo ciągle ktoś szuka nowego egzemplarza :P Nie jest to może wyszukana marka, ale już poszedł w ruch, a co najważniejsze - wydaje się to całkiem przyjemny produkt. Jego cena to 3.49zł za 75ml.
W pudełku znalazł się też produkt Olimp LabsApecontrol to suplement diety w postaci kapsułek, stanowiący kompozycję składników aktywnych, wspomagających kontrolę masy ciała poprzez niwelowanie chęci podjadania oraz regulację metabolizmu makroskładników odżywczych. Zawiera m.in. takie składniki aktywne jak Garcinia Cambodia, ekstrakt z Guarany, chrom czy Morwę Białą. Jak zapewne wiecie, bo wspominam o tym za każdym razem, nie lubię, kiedy w pudełkach znajdują się suplementy diety. Choruję przewlekle, biorę dużo leków i nie mogę łączyć z nimi czego popadnie, pomijając już fakt, że najzupełniej w świecie dobrze czuję się ze swoją wagą. A tego cuda nawet nie mam komu oddać, bo moja rodzina to głównie szczuplizny, ostatnio nawet tata zrzucił około 10kg. Jestem na nie :( Cena? 31.50 za opakowanie. Kolejnym kosmetykiem, który do mnie trafił, była Pomadka Moov Liquid LipsMatters w odcieniu Show off. Jest to płynna matowa szminka o kremowej konsystencji, która zapewnia komfortowe, matowe wykończenie ust bez uczucia przesuszenia i lepkości. Dzięki niezwykle trwałej formule długo utrzymuje się na ustach nie rozmazując się oraz zapewniając długotrwały efekt bez przesuszania. W pierwszej chwili ucieszyłam się widząc ją, ale niestety po użyciu okazało się, że najzwyczajniej w świecie fatalnie w niej wyglądam, wszak na moich ustach ten niby róż, zaczął mocno wpadać w fiolet. Bez żalu oddałam ją cioci, mam nadzieję, że będzie z niej zadowolona :) Dodawana była ona do pudełek wymiennie, można było trafić jeszcze na dwa produkty do włosów Kontigo lub błyszczyk Rosie. Cena pomadki to 18.99zł. Ostatnim już produktem wchodzącym w skład podstawowej wersji pudełka Think Pink, jest Balsam do Ust Bee Natural w wersji z Granatem. Marka ta według jej twórców to autentyczna wartość: naturalne składniki, najwyższa jakość, uczciwa cena i żadnych sztuczek. Stuprocentowo naturalny balsam do ust z woskiem pszczelim regeneruje usta, natłuszcza oraz wygładza. Przyznam, że jest to kosmetyk, który najbardziej mnie dotychczas ucieszył. Kilka razy zerkałam już na te pomadki w Rossmannie, mając chęć na zakup, więc naprawdę z przyjemnością zobaczę, czy dobrze się u mnie spisze. Cena? 10.99zł.  Poza tym, wewnątrz znalazłam jeszcze Voucher na kurs on line Dr Barbara, oraz Voucher do fotoobsługi Cewe Fotojoker. Z tego drugiego może nawet skorzystam ;) I to by było na tyle.
Shinybox Think Pink prezenty dla ambasadorek
W tym miesiącu Shinybox przygotował również trzy prezenty dla ambasadorek, które dla mnie okazały się bardzo interesujące. Pierwszym z nich, jest Liqpharm, LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C Boost. Kosmetyk ten, dzięki wysokim stężeniom aktywnych składników redukuje proces starzenia skóry oraz chroni przed działaniem niekorzystnych czynników środowiskowych. Piętnastoprocentowa, niezjonizowana witamina C zapewnia szybkie pobudzenie syntezy kolagenu, skutecznie neutralizuje wpływ wolnych rodników i wyrównuje koloryt cery. Z chęcią je przetestuję, wszak słyszałam o nim naprawdę wiele dobrego ;) Cena? około 60zł za 30ml. Drugim produktem, który trafił do ambasadorek, jest Naturativ Kremu 360°AOX. Regularnie stosowany, widocznie poprawia wygląd skóry. Sprawia, że wydaje się ona bardziej gładka, ujędrniona i rozjaśniona, bardziej promienna. Ze względu na  obecność przeciwutleniaczy krem jest niezastąpiony dla cery narażonej na miejski stres i klimatyzowane pomieszczenia. Mimo tego, iż wydaje mi się, że nie jest to w tym momencie odpowiedni produkt dla mnie, to albo poczeka on na swoje pięć minut, albo przejmie go moja mama, która wykazuje wręcz niezdrowe zainteresowanie tym kremem, odkąd otworzyłam paczkę ;) Cena? 192zł za 100ml. Trzeci i ostatni produkt, który trafił do mnie w tym pakiecie, to Bursztynowe Mydełko Aqua Baltic Horfes. Według producenta, aktywny wyciąg z bursztynu (10%) pielęgnuje ciało, odżywiając je i nawilżając. Zawarte w mydle aminokwasy oraz składniki mineralne działają odżywczo, spowalniając procesy starzenia się skóry. Nie wiem, w jaki sposób to wszystko może zapewnić mydełko, ale mimo wszystko cieszę się z jego obecności, bo uwaga: jest ładne xD (tak, to ja, sroka :P). Kosztuje około 20zł za sztukę.
Podsumowując tę edycję: według mojego osądu, pozostawia ona wiele do życzenia i daleko jej do ideału, ale dwa produkty nawet przypadły mi do gustu. Z kolei jeśli chodzi o prezent dla ambasadorek... To bardzo miły gest i cieszę się, że on do mnie trafił, choć marzy mi się, żeby np. Serum Liqpharm w pełnowymiarowej wersji mogła wypróbować każda subskrybentka :)
A Wy co myślicie na temat tej edycji? Przypadła Wam do gustu, a może wręcz przeciwnie? Dajcie znać!

poniedziałek, 22 października 2018

Huxley Secret of Sahara, czyli o koreańskim duecie słów parę

Od niedawna moja twarz diametralnie się zmienia. Z normalnej, płytko unaczynionej skóry, mam w tym momencie do czynienia z cerą mieszaną (albo nawet przetłuszczającą się), ze sporą tendencją do zaczerwienień oraz przebarwień, a całkiem niedawno zauważyłam na czole kilka zaskórników :/ To dla mnie totalna nowość, więc poruszam się na tej płaszczyźnie jak dziecko we mgle i domniemam, że cała ta sytuacja spowodowana jest lekami, które zaczęłam brać. Jakiś czas temu, zachęcona ładnymi opakowaniami i całkiem przyzwoitymi opiniami w sieci, skusiłam się na duet marki Huxley. Trafiła do mnie esencja przeznaczona do cery tłustej Essence Grab Water Secret of Sahara oraz maseczka Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm. Jak ten duet sprawdził się w tych trudnych i nietypowych jak na mnie warunkach? Przeczytajcie same!
Huxley Secret of Sahara
Huxley Secret of Sahara Healing Mask keep Calm
Pierwszym produktem marki Huxley, który miałam okazję testować w ostatnim czasie jest maseczka Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm. Jest to produkt nawilżająco - kojący, oparty na bazie ekstraktu z opuncji. Zawiera on również antyoksydanty, witaminę E i kwas linolowy. Produkt ten, otrzymujemy zapakowany w elegancką, papierową tubę, z której wyjmujemy takie oto zwykłe, plastikowe "coś". Tubka jest wygodna w użytkowaniu, ale wygląda ona tak skromnie, że aż nie kojarzy mi się z kosmetykami rodem z Korei xD Nie będę ukrywać, że bardzo przypadł mi do gustu zapach maseczki, który znacząco umila jej stosowanie. Prawdopodobne ze względu na ekstrakt z opuncji, jest on bardzo zielony, faktycznie lekko "kaktusowy", świeży oraz bardzo wyważony. Myślę, że zadowolone będą zarówno osoby, które są wrażliwe na zapachy, jak i te lubiące pięknie pachnące produkty. Konsystencja maseczki przypomina mi świeżo zrobioną, na pół ściętą galaretkę z maleńkimi drobinkami. Bardzo łatwo i przyjemnie nakłada się ją na twarz, a po aplikacji przyjemnie chłodzi :)
Huxley Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm
Zalecany przez producenta czas, przez jaki można trzymać maseczkę na twarzy, to około 5-10 minut. Ja zazwyczaj zmywałam ją wykorzystując limit do granic możliwości za pomocą celulozowej gąbeczki i letniej wody. Warto również wspomnieć, że częściowo wchłania się ona w skórę i naprawdę nie potrzeba szczególnie wiele produktu by pokryć całą twarz. Zaraz po użyciu cera faktycznie jest ukojona, a zaczerwienienia są znacznie mniejsze. Co ciekawe, skóra jest jednocześnie ładnie nawilżona, ale także lekko zmatowiona, jędrna, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Przy regularnym stosowaniu (2-3 razy w tygodniu) zauważyłam przede wszystkim wzrost nawilżenia mojej cery oraz mniej problemów z moimi czerwonymi policzkami. Myślę, że to duży plus. Ogólnie rzecz biorąc, używam jej z przyjemnością, ale jeśli oczekujecie spektakularnych efektów, możecie się zawieść. Dodatkowo, mimo tego że jest ona dedykowana każdemu rodzajowi cery, myślę że najlepiej sprawdzi się ona u osób ze skórą tłustą, bądź mieszaną. Jej cena to 22$ za 120g.
Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water
Drugim kosmetykiem, który testowałam, była esencja Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water. Jest to produkt głęboko nawilżający, przeznaczony głównie do cery mieszanej i tłustej. Zawiera on w sobie również ekstrakt z opuncji, mięty, witaminę E, kwas linolowy oraz antyoksydanty. Głównym zadaniem esencji, jest więc ochrona przed odwodnieniem i czynnikami środowiskowymi, oraz nawilżenie, odżywienie a także ukojenie skóry twarzy. Szklane opakowanie z pipetą, również otrzymujemy w papierowej tubie i w tym przypadku uważam, że całość jest skromna, ale jednocześnie bardzo elegancka. Buteleczka jest wygodna w użyciu i nie sprawia mi problemów podczas aplikacji. Jeśli chodzi o zapach, to jest on właściwie identyczny jak w przypadku maseczki - idealnie wyważony, absolutnie piękny i bosko "zielony" xD (tak, jestem zachwycona :P). Produkt ten ma konsystencję gęstej wody, którą bardzo łatwo rozprowadzić na twarzy i błyskawicznie wchłania się praktycznie do matu, pozostawiając po sobie uczucie wygładzenia. Dzięki ekstraktowi z mięty, zaraz po aplikacji Essence Grab Water bardzo przyjemnie chłodzi skórę :) Warto w tym miejscu wspomnieć także, że niestety nie jest to najwydajniejszy kosmetyk pod słońcem :P
Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water
Jak jednak spisało się ono w najważniejszej kwestii? Jeśli chodzi o działanie tegoż kosmetyku, od razu odnotowałam znaczącą poprawę w kwestii widoczności rumienia. Z kolei jeśli chodzi o nawilżenie, raz było ono dla mnie wystarczające, a raz nie (zależało to głównie od pogody), ale kosmetyk ten świetnie nadaje się jako serum nakładane pod spód, więc w dni kiedy widziałam, że skóra potrzebuje "czegoś więcej" decydowałam się jeszcze na nałożenie delikatnego kremu. Esencja jednak z pewnością pięknie łagodzi, rozjaśnia, wygładza, przyspiesza gojenie drobnych ranek, nie szczypie i wydaje mi się, że także reguluje wydzielanie sebum. Dodatkowo podczas jej stosowania z czoła zniknęło te kilka zaskórników, ale ciężko stwierdzić czy w jakiś sposób ona się do tego przyczyniła xD Ogólnie rzecz biorąc, ja jestem z niej zadowolona. Koszt esencji, to 35.70$ za 50ml.
Podsumowując moje pierwsze spotkanie z marką Huxley... Są to dobre kosmetyki, które ogólnie rzecz ujmując zdały u mnie egzamin, ale tak naprawdę, szczególnie porwał mnie głównie ich "zielony" aromat :D Jeśli macie więc tłustą, skłonną do zaczerwienień cerę, mogę Wam ten duet polecić, choć myślę, że jego ceny, w odniesieniu do wydajności i sposobu działania, mogłyby być niższe ;) Wiele produktów tej marki, znajdziecie między innymi na Jolse.
I teraz pytanie do Was... Jakie macie sposoby na pielęgnację skóry tłustej? Co polecacie kupić na punktowe niedoskonałości i "okołookresowe" pryszcze? xD Mam 29 lat i jestem zielona w temacie :P
P.S. Przepraszam Was za moją małą aktywność w sieci, lub ewentualne błędy ale od trzech tygodni ciągle walczę z gorączką oraz stanami podgorączkowymi i już powoli mam dość. Trzymajcie kciuki, żebym w jak najlepszym stanie dotrwała do 19 listopada! :D (kocham kolejki do specjalistów <3)