poniedziałek, 6 lipca 2020

Frudia Green Grape Pore Control Cream, czyli o lekkim nawilżaczu na lato słów parę

O kremie Frudia Green Grape Pore Control pisałam co nieco już w poprzednim poście na temat ulubieńców ostatniego kwartału. Nie wiem jak Wam, ale mnie w cieplejsze miesiące stosunkowo ciężko znaleźć coś lekkiego, a jednocześnie wystarczająco nawilżającego, by moja skóra była zadowolona i zachowała zdrowy balans - szczególnie mam tu na myśli pielęgnację poranną. Dodatkowo bardzo lubię kremy do twarzy o konsystencji żelu i zdecydowanie najchętniej takowych używam. Jak więc jest z moim ostatnim, winogronowym odkryciem? Już Wam mówię!
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Frudia Green Grape Pore Control Cream umieszczony jest w prześlicznym, lekko opalizującym słoiczku ze szkła, który kształtem przypomina mi baryłkę miodu Kubusia Puchatka :D Smaczku nadaje mu też finezyjna, plastikowa nakrętka. Na początku myślałam, że taka forma nie będzie zbyt wygodna, ale szpatułką czy palcem nabierzemy kosmetyk bez problemu. Całość zawiera 55ml produktu i o ile dobrze pamiętam krem jest ważny rok od otwarcia. Niestety producent nie dołączył do niego żadnej szpatułki, jednak nie jest mi ona szczególnie niezbędna do życia ;)
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Co mówi na temat Frudia Green Grape Pore Control Cream producent? Tanina i witamina E nawadniają oraz oczyszczają skórę, a pantenol łagodzi powstałe na niej podrażnienia. Głównym składnikiem  kremu jest ekstrakt z winogron, który znajduje się już na pierwszym miejscu w składzie (jest to dość nietypowe, wszak na tej pozycji najczęściej pojawia się woda). Poza tym krem ma posiadać lekką konsystencję, idealnie nadawać się do każdego rodzaju cery (w tym tłustej), nawilżać, pielęgnować i nawadniać szorstką, matową skórę.
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Krem ma lekko zielonkawą barwę i co ciekawe - jest on jakby matowy! Mam nadzieję, że zauważycie to oglądając zdjęcia. Całość naprawdę przepięknie i bardzo naturalnie pachnie winogronami. Z tego, co czytałam, zapach ten zawdzięczamy specjalnej technologii przetwarzania owoców przez producenta. Nosi ona nazwę R Vita W i polega na pozyskiwaniu składników odżywczych w niskiej temperaturze w celu dostarczenia skórze jak największej ilości cennych przeciwutleniaczy. Ekstrakty z nasion oraz owoców są przetwarzana z niezwykłą starannością, aby zachować ich barwę oraz zapach. I naprawdę czuć to po otworzeniu słoiczka! Podobnie pachniały dojrzałe, zielone winogrona zebrane w ogródku dziadków kilkadziesiąt lat temu... Konsystencja kremu to z kolei leciutki żel, który solo wchłania się niemalże do matu (bez klejenia! ;)), pozostawiając naszą cerę gładką i miękką. Łatwo się go rozprowadza, pięknie współpracuje z każdym serum nakładanym pod spód oraz co najważniejsze - bez problemu mogę wklepać go w twarz przed filtrem serwując sobie dodatkową dawkę nawilżenia, bez obaw, że coś pójdzie nie tak z SPF, bądź makijażem ;) Dobrze spisywał się także jako ostatni etap w pielęgnacji nocnej, wspomagający zamknięcie wewnątrz skóry nawilżenia pochodzącego z dobrej emulsji lub serum.
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Co jednak z działaniem Frudia Green Grape Pore Control Cream? Według mnie jest to produkt, który pomimo swej lekkości, serwuje skórze całkiem przyjemny poziom nawilżenia. Zmarszczki stały się mniej widoczne, a cera miękka, jędrna, gładka i sprężysta. Co dla mnie szczególnie ważne - nie podrażniał, nie powodował powstawania rumienia, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że lekko go łagodził. Nie zaobserwowałam też żadnych reakcji alergicznych, nowych zaskórników, bądź wysypu jakichkolwiek innych zmian. Dla mnie ważną rzeczą było także to, iż nie szczypał nawet nakładany na lekko podrażnione obszary skóry i stosowany regularnie, zapewniał mi odpowiednią dbałość o barierę hydrolipidową w cieplejsze miesiące ;)
Douglas Frudia Green Grape Pore Control Cream kosztuje 109.90zł, ale bez problemu można upolować go taniej podczas nocy zakupów albo promocji na produkty pielęgnacyjne. Ja z pewnością w przyszłości chętnie do niego wrócę. A Wy jakiego kremu używacie, jak przychodzi lato? Znacie markę Frudia? Miałyście już jakieś ich produkty? Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 30 czerwca 2020

Szczęśliwa piątka drugiego kwartału, czyli o moich ulubieńcach słów parę

Ostatni ulubieńcy pojawili się na blogu trzy miesiące temu i chyba jeszcze nigdy, żaden kwartał nie zleciał mi w tak szalonym tempie. Sporo się działo (mimo że życie częściowo zamarło), nie zabrakło nagłych zwrotów akcji, nerwowych momentów i masy problemów, choć bywało także pozytywnie. Jak zwykle w całym tym bałaganie, znalazł się również czas na kosmetyki i wyłonienie nowych perełek, więc jeśli jesteście ciekawe, zapraszam serdecznie do lektury!
Ulubione kosmetyki black liner
lancome monsieur big nyx glitter primer
1. Lancome Monsieur Big Tusz do Rzęs - nie będę kłamać... Przez pierwsze dwa tygodnie miałam z nim dość trudną relację. Do tego stopnia, że myślałam, iż nic z naszej znajomości nie będzie :D Jednak później, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęliśmy się dogadywać i Monsieur Big pomógł mi tworzyć piękny wachlarz rzęs, kiedy tylko zechciałam. Można wręcz rzec, że samodzielnie jest on w stanie wyczarować cały makijaż oka... Tusz jest bardzo trwały, pięknie wydłuża oraz podkreśla rzęsy, ale trzeba nauczyć się nim obsługiwać. Jak na moje standardy, jest również bardzo wydajny. Ma klasyczną szczoteczkę i zaraz po otwarciu jest dość "mokry". Mimo dość trudnych początków, za efekt jaki gwarantuje, oraz genialną trwałość, trafia do mojego ostatniego TOP 5 :) (I love dots, dziękuję Ci za prezent ;*)
2. Nyx Glitter Primer Baza pod Brokat i Cienie do Powiek - To chyba kosmetyk już niemalże kultowy. Warto jednak wspomnieć, że genialnie sprawdził się także u mnie. W zimnie i cieple, na weselu i w ciągu dnia, w przypadku cieni brokatowych, satynowych oraz matowych. Zawsze i w każdych warunkach mogę na niego liczyć. Świetnie utrwala, pięknie podbija kolory cieni oraz pomaga wyczarować każdy makijaż. Ten dzienny, ten wieczorowy, dosłownie każdy...
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
3. SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum  - chyba mój największy pielęgnacyjny hit ostatnich miesięcy, którego obszerną recenzję znajdziecie tutaj. O dobrych kosmetykach zawsze jednak warto napisać jeszcze raz, więc się powtórzę: to genialny produkt dla osób z przebarwieniami, piegami i narzekających na szary koloryt cery. Zawiera głównie witaminę C i 5% niacynamidu, a używane dwa razy dziennie, naprawdę robi na twarzy cuda. Serum stosowane w towarzystwie odpowiednio dobranej pielęgnacji, powinno sprawdzić się zarówno u posiadaczek skóry suchej, jak i tłustej. Dla mnie to mały geniusz i już kupiłam kolejne opakowanie.
4. Frudia Green Grape Pore Control Cream - to krem dla cery tłustej wyrównujący gospodarkę hydro-lipidową skóry, stworzony na bazie 81% ekstraktu z winogron. Dla mnie to genialny żel nawilżający na dzień, do stosowania pod wszelkiego rodzaju filtry, albo jako ostatni etap w pielęgnacji nocnej, wspomagający zamknięcie wewnątrz skóry nawilżenia pochodzącego z dobrej emulsji lub serum. Zastosowany solo wchłania się niemalże do matu, pozostawia bardzo przyjemną w dotyku skórę i mimo swej lekkości, całkiem porządnie nawilża, jednocześnie nie powodując problemów z rumieniem, alergiami i zapychaniem, a ostatnio bardzo u mnie o to łatwo. Dodatkowo ma wspaniałą konsystencję leciutkiego żelu i przepiękny zapach! W sam raz na lato ;)
Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej
5. Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej - Pełną recenzję tego produktu już można znaleźć na blogu w tym miejscu. Jest to kosmetyk, który ostatnio robi zawrotną karierę na instagramie i przyznać muszę, że trafił on także do moich ulubieńców. Dla mnie ma on same zalety. Posiada przyjemną, żelową konsystencję, nieźle się pieni i dobrze oczyszcza, ale jednocześnie ma neutralne pH oraz nie narusza bariery hydrolipidowej. Jest także niesamowicie wydajny i na dobrą sprawę można się nim myć od stóp, do głów, co czasami czynię, szczególnie na wyjazdach. Bardzo go lubię, też kupiłam już kolejne duże opakowanie. 
I to już wszystko na dziś. Znacie może któregoś z moich ulubieńców? A może miałybyście ochotę poznać? Podzielicie się, co Wam ostatnimi czasy przypadło do gustu? Dajcie koniecznie znać!

środa, 24 czerwca 2020

Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ z Topestetic, czyli chronimy się przed słońcem

Dla osób chorych reumatologicznie, skuteczna ochrona przeciwsłoneczna jest wyjątkowo ważna. Tradycyjnie mówi się zazwyczaj o tym, że promieniowanie wywołuje nowotwory skóry i przyspiesza starzenie, ale dla nas ma to jeszcze jeden wymiar. Kąpiele słoneczne mogą spowodować pogorszenie się stanu zdrowia, oraz różnego rodzaju alergie skórne. U mnie był to jeden z pierwszych objawów choroby, delikatnie dający o sobie znać już w okresie nastoletnim, a intensywnie dający popalić od jakiejś dekady. Można więc uznać, że używałam wysokich filtrów zanim to było modne :P Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś zapomniałam posmarować dekolt, a potem porobiły mi się na nim dziwne wrzody, które potem zmieniły się strupy. Na koniec - przez rok walczyłam z brzydkimi bliznami. Wszystko było oczywiście okraszone drogim leczeniem dermatologicznym... Z racji zamkniętych granic, zdecydowałam się na przetestowanie dostępnego w Topestetic Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ :) Jak się on u mnie spisał? Już Wam mówię ;)
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Co mówi o nim sam producent? "Laser Sunscreen 100 SPF50+/PA+++ zapewnia najwyższą ochronę przeciwsłoneczną SPF 50+/P+++. Filtr polecany jest do każdego rodzaju skóry z oznakami starzenia, oraz wymagającej wysokiej ochrony przed czynnikami zewnętrznymi. Wysoce skuteczny, szczególnie jako ochrona po zabiegach medycyny estetycznej: laserowych, mikrodermabrazji i epilacji. Zawiera niezwykle silne potrójne działanie. Formuła filtru swoja skuteczność opiera na nano-mikrocząsteczkach tlenku cynku, które intensywnie chronią skórę przed promieniowaniem UV oraz wolnymi rodnikami. Zawarte w kremie składniki przeciwzmarszczkowe hamują proces starzenia się skóry i intensywnie regenerują. Dzięki swej lekkiej konsystencji bloker szybko się wchłania pozostawiając półmatową bazę pod makijaż. Doskonale rozjaśnia i ujednolica koloryt skóry. Filtr może być stosowany jako krem do twarzy." Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ umieszczono w eleganckiej, płaskiej tubce, utrzymanej w aptecznej stylistyce. Jest ona higieniczna, łatwo wydobyć z niej kosmetyk i ma komfortowy dziubek, ale niestety łatwo zbiera wszelkie "rysy" oraz dość szybko się niszczy. Całość zawiera 50ml produktu i jest ważne 12 miesięcy od otwarcia. 
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ ma lekką konsystencję przypominającą coś pomiędzy emulsją, a rzadkim kremem. Zapach produktu jest delikatny, świeży i niemęczący, czuć go chyba jedynie w opakowaniu oraz podczas nakładania na twarz. Co ważne - filtr nie szczypie w oczy oraz łatwo się rozprowadza (tak, nakładając SPF pamiętamy też o powiekach, uszach i innych "zakamarkach"). Jeśli chodzi o bielenie - ciężko jest mi się wypowiedzieć. Generalnie mnie żaden filtr nie rozjaśnia, ponieważ ja już jestem niemalże biała xD Wydaje mi się jednak, że nałożony w dużej ilości może to delikatnie robić, wszak pod nim mój rumień i przebarwienia są jakby trochę bledsze. 
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Co w takim razie z wykończeniem jakie funduje nam Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++? Po około kwadransie od nałożenia, już po całkowitym wchłonięciu pozostawia on na mojej twarzy lekki, satynowy film. W pełni komfortowy, przyjemny w noszeniu. Twarz czeka tylko na nałożenie makijażu, lub lub samego pudru. Można oczywiście nosić go także "solo", ale ja przeważnie zawsze nakładam na filtr chociaż puder ;) Takie małe zboczenie :D Z racji tego, że większość czasu spędzam w domu, nie reaplikowałam go już w ciągu dnia. Makeup wygląda na nim dobrze cały dzień. Czasem pod tenże filtr kładłam jakiś lekki krem nawilżający, ale generalnie nie jest to regułą i według mnie raczej nie wymaga on tego typu zabiegów ;)
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ faktycznie dobrze chronił mnie przed słońcem. Nie odnotowałam żadnych nieprzyjemnych reakcji na twarzy, nie pojawiły się żadne nowe piegi, ani przebarwienia. Skutków ubocznych typu zapychanie, wysyp niedoskonałości albo egzem czy alergii także u mnie nie było. Muszę przyznać, że to bardzo przyjemny produkt do codziennego stosowania, choć ma drobne wady. Jak każdy filtr stosowany w odpowiedniej ilości, nie jest szczególnie wydajny. W cenie regularnej jest także dość drogi, wszak cena tubki to dokładnie 150zł. A trzecia wada? Wytworzona przeze mnie trochę na siłę, ale widziałam już filtry z czterema plusikami, więc i tu mógłby się on pojawić :D Poza tym - naprawdę polecam :)
Znacie markę Cell Fusion C? Miałyście już okazje testować ich produkty? Jaki jest wasz ulubiony filtr przeciwsłoneczny? Może coś polecicie? ;)

środa, 17 czerwca 2020

Jowaé Nourishing Lip Balm - czy zadbał o moje usta jak należy?

Usta od kilku dekad są chyba najbardziej wymagającym obszarem mojego ciała ;) Przetestowałam  już dziesiątki pomadek, balsamów i olejków, chodziłam z nimi po dermatologach, a do dziś bardzo często czuję, że są ściągnięte i wysuszone. Dlatego produkt do pielęgnacji ust mam ze sobą wszędzie (przy noszenia masek wargi dostają u mnie "popalić" jeszcze bardziej), a spać nie pójdę bez demakijażu i nałożenia pomadki :D Jak więc na takim trudnym gruncie spisała się pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm? Czy dała sobie radę? Zachwyciła mnie, a może okazała się niewypałem? Już Wam mówię ;)
Jowaé Nourishing Lip Balm
Pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm ma formę klasycznego, wykręcanego sztyftu, który wykonano w całości z plastiku. Jest on dobrej jakości, nie rysuje się noszony w torebce i kieszeni oraz mimo prostoty - wydaje się przyjemny dla oka, choć ja chętnie zobaczyłabym na nim jakąś roślinkę, tak jak ma to miejsce w pozostałych kosmetykach marki. Sztyft łatwo się wykręca, nie wysuwa sam i bez problemu można schować nadmiar do środka (miałyście kiedyś takie pomadki, które trzeba było wpychać palcem? xD). Sam produkt ma idealny poziom twardości, gdyż nie "rozmaśla się" na ustach, ani nie jest zbyt twardy. Po prostu idealnie po nich sunie i można go nałożyć bez żadnego dyskomfortu nawet na pękniętych lub skaleczonych wargach. Całość zawiera 4 gramy produktu, a sztyft jest ścięty na płasko. Ale uwaga: niestety jest on źle osadzony i "gibie się" w opakowaniu :/
Jowaé Nourishing Lip Balm
Smaku Jowaé Nourishing Lip Balm nie posiada, ale pachnie lekko mieszanką olejów. Nie jest to ani bardzo przyjemna woń, ani nic odrzucającego. Dodatkowo czuć ją jedynie w opakowaniu. Co mówi o swoim kosmetyku producent? "Antyoksydacyjne Lumifenole wraz z odżywczym olejem z kamelii chronią przed działaniem negatywnych czynników zewnętrznych. Masło shea, wosk pszczeli i Candelilla pogłębiają rewitalizację ust, zwalczają suchość tworząc na nich przyjemną powłokę, a olej ze słodkich migdałów przynosi ukojenie, a także niweluje podrażnienia. Dodatkowe odżywienie i nawilżenie dostarcza ekstrakt z pestek słonecznika. W efekcie usta zachwycają pięknym blaskiem oraz doskonałą miękkością! Produkt zwiera 99% składników pochodzenia naturalnego." Pomadkę można bez problemu stosować solo, bo pozostawia ładne, lekko błyszczące wykończenie. Jowaé Nourishing Lip Balm dość długo utrzymuje się ona na ustach, więc nie trzeba ciągle ich smarować. Mam jednak wrażenie, że podczas jej noszenia, są one jakby "obklejone"... Średnie uczucie.
Jowaé Nourishing Lip Balm
Jak zatem Jowaé Nourishing Lip Balm działa? Według mnie bardzo przeciętnie... Po nałożeniu na usta, nie czuję ukojenia ani szczególnego nawilżenia. Jeśli wargi były suche, to nawet po posmarowaniu ich odczuwam lekkie ściągnięcie. Przy regularnym użytkowaniu nieznacznie poprawia kondycję warg, ale nie na tyle, by zrezygnować z nocnej pielęgnacji Nuxe Reve de Miel i pozwolić jej działać "solo"... Mam wrażenie, że pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm moich ust nie nawilża, nie regeneruje i nie odżywia, a jedynie zapobiega pogorszeniu ich stanu w ciągu dnia. Na szczęście jednak nie wywołuje u mnie potrzeby nakładania jej "na okrągło" ani nie wysusza. Czy to trochę nie zbyt mało, jak na sztyft za 20zł? Szczerze Wam przyznam, że oczekiwałam dużo więcej, szczególnie po świetnych doświadczeniach z pianką do mycia twarzy tej firmy. Szkoda... 
Podsumowując: U mnie lepiej sprawdza się choćby pomadka Alterry, ale być może to kwestia moich wyjątkowo trudnych w pielęgnacji ust. Macie jakieś doświadczenia z Jowaé Nourishing Lip Balm? Przypadła Wam ona o gustu, czy może nie za bardzo? Jesteście w stanie polecić mi jakieś skuteczne pomadki ochronne?