poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Spełnij Marzenia z Shinybox, czyli co nowego w kwietniu

Za każdym razem, te kosmetyczne pudełeczka uświadamiają mi jak szybko płynie czas. Niedawno miałam okazję oglądać co przygotowano na grudzień, styczeń, a teraz jak z rękawa wyskakuje kwiecień :P Naprawdę - jak byłam młodsza, czas płynął wolniej :D Przerywając jednak te "pseudogłębokie rozważania", skupmy się na tym, co ekipa Shinybox przygotowała dla nas w kwietniu. Czy pudełeczko okazało się ciekawe? Co się w nim znalazło? Same zobaczcie! (Choć pewnie większość już widziała, ale moja poczta jest permanentnie opóźniona :/)
shinybox spełnij marzenia kwiecień
Kwietniowy Shinybox nosi nazwę "Spełnij marzenia" i ma piękną, turkusową szatę graficzną. Pudełeczka nadal wykonane są z miękkiej tektury, jednak w końcu przychodzą zabezpieczone, więc można je jeszcze do czegoś wykorzystać (moje mama porwała do pracy na bibeloty z biurka :P). Znalazło się w nim 5 produktów pełonwymiarowych, upominek - próbka, oraz prezent, czyli Gift Voucher. Perfumy Feerie Van Cleef&Arples nie wchodzą w skład zestawu, ale ta wróżka na nakrętce dobrze pasowała mi do spełniania marzeń :P
shinybox spełnij marzenia zawartość
shinybox spełnij marzenia -417 dr irena eris
W pudełeczku "Spełnij marzenia" znalazły się dwa produkty oznaczane jako "premium". Pierwszym z nich jest Pieniący się Żel do Mycia Twarzy z Luffą minus417, który ma za zadanie oczyścić skórę, dzięki zawartości mikrocząsteczek naturalnej luffy. Dogłębne odżywienie i nawilżenie mają zapewnić z kolei ekstrakty roślinne i minerały z Morza Martwego. Cieszę się, że kosmetyk ten znalazł się w pudełeczku. Ostatnio, mimo iż moje zapasy kosmetyków zamieniają się w groteskę (czy coś, ale "tworzą się" one niemal same :P), żeli do mycia twarzy jakoś tam nie ma :D Ten wygląda zachęcająco, dodatkowo ma lekkie właściwości peelingujące i już chciał mi go ukraść mąż, ale ustaliliśmy, że jednak będzie wspólny :P Ciekawa jestem, jak się sprawdzi ;) Jego cena na karcie to 116zł za 200ml, ale np. w Sephorze występuje taniej ;) Drugim kosmetykiem Premium okazał się Błyszczyk do ust Dr Irena Eris Provoke. Miałam to mazidełko już chyba w każdym możliwym odcieniu i muszę przyznać, że to naprawdę dobry produkt. W szczególności oczywiście dla fanek tego typu podkreślenia ust, ale nie tylko. Miałam już styczność z odcieniami Magnetic Nude, Romantic Cream, Rose Elixir, Lovely Coral oraz Baby Pink. Wszystkie były tak samo świetne. Tutaj znajdziecie moją recenzję dwóch egzemplarzy i jak same widzicie, to już moja trzecia sztuka  odcienia nr3 Romantic Cream. Coś bardzo mnie ten kolor lubi, ale mimo wszystko trafi w dobre ręce :) Kosztuje 55zł za sztukę, ale można kupić je znacznie taniej, choćby podczas promocji w Rossmannie lub Superpharm.
shinybox spełnij marzenia krynickie spa faberlic joko
Pozostałe trzy produkty znajdujące się w pudełeczku siłą rzeczy były już sporo tańsze, jednak jak się okazało, część z nich była niemniej interesująca. Najciekawszym elementem trio z powyższego zdjęcia okazał się dla mnie Balsam Tlenowy Air Stream z linii "Legendarny Tlen" Faberlic. Ma on za zadanie odżywiać i regenerować skórę, można go stosować po kąpielach słonecznych, depilacji oraz zabiegach w gabinecie kosmetycznym. Balsam posiada ciekawą, żelową konsystencję, błękitny kolor i śliczny, świeży zapach. Dodatkowo błyskawicznie się wchłania, a także wydaje mi się, że chyba całkiem przyzwoicie działa, bo po jego użyciu dłonie były gładkie i miłe w dotyku. Plus dla Shinybox ;) Koszt? 39.90 za 50ml. Kolejnym produktem z najnowszego Shinybox, jest Rozświetlający Krem pod Oczy Krynickie Spa. Szczerze powiem, że markę kojarzę, byłam rok temu w Krynicy i faktycznie widać ją na półkach bodajże w miejscowej pijalni wód, ale nie pamiętam, aby rzucił mi się w oczy akurat ten kosmetyk. Ma on zapewnić nam efekt rozświetlonej, wypoczętej i nawilżonej skóry w okolicy oczu, a stosowany regularnie - poprawić widoczność zmarszczek (pewnie za sprawą nawodnienia). Na całe szczęście nie śmierdzi jak tamtejsza woda, ma lekką i przyjemną w odbiorze konsystencję - więc szczerze powiedziawszy - chętnie go przetestuję. Cena? 16zł za 30ml. Ostatnim już kosmetykiem jest Spiekany Róż do Policzków Joko. Jest to dla mnie zdecydowanie najsłabszy element tego pudełka. Czy czasem miesiąc temu również nie trafił do mnie róż? Ano trafił. Tamten chociaż miał ładniejszy kolor :D A tym razem otrzymałam coś w stylu morelowo-miedzianego brązu, który zupełnie się dla mnie nie nadaje... :( Ani w roli różu, ani bronzera, więc powędruje on do koleżanki o typowo ciepłej urodzie. Koszt? 25.50zł. Wymiennie z nim dodawano do pudełeczek również eyeliner - wtedy byłabym zadowolona :P
shinybox spełnij marzenia dodatki
Prezentem dołączonym do pudełeczka, była z kolei próbka Regenerującego Szamponu do Włosów Lab One oraz Gift Voucher na 30zł do strony Katalog Marzeń, na której możemy wykupić sobie "coś ciekawego", od masażu zaczynając, na przejażdżce quadem kończąc. Jeśli ktoś ma ochotę - chętnie podzielę się swoim kodem ;) (Gdyby znalazła się zainteresowana - zostaw mi tylko w komentarzu maila ;)).
Obiektywnie rzecz biorąc - to naprawdę udane pudełko. Subiektywnie: żel do mycia twarzy -417 i balsam Faberlic bardzo mi spodobały, błyszczyk Dr Irena Eris niestety mi się zdublował (może ktoś chce się wymienić na jakiś którego nie miałam? :P Mój jest nowy, w zaklejonym kartoniku, a do zdjęć zapozował stary egzemplarz ;)), do kremu pod oczy Krynickie Spa podchodzę neutralnie, jedynie róż Joko to kolorystyczny niewypał. Dodatki jak to dodatki - zawsze miło jak są ;) A Wy co o tym pudełeczku myślicie? Dajcie znać! :)

środa, 19 kwietnia 2017

The Body Shop Hemp, czyli jak ekspresowo zadbać o dłonie i usta

Nie wiem, jak Wy, ale ja swoje dłonie traktuję lekko po macoszemu... Nie lubię nakładać na nie kremów, bo mam wrażenie, że po takim zabiegu - dosłownie i w przenośni - przeszkadzają mi one w codziennej egzystencji :D Zupełnie inaczej jest za to z ustami, które traktuję z dbałością o każdy szczegół i zajmuję się nimi codziennie, oraz bardzo skrupulatnie (choć same musiały się o to upomnieć ;)). Łącząc dziś ten "ogień i wodę" chciałabym Wam przedstawić linię Hemp marki The Body Shop, zawierającą wyciąg z konopii, w której skład wchodzą między innymi Hemp Hand Protector - czyli krem do rąk z marihuaną, oraz Hemp Heavy Duty Lip Care, po polsku będącą zwyczajną pomadką do ust. Jak się spisały? Zapraszam do czytania!
The Body Shop Hemp
The Body Shop Hemp Hand Protector
Krem do rąk The Body Shop Hemp Hand Protection znajduje się w sporym, bo 100 mililitrowym, metalowym opakowaniu, ważnym aż rok od otwarcia. To aluminium bywa może niezbyt przyjemne w obsłudze, bo jest twarde i jednak średnio wygodne (jeszcze ta tyci - nakrętka ciągle wysuwa się z rąk ;)), ale jednak trzeba mu przyznać, że jest bardzo stylowe :) Zaraz po jego otwarciu wita nas dość silny zapach specyfiku. Ciężki, ziołowy, a także bardzo specyficzny. I cóż mogę na jego temat powiedzieć? Mojemu mężowi się on podoba, a mnie z kolei nie bardzo :/ Zdania więc są podzielone, a temat bardzo kontrowersyjny :P Sama konsystencja produktu jest wyjątkowo gęsta, treściwa i ciężko wycisnąć ją z opakowania, ale z drugiej strony zadziwiająco łatwo rozprowadzić ten kosmetyk na dłoniach. Pięknie po nich sunie, pozostawiając delikatny film po jakże powolnym wchłonięciu się (na grzbietach dłoni nie przeszkadza mi to nawet w dzień, ale na całe dłonie wolę nakładać go na noc :P).
The Body Shop Hemp
Działanie tego produktu jest z kolei naprawdę na poziomie i ciężko doszukać się w nim jakichkolwiek wad. Wystarczy, że użyję go na noc, a dłonie są pięknie nawilżone, natłuszczone i wypielęgnowane (ale żeby kremu nie było czuć, rano trzeba je dokładnie umyć, zwłaszcza jeśli nałożymy większą ilość ;)). Warto także wspomnieć, że aby podtrzymać efekt, ja nie muszę stosować kosmetyku codziennie ;) Dobrze działa on również na skórki wokół paznokci, a także świetnie radzi sobie z problematycznymi dłońmi mojego męża. Boryka się on z patologiczną wręcz suchością oraz zadzierającymi się skórkami, a ze względu na pracę poza miejscem zamieszkania notorycznie zapomina używać kremów do rąk :P Kiedy więc wraca, zaczyna się "misja: ratowanie dłoni" i z tym kremem, jest to znacznie łatwiejsze ;) Wadą, poza niezbyt zachęcającym zapachem i średnio wygodnym opakowanie jest również cena, bo kosmetyk kosztuje aż 49zł, ale w TBS często są promocje, a krem jest piekielnie wręcz wydajny ;) 
Drugim produktem, jaki miałam okazję przetestować, jest The Body Shop Hemp Heavy Duty Lip Care, będąca zwyczajną pomadką do ust z wyciągiem z marihuany, nabytą drogą kupna. Znajduje się ona w opakowaniu, które jest po prostu klasycznym sztyftem, zawierającym 4.2g produktu. Całość nie sprawia praktycznie żadnych kłopotów, zawartość łatwo się wykręca, można ją wkręcić (znacie takie pomadki, które da się wyjąć, ale włożyć już nie? :P), naklejka nie odchodzi podczas użytkowania - generalnie wszystko jest na poziomie :) Do czego mogę się przyczepić? Sam sztyft, na początku był koszmarnie twardy i okropnie tępy, przy mocno "zniszczonych" ustach, aż bolało jego nakładanie. O dziwo - z czasem ten problem zniknął... Magia :P Pomadka nadaje ustom lekki połysk, a zapach wydaje się już całkiem znośny. Czuć przez chwilę po nałożeniu lekką, ziołową nutę, ale nie jest ona tak odrzucająca, jak w przypadku produktu do dłoni. Smaku na szczęście brak - przy takich aromatach chyba nie chciałabym go poznać :P
The Body Shop Hemp Heavy Duty Lip Care
Co jednak z najważniejszym, czyli z działaniem? Do tej pory sądziłam, że nic poza Laneige i Nuxe moim ustom nie pomoże, ale w przypadku tej pomadki jestem miło zaskoczona... Mało tego, w sumie to jestem w lekkim szoku! To tępe na początku cudo, idealnie regeneruje usta, nawilża je i natłuszcza. Po kilku użyciach pozostawia ona wargi w świetnym stanie nawet gdy początkowo są naprawdę nie w formie :) Stawia to ową pomadkę na moim aktualnym podium, a ze względu na fakt, że pozostałe dwa produkty z Top3, znajdują się w słoiczkach, sztyft z serii Hemp trafił do torebki i zagości tam chyba na dłużej (jest bardzo wydajny, ale ja z pewnością jeszcze kupię następny!).  Ostatnią z wad jest cena, bo koszt pomadki, to 26zł, jednak promocje, wydajność i działanie skutecznie łagodzą wyrzuty sumienia ;)
Podsumowując - mimo tego, że początkowo mój nos nie zgrał się z aromatem serii i kilku innych, w sumie niewielkich wad, oba te produkty bardzo polubiłam. Są wydajne, świetnie działają i cena jest całkiem do przeżycia - szczególnie podczas promocji. Szkoda jedynie, że produkty The Body Shop są u nas w kraju trochę słabo dostępne... A Wy znacie tę serię? Macie jakieś przemyślenia na jej temat? A może już wyrobiłyście sobie opinię? Dajcie znać! :)

piątek, 14 kwietnia 2017

Marcowe przesyłki, czyli nowości część druga - ostatnia

Tak jak wspominałam ostatnio, wpis o nowościach postanowiłam podzielić na dwie części. Dlaczego? Ano żeby Was nie zanudzić! :D Szalałam w marcu dość mocno, więc w poście pierwszym pojawiły się tylko moje zakupy (jeżeli ktoś go nie widział, zapraszam tutaj - a jeśli nie aktualizują Wam się na liście czytelniczej moje wpisy, zachęcam do ponownej obserwacji), które jednak są trochę oszukane, bo wiele z nich pochodzi jeszcze z lutego. Przesyłki z Korei Południowej nie lecą niestety dwa dni i wylądowały u mnie dopiero kilka tygodni później, stąd takie opóźnienie :P Dziś zapraszam jednak na część drugą, będącą efektem współprac z kilkoma firmami i krótką prezentacją miłych upominków :) Dlaczego krótką? Dlatego, że będzie zwięźle oraz na temat (co na tym blogu generalnie kuleje, ja chyba jestem mistrzynią dygresji :P), ponieważ skaleczyłam się w palec i podczas pisania boli koszmarnie! :P Zaczynajmy zatem! ;)
Marcowe przesyłki
Pomadki Dr Irena Eris Provoke
Pierwszym, i jakże miłym prezentem od marki Dr Irena Eris z okazji dnia kobiet, okazały się nowe odcienie pomadek matujących Real Matt Provoke w kolorach Serene Nude 608, Esoteric Rouge 609 i Abundant Fuchsia 610 (tutaj znajdziecie recenzję jednego ze starych ocieni, to świetny typ do zakupu podczas najbliższej promocji w Rossmannie - start już 20 kwietnia!). Z kolei nowościami z linii szminek rozświetlających Provoke Bright Lipstick są kolory Evocative Nude 510, Harsh Fuchsia 511 (to mój ulubieniec z tej szóstki!) oraz Red Rebel 512. Więcej zdjęć pokazywałam na Facebooku, więc zapraszam i tam ;) A recenzja i zdjęcia na ustach pojawią się pewnie już niebawem ;) Do tego dołączono kubeczek, który okazał się wyjątkowo w moim guście i zapakowano wszystko w cudne pudełeczko, przewiązane różową tasiemką. Majstersztyk! <3 Kocham paczki od Dr Ireny Eris, zawsze są dopracowane w najmniejszych szczegółach :)
Dr Irena Eris Provoke
W marcu do testów otrzymałam również Skoncentrowany Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream z linii Body Art marki Dr Irena Eris. Jest świetny - tyle powiem. A jeśli macie ochotę wiedzieć więcej, to zapraszam na recenzję sprzed kilku dni :) (klik). Z okazji pierwszego dnia wiosny otrzymałam od marki również piękne Cienie Podwójne Twin Eyeshadow w wersji Irresistible Nude 204 Provoke, będące delikatnymi, chłodnymi brązami, które bardzo ładnie prezentują się na powiece w towarzystwie mojej kochanej kreski (na razie prezentację znajdziecie u Eweliny). Bardzo żałuję, że do zdjęć nie dotrwało pudełeczko, w które były zapakowane. Dlaczego? Położył się na nim mój kot, co samo w sobie najlepiej świadczy o tym, że musiało być piękne :P On zawsze wybiera to, co najlepsze :D Sama kasetka z cieniami jest cudna, ale bardzo błyszcząca i niestety nie udało mi się lepiej uchwycić jej na zdjęciu w aktualnie panujących okolicznościach - wybaczcie! :)
Lirene C+DPro Vitamin Energy
Brnąc w temat współprac i przesyłek dalej, nie sposób pominąć paczki od Lirene! :) W marcu dostałam od nich cały pakiet kosmetyków do testów, z których najbardziej zainteresowała mnie seria, którą widzicie powyżej :) Żel Myjąco - Energetyzujący C+DPro Vitamin Energy intensywnie użytkuję od kilku dni i chyba będzie z tego miłość, nie tylko ze względu na cudowny zapach pomarańczy! :D Gwiazdą tej linii jest zdecydowanie Skoncentrowane StimuSerum C+DPro Vitamin Energy do stosowania na noc, a jego uzupełnieniem - Nawilżający Krem-Żel Rozświetlający C+DPro Vitamin Energy do cery normalnej, którego można używać na dzień, bądź na noc na serum (jest też wersja do cery suchej i wrażliwej, ale mnie ostatnio wystarczają lżejsze mazidła ;)). Cała seria ma za zadanie rozświetlić, odmłodzić, odżywić, nawilżyć i wygładzić skórę. I mam nadzieję, że to zrobi! :)
Micel Pure Lirene
Do testów otrzymałam również dwa płyny micelarne z linii Micel Pure Lirene. Pierwszy z nich to Płyn Micelarny Nawilżająco - Łagodzący do cery wrażliwej. Na razie nie mogę o nim powiedzieć nic złego. Zaobserwowałam, że nie uczula, nie szczypie w oczy i nie ściąga cery, ale usuwałam nim jedynie nocną pielęgnację, nie służył mi do demakijażu. Zobaczę jednak niebawem, jak poradzi sobie z trudniejszym zadaniem! ;) Z kolei Płyn Micelarny z Minerałami z Morza Martwego, przeznaczony głównie do cery tłustej i mieszanej chyba przejmie mój mąż. Podejrzewam, że będzie zadowolony, gdyż co rano i co wieczór, codziennie jak tylko jest w domu pyta: "ej, czym sobie mogę twarz przetrzeć?" :P i "a gdzie waciki?". Taka karma :P Może jak będzie miał swój, to się skończy :D Dodam jednak, że to całe jego paćkanie się kremami, stosowanie serum, i oczyszczanie cery ma wymierne efekty, bo skóra męża uzyskała w końcu jednolity koloryt, przetłuszczanie się uspokoiło, pory zwężyły, a zaskórników jest coraz mniej (a walczymy z tym od około 5 lat). Także śmiechy śmiechami, ale dbać o siebie warto! ;) Takie przesłanie do każdego pana - o ile jakiś tu zagląda :P
Lirene Ochrona przeciwsłoneczna
Teraz to, co najważniejsze latem, czyli filtry! (zimą też są ważne, ale może ciut mniej :P) W tym roku o moją cerę będzie dbał Hydrolipidowy Ochronny Krem do Twarzy SPF50 Niwelujący Skutki Promieniowania IR oraz Pianka Chroniąca przed Słońcem SPF30 z linii Kids (miała być dla osób posiadających dzieci, ale poprosiłam o nią, bo spodobała mi się konsystencja, a i tak używam wysokich filtrów :D). Żałuję jedynie, że nie posiada ona również filtra SPF50, bo moja biała niemalże skóra, po kontakcie z UV się nie opala, tylko parzy :/ Z drugiej strony - w przypadku łuszczycy słońce jest jak najbardziej wskazane, więc trzeba w tym wszystkim znaleźć złoty środek. Cóż, zobaczymy, wyjdzie w praniu ;)
Lirene Pielęgnacja ciała
Do testów dostałam również Olejek Pod Prysznic Inca Inchi. Moja skóra tego typu cuda raczej lubi, więc mam w jego przypadku nadzieję na całkiem przyjemną znajomość ;) Na całe szczęście nie pachnie on przyprawami, co sugerowałby obrazek (nienawidzę takich aromatów!), ale jakby słodko i kwiatowo. Ostatnim już kosmetykiem od marki Lirene, okazał się produkt, który strasznie chciałam przetestować, czyli zestaw o nazwie Antycellulitowy Lipo - Masaż, w skład którego wchodzi Antycellulitowa Maska i masażer. I co się okazało? Chyba będę musiała obejść się smakiem, bo w przeciwwskazaniach do stosowania wymieniona jest choroba, na którą cierpię już od 15 lat. Szkoda. Chociaż chyba zabiorę go jeszcze do lekarza i zapytam, co on na ten temat myśli :P Jak będzie na nie - oddam w dobre ręce :)
L'oreal Maski Czysta Glinka
Ostatnią już paczką z marca jest pakiet masek L'oreal z linii Skin Expert Czysta Glinka. Dostałam wersję Rozświetlającą z węglem, Oczyszczającą z ekstraktem z eukaliptusa i Wygładzającą z czerwonymi algami. Pochodzą one z testów konsumenckich prowadzonych przez wizaz.pl i w KWC bez problemu znajdziecie moje recenzje (tu, tu i tu - najlepiej wyszukiwać po zdjęciu na górze). Muszę szczerze przyznać, że wszystkie przypadły mi do gustu - choć czarna chyba najbardziej.  A naprawdę nie spodziewałam się po nich fajerwerków! ;)
I to już wszystko na dziś. Miało być krótko a wyszło jak zwykle, widać Inga zwięźle nie potrafi :P Korzystając z okazji i tego, że to ostatni post przed Świętami Wielkanocnymi, chciałabym Wam życzyć, żeby były one pogodne, radosne i spokojne oraz spędzone w rodzinnej atmosferze. I żeby słodki Króliczek Wielkanocny pamiętał o jakimś drobiazgu dla Was! ;) Wesołego Alleluja! ;*

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Balsamujemy się, czyli Dr Irena Eris Body Art Skoncentrowany Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream

Amatorką stosowania balsamów do ciała nigdy nie byłam. Serio... Mam do nich stosunek ambiwalentny, ponieważ z jednej strony lubię uczucie nawilżenia i miękkości skóry, a z drugiej - nienawidzę wszystkiego co tłuste i samego rytuału smarowania też :P Ot, takie ze mnie dziwadło ;) Jednak bywają takie produkty, które wyciągam z szafki z przyjemnością oraz stosuję je do ostatniej kropli, regularnie i codziennie. Jak stało się w takim razie ze Skoncentrowanym Kremem Wygładzającym do Ciała Velvet Harmony Cream z linii Body Art od Dr Ireny Eris? Już Wam mówię!
Skoncentrowanym Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream Body Art Dr Irena Eris
Krem do Ciała Dr Ireny Eris, znajduje się w plastikowym słoiczku zawierającym 200ml kosmetyku. Jest on wykonany z tworzywa sztucznego, ale urody odmówić mu nie można. Dobry jakościowo surowiec, piękna błyszcząca nakrętka, z której nie schodzi sreberko i trzymająca się całości naklejka... Jest solidnie! :) Szczerze powiem (już chyba kolejny raz), że akurat ja jestem fanką balsamów, kremów i maseł w słoiczkach, ponieważ takie są dla mnie najwygodniejsze i oczywiście tym razem też tak było ;) Zostawmy jednak w końcu opakowanie i przejdźmy do tego, co mamy w środku, wszak to jednak wnętrze jest najważniejsze :D (na jego zużycie mamy pół roku).  Zaraz po odkręceniu srebrzystej, lśniącej nakrętki, wita nas luksusowy, wyrafinowany zapach, będący w moim odczuciu połączeniem nut piżowo - kwiatowych. Nie jest on ciężki i w żaden sposób męczący, jednak mój mąż twierdzi, że pachnie on jeszcze rano ;) Z drugiej strony - mnie tak się spodobał, że niech pachnie! ;) Tak dla ścisłości - mąż też go podkrada :P
Skoncentrowanym Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream Body Art Dr Irena Eris
Wyjątkowo ciekawa jest dla mnie konsystencja owego produktu. Jest to niby gęsty, delikatnie fioletowy, treściwy krem, ale jakby dziwnie sprężysty ;) W każdym razie mi bardzo się ona spodobała, bo łatwo rozsmarować produkt na skórze i całkiem szybko się on wchłania (nie trzeba czekać sto lat na założenie piżamy :P), pozostawiając po sobie lekko wyczuwalny i bardzo delikatny film. Muszę jednak przyznać, iż nie jest on w żaden sposób kłopotliwy, oraz że mnie on nie przeszkadza  - a jestem antyfanką wszystkiego co tłuste i klejące, więc Wam też raczej nie powinien (chyba, że ktoś ma jeszcze większe zboczenie na tym polu niż ja :D).  Co do wydajności - w moim przypadku jest bardzo zadowalająca, ale nie jestem balsamową paprygą i używam go raczej w nieszczególnie wielkich ilościach (wiecie, żeby jednak nie zaczął się lepić od nałożenia zbyt dużej porcji kosmetyku:P).
Skoncentrowanym Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream Body Art Dr Irena Eris konsystencja
Jak zatem z działaniem kosmetyku? Z tego, co wyczytałam, to chyba ma co w nim działać, ponieważ zawiera sporo substancji aktywnych (więcej dowiecie się tutaj), jednak zawartość nie zawsze idzie w parze z działaniem. W przypadku tego kremu jest jednak świetnie. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że z moich nóg zniknęła tzw "mozaika" a po skórze nie można już "rysować" :D Przy regularnym stosowaniu naprawdę odnotowałam ogromny wzrost nawilżenia i odżywienia, dzięki czemu moje ciało było miękkie, elastyczne i gładkie w dotyku. Co ważne, jeśli opuszczę jedną, dwie aplikacje, efekt ten nie znika i skóra nadal jest piękna. A wierzcie mi (lub nie :P) z moją paskudną, przesuszoną powłoką zewnętrzną wcale nie jest prosto :P Zauważyłam też, że moje plamy łuszczycowe po nałożeniu na nich balsamu nie szczypią i nie swędzą, więc to również ogromny plus (bo zdarzały mi się takie kosmetyki, po których myślałam, że zadrapię się "naśmierć" lub zejdę przez swędzenie :P - przepraszam za szczerość :D). Co jednak z obiecanym ujędrnieniem? Według mnie również można zaobserwować ten efekt. Delikatny, ale jednak był.
Skoncentrowanym Krem Wygładzający do Ciała Velvet Harmony Cream Body Art Dr Irena Eris
W ramach podsumowania powiem Wam, że nawet jeśli bardzo bym chciała, ciężko jest mi się doszukać jakichkolwiek wad w tym kosmetyku (no dobra, może cena trochę "boli", bo 89zł to niemało. Mimo wszystko, przy sporej wydajności i wyjątkowo zadowalającym mnie działaniu jestem w stanie ją przeżyć ;)). Jestem też bardzo ciekawa, jak spisują się inne produkty z tej serii i generalnie linie do ciała (bo czeka na mnie jeszcze Spa Resort Mauritius <3 - akurat w Douglas znajdziecie jego, jak i bohatera dzisiejszego posta w ofercie miesiąca). Macie z nimi jakieś doświadczenia? A może już testowałyście linię Dr Irena Eris Body Art? Dajcie znać! 

P.S. Jeśli macie ochotę poczytać o innych produktach z tej serii, zajrzyjcie do innych Dziewczyn: Bogate serum antiaging do ciała opisała Kasia, Lekkie mleczko nawilżająco - odżywcze testowała Agnieszka, Regenerujący krem do rąk Monika, a Intensywny krem ujędrniająco-regenerujący do biustu zagościł u Eweliny :) Miłej lektury! ;*

P.S.2 Dajcie proszę znać, czy mój post pojawił się u Was na liście czytelniczej. Mam z tym jakiś problem, mam nadzieję, że jedynie dziś :(

środa, 5 kwietnia 2017

Marcowe zakupy, czyli Inga szalała...

Marzec upłynął mi pod znakiem nowości. Może niekoniecznie wpadłam w ogromny szał zakupów, ale w dużej ilości spłynęły do mnie kosmetyki zakupione jeszcze w lutym na ebay. W związku z tym, postanowiłam podzielić post z produktami, które w ostatnim miesiącu do mnie trafiły na dwie części. W jednej z nich - dzisiejszej - znajdą się moje zakupy, a w kolejnej - prezenty i efekty współprac :) Zapraszam do oglądania, nie będzie krótko! ;)
Przy okazji pojawienia się w Douglas jakiegoś kodu rabatowego, skusiłam się na puder wykończeniowy z najnowszej, wiosennej edycji limitowanej Dior Diorskin Nude Air Colour Gradation Perfecting Powder w odcieniu 001 Rising Pink. Jestem absolutnie zauroczona urodą tego kosmetyku (w środku świetnie pokazała go Marti) i efektem jaki daje, więc wcale nie żałuję tego małego, wiosennego szaleństwa. Przy okazji skusiłam się jeszcze na mój ostatnio ulubiony korektor Mac Pro Longwear Concealer w kolorze NW15 - pełną recenzję znajdziecie tutaj - więc dziś powiem już tylko: bardzo go polecam ;) Trafiły do mnie również gąbeczki Real Techniques Mini Eraser Sponges, ponieważ jajeczko Blend it! po miesiącu zaczęło mi się sypać :( Mam nadzieję, że te wytrzymają dłużej...
Jakoś tak magicznie się złożyło, że w marcu niesamowicie lgnęły do mnie tusze do rzęs :P W zeszłym miesiącu skończył się mój ulubieniec marki L'oreal, więc postanowiłam odnowić starą znajomość z maskarą Max Factor False Lash Effect. I tyle. A tu okazało się, że Glamour do swojego ostatniego wydania dołączył Deborah Lash Creator Volume&Care (która nieźle wydłuża ale nie pogrubia), a Douglas do zamówień powyżej 160zł bodajże, dodawał tusz Guerlain Cils D'Enfer Maxi Lash. Ot i cała historia, nie wołałam a mam :P
Jak już Wam wiele razy wspominałam, przez dłuższy czas byłam posiadaczką jednego (słownie "raz") lakieru do paznokci. A że troszeczkę mi się on znudził, postanowiłam zadbać zarówno o koloryzację jak i o pielęgnację moich łuszczycowych pazurków :P Trafił więc do mnie piękny piasek P2 Sand Style 070 Pretty (wypatrzyłam go tutaj i okropnie mi się spodobał, także kupiłam go przy pierwszej wizycie w Hebe) oraz tradycyjny lakier Semilac 032 Biscuit. Mam również hybrydę w tym odcieniu i bardzo ją lubię, więc przy okazji zakupu Semilac Spa bez zastanowienia wrzuciłam lakier do koszyka. Sam zestaw z kolei, to pięknie zapakowanych pięć odżywek do paznokci pozwalających nam zadbać o nie chyba w każdym możliwym aspekcie. Jest oliwka, peeling, dwie normalne odżywki oraz coś w stylu całonocnej maski do płytki zmywanej mydłem. Szał ciał generalnie ;) I to skuteczny :P
Teraz pora na prezentację kosmetyków, które spłynęły do mnie prost z Korei (Południowej oczywiście :P). Korowód ten zaczyna krem pod oczy The History of Whoo Hwa Hyun Eye Cream. Zakupiłam sobie 30 próbek (czyli 30ml), bo pełnowymiarowe opakowanie kosztuje milionpięćsetstodziewięćset złotych oraz dlatego, że tak robi chyba większość użytkowniczek tego cuda (czytam o tym sposobie na oszczędność już z 10 lat na wizaz.pl a teraz na facebooku). No i cuda to w tym przypadku bardzo dobre określenie, bo kosmetyk ten spisuje się wręcz rewelacyjnie! Tylko te saszetki wkurzają mnie niemiłosiernie :P Ale coś za coś... Maseczka do twarzy Skinfood Watermelon Mask trafiła do mnie z kolei chyba tylko dlatego, że jest arbuzowa. Na szczęście z marką się lubimy, a kosmetyk ma jeszcze działanie kojące, więc dla mojej wiecznie zaczerwienionej cery powinien być jak znalazł ;) Przyleciała ona z Azji, ale kupicie ją też w polskiej Sephorze. O okolicę oczu postanowiłam zadbać dodatkowo przy pomocy płatków pod oczy Koelf Ruby Bulgarian Rose i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z efektów jakie dają. W połączeniu z kremem w tych nieszczęsnych próbkach usunęły zmarszczkę pod okiem - której nienawidzę -  w parę dni. W akcie rozpaczy spowodowanej wycofaniem ze sprzedaży mojego ukochanego kremu Skinfood Facial Water Vita C kupiłam jeszcze inny, nowy krem tej marki, czyli Water Brightening Yuja Water Cream. Producent obiecuje mniej więcej to samo, więc oby były podobne... :/ Dla odmiany zakupiłam go w Sephorze, bo podczas dni Vip (aktualnie znowu są: kod B217S) cena była taka sama jak w Korei :P
Tutaj z kolei widać koreański festiwal opakowaniowej tandety :D Pomidor, awokado, banan, czyli "mamo, pobawmy się w sklep" :P Pomidor to oczywiście Magic Massage Pack Tomatox marki TonyMoly, wewnątrz którego znajduje się maseczka do twarzy mająca za zadanie rozjaśnić i oczyścić skórę. Od dawna miałam ochotę ją wypróbować, bo to w końcu jeden z najbardziej znanych u nas kosmetyków z Azji, jednak było nam nie po drodze. Mimo to, w końcu mamy okazję się poznać i chyba to będzie całkiem miła znajomość ;) Znowu awokado, to peeling do ust Skinfood Avocado&Sugar Lip Scrub, który wypatrzyłam u Kociambra i przepadłam. Na całe szczęście jest zadziwiająco delikatny, w sam raz dla moich bardzo wrażliwych i kapryśnych ust ;) Banan to z kolei krem do rąk o wdzięcznej nazwie Banana Hand Cream TonyMoly. Kusił mnie z każdej strony i skusił, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie... No w sumie może mam. Dzięki dodaniu go do koszyka przesyłka była za darmo. Tak Inga robi interesy :D
Tutaj z kolei widać efekty dodania się do grupy o azjatyckich kosmetykach na fb, gdzie bardzo dużo osób chwali markę Innisfree (oczywiście poczułam się bardzo zainteresowana i postanowiłam dogłębnie ją przetestować :P). U polecanego tam sprzedawcy na ebay, czyli iamlove-shop, bądź w wydaniu sklepowym - jolse - nabyłam taki oto pakiecik w dość korzystnych cenach. Innisfree Tangerine Vita C Gel Cream to chyba jakaś nowość, ponieważ przed zakupem bardzo niewiele udało mi się znaleźć na jego temat. Skusił mnie jednak opis na stronie internetowej i obiecana obecność witaminy C, która bardzo dobrze mi służy. Mam nadzieję, że się polubimy, bo jak już wspominałam, czuję lekki niepokój związany z wycofaniem mojego ulubieńca i chciałabym szybko znaleźć jakiegoś idealnego następcę ;) Dla moich problematycznych ust postanowiłam kupić polecają na stronie marki (działa tam coś na zasadzie naszego KWC, klienci piszą recenzje produktów marki i chyba producent zbytnio w nie nie ingeruje, ponieważ widziałam sporo niezbyt dobrych :P) pomadkę Innisfree Canola Honey Lip Balm. Mam nadzieję, że te niezłe opinie nie są bez pokrycia i moje problematyczne usta będą zadowolone. Moją poprzednią ochronną pomadkę The Body Shop podczas choroby zachachmęcił mi z torebki mąż, więc będzie jak znalazł ;) Teraz z tego co wiem, pojechała z nim do pracy w daleki świat :P Z racji tego, że lubię korzystać z całych kosmetycznych linii, do kremu pod oczy i żelu do twarzy z serii Orchid postanowiłam dokupić Innisfree Orchid Skin (będącym czymś w rodzaju mocno nawilżającego tonera o wodnistej, ale gęstszej niż nasze europejskie toniki konsystencji), oraz Innisfree Orchid Enriched Essence, czyli coś w rodzaju serum. Zauważyłam, że te dwa etapy używane pod krem znacząco poprawiają nawilżenie i wygląd cery, więc od jakiegoś czasu skrupulatnie je stosuję i warstw toner + essence nie pomijam, przez co moja skóra znacząco na tym zyskała ;)
I to na szczęście już wszystko :P (nie licząc oczywiście części drugiej ;)). Większość kosmetyków azjatyckich to jednak jeszcze nabytki z lutego, bo niestety czas oczekiwania na przesyłkę robi swoje, przez co swój debiut na blogu mają dopiero dziś :) Wpadło Wam coś w oko? Może któryś z kosmetyków znacie i macie ochotę podzielić się swoimi wrażeniami? Dajcie znać! A ja w kwietniu chyba wybiorę się na mały zakupowy odwyk :D
P.S. Nie wiem, czy zauważyłyście, ale Black Liner od wczoraj jest już na swoim ;) Po trzech latach blogowania przyszła pora na własną domenę :)

piątek, 31 marca 2017

Pielęgnacja ciała z Elfa Pharm w wykonaniu O'Herbal i Green Pharmacy

Jakiś czas temu, wraz z Lutowym Shinyboxem, otrzymałam kilka kosmetyków należących do koncernu Elfa Pharm. Należą do niego marki Green Pharmacy (z tego co pamiętam, ta jest najstarsza i to właśnie ją poznałam podczas swej kosmetycznej drogi najlepiej), O'Herbal, Vis Plantis, Dr Sante, Intensive Hair Therapy oraz Fresh Juice, którą uwielbiam ze względu na cudownie pachnące żele pod prysznic. Miałam dwa i będzie więcej :D Na razie polecam jednak wersję melon&cytryna oraz liczi&malina ;) (tutaj możecie zapoznać się ze wszystkimi liniami bliżej). 
Wracając jednak do bohaterów dzisiejszego posta... Kosmetyki testowałyśmy generalnie w duecie "Ewelina&Karolina" (plus Rafał - on  żadnej okazji do wymazania się czymś nowym nie przepuści ;)). Pod moim dachem został więc Kojący Krem do Stóp Przeciw Pęknięciom Green Pharmacy oraz Maska Wzmacniająca Włosy O'Herbal zawierająca wyciąg z korzenia tataraku. Do Karoliny powędrował z kolei Orzeźwiający Balsam do Ciała O'Herbal z werbeną. Co z tego wynikło? Zapraszam do czytania! :)
Zacznę może od recenzenckiego debiutu mojej koleżanki Karoliny (nie chodzi tu o to, że nigdy nie pisała tego typu tekstów, ale w kategorii "kosmetyki" to ponoć jej pierwsza ;)). Moja kochana testerka bardzo poważnie podeszła do tematu i opisała wszystko naprawdę świetnie, więc przekazuję Wam jedynie jej wypowiedź dotyczącą Orzeźwiającego Balsamu do Ciała O'Herbal: "Zdecydowanie moja skóra jest sucha, ze skłonnościami do podrażnień. W szczególności jej słaba kondycja ujawnia się po wszelkiego rodzaju zabiegach depilacyjnych, opalaniu oraz po kontakcie ze słoną czy chlorowaną wodą. Już od ponad miesiąca regularnie stosuje balsam do ciała O’Herbal z ekstraktem z werbeny. Pojemnik, w którym znajduje się kosmetyk jest duży oraz bardzo wygodny co ułatwia użytkowanie. Problematyczna jest jednak pompka, która zbyt energicznie i za szybko dozuje zawartość, przez co produkt się rozlewa - trzeba więc robić to delikatnie i uważnie. Zapach balsamu jest specyficzny ale nie intensywny. Pewnie ze względu na zawartość werbeny, jest bardzo przyjemny: świeży, cytrusowy, niezwykle orzeźwiający, jakby zbliżony do cytryny. Jego konsystencja nie przypomina balsamów innych firm. Dlaczego? Bo jest wyjątkowo rzadki, przez co łatwiejszy w aplikacji. Bezproblemowo można go rozsmarować czy zebrać nadmiar. Szybko się wchłania, nie pozostawia plam na ubraniach, nie lepi się, a jego konsystencja sprawia, że produkt jest bardzo wydajny. Ze względu na ograniczony czas stosuje go tylko raz dziennie, najczęściej wieczorem. Już po 2 tygodniach zauważyłam poprawę. Skóra zrobiła się jędrna, wygląda na bardziej odżywioną, nie mam śladów podrażnień ani pęknięć na skórze w takich miejscach jak kolana, łydki czy łokcie. Odkąd używam balsamu skóra po goleniu nie piecze, nie swędzi. Balsam ma też bardzo dobre właściwości przywracające nawilżenie. Szczególnie widzę to na dłoniach, gdzie skóra była zniszczona od pracy w gastronomii, po ciągłym kontakcie z różnego rodzaju płynami czyszczącymi oraz od częstego mycia rąk w płynach antybakteryjnych. Moje ogólne wrażenia są bardzo pozytywne i osobiście polecam serdecznie." Od siebie dodam jeszcze, że pół litra balsamu kosztuje w cenie regularnej 22.50 ;)
Pierwszym z dwóch kosmetyków, które miałam okazję testować osobiście, jest Maska Wzmacniająca Włosy O'Herbal z ekstraktem z korzenia tataraku. Znajduje się ona w wielkim, półlitrowym słoju, co przy włosach daleko za pas jest sporą zaletą. Nie jest to może najwygodniejsze z opakowań do stosowania pod prysznicem, ale na dobrą sprawę wolę słoik, niż jakąś niewydarzoną butlę, z której np. ciężko kosmetyk wydobyć (a takie mi się zdarzały). O dziwo, maska okazała się całkiem wydajna. Stosuję ją już trzeci tydzień (od wysokości ucha), przy każdym myciu włosów (czyli codziennie :P) a dobrnęłam dopiero do połowy. Może to kwestia przyjemnej konsystencji, przypominającej gęsty krem? Nie wiem. Muszę też przyznać, że bardzo podoba mi się intensywnie ziołowy i bardzo specyficzny zapach maski. W pierwszych dniach użytkowania wydawało mi się, że nie zostaje on na dłużej, ale gdy już wyschną i zarzucę włosami, bądź znajdą się one w okolicy twarzy, przez kilka godzin czuję bardzo przyjemny aromat ziół ;) Co jednak z działaniem? Zacznę może od tego, że w kwestii pielęgnacji czupryny jestem totalnie niewymagającym użytkownikiem,. Moje włosy na dobrą sprawę nigdy nie były koloryzowane trwałą farbą (zawsze stawiam na takie do 24 myć), nie używam suszarki, z natury mam je śliskie, lejące, dość rzadkie oraz niskoporowate, więc na dobrą sprawę są w bardzo dobrej kondycji. Tego typu kosmetyki mają więc u mnie głównie nie przetłuszczać włosów, utrzymywać ich stan oraz ułatwiać rozczesywanie :D Prawda, że nie chcę wiele? :P I w przypadku tej maski to dostałam. Na dodatek kosmetyk pięknie wzmacnia ona blask włosów i idealnie je wygładza. Warto też wspomnieć, że nie muszę się męczyć z kołtunkami w ciągu dnia ;) Wzmocnienia nie zauważyłam, ale powiedzmy sobie szczerze - ta maska nie miała czego u mnie wzmacniać :D Nie wiem jednak, czy poradziłaby sobie ona z naprawdę zniszczonymi włosami :( Jestem jednak pewna, że ja kupię kolejne opakowanie tego produktu. 500ml kosztuje  w cenie regularnej 22.50zł.
Drugim z testowanych przeze mnie kosmetyków, jest Kojący Krem do Stóp Przeciw Pęknięciom Green Pharmacy. Znajduje się on w 75ml tubce, którą musimy zakręcać (wolałabym rozwiązanie "na klik"). Jest ona jednak dość miękka i łatwo wydobyć z niej odpowiednią ilość produktu, ponieważ otwór nie jest zbyt wielki. Zapach kosmetyku kojarzy mi się z połączeniem eukaliptusa i mięty, które w moim odbiorze jest całkiem przyjemne. Sam krem jak na kosmetyk do stóp jest stosunkowo rzadki, jednak nie na tyle, by jego aplikacja była przez to utrudniona. Wręcz przeciwnie. Rozsmarowuje się go łatwo, nie pozostawia smug i nie próbował mnie przewrócić w drodze na bosaka do łazienki zaraz po aplikacji bo w miarę nieźle się wchłania delikatnie chłodząc stopy. Co do samego działania: w tym przypadku krem również nie miał u mnie zbyt wiele do roboty :P Po jego użyciu stopy są delikatne, miękkie, nawilżone i natłuszczone. Przy dłuższym stosowaniu zdecydowanie poprawił ich kondycję. Jedyne, co w jego przypadku mnie denerwuje, to parafina na drugim miejscu w składzie, ale w kremach do stóp chyba trudno jej uniknąć, bądź znaleźć ją dalej w spisie składników... (ale może coś mi doradzicie?).  Jego cena regularna to bodajże 4.99zł.
Podsumowując, mam wrażenie, że kosmetyki spod szyldu Elfa Pharm to całkiem niezłe produkty, a przez mój dom przewinęła się ich już naprawdę masa. Wśród nich nie spotkałam żadnego bubla, jednak nie mogę też powiedzieć, że coś stało się moim absolutnym hitem :D (najbardziej polubiłam chyba maskę do włosów z tego posta i żele Fresh Juice). A może Wy zechcecie się podzielić swoimi ulubieńcami wśród kosmetyków O'Herbal, Green Pharmacy, Vis Plantis, Fresh Juicy, Intensive Hair Therapy bądź Dr Sante? Dajcie znać, jakie są wasze wrażenia na temat tych produktów! :) A może znacie któryś z trzech opisywanych dzisiaj? ;)

niedziela, 26 marca 2017

Pani Wiosna z Shinybox, czyli zrozum kobietę

Mam wrażenie, że na wiosnę czekamy już wszyscy. Pierwsze promienie słońca co prawda zaczynają przebijać się przez chmury, ale tak naprawdę w mojej okolicy chyba typowo ciepłego dnia jeszcze nie było... Może w tym tygodniu...? W tym czekaniu postanowił wspomóc nas Shinybox wypuszczając marcowe pudełeczko o nazwie "Pani Wiosna". Zostało ono wprawdzie wyprzedane już przed premierą, ale teraz możemy zamawiać edycję o nazwie "Spełnij Marzenia" :) Jedna i druga nazwa brzmi chyba tak samo świetnie :D Wracając jednak do tematyki marcowego boxa, co tym razem się w nim znalazło? Jak wyglądała moja wersja? Zapraszam do oglądania!
Gwiazdą pudełeczka z pewnością jest Serum do Rzęs Lash Volution. Jeszcze nie miałam okazji go stosować, ale trochę o nim czytałam i opinie na jego temat są dobre, więc z chęcią je wypróbuję. Zawiera ono naturalne składniki, pozwalające na bezpieczną stymulację ich wzrostu, jednocześnie dodając objętości i ograniczając wypadanie. Jedynym jego minusem jest fakt, iż jest ono ważne bodajże do września - myślę jednak, że do tego czasu spokojnie zdążę z niego skorzystać. W cenie regularnej kosztuje ono 79zł. Drugim produktem z pudełeczka, który najbardziej mnie ucieszył, okazała się Mini Rękawica do Poprawy Makijażu Glov w pięknym, niebieściutkim kolorze. Służy ona oczywiście do usuwania make-upu bez detergentów, jedynie samą wodą. Jeśli się sprawdzi - chyba kupię sobie większą wersję, bo sądzę, że może dobrze nadać się do powtórnego mycia twarzy, zaraz po mojej ukochanej piance Skin79 BB Cleanser (azjatyckie nawyki weszły mi w krew :P). Niebieska mini wersja kosztuje 14.90zł. Kolorowym akcentem w wiosennym boxie okazał się Kremowy Róż do Policzków High Definition Photo marki Bell w odcieniu nr2. Aplikacja kosmetyków w kremie nie jest moją najsilniejszą stroną, ale wydaje mi się, że w przypadku tego różu jest ona całkiem prosta oraz jednocześnie przyjemna, pomijając już naprawdę ładny i świeży odcień. Na mojej nieprzetłuszczającej się cerze wytrzymał cały dzień. Cena? 12.99zł. I to chyba moje top 3 z pudełeczka Pani Wiosna ;)
Nadchodzące lato zawsze skłania do większej dbałości o stopy. Shinybox postanowiło nam w tym pomóc, umieszczając wewnątrz pudełka Krem do Stóp Regulator Potliwości Good Foot Delia. Szczerze powiem, że nie mam problemów z nadmiernym wydzielaniem potu w żadnym miejscu na ciele, ale liczę na jego właściwości pielęgnacyjne, które według karty produktowej również on posiada. Sam krem ma bardzo ładny zapach, który zachęcił mnie do stosowania :D Cena? 6.70zł. Kolejnym produktem z pudełeczka, jest Suchy Szampon Got2b Schwarzkopf w wersji Extra Fresh. I w tym miejscu zaczynają się schody. Myję włosy codziennie, suchych szamponów nie używam, w dodatku z moich eksperymentów wynika, że wszystkie te w białym kolorze - nawet po dokładnym wyczesaniu - na czarnych włosach widać... Pomijam już fakt, że ze względu na łuszczycę, po ich użyciu niesamowicie swędzi mnie głowa :P Dobrze, że to tylko mini wersja, pewnie oddam ją komuś bez żalu ;) Cena? 18.99 za 200ml. Na szczęście Schwarzkopf pomyślał o takich marudach jak ja i pewnie wiele z nas i wyposażył nas również w nowość - Szampon do Włosów Schauma Nature Moments. Mnie trafiła się wersja malinowa do włosów farbowanych (były jeszcze oliwkowa, miodowa i lawendowa). I tu stało się coś interesującego, a wręcz przewrotnego, powiedziałabym... Zazwyczaj narzekam na produkty do mycia włosów znajdujące się w boxach, ponieważ jak już wspomniałam, ze względu na problemy ze skalpem ten rodzaj kosmetyku kupuję głównie w aptece. Schauma jednak pachnie tak cudownie, że chyba zaryzykuję użycie go, najwyżej zadrapię się na śmierć :P Jeśli tego typu reakcja nastąpi, najwyżej zostanie żelem pod prysznic, bądź wyląduje w dozowniku na mydło :D (Pomysł ten podsunęła mi Ewelina ;)) Jego koszt to 10.99 za opakowanie i paradoksalnie jego obecność w pudełeczku bardzo mnie ucieszyła :D Zrozum tu kobietę :P (edit. Nie zaobserwowałam żadnych niepokojących zjawisk, Schauma chyba może pozostać szamponem ;) Jestem pod wrażeniem! I włosy są takie śliczne :))
Kolejny produkt, który znalazł się w moim pudełeczku, to 3fazowy Zabieg Wygładzający "Mikrodermabrazja" Bielendy. Wolałabym, ze względu na wrażliwą i skłonną do przesuszeń skórę maseczkę nawilżającą, na którą również można było trafić, ale jak wiadomo - w przypadku boxów trzeba zdać się na ślepy los ;) Zabiegiem tym niezdrowo zainteresował się jednak mój mąż (ma skórę tłustą) i w sumie nie pytając - poszedł przedwczoraj wieczorem do łazienki sobie go zrobić :P Gdy już zauważyłam co miało miejsce, udało mi się dowiedzieć, że peeling w pierwszej saszetce jest bardzo mocny, mało przyjemny i rozgrzewający, reszta jednak - ponoć się podobała. Co do efektów: mąż sam przyznał, że skóra zaraz po jest ściągnięta (wpadł do pokoju i od razu szukał kremu, więc coś musi w tym być), jednak dzień później cera jest bardziej matowa, oczyszczona, mniej się przetłuszcza i jest znacznie gładsza w dotyku. Cena zabiegu to 4.93zł. Ostatnim już kosmetykiem jest Polska Papka do Cery Trądzikowej Jadwiga. Szczerze powiem - nie mam trądziku, a niespodzianki wyskakują mi może raz w roku (autentycznie!). Jednak moja mama widząc ten kosmetyk w pudełku powiedziała do mnie: "Inga, ja wiem, że to ci niepotrzebne, ale to rewelacyjna rzecz! Już się zastanawiałam gdzie kupię następne opakowanie". Tak, moja rodzicielka używa tego kosmetyku od lat i dosłownie go uwielbia, ratuje on też od pryszczy mojego brata i męża, ciężko mi nawet stwierdzić ile butelek przewinęło się przez mój dom. Ponoć kosmetyk przyspiesza regenerację skóry, wysusza oraz rozjaśnia i łagodzi zaognioną zmianę. Nie będę dyskutować, skoro większość mieszkańców ją uwielbia ;) Cieszę się zatem razem z nimi, że papka znalazła się w tym pudełeczku, bo to ponoć bardzo dobry kosmetyk. Jego koszt, to 30zł za 30ml. Jedyną jego wadą jest chyba to, że ciężko go kupić, ja do tej pory zamawiałam go mamie z drogerii ekobieca.
Ogólnie rzecz biorąc, mimo iż to pudełko nie do końca dopasowane jest do moich potrzeb - jestem z niego zadowolona :D Najmocniejszym jego ogniwem jest dla mnie serum LashVolution oraz mini Glov, a najsłabszym - zdecydowanie suchy szampon Got2b (jeszcze nie wiem komu go wcisnę :P). Reszta z pewnością znajdzie swoje miejsce w kosmetyczce mojej, bądź rodziny (patrz Papka Jadwigi ;)). Pozostaje mi jednak mieć nadzieję, że za miesiąc będzie jeszcze lepiej! ;) A Wy co myślicie o tym pudełeczku? Który kosmetyk najbardziej wpadł Wam w oko? I nie uważacie, że szata graficzna samego boxa jest prześliczna? :) Dajcie znać!

wtorek, 21 marca 2017

Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule, czyli kilka słów o fatalnych opakowaniach i złośliwości losu

Znacie ten stan, kiedy bardzo chcecie coś zrobić (czy to dla siebie, czy do pracy), i wszystko, co dzieje się dookoła, jest przeciwko Wam? Ja miałam to podczas prób pisania tego posta. Tworzę go od soboty, i ciągle coś staje mi na drodze. A to choroba męża (szukanie lekarza w weekend oraz jeżdżenie po nocach do apteki nie jest dobre, oj nie), a to własna migrena (podejrzewam, że z nerwów), a w końcu już chyba zwyczajny brak weny oraz twórczy leń spowodowany ostatnimi wydarzeniami nie pozwolił mi na terminowe dokończenie posta i na blogu na tydzień zapadła cisza. Cóż, bywa... Miałam jednak dobre chęci i nadal mam, haha :D Po tym małym festiwalu żali, wróćmy jednak do tematów kosmetycznych. Dziś na tapecie znajdziemy koreańską ampułkę, będącą czymś w rodzaju naszego serum, o nazwie Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule. Jak się już pewnie domyślacie po tytule - coś jest nie tak z jego opakowaniem. Co? I co z najważniejszym, czyli  z zawartością? Zapraszam do czytania!
Serum Dr.G znajduje się w porządnym, zieloniutkim opakowaniu z pipetą, które mimo, że towarzyszy mi już jakiś czas, zupełnie się nie niszczy. Napisy nadal tkwią na swoim miejscu, wszystko wygląda ładnie... Na pierwszy rzut oka :/ Na drugi nie jest już tak pięknie! Po odkręceniu ampułki, szklana pipeta wykrzywia się na wszystkie możliwe strony, wciska się wgłąb białego "korka" a przy odrobinie nieuwagi, bądź drobnych chęci możemy zostać z opakowaniem w trzech kawałkach. Czyli? Ano z zieloną flaszeczką, szklaną pipetą (nie sięgającą oczywiście do samego dna) i białym "korkonabieraczem". Dobra, coś tu jest nie halo... Pomijam już fakt, że ów guzik do nabierania płynu działa jak mu się podoba, i czasem gdy naciskam go milionowy raz trafia mnie szlag. Na serio. Teraz już po prostu wylewam (a raczej wytrząsam) kosmetyk na rękę - lekarz zabronił mi się denerwować, więc staram się unikać sytuacji stresujących na ile się da :P Sama już nie wiem, czy w przypadku tej ampułki naprawdę stworzono tak fatalne opakowanie, czy ja trafiłam na wadliwy egzemplarz... W razie czego - całość zawiera 30ml i jest ważne 12 miesięcy od otwarcia. 
Jak już wspomniałam - konsystencja serum jest dość gęsta, żelowa i tak naprawdę wcale nie jest prosto wytrząsnąć ją z buteleczki. Za to zielonkawa maź w sam raz nadaje się do stosowania jej w towarzystwie pipety bądź pompki ;) Nie spływa z twarzy i całkiem ładnie się ją rozprowadza. Najlepiej robić to jednak na skórze zwilżonej tonikiem, bądź mgiełką, ponieważ jeśli pominiemy ten krok, kosmetyk gorzej się wchłania i zaczyna się lepić. Jeśli chodzi o zapach - na początku myślałam, że ampułka go nie posiada, jednak po dłuższym czasie stwierdziłam, że chyba jednak z buteleczki czuć lekki, świeży aromat. Wydajność jest całkiem niezła, myślę że kosmetyk starczyłby spokojnie na 2-3 miesiące regularnego stosowania.
Według mnie, ampułka ta jest kosmetykiem uniwersalnym w kwestii stosowania. Co mam na myśli? Bez problemu można stosować ją rano pod makijaż, oraz w pielęgnacji wieczornej, ponieważ jest dość lekka i w moją naczyniową skórę szybko się wchłania. No dobrze. Teraz już wiemy, że opakowanie jest beznadziejne, użytkowanie samego kosmetyku całkiem na poziomie, na co jednak ampułka działa i czy jest skuteczna? Już Wam mówię. Produkt ma za zadanie głównie nawilżyć naszą skórę, rozświetlić i likwidować zaczerwienienia powstające na wrażliwych cerach, dzięki ekstraktom z zielonego kawioru, jabłka i sfermentowanego lotosu (z tego, co zdążyłam wyczytać, fermentacja składników ułatwia wnikanie w głąb skóry). Jak same widzicie - obietnice producenta nie są zbyt wybujałe. Sama jednak przyznam, że jeśli markę z obietnicami ponosi ja zazwyczaj zupełnie w nie nie wierzę, a po drugie - szukałam tylko czegoś co zlikwiduje czerwone, naczynkowe plamy na mojej twarzy.
Jak więc ampułka zadziałała? W towarzystwie nawilżającego kremu ze ślimakiem Mizon, nie robiącego totalnie nic (Red Blemish Dr.G włączyłam do pielęgnacji później więc jestem pewna, że wszystko, co się zadziało, to jego sprawka ;)) poskutkowała praktycznie od razu. Już po pierwszym zastosowaniu na noc, cera była ukojona a zaczerwienienia mniejsze. Z czasem jej stan coraz bardziej się poprawiał, wzrósł poziom nawilżenia, skóra stała się gładka, jędrna i rozświetlona, zaczerwienienia zniknęły całkowicie i przestały mnie nękać na dobrych kilka miesięcy. Niestety po odstawieniu stan mojej skóry wraca już do swojej niezbyt pięknej "normy", więc naprawdę mam okazję dogłębnie zaobserwować ile ampułka robiła...
W ramach podsumowania powiem Wam, że mam co do ampułki Red Blemish Soothing Ampoule Dr.G ambiwalentne uczucia. Z jednej strony jej działanie naprawdę bardzo mi się podobało, a z drugiej opakowanie jest naprawdę totalnie beznadziejne i nie wiem czy za 122zł w cenie regularnej jeszcze będę miała ochotę się z nim męczyć... Zobaczymy. Na razie jednak, to najskuteczniejszy kosmetyk na zaczerwienienia jaki miałam okazję poznać - zamknięty niestety w niewygodnej buteleczce. Błagam, stwórzcie może coś z pompką?! :D A Wy? Znacie jakieś kosmetyki, które dobrze się u Was sprawdziły, ale ich opakowanie totalnie odstrasza od ponownego zakupu? A może znacie tę ampułkę i Wasze opakowanie wcale nie jest kłopotliwe? Albo znacie inne, świetne serum na zaczerwienienia? Dajcie znać!

środa, 15 marca 2017

Inglot HD Matte, czyli o poszukiwaniu ideału słów parę

W związku z tym,  że matowe pomadki dosłownie podbijają rynek kosmetyczny, i właściwie każda firma ma już je w swojej ofercie, miałam okazję przetestować na swoich ustach niejedną. Trwałość, komfort noszenia, konsystencje, ceny, opakowania i inne aspekty ich dotyczące były różne. Jedne mi odpowiadały, inne zupełnie nie, ale że efekt matowych ust sam w sobie lubię, to szukałam. Szukałam swojego ideału, bądź choćby ulubieńca. Czy znalazłam? Dziś pora odpowiedzieć sobie na to pytanie przy okazji matowych pomadek Inglot HD Matte, w kolorach 21, 26 i 32 (kolejno na zdjęciach) Zapraszam zatem do czytania! ;)
Pomadki znajdują się w skromnych, prostych i charakterystycznych dla Inglota opakowaniach. Nie ma w nich nic atrakcyjnego, jednak na dobrą sprawę nie mam im wiele do zarzucenia, ponieważ dobrze spisują się podczas użytkowania. W związku ze swoją płynną formułą, na pierwszy rzut oka przypominają one bardziej błyszczyk niż pomadkę ;) Z kolei sam aplikator jest mały, dość sztywny i średniopuchaty, łatwo więc przy odrobinie chęci precyzyjnie wyrysować nim usta. Właściwie jedyne co mogę w tym momencie całości zarzucić, to zbyt duży otwór, bo gąbeczkę trzeba dość mocno obetrzeć, ponieważ nabiera zbyt dużo pomadki na raz - choć może to zależeć od upodobań użytkowniczki. Ja wolę dołożyć trzy razy i malować po kawałku, niż "machnąć" raz a dobrze ;)
W porównaniu do innych matowych pomadek w płynie które posiadam, Inglot HD Matte jest dość rzadka i jednocześnie sucha. Konsystencja nie sprawia jednak żadnych problemów, a wręcz powiedziałabym, że ułatwia rozprowadzenie szminki na ustach (Jedna cieniutka warstwa wystarczy! Pomadka świetnie kryje). Całość zastyga po kilku minutach na całkowity mat, jednak pod koniec noszenia zaczynają pojawiać się na ustach pojedyncze, drobniusieńkie iskierki, które według producenta mają zapewnić właśnie ów "efekt HD". Następuje to jednak - jeśli nie jemy - po około 7 godzinach (co u mnie jest wielkim sukcesem, zazwyczaj w mniej więcej trzy po mojej szmince nie ma śladu). Jeśli w tak zwanym "międzyczasie" zaliczymy tłusty posiłek, możemy się spodziewać, że pomadka wytrze się od wewnątrz, jednak bez problemu można zamalować te miejsca. Nie polecam jedynie "jazdy po całości" drugi raz bez wcześniejszego zmycia - wtedy stworzy nam się nieestetyczna "skorupka".
Pomadka Inglot Hd Matte ma bardzo przyjemny, słodki, kwiatowo - waniliowy zapach. Smaku z kolei nie posiada wcale. Przejdźmy jednak do odcieni, bo to one są głównym powodem dla którego szminki nosimy :D (odkrycie na miarę Nobla :P). Te na które się zdecydowałam są stosunkowo neutralne w odbiorze, z chłodnymi tonami, dobre do codziennego makijażu. Numer 21 to coś w rodzaju brzoskwiniowo - różowego nude, 26 - lekko brudny, całkiem widoczny róż, a 32 - coś będącego mieszanką nude, fioletu i brązu, podbite modną ostatnio, trupią szarością (ta jest moja ulubiona, a jak :P z czystym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że ten odcień jest dużo bardziej twarzowy niż słynna 10 z Golden Rose Liquid Matte Lipstick). Jeśli żaden Wam się nie podoba, to mała strata, do wyboru jest 20 kolorów, od nudziaków, po szalone fiolety i borda.
Właściwości pomadek również spełniają moje oczekiwania. Ze wszystkich płynnych, matowych szminek, to właśnie HD Matte "męczy" moje wargi najmniej. A precyzując - szminka nie wysusza ich wcale (również nie nawilża, ale nie wymagam takich cudów od tego typu kosmetyków ;)), jest niewyczuwalna na ustach i bardzo komfortowa w noszeniu, oraz nie wchodzi nieestetycznie w załamania warg, tylko ładnie się z nimi stapia. Co ważne, nie pozostawia również śladów na szklankach, sztućcach, ustach partnera, czy ubraniach. Szczerze powiedziawszy - ja jestem niesamowicie zadowolona i z całej mojej matowej kolekcji to Inglota kocham najbardziej! Pomadka kosztuje w cenie regularnej 45zł, ale ja wszystkie swoje egzemplarze upolowałam na różnych promocjach.
W ramach podsumowania powiem tylko, że matowych pomadek posiadam już wiele... Golden Rose, Wibo, Provoke, Lovely (dobra, może przestanę wymieniać, bo wyjdzie, że jestem nienormalna) ale to właśnie Inglot HD Matte okazała się aktualnym ulubieńcem. Czy długo nim pozostanie? To się okaże! Na razie to jednak niekwestionowany numer 1! ;) I gdyby nie to, że szminki już same wychodzą z moich półek, to myślałabym nad kolejnymi kolorami. Jeśli więc lubicie matowe pomadki - z czystym sumieniem Wam ją polecam :)
Znacie pomadki Inglot HD Matte? Lubicie usta o takim wykończeniu? Może któryś odcień wpadł Wam w oko? Dajcie też koniecznie znać, jakie są wasze ukochane szminki, te matowe, bądź nie :) Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach ;)

piątek, 10 marca 2017

Laneige Lip Sleeping Mask, czyli o całonocnej masce do ust słów parę

Tak, wiem... Dziś miała być recenzja matowych pomadek Inglot, ale brakuje mi zdjęcia na ustach jednego z odcieni (tego z nowości lutego) a że choruję już drugi tydzień, moje wargi są w niezbyt dobrej kondycji i absolutnie nie nadają się do sesji zdjęciowych... Obiecuję jednak, że jak tylko dojdą do siebie, recenzja będzie! Problemy z ustami właściwie mam od zawsze. Odkąd pamiętam, w mojej kieszeni, lub w czasach gimnazjum w plecaku, a potem we wszelkiej maści torbach tkwiły w ogromnej ilości pomadki ochronne. Cóż, taka karma - myślałam smarując się kolejną warstwą różanej Bebe (kupowałam ją od około 13 roku życia aż po studia :D). Potem przerzuciłam się na Rumiankową Alterrę (i jak sama napisałam, pierwszym wrażeniem na jej temat była myśl "fuj, jak śmierdzi"), teraz zaliczyłam długi romans z Nuxe Reve de Miel Lip Balm, oraz kilka średnio udanych, przelotnych "skoków w bok"... Niedawno jednak zachciało mi się czegoś nowego, a że szał na Azję trwa u mnie w najlepsze, po wpadkach z mazidłami TonyMoly i Skinfood (są niby ok, ale dla niewymagających), postanowiłam nabyć Laneige Lip Sleeping Mask, czyli całonocną maskę do ust (z przebojami, a jakże - ale wszystko dobrze się skończyło). Jak zdała ona u mnie egzamin? Zapraszam do czytania!
Całonocna Maska do Ust Laneige, znajduje się w dość dużym - jak na tego typu produkt - opakowaniu. Zawiera aż 20 gramów, i w dodatku jest bardzo wydajna. Słoiczek jest plastikowy, dobrej jakości i w kolorze różowym - stylizowanym na modne ostatnio ombre. Do niego dołączono szpatułkę do nakładania maski na usta, która również jest świetna jakościowo (plastikowa, z metalową obsadką oraz bardzo elastyczną gumką na końcu, z przyjemnością się jej używa) i dodatkowo zapakowana w etui, więc zadbano o kwestie higieny. Jestem pod wrażeniem, że słoiczek z plastiku może być tak ładny, a także mieć tak świetnie dopracowane detale.
Maska do ust Laneige ma bardzo ciekawą konsystencję. W słoiczku jest dość twarda i zbita, jednak po nałożeniu jej na szpatułkę, a potem na usta, magicznie topi się pod wpływem ciepła warg, lub palców, co sprawia, że bardzo łatwo i lekko się ją rozprowadza. Kosmetyk nadaje ustom połysk, ale myślę, że w przypadku używania nocnego (temu przecież produkt jest dedykowany) nie ma to znaczenia ;) Maska pachnie owocową gumą balonową, ale zapach nie jest w żaden sposób męczący, właściwie to czuć go wyłącznie w słoiczku i może odrobinę podczas nakładania... ;) Smaku niestety (lub "stety", zależy co kto lubi) nie posiada. 
A jak zatem z najważniejszym, czyli z dzianiem całonocnej maski do ust Laneige? Właściwie od razu po nałożeniu czuć sporą ulgę, ponieważ pokrywa ona wargi czymś w rodzaju kompresu (kładę grubą warstwę), w dodatku nie szczypie nawet jeśli ma kontakt z podrażnieniami lub rankami, o czym miałam okazję się przekonać właśnie podczas aktualnej "grypy" (lub cokolwiek to jest). Po przebudzeniu resztki maski, które się nie wchłonęły jeszcze tkwią na ustach, ale wystarczy umyć twarz, lub przetrzeć wargi płynem micelarnym, by ją usunąć. Kiedy już to zrobię, nawet wizualnie usta są w dużo lepszej kondycji. Moje uzyskują jednolity koloryt (mam ciemniejszą, jakby naczyniową plamkę na dolnej wardze), są pięknie wygładzone i utrzymują nawilżenie praktycznie przez cały dzień. Dużą zaletą jest dla mnie również to, że po jej użyciu nie odczuwam ciągłego "ściągnięcia". Regeneracja w sytuacji kryzysowej również stoi na wysokim poziomie, ponieważ widzę, że podczas jej stosowania (na dzień mam Nuxe, ale sam tym razem sobie nie radzi) w trakcie przeziębienia, wargi szybciej niż zwykle odzyskują swój utracony blask (a ja nie muszę stosować przepisanych przez dermatologa leków na AZS, które jeśli wierzyć ulotce - są średnio bezpieczne :P).
Ogólnie rzecz biorąc - jestem bardzo zadowolona z zakupu, i według mnie jej jedyne wady to cena (około 60zł na ebay, ale przy tej wydajności i wielkości opakowania chyba nie wychodzi tak źle), oraz fakt, iż jest ona słabo dostępna (jeśli jednak chcecie namiary na sprzedawców to dajcie znać w wiadomości prywatnej lub komentarzu). Z mojej perspektywy więc - jak najbardziej warto. Nieustające problemy z ustami są mniejsze, nierówny koloryt warg nie jest tak widoczny, jej stosowanie jest bardzo przyjemne i w dodatku normalnie ogranicza się do nakładania raz w ciągu doby (w dzień stosuję balsamy do ust jedynie podczas choroby). A Wy? Znacie Całonocną Maskę do Ust Laneige? Może czujecie się skuszone? Może niekoniecznie? A może polecicie mi jakieś własne hity do pielęgnacji ust? Dajcie znać, chętnie się z nimi zapoznam! ;*