poniedziałek, 19 czerwca 2017

Skin79 Super+ Triple Functions Orange, czyli o jednym z moich pierwszych kremów BB słów parę

Podkłady porzuciłam (wychodzi, że teraz już na amen), mniej więcej w wieku 21-22 wiosen, czyli ponad 6 lat temu. W tak zwanym międzyczasie próbowałam szukać ideału, kupowałam przeróżne kosmetyki, szukałam wśród produktów wysokopółkowych, średnich i tych całkiem tanich. I co? Nic... W końcu w akcie desperacji zaczęłam przekopywać internet poszukując czegoś jasnego, co dobrze wyglądałoby na mojej skórze o dziwnym, szaroróżowosinym zabawieniu. Tak oto trafiłam na wizaż oraz markę Skin79, i od prawie 7 lat mam w kosmetyczce co najmniej dwa różne kremy BB tej firmy. Dziś więc pora na Skin79 Super+ Triple Functions Orange, który trafił do mnie jako drugi tejże marki, zaraz po wersji Gold. Kupiłam go ponownie po kilku latach i właśnie przyszła pora, aby wypowiedzieć się, czy powroty to dobra rzecz :P Zapraszam do lektury! ;)
Skin79 Super+ Triple Functions Orange
Krem BB jest zapakowany oczywiście w kartonik, wewnątrz którego znajduje się pomarańczowe opakowanie w kształcie walca mieszczącego 40g produktu. Pompka generalnie działa w nim bez zarzutu, choć pod koniec stosowania zaczyna trochę strzelać. Napisy pięknie tkwią na swoim miejscu, plastik się nie rysuje i chyba jedyne co mogę mu zarzucić, to to, że jest niezbyt poręczne w podróży. Jest to jednak bardzo naciągany problem, gdyż ja jeżdżę z nimi dosłownie wszędzie i jakoś dajemy radę ;) Na zużycie całości, mamy aż 12 miesięcy, czyli wg mnie w sam raz :) Warto również wspomnieć o tym, że tak jak w przypadku chyba wszystkich BB tej że marki, podczas nakładania, towarzyszy nam aromat kwiatów ;) 
Skin79 Super+ Triple Functions Orange
Wersja Orange, to chyba jedna z popularniejszych u nas w kraju. Dlaczego? Ano dlatego, że jako jedyna posiada w miarę ciepłe tony. Pewnie jesteście ciekawe, z jakiego powodu kupiłam sobie krem o takim zabarwieniu? Ano dlatego, że latem, gdy złapię trochę słońca (pod filtrem spf50, więc jest to naprawdę "trochę"), moja skóra odrobinę zmienia odcień, i z typowo zimnej, staje się raczej neutralna. Kolor Skin79 Orange po utlenieniu na mojej cerze, określiłabym również jako neutralny, beżowy, bez typowej przewagi tonów ciepłych (choć zimą barwi mnie nieco na żółto), ani chłodnych. Dużą jego zaletą, w przypadku stosowania w cieplejsze dni, jest bardzo wysoki filtr, bo aż SPF50 PA +++. 
Skin79 Super+ Triple Functions Orange
Konsystencja kremu BB jest bardzo komfortowa w użyciu. Produkt jest dość gęsty, ale jednocześnie stosunkowo śliski i łatwo rozprowadzić go po twarzy. A przypudrowany, trzyma się na mojej normalnej ostatnio skórze od nałożenia, aż do zmycia, w niemalże nienaruszonym stanie (jako wiecznie zakatarzonej, zazwyczaj trochę wyciera się w okolicy nosa). Co ważne, kosmetyk nie podkreśla suchych skórek i nie zbiera się w zmarszczkach, ani załamaniach skóry w celu złośliwego podkreślenia nierówności ;) Nie lubicie używać pudru? To również żaden problem. Z kremów BB marki Skin79, to właśnie Orange funduje nam najmniejszy glow, i choć jednak go posiada, to na pewno daleko mu do mokrego efektu "chok chok" uwielbianego przez Koreanki. Nieutrwalony jednak, może odbić się na telefonie, albo ubraniu (nie raz zebrałam "opeer" od mego męża, że znowu usmarowałam mu ciemną bluzkę :P). Co ważne, posiada on bardzo przyzwoite krycie i pięknie maskuje moje zaczerwienienia oraz naczynka, choć niektóre piegi potrafią spod niego delikatnie wyglądać ;) Poniżej możecie obejrzeć swatche wszystich moich kremów BB i zapewniam, że choć wyglądają na ciemne i zupełnie od siebie inne, po utlenieniu się wszystkie poza Skinfood Platinum Grape Cell świetnie dopasowują się do mojej cery (ten też nie jest za ciemny, tylko za żółty więc oddałam go mamie).
BB cream swatch dr.G Skinfood skin79
Czy krem faktycznie posiada właściwości rozjaśniające, nawilżające i przeciwzmarszczkowe? No chyba tak średnio, ale nie oczekuję, że kosmetyk kolorowy będzie robił za mnie to, co pielęgnacja. To ona jest podstawą dobrego wyglądu naszej cery, a krem BB to tylko dodatek (kiedyś nie kładłam pod BB nic, ale teraz już nie pomijam esencji, serum i kremu na dzień). Dla mnie ważne jest, że Orange nie wysusza, nie powoduje wysypu niedoskonałości (ale zmywam go dwuetapowo lub specjalną pianką do usuwania kremów BB) i nie wywołuje podrażnień na mojej twarzy.
Skin79 Super+ Triple Functions Orange review
Krem Skin79 Super+ Triple Functions Orange kosztuje od około 70 do 100zł. Ale czy za ponad pół roku codziennego stosowania, ze względu na szaloną wydajność to dużo? Moim zdaniem za tak dobry produkt - nie. Powrót po latach do mojego drugiego w życiu kremu BB okazał się bardzo udany! :) A Wy? Znacie ten kosmetyk? A może lubicie inny krem BB tejże marki? Albo macie całkiem innego faworyta? Dajcie znać!
P.S. Jeśli szukacie recenzji kremów BB ze zdjęcia na ręce - znajdziecie je tutututututu i tu

środa, 14 czerwca 2017

Oil Blossom Lip Mask Camelia Seed Oil Petitfee, czyli o całonocnych maskach do ust - epizod 2.

Jak zapewne dobrze wiecie, moje usta rządzą się swoimi prawami. Są nieznośne, kapryśne, mają nierówną pigmentację (na dolnej wardze z prawej strony mam megaelegancką, ciemniejszą plamkę wyglądającą jak pęknięte naczynko), w dodatku są dość duże (może nie jak u Angeliny Jolie, ale jednak miałam kompleks na punkcie ich rozmiaru) i skutecznie działa na nie naprawdę niewiele kosmetyków. Jako że fascynacja kosmetycznym rynkiem azjatyckim (a raczej głównie koreańskim) trwa u mnie w najlepsze, zainteresowałam się obecnymi tam całonocnymi maskami do ust. Pierwszą z nich, Laneige, niesamowicie polubiłam. Jak sprawdziła się zatem  sporo tańsza Oil Blossom Lip Mask Petitfee? Zapraszam do lektury!
Oil Blossom Lip Mask Petitfee
Maska do ust Petitfee jest umieszczona w szklanym, bardzo eleganckim, 15-sto gramowym opakowaniu ze srebrną nakrętką. Co ciekawe, z powodzeniem może ona służyć za lusterko. Skąd wiem? Ano stąd, że ja, z zerową koordynacją ruchową i wiecznymi problemami z przestrzenią, zawsze nakładam kosmetyki przed lusterkiem :P W przypadku tej maski, jest o tyle komfortowo, że po prostu nie muszę go szukać, bo podczas smarowania mogę przejrzeć się w nakrętce :D Brawo :P Sam słoiczek jest wygodny w użytkowaniu, dołączono do niego szpatułkę, więc bez problemu można zachować higienę :) 
Oil Blossom Lip Mask Petitfee
Konsystencja Oli Blossom Lip Mask Camelia Seed Oil Petitfee jest identyczna, jak w przypadku wspomnianej wyżej Laneige. Niby twarda, niby zbita, ale pod wpływem ciepła naszego ciała, zamienia się w delikatny olejek, który z łatwością rozprowadzimy nawet po najbardziej zniszczonych ustach. Zapach maseczki wydaje mi się świeży i delikatnie kwiatowy, ale z pewnością będzie on niemęczący nawet dla wrażliwych nosów. Co ciekawe, produkt ten, mimo iż przeznaczono go do stosowania na noc, jednak posiada jakiś posmak. Jaki? Również bardzo delikatny, lekko słodki, ale także nie przeszkadza on w użytkowaniu i przeszkadzać nie powinien - nawet jeśli ktoś jest wrażliwy na tym punkcie.
Oil Blossom Lip Mask Camelia Seed Oil Petitfee
Jak jednak z działaniem owej maski (wszak nie samym opakowaniem i zapachami kobieta żyje)? Szczerze? Jestem pod wrażeniem. Nie wiem jak jest u Was, ale w kwestii produktów do ust, ja po pierwszym użyciu mam świadomość, czy coś co kupiłam to bubel, przeciętniak, czy rewelacja. I ten produkt zdecydowanie należy do tej ostatniej kategorii. Dlaczego? Od razu po nałożeniu maski czuję ulgę i komfort, a moje wiecznie spierzchnięte usta w momencie przestają być ściągnięte. Co dla mnie wyjątkowo ważne - kosmetyk ten nie szczypie, nawet jeśli posmaruję sobie nim pęknięty kącik, albo inne newralgiczne miejsce. Przy regularnym stosowaniu, ciemniejsza, naczyniowa plamka zniknęła niemal całkowicie, a wargi praktycznie cały dzień są jędrne, gładkie, nawilżone, odżywione i gotowe do malowania nawet matowymi pomadkami. Ja jestem usatysfakcjonowana i cieszę się, że Oil Blossom Lip Mask Camelia Seed Oil Petitfee trafiła pod mój dach, bo stała się moim kolejnym "must have" w kwestii pielęgnacji ust.
I teraz podsumowanie - po recenzji maski do ust Laneige, kilka z Was pisało, że chętnie by ją wypróbowało, ale jest po prostu za droga... A więc ta, marki Petitfee, absolutnie nie odstaje jakościowo od poprzedniczki, a jest znacznie tańsza. W moim ulubionym ostatnio sklepie "od koreańskich nowości" - Jolse - kosztuje ona 9.33$ (około 35zł), przesyłka bez śledzenia jest darmowa, a za pierwszy zakup dostaje się bodajże 3$ zniżki (do zrealizowania przy zakupach powyżej 20$). Miałyście już okazję stosować całonocne maski do ust? A może polecacie jakiś inny, skuteczny produkt do ich pielęgnacji? Dajcie znać! :)

czwartek, 8 czerwca 2017

Kosmetyczny Hand Made, czyli o moich obawach i pierwszym samodzielnie zrobionym produkcie

Nie będę kłamać i mydlić nikomu oczu - do tej pory nie byłam zwolenniczką robienia kosmetyków. Wszystko co wymagało czegoś więcej, niż nałożenia na siebie, zaraz lądowało zapomniane. Dlaczego? Hm... Ciężko stwierdzić. Trochę dlatego, że trzeba się wysilić i coś wymieszać, trochę też dlatego, że nie znałam żadnych przepisów. Dlaczego jeszcze? Dlatego, że średnio wierzyłam w działanie tego typu produktów. I tak tkwiłam sobie w swoim bezpiecznym azylku, aż napisała do mnie Manufaktura Kosmetyczna z propozycją wypróbowania ich peelingu morelowego do samodzielnego przygotowania. Wtedy zaczęła się analiza... Ale to wymieszać by trzeba, nie wiadomo co to będzie, a może do niczego, a może coś jeszcze, albo mnie zje pod prysznicem albo Bóg jeden wie, co dalej. Ciekawość jednak wygrała i postanowiłam spróbować. Tak, świat się kończy, ja Ewelina z nazwiskiem po mężu postanowiłam zrobić coś sama. Stwierdziłam, że najwyżej mi się nie spodoba. A w gruncie rzeczy to tylko krowa nie zmienia poglądów i raz kozie śmierć. I poprosiłam o paczkę...
Manufaktura kosmetyczna, Olej z pestek moreli, peeling z pestek moreli, witamina E
W ten oto psychicznie trudny sposób, stałam się zakłopotaną posiadaczką Oleju z Pestek MoreliPeelingu z Pestek Moreli, oraz Witaminy E. Nazwy produktów przekierują Was bezpośrednio do opisu producenta, w razie gdyby ktoś chciał pogłębić wiedzę ;) I paradoksalnie nie będę się skupiać dziś na nich, tylko na tym, co z ich zawartości wyszło...
Manufaktura kosmetyczna, Olej z pestek moreli, peeling z pestek moreli, witamina E
Witamina E, jako surowiec kosmetyczny, ma postać lekko tłustego, pomarańczowo - brązowego płynu o dziwnym, aptecznym zapachu. Olej z pestek moreli, jak przystało na olej jest tłusty, odżywczy, oraz posiada lekko orzechowy aromat, który można podciągnąć również pod migdały, a z kolei pestki moreli, to zwykły przemielony proszek. I właściwie to koniec. Ale, ale... Po złączeniu składników dzieje się magia!
Manufaktura kosmetyczna, peeling z pestek moreli
Po zmieszaniu wszystkiego według przepisu na stronie (1 łyżeczka peelingu, 2 łyżeczki oleju i 10 kropli witaminy E), otrzymujemy gęstą, olejową maź, w której zatopiona jest masa naturalnych drobinek. Po stworzeniu kosmetyku, bez emocji pomyślałam "I już? To naprawdę proste..." - oraz pomaszerowałam pod prysznic. Dopiero tam, zrozumiałam, jak się pomyliłam (a już naprawdę rzadko mi się to zdarza!). Przed użyciem, produkt należy przemieszać, bo olej, który wlewamy do środka wypływa na wierzch, a drobinki moreli, siłą rzeczy spływają na dno. Trochę trudno nakłada się go na ciało, bo potrafi spaść z palców, ale za to można wykonać nim bardzo przyjemny masaż. Muszę przyznać, że mimo niepozornego wyglądu, to jeden z najostrzejszych peelingów, jakich miałam okazję używać ;) Dla fanek porządnego drapanka - polecam gorąco ;) Osobiście średnio odpowiadał mi jego orzechowo - migdałowy aromat, ale przy kolejnym użyciu bez problemu "zabiłam go" olejkiem lawendowym :) 
Manufaktura kosmetyczna, peeling z pestek moreli
Jeśli chodzi o samo działanie - jestem w szoku. Ale takim bardzo pozytywnym, naprawdę. Peeling nie szczypie, przyjemnie się go używa, a po zastosowaniu - piałam z zachwytu! Skóra była miękka, jędrna, gładka, pięknie nawilżona oraz natłuszczona (mogłam sobie odpuścić balsam na noc ;)), a wszelkie nierówności na przedramionach zniknęły bezpowrotnie. Warto też wspomnieć o tym, że jak wiecie - cierpię na łuszczycę. I czasem peeling wywołuje u mnie ból, albo pogarsza wygląd owych plamek. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, nawet miałam wrażenie, że po jego użyciu stan skóry się poprawia - i tu podejrzewam, że może to być zasługa witaminy E. Jednak pal licho to wszystko. W największy szok, wprawił mnie fakt, że pomógł on mojemu mężowi, cierpiącemu na paskudne rogowacenie okołomieszkowe. Walczymy z tym zaciekle od jakichś 9 lat i praktycznie nic nie pomagało. A tu szok (kolejny już) - przy regularnym użytkowaniu jego ramiona są niemal całkowicie gładkie, a skóra nie jest już tak zaogniona...
A teraz znowu pora na kilka moich przemyśleń. Podchodziłam do tego "produktu" jak pies do jeża i nie spodziewałam się fajerwerków, a naprawdę pozytywnie mnie on zaskoczył. Za każdym razem możemy zrobić sobie świeżą porcję, działanie jest wręcz boskie, wydajność bardzo wysoka, a cena - jak za kosmetyk w pełni naturalny oraz genialnie działający - całkiem niezła. (olej to koszt 28zł, peeling 17 a wit. E - 16zł). Ja jestem na tak. Nawet bardzo. A Wy? Robicie same kosmetyki? A może macie jakieś sprawdzone przepisy? Dajcie znać! Z chęcią poczytam, bo sama zobaczyłam, że warto się tym tematem zainteresować ;)

sobota, 3 czerwca 2017

Shinybox Pretty. Happy. You. czy Urok XIII, czyli o tym, który box podoba mi się bardziej słów kilka

W ostatnim miesiącu dotarły do mnie dwa nowe pudełeczka tworzone przez ekipę Shinybox. Jedno z nich to majowa edycja Pretty. Happy. You. a drugie - Inspired by Urok XIII. Kosztują tyle samo, mają takie same kartoniki, jednym jestem zachwycona, drugim mniej. Którym? I dlaczego? Zapraszam na małe porównanie! :)
Inspired By Urok XIII
Pudełko Inspired by Urok XIII zawierało tym razem aż 7 produktów. Pierwszym, który najbardziej zwrócił moją uwagę jest Skoncentrowane Serum Tlenowe O2 Skin. Było ono dodawane do boxów wymiennie z dwoma kremami, jednak ja od samego początku miałam ochotę właśnie na nie. Jestem więc niezmiernie zadowolona, że tym razem mi się poszczęściło i wylądowała u mnie ta pożądana wersja pudełeczka. Serum zawiera wysoką zawartość tlenu, przez co skutecznie zapobiega starzeniu się skóry, utracie wody, spadku napięcia i elastyczności. Ma również nawilżać, odżywiać, a także poprawiać koloryt skóry. Marka jest dla mnie stosunkowo nowa, jednak niezmiernie interesująca. Mam nadzieję, że obietnice producenta zostaną spełnione! Tylko niestety kosmetyk musi poczekać na swoją kolej :D Jego cena wynosi aż 209zł.
Inspired By Urok XIII O2 Skin Bioteq Tutti Frutti Efektima
Drugim produktem, który znalazłam w pudełeczku był Sztyft Ochronny przeciw Otarciom Bioteq. Był on dodawany do boxów wymiennie z Kojącym Sztyftem po Ukąszeniu Owadów, który mam już w domu (i o dziwo jest skuteczny!), więc cieszę się, że trafiłam na coś innego. Jednak z racji tego, że moje stopy są mało wymagające, a ja zazwyczaj chodzę w wygodnych butach, to otarcia, pęcherze i tego typu "wypadki" praktycznie mi się nie zdarzają. Kosmetyk powędrował więc do siostry ciotecznej, która ma z tym problem. Mam nadzieję, że u niej się sprawdzi ;) Koszt? 14.20 ;) Tutti Frutti zafundowało nam Mgiełkę do Ciała. Ja trafiłam na średnio wystrzałowy zapach Gruszka&Żurawina, jednak sam kosmetyk wydaje mi się całkiem przyjemny. Producent obiecuje nawilżenie, wygładzenie oraz regenerację skóry, i muszę przyznać, że to faktycznie ma miejsce. Grucha powędruje do mamy, bo bardzo jej się spodobała, a ja chyba kupię sobie wersję z brzoskwinią i mango bo działanie jest dla mnie interesujące :P Cena mgiełki to 10.50 :) Efektima z kolei obdarzyła nas Serum Antycellulitowym CELLU-LIFT, pachnącym kawą. Jest to tylko miniaturka, ale sam kosmetyk wydaje mi się całkiem ciekawy, więc chętnie ją wypróbuję. Koszt pełnowymiarowego kosmetyku to 28.28zł.
Inspired By Urok XIII Catrice Golden Rose Neess
Tym razem, do pudełeczka dołączono również odrobinę kolorówki i ciekawy gadżet ;) Marka Neess przygotowała Pilnik Odlepiany 6w1. Z pewnością wystarczy nam on na dłużej niż klasyczny, ponieważ po zużyciu jednej warstwy, odklejamy ją i zabawa trwa od nowa ;) Cena takiego cuda to 5.49. Super, bo mój papierowy pilnik akurat wymaga wymiany :P Drugim produktem tejże marki jest Olejek do Skórek i Paznokci. Moje zawsze są w średnim stanie, więc tego typu produktów używać muszę, ale aktualnie mam ich taki nawał, że wraz z Sztyftem Bioteq powędrował on do kuzynki. Mam nadzieję, że jej posłuży ;) Kolejnym produktem, który znalazłam w pudełku, jest Maskara Glam&Doll Catrice. Ma ona sylikonową szczoteczkę, producent obiecuje efekt sztucznych rzęs, a ja nie mam w zapasie żadnych tuszy. Ekstra! Niedługo zatem pierwsze testy, a tymczasem bardzo mi miło, że w końcu znalazłam w boxie jakiś ciekawy tusz do rzęs. Jego cena regularna to 16.99zł. Ostatnim już produktem z tego pudełka, jest Baza pod Pomadkę Golden Rose. Kosmetyk ma nawilżać wargi, uwydatniać kolor pomadki i sprawić, że będzie się ona utrzymywała dłużej. Pierwsze testy już za mną i powiem szczerze, że po jej użyciu usta faktycznie są mniej wysuszone nawet po matowej pomadce, a makijaż trwa na nich dłużej. Mam jednak wrażenie, że baza niestety nie ułatwia nałożenia szminki :P Ale mimo wszystko bardzo cieszę się z obecności tego produktu w pudełeczku, ponieważ sama miałam zamiar go kupić. Jego cena wynosi 14.90.
Shinybox maj Happy. Pretty. You.
I tym sposobem dobrnęłyśmy do zawartości majowego Shinybox o nazwie Happy. Pretty. You. Produktem - gwiazdą, jest w tej edycji zdecydowanie Krem do Twarzy Extra Rich Cream Nourishing Naobay. Marki niestety nie poznałam do tej pory osobiście, ale miałam szansę usłyszeć na jej temat bardzo wiele dobrych rzeczy, więc ten produkt ucieszył mnie najbardziej z całego boxa. Mam w zapasie sporo kremów do wypróbowania, także będzie musiał on trochę poczekać, ale same przyznajcie, że organiczne składniki, obietnica nawilżenia, odżywienia i zwiększenia elastyczności skóry brzmi bardzo dobrze? :D Cena kremu, to 210zł, więc właściwie warto kupić pudełeczko wyłącznie dla niego ;)
Shinybox maj Happy. Pretty. You. Bielenda Naobay Farmona
Kolejnym produktem, który znalazłam w pudełeczku, jest Korektor Punktowy #Insta Perfect Matt&Clear Bielenda. Szczerze powiem - przez ostatnie 10 lat miałam na twarzy może z 10 pryszczy, z czego cztery przez ostatnie kilkanaście miesięcy, co ponoć spowodowane jest lekami które biorę. Będzie to więc produkt do tak zwanego "użytku domowego". Z pewnością przyda się on bardziej mężowi i bratu, gdyż z całej rodziny to właśnie oni mają największe problemy z tymi oto sprawami. I całe szczęście, bo szczerze powiem, że ja to już chyba wolę tę oswojoną łuszczycę niż trądzik :P (nie chcę być niemiła czy coś, mam na myśli to, że swoje jednak zawsze lepsze, bo znane :D) Ale może w razie potrzeby też z niego skorzystam, bo ponoć dobrze łagodzi zaczerwienienia i podrażnienia ;) Jego cena to 11.13zł, i był on dodawany do pudełek wymiennie z innymi produktami z tej serii :) Ostatnim produktem na powyższym zdjęciu jest Maseczka do Twarzy z Olejkiem Arganowym Herbal Care. Nie lubię produktów w saszetkach, ale ten jest przeznaczony do skóry suchej, więc na pewno ją zużyję ;) Mam nadzieję, że obietnice producenta zostaną spełnione, a cera faktycznie będzie po niej bardziej nawilżona, odżywiona i zregenerowana. Jej koszt, to 2.50zł.
Shinybox Happy. Pretty. You. creightons synchroline fa
Kolejnym produktem znalezionym w pudełku, okazał się Szampon do Włosów Argan Smooth Creightons. I w jego przypadku obietnice wyglądają bardzo dobrze... Zawartość przeciwutleniaczy, oleju arganowego, nawilżenie, gwarancja miękkości, połysku oraz zdrowia brzmią zachęcająco, jednak ja boję się go używać :P Przez moją kochaną łuszczycę oraz fakt, że szaleje głównie na skórze głowy, trzymam się dwóch - trzech sprawdzonych produktów, i żeby nie pogorszyć sprawy, nie robię eksperymentów (tak sobie przyrzekłam :P). Nie ma jednak tego złego! Szamponem zainteresowała się moja mama i zanim zdążyłam powiedzieć, że nie będę go testować, to zdążyła mnie o niego poprosić. Oddałam bez żalu, zdrowie ważniejsze ;) Jego koszt to 19.90 :) Drugim, również newralgicznym kosmetykiem z tego zdjęcia jest Roll On Soft&Control Fa. Poniekąd z nim sytuacja jest identyczna. Używam jednego, sprawdzonego antyperspirantu, bo od innych wszystko mnie swędzi, plus czarne ubrania magicznie stają się białe i po prostu nie mam ochoty na zmiany. Ale jak wyżej - na własne potrzeby zaadaptowała go moja mama ;) Cena? 8.99 za opakowanie. Ostatnim z produktów są próbki Synchroline. Nie miałam jeszcze styczności z tą marką, więc z chęcią zobaczę, co mają do zaoferowania :) W skład tego zestawu pielęgnacyjnego wchodzi krem anti-aging z witaminą C, krem do skóry pozbawionej jędrności i elastyczności, krem do skóry pozbawionej blasku, oraz krem rozjaśniający z filtrem spf 50+.
Shinybox Happy. Pretty. You. Inspired by Urok XIII
W ramach podsumowania pewnie nie muszę pisać zbyt wiele, bo same domyśliłyście się, że w maju moim faworytem zostało pudełeczko Inspired By Urok XIII :) Według mnie jest spójne, przemyślane, zawartość bardzo mi się podoba i w zdecydowanej większości się ona przydała, bądź pozwoliła mi poznać jakiś ciekawy produkt. Co do Shinybox mam mieszane uczucia. Niby kosmetyk Naobay jest interesujący, ale cała reszta jest dla mnie mało przydatna... Jednak jak już pisałam - tak naprawdę opłaca się je kupić jedynie ze względu na powyższy krem, więc nie skreślam go całkowicie. Nie zmienia to jednak faktu, że to właściwie jedynie rzecz gustu i w moim przypadku - problemów skórnych ;) A Wy jakie macie zdanie na temat tych pudełeczek? Które podoba Wam się bardziej? A może skusiłyście się na któreś z nich? Dajcie znać! :)