niedziela, 17 grudnia 2017

Naturativ, czyli odrobinę na temat serii rewitalizującej i hipoalergicznej

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że to, co może pójść nie tak, albo właśnie poszło, albo zaraz pójdzie. Wszystko układa się nieodpowiednio, sypie na potęgę i gdyby nie to, że zaraz Święta, pozostałaby mi chyba już tylko opcja "usiąść i płakać" (najprostsza xD). Mam więc nadzieję, że ten paskudny 2017 w końcu odejdzie, a 2018 będzie lepszy, bo ja wyczerpałam limit pecha na kilka lat do przodu :P Wracając jednak do tematów kosmetycznych - dziś recenzja trzech produktów marki Naturativ, jednego z linii rewitalizującej, oraz dwóch z serii hipoalergicznej. Jak przebiegło moje pierwsze spotkanie z nimi? Jestem zadowolona, czy może niekoniecznie? Już mówię! :) (warto też wspomnieć, że wszystkie z nich są wegańskie).
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Pierwszym z kosmetyków, z którym miałam styczność, była Mleczna Mgiełka Rewitalizująca  zawierająca kompozycję oleju arganowego i aloesu. Posiada ona plastikowe opakowanie dobrej jakości, zawierające 125 ml produktu. Tak naprawdę nie miałabym mu nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że pompka nie działa jak należy. Z atomizera leci we wszystkich możliwych miejscach i szczerze powiem - pojęcia nie mam czy to wina mojego egzemplarza, czy całej partii kosmetyków. Sam zapach jest bardzo ładny, dość mocny oraz długo wyczuwalny. Na pewno bardziej czuję w nim cytrynę, niż wspomnianą także na opakowaniu żurawinę, ale nie jest to dla mnie problem ;) Ja lubię cytrusowe aromaty :)
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
"Mgiełka" ma konsystencję delikatnego, leciutkiego mleczka, które po rozpyleniu bardzo szybko się wchłania. Z czystym sumieniem mogę też przyznać, że kosmetyk ten, z powodzeniem może zastąpić lekki balsam, gdyż przyjemnie nawilża, odżywia i odświeża ciało. Jeśli ktoś nie lubi się smarować - to ciekawa alternatywa, gdyż nawet moja przesuszona dość często skóra była zadowolona ;) Jej jedynymi minusami jest w gruncie rzeczy słaba wydajność, oraz zepsuty atomizer... :P Koszt produktu to 45zł.
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Hipoalergiczny Peeling do Ciała z serii do skóry suchej i wrażliwej, przychodzi do nas w dużym, półlitrowym opakowaniu z miękkiego plastiku. Nie mam mu nic do zarzucenia, nie niszczy się, etykiety nie odchodzą pod wpływem wody, ale też marka nie serwuje nam z jego strony niczego interesującego. Ciekawiej jest wewnątrz ;) W scrubie znajdziemy cukier trzcinowy, oliwę z oliwek, masło shea, olej babassu, masło z awokado, kakaowe, wosk pszczeli, witaminę E i wiele innych natłuszczających składników. Sam zapach produktu nie do końca mi odpowiada. Miał być morski i świeży, a w moim odczuciu jest może aż za morski (wiem, marudzę xD). Generalnie otrzymujemy w nim aromat, przypominający mi spacer po plaży w sztormową pogodę. Z kolei jego konsystencja jest bardzo przyjemna, ani nie za gęsta, ani zbyt rzadka. Łatwo nabrać go na palce i wykonać masaż, ale jednocześnie nie marnuje się go zbyt wiele.
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Peelingiem tym, z łatwością możemy wykonać masaż o średniej mocy nakładając kosmetyk na mokro (na sucho moc ścierania naskórka oczywiście wzrasta). Efekt po użyciu: wygładzona, ujędrniona i odżywiona skóra! :) Co ciekawe, kosmetyk ten tak genialnie natłuszcza ciało, że naprawdę z czystym sumieniem możemy darować sobie balsam (zwłaszcza jeśli niekoniecznie lubicie tę czynność i smarujecie ciało z przymusu, jak ja xD). Chyba muszę przyznać, że pod względem właściwości, to jeden z lepszych peelingów, jakich miałam okazję używać. Może nie do końca podoba mi się jego cena (79zł), jednak myślę, że ze względu na działanie i wydajność, warto w niego zainwestować ;)
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Ostatnim kosmetykiem marki Naturativ, jaki miałam okazję testować, był Hipoalergiczny Balsam do Rąk. Znajduje się on w wygodnym i dobrym jakościowo 100 mililitrowym opakowaniu airless z pompką. Dla odmiany działa ona bez zarzutu, nie strzela oraz dozuje odpowiednie ilości produktu. Zapach jest dokładnie taki sam, jak w przypadku peelingu, choć może odrobinę bardziej wybijają się w nim kremowe nuty. O nasze dłonie dba w nim między innymi masło awokado, ekstrakt z cytryny, masło z oliwek, kwas hialuronowy, prowitamina B5 oraz alantoina. Warto również dodać, że nazwa "balsam" wiele mówi nam o konsystencji kosmetyku. Faktycznie jest to delikatna, lekka emulsja, której stosowanie naprawdę sprawia przyjemność (choć mój mąż twierdzi, że przez nią trzeba sporo go użyć i krem staje się średnio wydajny).
Naturativ seria rewitalizująca i hipoalergiczna
Działanie jest dla mnie jak najbardziej satysfakcjonujące. Produkt szybko się wchłania, świetnie dba o suche dłonie nawilżając je, odżywiając, zmiękczając i uelastyczniając skórę. Nie zauważyłam niestety podczas stosowania balsamu, obiecanego przez producenta rozjaśnienia rąk. Mimo wszystko jednak bardzo ten kosmetyk polubiłam (i mój mąż też :P). Jego cena to 39zł.
W ramach podsumowania stwierdzić muszę, że moje pierwsze spotkanie z marką Naturativ było jak najbardziej udane i z chęcią sięgnęłabym po inne kosmetyki tej firmy. Może nie do końca pokochałam opakowanie mgiełki, a także zapach serii hipoalergicznej, jednak tak naprawdę to drobiazgi ;) A Wy znacie tę markę? Macie swoich ulubieńców od Naturativ? Dajcie znać, jak wyglądają Wasze wrażenia na ten temat ;)

P.S. Pamiętacie o konkursie na instagramie? ;)


poniedziałek, 11 grudnia 2017

Neogen Code9 Black Volume Cream, czyli o tym jak sprawdził się u mnie koreański hit, słów parę

Marka Neogen zawitała do Polski bodajże w ciągu ostatniego roku roku. Ich produkty są teraz o wiele lepiej dostępne i szczerze powiem, że mnie to cieszy (choć marża jest iście szalona xD) ;) Jakiś czas temu, zaczęłam testować jeden z największych hitów tejże firmy, wychwalany pod niebiosa w Polsce i ponoć także w kraju ojczystym kosmetyku - Korei Południowej. O jaki produkt chodzi? Ano o Neogen Code9 Black Volume Cream Water Capping System. Jest to krem nawilżająco - ujędrniający, którego naturalne składniki odżywcze zamknięto w ceramidach, kwasie hialuronowym i alfa liponowym. Skład jest bardzo długi, ale jego większość, to naturalne, roślinne ekstrakty. Jak więc ów azjatycki hit zdał u mnie egzamin? Zapraszam na recenzję! ;)
Neogen Code9 Black Volume CreamWater Capping System
Krem Neogen przychodzi do nas właściwie z całym zestawem akcesoriów. Do opakowania kosmetyku dołączona jest podstawka i sylikonowa szpatułka, którą można sobie majestatycznie zatknąć tuż obok kremu xD Sam słoiczek jest plastikowy, ale nie będę się czepiać, ponieważ materiał jest gruby, dobry jakościowo, ładnie wygląda na półce i nie niszczy się w trakcie użytkowania. Zarówno sam słoiczek, jak i cała reszta jest ładna, wygodna, właściwie bez zarzutu. Całość zawiera 80ml, a na jej zużycie mamy równo rok. 
Neogen Code9 Black Volume Cream Water Capping System
Zapach kosmetyku jest bardzo delikatny, świeży oraz można się w nim doszukać lekkiej nuty owoców, jednak przy codziennym użytkowaniu, jest on tak naprawdę niewyczuwalny. Żeby się nim delektować, należy włożyć nos do słoika, więc wrażliwce powinny być zadowolone ;) Idąc jednak dalej: krem jest czarny. Tak, w moim ulubionym kolorze, jak moje ściany, pościel, meble, ciuchy w szafie, fotel, szablon na blogu oraz wiele innych rzeczy, mam więc do niego lekki sentyment xD Konsystencja z kolei jest iście szalona. Produkt przypomina żelową, gęstą galaretkę, którą naprawdę najłatwiej nałożyć dołączoną szpatułką, bo gdy spróbujemy zrobić to palcami, kosmetyk po prostu się z nich ześlizguje (jak to mawia mój brat: "szczyt bezczelstwa" :P). Niekoniecznie lubię aplikatory i zazwyczaj ich nie używam, bo po pierwsze ciągle je gubię (ale tutaj akurat nawet zdolny w tej materii osobnik nie upłynni czegoś, co odstawia się na stojaczek) a po drugie, jakoś tak dużo wygodniej mi paluszkami. Tu jednak nie ma na to szans, lecz muszę przyznać, że sama szpatułka jest wyjątkowo przyjemna w użytkowaniu. Tzn. naprawdę szybko oraz komfortowo można opaćkać nią całą facjatę xD Co ważne, kosmetyk nałożony w rozsądnej ilości bardzo szybko się wchłania i nadaje pod makijaż, a gdy nałożymy go więcej, świetnie "udaje" sleeping pack, a także genialnie służy za krem nocny (nawet nałożony naprawdę hojnie nie lepi się!).
Neogen Code9 Black Volume Cream Water Capping System
Jak jednak  z najważniejszym, czyli z działaniem Neogen Code9 Black Volume Cream? Ja szczerze powiedziawszy - jestem zachwycona. Teraz używam go "w towarzystwie" jednak przeszło miesiąc stosowałam go jedynie z kremem pod oczy i przyznać muszę, iż on naprawdę genialnie nawilża, a także odżywia twarz. Co za tym idzie, zmarszczki wydają się płytsze oraz wygładzone. Uspokoiły się również moje zaczerwienienia, małe niedoskonałości szybciutko się goiły, łuszczycowa plamka na czole zniknęła bez ingerencji sterydów... Kolejna rzecz - on naprawdę rozjaśnił moje piegi i całą twarz. Nabrała ładniejszego kolorytu, jest jaśniejsza, a ciemne plamki niby pieszczotliwie zwane piegami, których nienawidzę całym sercem, całkowicie znikają nawet pod lekkim kremem BB, i są widoczne tylko bez makijażu. W trakcie stosowania moja cera faktycznie stała się optycznie ładniejsza oraz bardziej jędrna. Jestem naprawdę na tak, i z czystym sumieniem dołączam do fanek Neogen Code9 Black Volume Cream! :D Jedynym minusem jest chyba cena, bo w Douglas widnieje w jej miejscu 169zł, jednak na Jolse kupicie go za 25$ (koło 90zł)
Neogen Code9 Black Volume Cream Water Capping System
A czy Wy znacie ten kosmetyk? Miałyście okazję go stosować? A może macie inne hity, które naprawdę dobrze się u Was sprawdzają? Dajcie koniecznie znać, chętnie posłucham :)

P.S. Zapraszam Was serdecznie na KONKURS na instagramie ;) Można wygrać nowy krem Resibo Glow :)

wtorek, 5 grudnia 2017

Listopadowe nowości w przededniu zimy

Listopad zdecydowanie nie jest moim ulubionym miesiącem. Późna jesień, ciemność, zimno, deszcz, krótkie dni i zmiana czasu sprawiają,  że z utęsknieniem czekam na grudzień. Świąteczne, kolorowe światełka, bliskość Bożego Narodzenia, moich urodzin i Sylwestra sprawiają, że od razu jest jakoś tak... Milej :) Aby zakończyć już całkowicie listopad 2017 roku, przejdźmy zatem do podsumowania ostatnich nowości. Ogólnie rzecz biorąc, nie było ich zbyt wiele, ale jak to zwykle - coś jednak się u mnie pojawiło xD
Nowości listopada Black Liner
Nowości listopada Black Liner
Z pewnością jedną z ciekawszych nowości, jaka trafiła do mnie w listopadzie (w prawdzie ze sporym opóźnieniem i po wielu przebojach, bo czekałam na nią od września xD) jest Givenchy Rouge Interdit Vinyl w kolorze nr 16 Noir Revelateur. Sztyft pomadki ma czarny kolor i na ustach utlenia się w zależności od ph naszych warg :) Zarówno szminkę, jak i efekt na ustach pokazywałam już na swoim Instagramie, więc jeśli nie miałyście okazji jej obejrzeć, jak najbardziej zapraszam :)
Nowości listopada Black Liner
Całkiem niedawno wypaprałam również chyba wszystkie swoje prasowane pudry matujące, a że choć jeden taki w kosmetyczce powinno się mieć, jeszcze w październiku zdecydowałam się zamówić po raz drugi koreański produkt TonyMoly Cats Wink Clear Pact nr1. Tym razem zrobiłam mu przyzwoite zdjęcia oraz postaram się, aby pojawiła się jego pełna recenzja. Prawda, że opakowanie jest przesłodkie? :D A i zawartość niczego sobie ;)
Nowości listopada Black Liner
Jak wiadomo, długie włosy potrzebują większej ilości odżywek i pielęgnacji ;) A że w listopadzie trafiłam gdzieś na promocję, zdecydowałam się na wypróbowanie odświeżonych kosmetyków do włosów Garnier Fructis. Postawiłam na odżywki Oil Repair 3 (odżywcza), Goodbay Damage (odbudowująca), oraz Densify (dla gęstszych włosów - cokolwiek to znaczy xD) oraz Maskę Wzmacniającą Grow Strong, przeciwdziałającą wypadaniu. Nie liczę z ich strony na cuda, ale też cudów nie potrzebuję, głównie zależy mi na ułatwieniu rozczesywania, bo moje włosy są zdrowe, a końcówki i tak mam zamiar podciąć jeszcze przed świętami ;)
Nowości listopada Black Liner
Na tym zdjęciu z kolei, widać małe uzupełnienie kosmetycznych niezbędników. Z racji tego, że zużyłam całe zapasy swoich płynów micelarnych, po raz kolejny zdecydowałam się na produkt Mixa z serii Skóra Zaczerwieniona. Muszę przyznać, że naprawdę bardzo mi odpowiadał i nie wiem, czy czasem nie polubiłam go bardziej niż dotychczasowego faworyta z tej półki cenowej, a mianowicie - różowego Garniera ;) Dalej widać Płyn do Higieny Intymnej Facelle Aloe Vera, i wstyd powiedzieć, ale to mój pierwszy produkt tej marki ;) Po testach muszę przyznać rację innym Dziewczynom, iż łączą one ze sobą dobrą cenę, skuteczność działania i delikatność. Myślę, że chętnie sięgnę po inne wersje :) Z przodu widać mój ukochany, napoczęty już szampon Pharmaceris H Łupież Tłusty, który świetnie radzi sobie ze skórą głowy w stanie "biedronkowym", czyli gdy pojawiają się łuszczycowe plamki. Redukuje swędzenie, pomaga w złuszczaniu i przyspiesza leczenie, więc kupuję go regularnie ;) I właściwie w tym miejscu kończą się moje zakupy. Ale... ;)
Nowości listopada Black Liner
Od OliFeeling Fancy dostałam taki miły prezent, zawierający bardzo interesujący dla mnie krem Biotherm Aquasource Gel o pojemności 15ml, Krem do Rąk Benton Shea Butter and Coconut, który ciekawi mnie już od dłuższego czasu, BB Cream Lily Lolo (recenzja tutaj), miniaturki marki I Want, oraz pomadkę Bell Hypoalergenic Mat Liquid Lipstick ...by Marcelina nr 06 Sidney. Bardzo się cieszę i dziękuję ;*
Od jednego z portali internetowych w zeszłym miesiącu dostałam również serię Garnier Botanical do skóry Suchej i Wrażliwej. Całość zawiera Łagodzący Tonik, Mleczko, oraz Krem do Twarzy z wodą różaną. I teraz czas na małe wyznanie... xD Powiem Wam szczerze, że dla mnie test linii ma swojego rodzaju wartość sentymentalną i jest to dla mnie ciekawe doświadczenie, ponieważ w zamierzchłych czasach, gdy miałam jeszcze w głębokim poważaniu jakąkolwiek pielęgnację, namiętnie kupowałam tę linię na zmianę z winogronową, zieloną (bardzo podobały mi się ich zapachy, a słoiczek kremu zużywałam średnio około roku xD Takim byłam gagatkiem ;)). Muszę jednak przyznać, że ten mały powrót do przeszłości okazał się całkiem miły, a różowej linii nie mam właściwie nic do zarzucenia. Mnie bardzo odpowiada ;)
Nowości listopada Black Liner
W listopadzie odezwała się do mnie także marka Naturativ i właściwie od samego początku miesiąca testuję powyższe trio, więc niebawem z pewnością zobaczycie ich recenzję :) Zdecydowałam się wypróbować Rewitalizującą Mleczną Mgiełkę do Ciała udającą trochę balsam (tak, ja niekoniecznie lubię się smarować, wolę pryskać :P), Hipoalergiczny Balsam do Rąk, który razem z mężem zużywamy na potęgę, oraz Hipoalergiczny Scrub Cukrowy
Ostatnim już kosmetykiem, który dotarł do mnie 30stego dnia listopada jest Rozświetlający Krem do Twarzy Resibo Glow. To najnowszy produkt marki, przeznaczony dla wszystkich rodzajów cery do stosowania pod makijaż. Daje on efekt delikatnego, naturalnego blasku, łagodzi zaczerwienienia, oraz wizualnie koryguje niedoskonałości. Dodatkowo mam również wrażenie, że ładnie nawilża i wygładza, choć producent tego nie obiecuje :) Przyznać trzeba, że to naprawdę interesujący gagatek, a przez te kilka dni, kiedy mięliśmy okazję bliżej się poznać, zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jesteście go ciekawe? Mam dla Was drugi egzemplarz! ;) Na dniach na blogu, facebooku lub instagramie pojawi się prosty konkurs, zapraszam więc do obserwacji, żeby niczego nie ominąć ;)
I to już wszystko na dziś ;) Znacie może któryś z tych produktów? A może wpadło Wam coś w oko? Powiecie co do Was trafiło w listopadzie? Nie bójcie się zostawiać linków do swoich postów z nowościami ;)

czwartek, 30 listopada 2017

Givenchy Le Rouge a Porter, czyli o skrajnościach, mieszanych uczuciach i zmianach zdania słów parę

Macie czasem tak, że same nie wiecie, co sądzić o danym produkcie? Może raz Was denerwuje, a potem okazuje się, że chyba jednak go lubicie? Może raz działa bardzo dobrze, a raz gorzej? Albo czasem sprawdza się źle ze względu na niesprzyjające czynniki środowiskowe, lub zdrowotne, a po ich zmianie, nagle coś między Tobą a danym kosmetykiem zaczyna iskrzyć? Ja tak mam z pomadką Givenchy Le Rouge Porter. Czyli relacja bywa skomplikowana... Ale od początku!
Givenchy Le Rouge a Porter
Według mnie, samo opakowanie kosmetyku jest iście zjawiskowe i nie będę kłamać, że to ono w dużej mierze zachęciło mnie do zakupu pierwszej z nich. Czarna skóra, srebro, eleganckie logo, tłoczenia, ozdobny dół... Niewątpliwie to jedna z piękniejszych pomadek z jaką miałam styczność. Całość ma formę dość wąskiego, ale wygodnego sztyftu, którego jest wewnątrz 2.2g. Czyli niewiele :P Pomadka jest jednak na tyle twarda, że nie rozmaśla się podczas malowania i jednocześnie na tyle miękka, że bez problemu naniesiemy na usta wymarzoną ilość warstw, bo intensywność odcienia bez problemu możemy sobie stopniować ;)
Givenchy Le Rouge a Porter Parme Silhouette Rose Fantaisie
Pierwszym odcieniem, jaki do mnie trafił, był kolor nr 106 o nazwie Parme Silhouette (komu jeszcze kojarzy się z szynką parmeńską? xD), który właściwie idealnie wpasowuje się odcieniem w kolor moich warg (jest to coś pomiędzy nude a sinym fioletem). Przy ich nierównej pigmentacji jest to jak najbardziej pożądany efekt, nie będę ukrywać ;) Z kolei drugi z kolorów jaki posiadam, nr 202 Rose Fantaisie to chłodny, różowy cukiereczek, na które ostatnio mam niebywałą fazę :P 
Givenchy Le Rouge a Porter Parme Silhouette Rose Fantaisie
Zapach pomadki niestety nie przypomina mi niczego super. Ot, jest przyjemny, może odrobinę budyniowy, lekko słodki, ale z pewnością nie jest to żaden zachwycający aromat. W kwestii smaku niestety jest podobnie, wszak mam wrażenie, iż na dobrą sprawę chyba w ogóle go nie ma... Jeśli więc nie lubicie intensywnie pachnących i smakowych szminek - to może być coś dla Was ;)
Givenchy Le Rouge a Porter Parme Silhouette Rose Fantaisie
Givenchy Le Rouge a Porter to pomadka, po której nie możemy oczekiwać głębokiego, intensywnego koloru już przy pierwszym pociągnięciu. A nawet przy dziesiątym xD Jest to raczej koloryzujący balsam, których ja jestem od bardzo dawna wielką fanką. Dlaczego? Nie trzeba przykładać się specjalnie do ich aplikacji, zazwyczaj lekko odżywiają nasze usta i dobrze komponują się w codziennym makijażu z mocno podkreślonym okiem, które zazwyczaj mi towarzyszy. Jaki jest więc stricte produkt Givenchy? Na pewno lekki, bardzo słabo wyczuwalny na ustach nawet przy grubej warstwie, nie podkreślający załamań naszych warg oraz suchych skórek. Poza tym, jak widzicie wykończenie pomadki jest świetliste, lekko przejrzyste i lśniące.
Givenchy Le Rouge a Porter Rose Fantaisie
Jeśli więc jest to bardziej balsam niż szminka, jak wygląda kwestia pielęgnacyjna? Niestety na dobrą sprawę u mnie zależy to od dnia i ogólnej kondycji ust. Bo bywają dni takie, kiedy faktycznie pomaga i czuję ulgę zaraz po jego nałożeniu, ale zdarza się tak, że "dobry Boże nie pomoże" - wtedy ratuje mnie już tylko typowy, nawilżający, bezbarwny balsam i to jeszcze nie każdy xD Co ciekawe, mam wrażenie, że nr 202 radzi sobie w materii nawilżenia lepiej niż 106. I jeszcze jedna ważna informacja: jak długo nacieszycie się warstwą koloru na ustach? Myślę, że nie jedząc i nie pijąc Le Rouge a Porter wytrzyma jakieś 2 godziny. Potem po prostu ładnie znika z ust nie pozostawiając po sobie bałaganu. 
Givenchy Le Rouge a Porter Parme Silhouette
Jak więc podsumowałabym tę serię? Dla mnie jest to ciekawa linia łącząca koloryzację z pielęgnacją, jednak z pewnością nie o spektakularnym działaniu. Na pewno ich zaletą są śliczne kolory, jeszcze piękniejsze opakowania oraz fakt, iż nie wysuszają one ust, ba! Nawet lekko je pielęgnują. A wadą? Krótkotrwały efekt oraz cena. Tak, bo cena jest iście szalona, gdyż za jedną normalnie zapłacić trzeba aż 159zł. Ja jednak kupiłam Parme Silhouette za bodajże 119zł a Rose Fantaisie na wyprzedaży za 89zł. I tak, jeśli macie ochotę je wypróbować, warto polować na promocje. Ja jednak nie skorzystam z kolejnej i nie będę testować następnych odcieni, mimo iż wydaje mi się, że jednak nie są do końca równe ;) A Wy? Znacie te pomadki? Jakie macie odczucia względem nich? Chętnie się dowiem! Bo ja raz je kocham, a czasem mam wątpliwości xD Wtedy zdradzam na prawo i lewo :P
P.S. Jeśli szukacie niezawodnej pomadki w podobnych, balsamowo - odżywczych  klimatach, z czystym sumieniem polecam YSL Rouge Volpute Shine :)