sobota, 16 czerwca 2018

Colourpop No Filter Concealer Fair 06, czyli o finale poszukiwań korektora idealnego

Nie wiem, czy zauważyłyście, ale tym razem nie było mnie tu dłużej niż zwykle. Jesteśmy na przededniu wakacji i właściwie jak wyszliśmy z mężem z domu tydzień temu - wróciłam dopiero wczoraj. Byliśmy kilka dni u znajomych na wsi, świętując urodziny jednego z przyjaciół, a potem balowaliśmy w Łodzi z Patrycją. Trzeba jednak w końcu wrócić do rzeczywistości i mimo tego, że mam świadomość, że to żaden urlop, to naprawdę udało mi się odpocząć od codziennej monotonii i zapomnieć o problemach. Zmieńmy jednak temat na stricte kosmetyczny, wszak dzisiejszy post nie ma być przynudnawymi wynurzeniami o niczym... xD Ostatnimi czasy zmagam się z dużymi jak na moją osobę cieniami pod oczami i z uporem maniaka szukam korektora, który usatysfakcjonowałby mnie w stu procentach. Nie powiem, nie jest łatwo, ale ciągle miałam nadzieję, że taki produkt znajdę. Wkładając więc do koszyka Colourpop No Filter Concealer 06 Fair w odświeżonej wersji, miałam wymagania jak stąd do nieskończoności (no i z powrotem). Jak zatem spisał się u mnie ów gagatek? Zapraszam do lektury!
Colourpop No Filter Concealer Fair 06
Korektor marki Colourpop znajduje się w prostym, plastikowym opakowaniu przypominającym błyszczyk. Mimo iż wszystko wygląda naprawdę skromnie, to przyznać trzeba, że całość ma całkiem niezłą jakość. Nakrętka jest matowa, srebrne napisy nie wycierają się z biegiem czasu, a aplikator jest naprawdę miękki i wygodny (przypomina jakby elastyczną, spłaszczoną szpatułkę). Całość zawiera 4 gramy, ale wydaje mi się, że produkt ten jest całkiem wydajny. Ostatnio katuję go naprawdę codziennie, a zużycie wcale nie jest zbyt duże. Zapach produktu jest bardzo delikatny i świeży, bardzo się cieszę, że nie czuć w nim mojego "ulubionego" aromatu plasteliny xD Warto również w tym miejscu wspomnieć, iż kosmetyki Colourpop są wegańskie.
Colourpop No Filter Concealer Fair 06
Korektor Colourpop No Filter Concealer dostępny jest w 30 różnych kolorach podzielonych na odcienie bardzo jasne, jasne, średnie, średnio ciemne, ciemne i bardzo ciemne. Dodatkowo, jeśli mamy ochotę, możemy sobie kupić produkt w kolorze białym, lub znaleźć wśród dostępnych odcieni coś do konturowania. Ja jednak, jak już mówiłam, szukałam kosmetyku do zakrycia sińców pod oczami. Zdecydowałam się więc na kolor 06, opisywany jako bardzo jasny z ciepłymi podtonami. I mimo tego, że w sieci było bardzo mało zdjęć tego produktu (dopiero co pojawiła się nowa wersja), to chyba nie mogłam trafić lepiej. Korektor na mojej cerze nie ciemnieje, ale przyznać muszę, że po nałożeniu staje się chłodniejszy. Nie zawiera on również drobinek, a według producenta jego wykończenie jest matowe. Ja jednak uważam, że bez przypudrowania bliżej mu po zaschnięciu do delikatnej satyny.
Colourpop No Filter Concealer Fair 06
Colourpop No Filter Concealer Fair 06
Korektor Colourpop bardzo łatwo się nakłada oraz szybko rozprowadza. W dodatku tak samo naturalnie wygląda zarówno nałożony gąbeczką, jak wklepany palcem. Sam produkt ma dość gęstą konsystencję i naprawdę przyzwoite, choć niepełne krycie. Szczerze jednak powiem, iż jest ono na poziomie w pełni mnie satysfakcjonującym, wszak bez problemu zasłania co trzeba. A teraz najważniejsze: utrwalony trzyma się w stanie idealnym od nałożenia aż do zmycia i absolutnie nie ma mowy o żadnym wchodzeniu w zmarszczki! Dogadywał się on z każdym moim pudrem, kremem pod oczy oraz bazą. Brawo! W dodatku nie wysuszył też okolic oczu, choć ja zawsze nakładam na skórę najpierw krem nawilżający ;)
Colourpop No Filter Concealer Fair 06
Korektor Colourpop No Filter Concealer kosztuje w oficjalnym sklepie internetowym 6$. Osobiście uważam, że jak za tę cenę, jest naprawdę świetny, a jego jedynym minusem, jest konieczność zamówienia go z USA (przesyłka kosztuje 9$, powyżej 50$ jest darmowa, ale warto również pamiętać, że bodajże jeśli wartość paczki będzie wyższa niż 47$ możemy zapłacić VAT. Zamawiając więc z darmową wysyłką ryzykujemy poniesieniem dodatkowych kosztów). Myślę jednak, iż w dobie zakupów internetowych nie jest to spory problem. Ja z pewnością przy okazji nabędę kolejną sztukę, bo znalazłam swojego "Świętego Graala".
A jaki jest Wasz ukochany korektor? Miałyście już styczność z kosmetykami tej marki? Dajcie koniecznie znać! :)

sobota, 9 czerwca 2018

Laneige Stained Lip Glasstick Blue Topaz i Peach Moonstone, czyli o koreańskich pomadkach do ust

Tak, wiem! Miałam nie kupować już szminek, ale te dostałam, więc chyba prawie się nie liczy? xD Z resztą jedna z nich to naprawdę wyjątkowy egzemplarz (musiałam go mieć :P), któremu szczerze powiedziawszy nawet trudno było zrobić jakiekolwiek zdjęcie, więc z góry proszę - wybaczcie mi wszystkie niedociągnięcia ;) Zapraszam Was zatem na recenzję koreańskich cudeniek Laneige Stained Glasstick w kolorze 08 Peach Moonstone, oraz szczególnego odcienia 01 Blue Topaz mogącego pełnić również funkcję topu ;)
Laneige Stained Lip Glasstick 01 Blue Topaz 08 Peach Moonstone
Opakowania obu pomadek są bardzo eleganckie i muszę szczerze przyznać, że naprawdę przypadły mi one do gustu. Srebro przełamane kolorowym akcentem (czyli podstawą w kolorze pomadki) z dodatkiem subtelnego logo jest bardzo miłe dla oka. Dodatkowo warto też zwrócić uwagę na jego solidne wykonanie. Całość jest dość ciężka, przez co od razu czuć, że mamy w rękach coś porządnego :D Sztyft w ich przypadku jest dość wąski i ścięty na ukos, więc naprawdę łatwo wyrysować nimi kontur ust. Wewnątrz opakowania znaleźć można 2g kosmetyku, czyli naprawdę stosunkowo mało. W produktach konkurencji, zazwyczaj znajduje się niestety około pół grama produktu więcej.
Laneige Stained Lip Glasstick 01 Blue Topaz 08 Peach Moonstone
Pierwszy z posiadanych przeze mnie odcieni, nr 08 Peach Moonstone to kolor przypominający soczystą brzoskwinię. Nie ma on żadnych drobinek, pięknie podkreśla naturalny odcień ust, a pigment niejako "wżera się" w wargi, co powoduje, iż nawet po wytarciu się błyszczącej warstewki, która jest na początku, usta nadal mają delikatny kolor ;) Z kolei 01 Blue Topaz to zupełnie inna historia. Nałożony na wargi solo, sprawia, że nabierają one chłodniejszego odcienia (baza pomadki jest jakby lekko błękitna) i dodatkowo zatopionych jest w niej mnóstwo roziskrzonych drobinek, które nie są wyczuwalne na ustach. Można go oczywiście nosić bez niczego, ale prawdziwej magii nabiera dopiero, gdy nałożymy ten produkt na inną pomadkę. Cała seria dobrze ze sobą współpracuje, ale najbardziej spektakularny efekt widać przy matowych szminkach. Wtedy Blue Topaz sprawia, że kolor staje się chłodniejszy, a na ustach pojawiają się jakże teraz modne, wielokolorowe iskierki. W ramach ciekawostko dodam, że nr 02 Rose Quartz również pełni funkcję topu, ale posiada różową bazę oraz drobinki w innej kolorystyce.
Laneige Stained Lip Glasstick 01 Blue Topaz 08 Peach Moonstone
Zapach pomadek jest bardzo przyjemny, słodki i przypomina mi soczyste owoce. Smakują również delikatną słodyczą, szczególnie na początku, zaraz po nałożeniu na usta. Nie jest to jednak w żaden sposób męczące, gdyż wszystko wyważono naprawdę odpowiednio ;) Sama pomadka jest mięciutka i lekko sunie po ustach. Z resztą cała seria posiada bardziej formę leciutkich balsamów koloryzujących niż klasycznych szminek, więc nawet po kilku pociągnięciach nie spodziewajcie się pełnego krycia ;) Po ich użyciu Wasze usta będą podkreślone kolorem oraz blaskiem, który bez problemu możecie stopniować ;)
Laneige Stained Lip Glasstick 01 Blue Topaz 08 Peach Moonstone
Laneige Stained Lip Glasstick 08 trzyma się na moich ustach w stanie niezmienionym około 2 godzin, jednakże jak już wspominałam, sam pigment potrafi być widoczny nawet pół dnia :P Z kolei w przypadku 01, gdy wytrze się błyszcząca warstewka, na ustach pozostają same drobinki, które niestety, ale po tym czasie potrafią trochę migrować (jednak nieznacznie, nie musicie się obawiać, że będziecie całe w niebieskim brokacie, szczególnie że mają one formę naprawdę delikatnych iskierek).
Laneige Stained Lip Glasstick 01 Blue Topaz 08 Peach Moonstone
Jeśli już więc doszliśmy do tego, iż to bardziej balsam koloryzujący niż typowa szminka, warto też wspomnieć, jak mają się w jej przypadku właściwości pielęgnacyjne, o których szeroko rozpisuje się producent. Według mnie, obietnice nie są ani trochę przesadzone, gdyż balsamiki te, na moich ustach spisują się wręcz idealnie. Nie wysuszają (a wręcz solidnie nawilżają) nie kleją się, nie podkreślają suchych skórek oraz są bardzo lekkie i komfortowe w noszeniu. Ja polubiłam je do tego stopnia, że ostatnio maluję się nimi non stop oraz z chęcią przygarnęłabym więcej kolorów (mimo, że nie powinnam, bo już boję się liczyć swoje szminki...).
Podsumowując mój wywód: jeśli lubicie tego typu pomadki, to dobrze trafiłyście ;) Właściwości pielęgnacyjne idealnie łączą się tu z trwałością koloru, wyglądem i wydajnością, a jedyne minusy, których udało mi się doszukać, to fakt drobnej migracji drobinek w odcieniu Blue Topaz, oraz nieszczególnie atrakcyjna cena ;) W tym momencie na Jolse kosztuje ona 18.60$ czyli około 67zł. Porównując je jednak do Givenchy Le Rouge a Porter stwierdzam, że jakościowo jest dużo lepiej, a cena jest sporo niższa ;) Ja zostaję więc przy Laneige! :D
Jakie pomadki Wy nosicie ostatnio najchętniej? Znacie Laneige Stained Lip Glasstick? ;) Dajcie koniecznie znać, czy któraś wpadła Wam w oko ;) 

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Majowe pudełka kosmetyczne, czyli o "Shinybox" i "Inspired by" słów parę

Maj już jakiś czas temu się skończył, jednak ja dopiero teraz przychodzę do Was z prezentacją kosmetycznych pudełek z poprzedniego miesiąca ;) Dlaczego? Ano dlatego, że mój Shinybox - Blask Kobiecego Piękna - znowu zaginął w akcji, Inspired by Naturalnie Piękna zostało wysłane w tamtym miesiącu dość późno a ja wciągnęłam się w nowy serial xD Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, więc pora w końcu obejrzeć, co znalazło się w boxach z poprzedniego miesiąca :)
Shinybox Blask Kobiecego Piękna Inspired by Naturalnie Piękna XII
Blask Kobiecego Piękna to edycja majowa, która zasługuje na uwagę ze względu na nowy sposób pakowania Shinyboxa. Inne jest kartonowe pudełko zabezpieczające i w końcu zmieniono także te koszmarne boxy z miękkiego kartonu na eleganckie, błyszczące pudełeczka, w których będzie można przechowywać bibeloty oraz kosmetyki :P To wielki plus!
Shinybox Blask Kobiecego Piękna
Jednak nie od dziś wiadomo, że najbardziej liczy się wnętrze xD Co więc znalazłam wewnątrz majowej edycji? Już Wam mówię! :)
Chyba najdroższym produktem w pudełku, który od razu wzbudził moje zainteresowanie, są Chusteczki do Demakijażu z Minerałami z Morza Martwego Seacret. Producent obiecuje nawilżenie i dokładne usunięcie z twarzy wodoodpornego makijażu. Ja jestem z ich obecności bardzo zadowolona, ponieważ zdarza mi się używać takowych na wyjazdach oraz czasami do usunięcia resztek make-up'u. Ich cena wynosząca 104zł za 25 sztuk jest według mnie przesadzona, ale to opakowanie z pewnością zużyję i nie oddam go nikomu :P Drugim produktem, który znalazłam w boxie, jest Mus pod Prysznic i do Kąpieli Gruszka&Bergamotka nieznanej mi wcześniej marki Nutka. Szczerze powiem, że ten produkt również mi się podoba, a w dodatku trafiłam na najbardziej dopasowaną do moich gustów zapachowych wersję :) W połączeniu z nawilżeniem obiecywanym przez producenta, może się on okazać bardzo przyjemnym produktem pod prysznic. Gratis dostałyśmy także próbkę Emulsji do Higieny Intymnej Nutka. Koszt musu to 9zł.  Wymiennie z korektorem marki Golden Rose, można było znaleźć w pudełku Maskę Głęboko Oczyszczającą Zielone Laboratorium. Jest ona na bazie białej glinki, dzięki czemu eliminuje zanieczyszczenia, absorbuje nadmiar sebum, łagodzi i rozjaśnia. Nie powiem, zużyję ją z chęcią, ale moje serce bije jakoś szybciej na widok korektora xD Na plus jednak warto zaliczyć fakt, że tym razem produkty te mają niemal identyczną cenę. Maseczka to koszt 11zł.
Shinybox Blask Kobiecego Piękna
I teraz najciekawsza część tej historii xD W maju, klientki mające status "stałej w uczuciach" mogły za pomocą ankiety wybrać, czy chcą znaleźć w swoich pudełkach Błyszczyk Extreme Gloss Mesauda Milano (44zł), czy Kredkę do Ust Xpress Lips Mesauda Milano (28zł). Ja z racji bycia ambasadorką Shinyboxa dostałam oba te produkty i o ile błyszczyk bardzo przypadł mi do gustu, to niestety kredka wydaje mi się posiadać jakiś dziwaczny odcień... Za to jakości nie można obu kosmetykom odmówić ;) Ostatnią już rzeczą z edycji majowej, jest Dezodorant Perfumowany C-Thru Cosmic Aura. Mimo tego, że zapach nie jest zbyt mocny i trwały, to nawet mi się podoba ;) Z jednej strony jest niby świeży i lekki, ale jednak posiada w sobie element zmysłowości oraz elegancji, którą deklaruje producent. Mimo iż to niby nic ekstra, bardzo mnie ten element boxa ucieszył :D Cena dezodorantu to 18.99zł.
Ogólnie rzecz biorąc, dla mnie to jedno z lepszych pudełek ostatnimi czasy :) Właściwie wszystko mi się przyda, wszystko mnie ucieszyło, nie mam ochoty nic oddawać, no i pudełko w końcu jest ładne ;) Moim zdaniem stosunek ceny do jakości jest tym razem przyzwoity, choć konturówka i błyszczyk mogłyby znaleźć się razem nie tylko w pudełkach ambasadorek. Jednakże z drugiej strony miło, że przynajmniej można było wybrać co wolimy ;) Mam jednak nadzieję, że w czerwcu będzie jeszcze lepiej! W końcu Shinybox ma urodziny :)
Inspired by Naturalnie Piękna XII
Inspired by Naturalnie Piękna XII
W maju dotarło do mnie także Inspired by Naturalnie Piękna XII. Zawartość umieszczono w pudełku zastępczym, a to które widzicie na zdjęciach, to niestety atrapa z początkowych edycji :P Pierwszym i według mnie najciekawszym produktem z całego boxa, jest Tonik do Twarzy Przeciwzmarszczkowy Babo. Marka ta nie dobiera pielęgnacji ze względu na wiek, a bierze pod uwagę konkretne potrzeby skóry (trochę jak w Azji ;)). Produkt ten sprawdzi się więc jako prewencja przeciwzmarszczkowa, a zawarte w nim składniki nawilżają i poprawiają kondycję skóry. Jestem na tak, zwłaszcza że umieszczono go w szklanym opakowaniu z atomizerem ;) Chętnie zużyję go do twarzy, szyi i dekoltu :) Cena? 65zł. Drugim kosmetykiem, który także wpadł mi w oko, jest Naturalny Peeling Orzechowy Blank.Mydlarnia. Jest to chyba po prostu mydło złuszczające i choć nie lubię aromatów jedzeniowych w kosmetykach, to te orzechy pachną całkiem przyzwoicie oraz nieprzytłaczająco ;) Myślę więc, że raczej zobaczę jak ta kostka daje sobie radę w akcji. Cena? 18zł za 120g.
Shinybox Blask Kobiecego Piękna Inspired by Naturalnie Piękna XII
Kolejnym produktem, który znalazłam w XII edycji boxa Naturalnie Piękna, są Podpaski Ekologiczne na Dzień z Paskiem Anionowym FAR IR ANION Gentle Day. Są one wolne od chloru, środków zapachowych oraz chemikaliów. W sumie nie mam nic przeciwko tego typu produktom w pudełkach, ale szkoda, że nie są to np. tampony xD Koszt opakowania wynosi 13zł za 10 sztuk. Następnym produktem umieszczonym w boxie, jest suplement Grinday Look Up Skóra, Włosy, Paznokcie. Wiele razy pisałam, co sądzę o obecności tego typu rzeczy w pudełkach subskrypcyjnych, ale powtórzę się raz jeszcze ;) Jeśli będę potrzebowała suplementów, to sama je kupię :P Ten poleci do mamy wszak w sumie szkoda, by naturalny suplement diety poprawiający stan skóry, włosów i paznokci się zmarnował. Może jej pomoże ;) Ja przy swojej ilości leków, zawierających też indywidualnie dobrane witaminy i minerały, nie będę już nic dokładać xD Koszt preparatu to 70zł za 60 kapsułek.
Inspired by Naturalnie Piękna XII
W pudełku znalazł się także Pędzel do Brwi i Eyelinera P44 Hulu Brushes. Ja wychodzę z założenia, że pędzli nigdy za wiele i choć w życiu nie próbowałabym malować nim kresek, to wydaje mi się, że dobrze sprawdzi się on do brwi lub do ust. Mnie jakoś najłatwiej jest wyrysować precyzyjnie kształt tych drugich włosiem o właśnie takim kształcie - zwłaszcza jeśli pomadka ma ciemny odcień ;) Jeżeli używacie pomad do brwi, również powinien zdać egzamin :) Z kolei jakoś nie widzę go we współpracy z produktami prasowanymi ;) Koszt? 11.99zł. Kolejnym kosmetykiem znalezionym w pudełku, jest Lakier Hybrydowy TNS nr 30. Trafił mi się całkiem ładny odcień neonowego różu, jednak wiecie... Ja nadal używam normalnych lakierów :P Przy moim tempie wzrostu paznokcia, musiałabym robić manicure co półtora tygodnia, a ten klasyczny wytrzymuje u mnie około 7 dni, więc zwyczajnie nie chce mi się bawić w hybrydy xD Ponadto moja płytka chyba nie najlepiej je znosi... Myślę więc, że ten egzemplarz powędruje do jakiejś koleżanki :) Jego cena to 6.90zł. Ostatnią rzeczą z boxa, jest Pilnik - Łódka TNS o gradacji 180/240. Lubię tego typu pilniki i w sumie miło, że znalazł się w tej edycji Naturalnie Piękna. Koszt? 1.20zł.
Podsumowując: dla mnie XII edycja boxa Inspired by Naturalnie Piękna okazała się jedną z gorszych, ponieważ wiele produktów okazało się po prostu do mnie niedopasowanych ;) Najbardziej wpadł mi w oko tonik i pędzelek. Reszta niekoniecznie przypadła mi do gustu, jednak mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej ;) Mimo tego, że będzie to 13 edycja xD
Dla mnie tym razem wygrywa Shinybox. A Wy co myślicie na temat tych pudełek? Który chętniej byście przygarnęły? ;) Dajcie koniecznie znać :)

wtorek, 29 maja 2018

Majowe nowości, czyli zakupowa relacja z "imieninowego" miesiąca

W sumie warto zacząć od tego, że w maju nie planowałam dużych zakupów. Źle się jednak stało, ponieważ promocje kusiły z każdej możliwej strony, ja dostałam na imieniny okrągłą sumkę i cóż... Moja silna wola, jak już wiele razy mówiłam, jest słaba, więc poza kilkoma prezentami, osobiście też nabyłam kilka rzeczy ;) Same z resztą zobaczcie jakich, zapraszam! :)
Majowe nowości Black Liner
Majowe nowości Black Liner
W końcu po bardzo długim czasie szukania tego typu kosmetyku: mam, znalazłam Rozjaśniacz Kolorów Podkładów Hean. Jeszcze czeka na swój debiut (wyjątkowo nie mam aktualnie za ciemnych mazideł, aż niewiarygodne), ale po obejrzeniu testera wydał mi się niezły i wrzuciłam go do koszyka ;) Starym - nowym produktem w mojej kosmetyczce, jest lakier do paznokci Rich Color nr 120. Uwielbiam tą śliczną, nieoczywistą szarość, pomieszaną z nude i fioletem ;) Będąc w Golden Rose, zakupiłam także podkład Total Cover 2in1 Foundation&Concealer, i zdradzę Wam, że polubiliśmy się od pierwszego użycia! W dodatku nie jest za ciemny ;) Ostatnim zakupem w kategorii "kosmetyki kolorowe" był w tym miesiącu bazowy cień do powiek Sephora Colorful nr 207 Lazy Afternoon. Zapłaciłam za niego 8.90 i nie wiem, czy nawet tyle jest wart :P Średni nabytek xD
Majowe nowości Black Liner
Jak chyba wszystkie wiemy, ostatnio w Rossmannie obowiązywała promocja 2+2 na kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Zakupy robiłam z mamą i razem nabyłyśmy 4 płyny micelarne, kosmetyk L'oreal i 3 produkty Hada Labo Tokio. Do mnie trafiło to, co widać na powyższym zdjęciu. "Serum" L'oreal Hydra Genius Aloe Water Skóra Sucha i Wrażliwa, wpadło mi w oko podczas przeglądania oferty sklepu w internecie. Zdecydowałam się na tę wersję, ponieważ jak wynikało z analiz na stronie cosdna, ta miała najbardziej przyjazny skład. Zobaczymy jak sprawdzi się u mnie ta francuska inspiracja Azją ;) Poza tym, trafiły też do mnie dwa micele, wszak ich nigdy za dużo ;) Jeden z nich to stary dobry Garnier Płyn Micelarny 3w1 Skóra Wrażliwa oraz Bielenda Nawilżający Płyn Micelarny Pielęgnacja 3w1, który polecałyście mi już wiele razy :) Mam nadzieję, że również będę z niego zadowolona ;)
Majowe nowości Black Liner
W maju w związku z RODO, The Body Shop rozsyłał na skrzynkę mailową 50%-owe rabaty, w zamian za ponowne zapisanie się do newslettera. Oczywiście pękłam i kupiłam limitowany Body Yogurt Banana, czyli jogurt do ciała o zapachu bananowym xD Kupił mnie i konsystencją, i zapachem :D Obok niego leży Pomadka Ochronna i Regenerująca Vianek, która była dodatkiem do jakiejś gazety :)
Majowe nowości Black Liner
Jak już pewnie zauważyłyście, ostatnio polubiłam odżywki Garnier Fructis. W tym miesiącu, w związku z jakąś promocją, kupiłam cztery wersje. Color Resist, Grow Strong, Aloe Hydra Bomb oraz Oil Repair 3 :) Wszystkie już znam i każda się u mnie sprawdza ;)
Majowe nowości Black Liner
W związku z ostatnimi stresami, dość mocno wysypało mnie na skórze głowy :P Łuszczyca potrafi dać mi nieźle popalić, a dotychczasowy - codzienny szampon nie dawał rady, więc kupiłam sobie Żel do Mycia Ciała i Skóry Głowy Pharmaceris P. Nie powiem, sprawdza się bardzo dobrze ;) Na lepsze czasy skóry głowy czeka z kolei L'oreal Casting Creme Gloss, tym razem dla odmiany w odcieniu nr 100 Lukrecja. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :P W ogóle znowu "chodzi za mną" ścięcie włosów...
Majowe nowości Black Liner
W tym miejscu zaczynają się moje prezenty imieninowe :) O paletce Nabla Soul Blooming musiałam chyba mówić zbyt dużo, bo dostałam ją w prezencie składkowym od znajomych xD Ale bardzo się cieszę, wszak Dreamy naprawdę przypadła mi do gustu <3 Z kolei od mojego męża, który jest mistrzem ukrywania prezentów (ten schował w MOJEJ szufladzie, obok MOICH okularów słonecznych xD) dostałam paletkę Colourpop You Had Me At Hello (ona była w ramach "niespodzianki") i kilka drobiazgów, które wybierałam sama: cienie Super Shock Shadow w odcieniach Co - Pilot oraz Liberty, rozświetlacz o wdzięcznej nazwie Super Shock Cheek Hippo i korektor No Filter Concealer nr 06.
Majowe nowości Black Liner
Tutaj z kolei podziwiać można prezent imieninowy od mojej kochanej Interendo ;* Dostałam od niej wszystko w fioletowej kosmetyczce ze Snoopym, która pochodzi z limitowanki Innisfree i strasznie miałam na nią ochotę, ale w końcu odpuściłam. Potem oczywiście było mi okropnie szkoda, że nie skusiłam się na ten zestaw, a tu po dwóch miesiącach niespodzianka! Jest Snoopy xD Wewnątrz znalazłam BB Cream Dark Panda Skin79 (miałam ochotę go wypróbować! :D), BB Cream Thank You Farmer (właśnie go używam i szczerze przyznam, że przypadł mi do gustu), Radiance Energy Mask Sulwhasso i bodajże całonocną Maseczkę Balea (całość jest po niemiecku a ja niestety słabo ten język pamiętam :P). Zaraz potem, podczas dalszego przegrzebywania zawartości kosmetyczki, wpadły mi w ręce Miniatura Pomadki Kat von D w kolorze nieznanym, (chyba) sztyft do demakijażu Reinigungs Stick Balea oraz pomadka Mac z edycji limitowanej Lunar New Year w kolorze Peachy New Year :) Wszystko jest naprawdę ekstra i bardzo Ci dobra kobieto dziękuję ;* Przydadzą mi się w szczególności te kremy BB, bo wymazałam już dosłownie wszystkie :D
I to już wszystko, co trafiło do mnie w ostatnim miesiącu :) Wpadło Wam coś w oko? Są tu może jacyś Wasi ulubieńcy, albo buble? Dajcie koniecznie znać! ;)

czwartek, 24 maja 2018

30 dziwnych rzeczy na mój temat plus codzienny outfit

Dziś chciałabym pokazać Wam coś innego niż zwykle. W towarzystwie 30 dziwnych faktów na mój temat wystąpię w roli blogerki modowej, udowadniając sobie jednocześnie, iż jestem średnim materiałem na tego typu modelkę. Dlaczego? Ciągle się garbię! xD Nawet nie wiecie, jak ciężko było mi wybrać jakieś sensowne zdjęcia :P Mam mimo wszystko nadzieję, że ta mała odskocznia od kosmetycznej rzeczywistości Wam się spodoba :D
informacje o black liner
1. Może na wstępie rzecz pierwsza: wiele rzeczy odkładam w czasie, przez co jestem genialnym przykładem prokrastynacji. Najgorzej jest z wizytami u lekarza, pisaniem innych niż zwykle postów (trudno zliczyć ile miałam już pomysłów oraz jak wiele z nich nie wypaliło, bo stwierdziłam "może potem". Nad tym np. myślałam kilka miesięcy i w końcu powstał w zmodyfikowanej formie). Co ciekawe, nie dotyczy to spraw nauki i pracy, bo w tej materii wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik w terminie pierwszym bądź zerowym xD
2. Właściwie noszę w tym momencie wyłącznie czarne ubrania. No, nie mogę powiedzieć, znajdzie się parę wyjątków, bo posiadam jedną czerwoną bluzkę (którą widzicie na zdjęciu), marynarkę, szarą bluzę, koszulę w kratkę, spodnie moro, sukienkę w kwiatowe wzory i już. Zaczęło się to chyba na przełomie liceum oraz gimnazjum, gdy stałam się fanką mocniejszego brzmienia, a jednocześnie posiadałam ciuchy, które nijak do siebie nie pasowały, a ja co rano miałam problem, żeby dobrać jakiś komplet. Jak wszystko stało się czarne, problem zniknął. Wtedy wiele ciuchów przefarbowałam farbą do ubrań, za co ma rodzicielka chciała mnie zakatrupić xD (trzeba je było np. gotować w garnku ;D)
3. Jestem koszmarnym "Tadkiem - niejadkiem" i zaproszenie mnie na obiad to zły pomysł :P Łatwiej wymienić rzeczy, które lubię, niż te, których nie jadam. Nie trawię np. czekolady, schabowych, mielonych, gotowanych ziemniaków, mięs w sosie, wielu warzyw i owoców. W sumie to szkoda wymieniać dalej...
4. Kiedyś nosiłam włosy do brody (czyli tzw boba) z wygolonym na zero prawym bokiem, ale moje kłaki rosną tak szybko, że nie chciało mi się chodzić do fryzjera co 2, max 3 tygodnie, żeby je podcinać. Teraz rosną jak chcą i w sumie chyba mi z tym lepiej, bo po pierwsze fryzjerów nie cierpię, a po drugie, przy moim kształcie twarzy, wyglądałam na sporo grubszą niż byłam.
5. Pozostając przy czuprynie - od 14 lat mam ochotę ufarbować je na kobaltowo, ale przeraża mnie wcześniejsze utlenianie moich jednak ciemnych włosów i ciągłe farbowanie pasm, bo niestety, ale takie kolory jakoś wyjątkowo szybko się wypłukują. Generalnie wzdycham do wszystkich niebieskowłosych pań od ponad dekady <3
informacje o black liner
6. Tylko jeden facet, który wpadł mi w oko, nie miał długich włosów :P Nie wiem, skąd taka dziwna ciągota, ale mam słabość do wysokich, długowłosych brunetów. Nawet w tym momencie mój mąż nosi sporo dłuższe włosy niż ustawa przewiduje, a swojego czasu nosił podobną długość jak ja w tym momencie (dla odmiany, ja miałam wtedy wyżej wspomnianego boba :P).
7. Zapamiętuję na dłużej chyba wyłącznie to, co mnie mocno zainteresuje. Resztę potrafię zapomnieć praktycznie od razu, a jeśli coś faktycznie mnie ciekawi, zostaje u mnie na długo (jak np. przyczyny I wojny światowej albo zwariowane teorie Freuda).
8. Interesuję się polityką i strasznie denerwuje mnie, kiedy ludzie nic na ten temat nie wiedzą i nawet nie chcą się dowiedzieć xD Ostatnio jedna pani w szpitalu popatrzyła na mnie jak na chorą umysłowo, jak powiedziałam, że budżet państwa jest oparty głównie na podatkach :P
9. Moich irytacji ciąg dalszy: nie wiem jak można ciągle się chwalić i udawać eksperta w każdej możliwej dziedzinie. Ale cóż, internet jest pełen "geniuszy", a ostatnio i na żywo mam często styczność z "wszechwiedzącymi" :/
10. Nie mam problemów z przyznaniem się, że na czymś się nie znam albo czegoś nie potrafię. Idealnym przykładem jest mój totalny brak umiejętności gotowania, wszak potrafię podczas tego procesu zepsuć nawet parówki, a jak raz zrobiłam mężowi chłodnik, to do dziś twierdzi, że to najgorsza zupa w jego życiu. Nadmienię tylko, że był wtedy po operacji nosa i nie miał smaku/zapachu. No ale sama też ją jadłam i niestety podzielam jego zdanie. Piekąc kiedyś ciasto z trzech składników zapomniałam jednego... No jestem mistrzem, po prostu :D Za to perfekcyjnie opanowałam gotowanie wody w czajniku elektrycznym!
11. W realu za bardzo nie mam koleżanek. Za to zawsze bardzo dobrze dogadywałam się z płcią męską i mam sporo kolegów. Jacyś łatwiejsi w obsłudze są i mam z nimi więcej wspólnych tematów ;)
12. Kreski na powiekach zaczęłam malować tylko dlatego, że dobitnie nie szło mi użytkowanie cieni. Nie potrafiłam "ogarnąć tematu" na satysfakcjonującym mnie poziomie i wybrałam coś łatwiejszego. Mimo wszystko ostatnio ciągle ćwiczę i bardzo próbuję to zmienić ;) Jest lepiej, ale moje makijaże nadal nie olśniewają, haha xD
13. Boję się sama spać. Już jako trzylatka ponoć zakomunikowałam mamie, że muszę szybko znaleźć męża, żeby ze mną spał i smażył mi naleśniki. Z Rafałem zamieszkałam mając 21 lat, wyszłam za niego 4 lata później.
14. Poza spaniem samemu, boję się też chodzić po zmroku :P Zawsze strasznie dokuczało mi to zimą, bo szybko robiło się ciemno, a tu np. zajęcia na uczelni do 19:00, przystanek na Wschodniej w Łodzi (szemrana miejscówka ;))  i tramwaj co 20 minut. Jeździłam z gazem pieprzowym w kieszeni xD
15. A propos tramwajów... Jak wiele osób podróżujących komunikacją miejską - nie cierpię jej. Bo jest ciasno, bo nawet jak mi słabo to jestem "młoda i zdrowa", bo "jak żul jedzie autobusem, to autobus jedzie żulem", do tego wszystko zawsze się spóźnia (przynajmniej w Łodzi), a bilety są drogie. No i mam niemiłe doświadczenia z pijanymi chłopakami, wszak jeden koniecznie chciał się ze mną umówić. Na szczęście w końcu moją odmowę z polskiego na ichniejszy wytłumaczył przystawiającemu się jakiś przyzwoity chłopak... Koniec :P
16. Poza polityką interesują mnie też choroby i medycyna. Nie jest to nawet skierowane na diagnozowanie się i szukanie dziury w całym, a na wrodzoną ciekawość oraz zdobywanie wiedzy. Dżuma, malaria, czarna ospa, ebola, RZS, SM, pląsawica Huntingtona, czemu nie wiedzieć, jak można wiedzieć?
17. Jestem przekorna. Przykład? Na studiach magisterskich miałam koleżankę, która gdy tylko dowiedziała się, że nie chadzam do kościoła, zaczęła mnie "nawracać". Uknułam więc misterny plan... Pogłębiłam wiedzę na temat Biblii, sakramentów, kościoła, jego historii i prawa kanonicznego do tego stopnia, że odpuściła, gdy przy każdej próbie "desantu", udowadniałam, że "wiem więcej". W każdym razie osiągnęłam cel i satysfakcję.
18. Jestem cholerykiem i bardzo łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. W dodatku nigdy nie wiadomo, czy trafi się wtedy na Ingę w wersji "zapłaczę się na śmierć", czy "będzie awantura i rzucanie talerzami". Kiedyś sama starałam się bardzo, by nikogo nie urazić, bo sama byłam wrażliwa, ale gdy kilka razy dostałam po tyłku, trochę zmieniłam podejście.
19. Zmieniając nieco temat: bardzo unikam słońca. Stosuję cały rok kremy z wysokim filtrem, a latem na wakacjach potrafię chodzić po mieście pod parasolką. Mąż trochę się za mnie wtedy wstydzi, ale już mu poradziłam, żeby chodził za mną albo przede mną i udawał, że mnie nie zna xD Tak robimy i oboje czujemy się komfortowo xD I nie, nie obrażam się na niego :P
20. Ludzie często pytają mnie, czy mam azjatyckie korzenie. Po raz ostatni mówię: Nie, nie mam! A przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Mam nawet kuzyna, który mówi na mnie "Japoneczka"...
informacje o black liner
21. Kiedyś niekoniecznie lubiłam koty. Dlaczego więc wylądowałam z Rozetką oraz stałam się pełnoprawną kociarą? Ano proszę państwa z lenistwa, strachu przed chodzeniem po mieście po ciemku, a także z samotności ;) Przez dwa lata mieszkałam sama i chcąc mieć choć namiastkę towarzystwa, wymyśliłam sobie, że kupię pieska. Wymarzony pieseczek kosztował 2 tysiące (wtedy o schronisku nawet nie pomyślałam), dodatkowo trzeba by chodzić z nim na spacery, a ja nie lubiłam włóczyć się nocami po osiedlu. Podzieliłam się więc moimi wątpliwościami z Rafałem, a ten wypalił wtedy "to se kota weź". Tydzień potem miałam już w domu miesięczne porzucone kocię z jednej z łódzkich fundacji. Dałam za nie 2zł ("żeby się dobrze chowało") i to była najlepiej wydana kasa w moim życiu! :)
22. Chodzę z komórką przyklejoną do ręki. W dodatku od bardzo dawna jest to iphone, bo zupełnie nie ogarniam androida. Także jeśli chciałybyście pogadać, to na pewno odpiszę bardzo szybko xD Chociaż teraz już wyłączam dźwięk w komórce, gdy idę spać, bo często telefon "się urywa" :D
23. Lubię papierosy i na studiach paliłam regularnie (tak z paczkę tygodniowo :P). Relaksuje mnie to i niestety bardzo lubię sam rytuał palenia. Teraz z racji tego, że nie piję alkoholu, popalam raz na ruski rok na imprezach i gdy coś wybitnie mnie wku*wi zastępuję nimi tabletki na uspokojenie. Zazwyczaj jednak nawet nie mam już papierosów w domu.
24. Zanim pójdę spać, muszę mieć idealnie wygładzone prześcieradło. Jakakolwiek fałdka albo zagniecenie zupełnie nie pozwoliłyby mi komfortowo udać się na odpoczynek nocny xD
25. Kiedyś byłam bardzo wrażliwa na zapachy i miałam raptem jedne perfumy (Green Tea Elizabeth Arden). Od reszty najczęściej po prostu łapał mnie migrenowy ból głowy... Na całe szczęście teraz jestem mniej podatna na różne aromaty i mogę używać perfum w miarę normalnie (choć raczej nie lubię gdy są słodkie). I tak, nadal zdarzają mi się "gorsze dni", kiedy drażni mnie absolutnie wszystko. Od perfum Chanel po jedzenie.
26. Nie trawię w kosmetykach zapachów "jedzeniowych". Jakiekolwiek produkty o aromacie czekolady, piernika, kakao, ciasteczek, pianek marshmallow, itd. przyprawiają mnie o dreszcze. Od biedy toleruję jedynie wanilię...
27. Nienawidzę smarować ciała balsamami i robię to jedynie dlatego, że muszę. Z tego powodu najczęściej szukam kosmetyków o jak najlżejszej konsystencji oraz bardzo zwracam uwagę na to, by szybko się wchłaniały.
28. Nie spotkacie mnie z nieumalowanymi paznokciami. Manicure mam praktycznie zawsze, ale posiadam w tym momencie tylko cztery klasyczne lakiery. Jeden jest czarny, drugi cielisty, trzeci będący połączeniem fioletu i szarości, a czwarty to holograficzna szarość z Golden Rose. W tej materii jestem leniwą nudziarą ;)
29. Lubię zakupy przez internet, bo zazwyczaj taniej można dorwać praktycznie wszystko, ale nie cierpię czekać, aż do mnie przyjdą. Najlepiej byłoby, gdyby kurier pojawiał się u mnie z paczką następnego dnia rano xD A tu czasem trzeba czekać na cuda z zagranicy nawet kilka miesięcy... :( Smuteczek :P
30. Nie lubię kupować ubrań i butów, przez co (mam wrażenie) jestem wiecznie niemodna. Ciuchy służą mi długo, a w dodatku potrafię kupić np. ten sam model swetra drugi raz z rzędu, jeśli tylko jest dostępny. Przykładem z dzisiejszego "outfitu" (że się tak profesjonalnie wyrażę) są buty Adidas Superstar Originals. Swój pierwszy egzemplarz kupiłam w liceum, a wyrzuciłam je zeszłego lata (zabytki miały 9 wiosen :P). Z kolei w związku z tym, iż były to najwygodniejsze buty świata, to niedawno dostałam takie drugie, tyle że bez białych paseczków.
Adidas Superstar Originals Black
Okulary: C&A
Marynarka: Zara Basic
Bluzka: House model Utility
Biżuteria: Trollbeads
Torebka: Michael Kors model Selma Messenger
Spodnie: Levi's model 710 SuperSlim
Buty: Adidas Superstar Originals footway.pl (mają błyskawiczną dostawę ;))

Tym razem to już wszystko, co mam Wam do powiedzenia :) Dajcie koniecznie znać, czy takie posty "na inny temat" Wam się podobają, czy może lepiej pozostać przy kosmetykach xD Wiadomo, nie każdy do wszystkiego się nadaje, haha xD I mam nadzieję, że dzięki temu, poznałyście mnie choć odrobinę lepiej :) Jeśli macie podobne posty u siebie na blogach, zostawcie linki! Chętnie poczytam :)


piątek, 18 maja 2018

Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair, czyli o używaniu legendy

Nie ma chyba osoby w blogowym, urodowym światku, która ani razu nie słyszałaby o korektorze Tarte Shape Tape Contour Concealer. Ja sama miałam przez moment wrażenie, że ma go każdy i zaraz wyskoczy mi z lodówki, co tylko potęgowało chęć przetestowania go xD W związku z tym, jakiś czas temu, gdy natrafiła się pierwsza lepsza okazja, zamówiłam swój egzemplarz na oficjalnej stronie Tarte. Jak sprawdził się u mnie (ponoć) pierwowzór Makeup Revolution Conceal&Define? Czy jestem zadowolona z zakupu? Zapraszam do lektury!
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
Korektor Tarte znajduje się w dobrym jakościowo, plastikowym opakowaniu, mieszczącym aż 10ml kosmetyku. Co ważne - podczas użytkowania napisy ani nakrętka się nie wycierają, a całość nie rysuje. Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nienawidzę "nadgryzionych zębem czasu" opakowań :/ Na zużycie go mamy 6 miesięcy od otwarcia i uważam, że przy codziennym stosowaniu nie jest to niemożliwe do dokonania, choć produkt ten jest bardzo wydajny, szczególnie jeśli wklepujemy go palcem (gąbeczki chyba niestety zawsze pochłaniają nieco produktu :P). Aplikator korektora Tarte Shape Tape jest dość specyficzny, ale wygodny. Jest dość gruby, długi, posiada końcówkę ściętą na ukos i małe wgłębienie na czubku. Mimo rozmiaru, jest też naprawdę bardzo precyzyjny ;)
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
Korektor Tarte jest dostępny w 16 różnych odcieniach. Ja posiadam najjaśniejszy o nazwie Fair i choć gama kolorystyczna wydaje się całkiem duża, to dziewczyny mające jaśniejszą cerę ode mnie (wiem, że takie są) mogą mieć problem z zakupem czegoś odpowiedniego dla siebie (używam np.  Revlon Colorstay to 110 Ivory i Mac Pro Longwear Concealer NW15). Po utlenieniu się na mojej skórze na szczęście nie ciemnieje i co ważne, nie posiada tych nieciekawych drobinek, które były w korektorze Makeup Revolution. Zapach też na szczęście jest bardzo przyjemny, delikatny i kwiatowy, ale tak naprawdę ledwo go czuć ;) Wysuszenia okolic oka nie zauważyłam, ale za każdym razem stosowałam pod niego różnego rodzaju kremy pod oczy:)
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
Tarte Shape Tape bardzo łatwo się nakłada i szybko rozprowadza. Ja najbardziej lubię aplikować go gąbeczką, ale wklepany palcem też wygląda przyzwoicie, choć już mniej naturalnie. Zaraz po nałożeniu wygląda świeżo i ładnie, ale po około 9-10 godzinach niestety sprawia, że okolice oczu wyglądają dość ciężko ze względu na matowe wykończenie i zastygającą formułę. Moja mama po obejrzeniu tego korektora, stwierdziła, że ma konsystencję jak zaprawa murarska xD Podejrzewam, że to wszystko jest ceną naprawdę dobrego krycia. Jak już nic nie pomaga, to Tarte da radę :P Przynajmniej u mnie xD
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
Ogólnie rzecz biorąc, korektor Tarte Shape Tape wygląda u mnie ładnie, ale niestety tylko do czasu. Podczas jego użytkowania trzeba też uważać, by na okolice oczu nie nałożyć zbyt dużej ilości korektora i pudru matującego, bo łatwo w ten sposób podkreślić zmarszczki. Aby zniwelować ten problem, zaczęłam aplikować naprawdę minimalną ilość Tarte Shape Tape oraz stosować lekki puder rozświetlający ;)
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
Za kosmetyk zapłaciłam w promocji razem z wysyłką 102zł i przyznać muszę, że to jeden z lepszych korektorów jakie miałam okazję używać w ostatnim czasie (a ogólnie znajduje się w moim Top 3). Nie wiem jednak, czy naprawdę wart jest sprowadzania go z USA xD Jeśli nie macie ochoty, nie chce Wam się czekać, macie gorszy finansowo czas, bądź nie potraficie, spokojnie można wypróbować jego zamiennik Makeup Revolution. Nie jest w dużym stopniu gorszy, a łatwiej dostępny i cena za 1ml kosmetyku jest trochę niższa :P Takie jest moje zdanie i choć zakupu nie żałuję to pewnie go też nie powtórzę :D
Tarte Shape Tape Contour Concealer Fair
A Wy miałyście może styczność z tym małym hitem YouTube? Byłyście z tego korektora zadowolone, czy też może nie do końca? Dajcie koniecznie znać! A może dopiero planujecie zakup tego gagatka? ;)

sobota, 12 maja 2018

Innisfree Orchid, czyli storczyki w akcji

Jak pewnie wiele z Was zauważyło, ostatnimi czasy moja pielęgnacja twarzy w dużej mierze skupiona jest wokół marki Innisfree. Tym razem pora w końcu dać wyraz temu, jak spisały się u mnie kosmetyki z linii Jeju Orchid, którą znałam już w starej odsłonie, a jakiś czas temu trafiła do mnie jej odświeżona wersja. Cała seria ma za zadanie działać przeciwzmarszczkowo i ujędrniająco, a jednocześnie nawilżać, uelastyczniać oraz odżywiać naszą cerę. Nie zapomniano również wspomnieć o działaniu rozjaśniającym storczykowej linii, wszak w Korei to bardzo pożądana cecha. Tyle obietnic. A jak w praktyce sprawdziły się cztery kosmetyki, które posiadam? Zapraszam do lektury!
innisfree jeju orchid
Jak to oczywiście z koreańskimi produktami bywa, całą serię nakładać należy od najlżejszych do najcięższych konsystencji, co w tym przypadku wyglądało następująco: zaczynałam od oczyszczenia twarzy pianką, następnie nakładałam na twarz Innisfree Jeju Orchid Fluid, kolejnym etapem był Innisfree Jeju Orchid Lotion, a na koniec wklepywałam Innisfree Orchid Gel Cream oraz kosmetyk pod oczy - Jeju Orchid Eye Cream. Całość stosowałam wyłącznie na noc, a wszystkie te warstwy wchłaniały się około godziny, jednak właściwie już po kwadransie można było iść spać bez obaw, że wszystko wyląduje na pościeli. Rano oczywiście wyczuwalny był ochronny film ;) Cała seria pachnie lekko kwiatami, ale aromat ten w żaden sposób nie był dla mnie dokuczliwy, lub męczący. Szczerze powiedziawszy - ja go polubiłam, ale wiem, że dla niektórych potrafi być męczący ;) Patrz - Interendo :D
innisfree jeju orchid
Innisfree Jeju Orchid Fluid to pierwszy produkt pielęgnacyjny, który nakładamy na twarz po myciu. Buteleczka posiada wygodną pompkę, a wewnątrz niej znajdujemy aż 100ml wielofunkcyjnego produktu. Według mnie, to kosmetyk który ma formę bardzo lekkiego, białego serum, pełniącego funkcję nawilżającą i opóźniającą starzenie. Można go używać jako tonera, lub w większej ilości solo, po makijaż ;) Całość świetnie się wchłania oraz pomaga utrzymać dobry wygląd skóry nawet gdy mamy "dzień lenia" i nie chce nam się wklepywać w twarz więcej niż jednego kosmetyku. Fluid nałożony sam bardzo szybko się wchłania i nie klei niemalże wcale. Pozostawia po sobie jednak delikatny, ochronny film.
innisfree jeju orchid
Innisfree Jeju Orchid Lotion to drugi produkt pielęgnacyjny, który wklepujemy w naszą cerę. Jest on umieszczony w zwykłej butelce bez pompki (czyli "wytrząsamy" sobie zawartość), zawierającej 160ml gęstej emulsji. Chętnie nakładam go na twarz, szyję i dekolt, bo po pierwsze jest go sporo, po drugie łatwo się rozprowadza, po trzecie wchłania do matu, a po czwarte: bardzo łatwo wylać go za dużo i często nie mam co z resztą kosmetyku zrobić. Jego głównym felerem jest nieprzemyślane opakowanie, ale dla ciekawej zawartości warto się przemęczyć ;) Produkt ten świetnie nadaje się też pod makijaż, zwłaszcza pod kremy BB :) Pozostawia on po sobie przyjemne uczucie wygładzenia, ale bez żadnego obciążającego filmu, czy też lepkości.
innisfree jeju orchid
Innisfree Jeju Orchid Gel Cream, to najlżejsza z trzech wersji kremów kremów do twarzy. Kosmetyk umieszczony jest w estetycznym, fioletowym słoiczku, zawierającym 50ml produktu. Co ciekawe, im ciemniejszy odcień fioletu na opakowaniu, tym bogatszą wersję kremu trzymamy w dłoniach ;) Mój egzemplarz ma konsystencję bardzo gęstego żelu, który łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, pozostawiając po sobie lekki, nieklejący film. Dobrze nadaje się też solo pod makijaż. Warto również wspomnieć, że jako jedyny z tej czwórki jest średnio wydajny :P Ale za to jaki przyjemny w stosowaniu! No i skuteczności też nie można mu odmówić ;)
innisfree jeju orchid
Innisfree Jeju Orchid Eye Cream to z kolei chyba najsławniejszy krem pod oczy pochodzący z Korei w całej blogosferze ;) Znajduje się on w ciemnofioletowym, sporym słoiczku (zawiera on 30ml produktu, czyli tak naprawdę dwa razy tyle, co standardowy produkt z Europy). Konsystencja produktu jest treściwa i stosunkowo gęsta, ale nie sprawia on problemów przy aplikacji. Swojego kremu używałam na pół z mamą, która jest bardzo trudnym egzemplarzem w tej materii i z naszych spostrzeżeń wynika, że legendy o nim krążące, są prawdziwe :P Obie jesteśmy bardzo zadowolone, wszak poradził sobie w zadowalającym nas stopniu ze wszystkimi problemami nękającymi mnie i mamę ;) Uelastycznił skórę pod oczami, zlikwidował opuchnięcia, nawilżył, odżywił i zmniejszył cienie. Nawet zmarszczki są jakby mniej widoczne... Nasz mały geniusz!
innisfree jeju orchid
Ogólne wrażenia dotyczące stosowania linii Innisfree Orchid są naprawdę bardzo dobre. Moja skóra ostatnio nie jest zbyt piękna, ale dzięki tej linii zauważyłam duży wzrost nawilżenia, cera stała się odżywiona i ujędrniona a zmarszczki na twarzy są mniej widoczne. Bardzo przypadł mi też do gustu krem pod oczy, który jest bardzo wszechstronny i naprawdę robi to, co obiecuje producent. Jedyne, co mogę zarzucić całemu temu zestawowi, to fakt iż miał rozjaśniać, a nie rozjaśnia xD Ale tak naprawdę może to być kwestią tego, iż niestety pojawiło się słońce, a u mnie mimo filtrów, piegi jednak ciemnieją. Na szczęście kosmetyki z linii Orchid bardzo ładnie koją też zaczerwienienia na mojej twarzy. Warto również dodać, że wieczorem stosowałam wszystkie cztery produkty, a rano wybierałam coś w zależności od humoru, plus dodawałam krem pod oczy (Ale inny, lżejszy. Ten nie do końca sprawdzał mi się pod makijażem). Generalnie jednak, linię tę z czystym sumieniem polecam. Jeśli szukacie tego typu pielęgnacji, Innisfree Orchid powinna Was zadowolić. Całość kosztowała na Jolse około 85$, co w przeliczeniu na złotówki daje mniej - więcej 300zł. Według mnie: za dobrą, wydajną, przeciwstarzeniową pielęgnację warto ;) A wy znacie markę Innisfree? Miałyście może styczność z ich kosmetykami, albo tą linią?  A może dopiero macie ochotę ją wypróbować? Koniecznie opowiedzcie o swoich wrażeniach! :)

poniedziałek, 7 maja 2018

Shinybox Spring Time, czyli o kwietniowym pudełku słów parę

Kwietniowe pudełko Shinybox przyszło do mnie już jakiś czas temu, więc w końcu pora je pokazać ;) Powstało ono we współpracy z siecią drogerii Natura i w związku z tym naprawdę wiele się po nim spodziewałam. Przed wysyłką, w trakcie oglądania zapowiedzi, wpadło mi w oko, że wewnątrz ma znajdować się kosmetyk Kobo, czyli marki, którą bardzo lubię. Jak podoba mi się efekt finalny? Co znalazło się wewnątrz? Same zobaczcie! ;)
Shinybox Spring Time
Sama szata graficzna pudełeczka, tym razem jest naprawdę piękna. Świeża, wiosenna, delikatna i pastelowa. W sam raz na nadchodzący czas! Jednak nie tylko o opakowanie tu chodzi, więc zajrzyjmy do środka :D
Shinybox Spring Time
Pierwszym produktem, który wpadł mi w oko, był Szampon Vitality&Shine Naobay. Ma on organiczne pochodzenie, ładny zapach i choć nie lubię testować nowych myjadeł do włosów, to chyba choć raz zobaczę, jak się on u mnie spisze (przekonuje mnie do tego głównie zawartość aloesu ;)). Kosmetyk to miniatura, którą otrzymały klientki, których kwietniowy box był przynajmniej drugim w subskrybcji lub aktywnym pakiecie. Jego wartość to około 50zł. Drugim produktem jaki znalazłam w pudełku jest Naturalna Woda Różana w Spray'u Beaute Marrakech. Również jest to miniatura mająca dobry skład, oraz co najważniejsze, z pewnością mi się ona przyda, wszak ostatnimi czasy polubiłam mgiełki, a hydrolaty kocham od bardzo dawna. Zwłaszcza te różane :D 50ml to koszt około 7.20zł.
Shinybox Spring Time
I teraz pora na kilka słów na temat najbardziej oczekiwanego przeze mnie produktu - Kobo. Kosmetykiem tejże marki okazała się kredka do ust Fashion Color Shine&Care Lipstick, będąca czymś pomiędzy błyszczykiem a pomadką. Otrzymałam ją w ślicznym, bardzo "moim" kolorze 202 Natural, który okazał się chłodnym odcieniem nude. Nie powiem, będę jej używać, ale chyba bardziej liczyłam na jakąś paletkę cieni, albo rozświetlacz, lub coś z nowej kolekcji... Cena? 13.49zł. Drugim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Lakier Hybrydowy Color IT Silcare, który dostałam w odcieniu 1110. Wygląda on na miks czerwieni z pomarańczem i po pierwsze absolutnie mi się ten kolor nie podoba, a po drugie moje paznokcie z hybrydami się nie polubiły, a ja nadal używam tradycyjnych lakierów ;) Ale cóż, może dla odmiany amatorki hybryd będą zadowolone :) Mój egzemplarz na pewno poleci do jakiejś znajomej. Koszt lakieru to 11.99zł.
Shinybox Spring Time
Kolejnym kosmetykiem pełnowymiarowym, dodawanym do pudełek wymiennie z tuszem do rzęs So Chic! okazała się Ochronna Pomadka do Ust Lip Sun Protection SPF15 Bloc. Ma ona za zadanie bronić naszych warg przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym i na dobrą sprawę naprawdę by mi się ona przydała, gdyby nie fakt, że jej data ważności upływa wraz z końcem czerwca tego roku. Uważam, że nie jest to do końca w porządku, ponieważ większość osób używa tego typu produktów latem, lub podczas urlopów (ja też miałam na początku tak zrobić), a tu nie ma jak. Szkoda... Jej cena regularna to 24zł. Do pudełka trafiła również Maska w Płachcie 7th Heaven. Ja trafiłam na wersję Brazilian Mud Sheet Masque. Dam ją mamie, pewnie się ucieszy. Ja nie skorzystam, bo średnio lubię maski w płachcie ;) Jej koszt, to około 11zł ;) Ostatnim z produktów, które znalazłam w boxie, jest Baton Smart Food. Szczerze powiedziawszy - nie wiem co myśleć o tego typu rzeczach w pudełkach, ale odkąd zaczęły się one pojawiać - pierwszy raz trafiono w mój gust, więc batonik z pewnością zjem xD Cena? 5.99zł. Do środka wrzucono także próbkę kosmetyku Biały Jeleń, oraz kilka ulotek.
I teraz na koniec: co myślę na temat pudełka Spring Time? Szczerze powiedziawszy - czuję niedosyt. Bo poza wodą różaną i fajną pomadką Kobo za bardzo nic dla siebie nie znalazłam. W dodatku brakuje mi tu jakiegoś produktu "gwiazdy", nawet posiadając pudełko z szamponem Naobay. Przykro mi też, że pomadka Bloc ma tak krótki termin przydatności i będę musiała ścigać się z czasem by ją zużyć. Mam nadzieję, że następnym razem naprawdę będzie lepiej, bo dla mnie to jedno ze słabszych pudełek w tym roku :( A Wy co myślicie na ten temat? Dajcie koniecznie znać! Może Wasze zdanie jest zupełnie inne? ;)

środa, 2 maja 2018

Beauty of Joseon Dynasty Cream, czyli o nawilżaniu i odżywianiu słów parę

Ostatnimi czasy, od kremów do twarzy wymagam dosłownie cudów na kiju, a to chyba dlatego, iż mam wrażenie, że z dnia na dzień wyglądam coraz to gorzej :P Beauty of Joseon Dynasty Cream miał naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę, ponieważ ostatnio w bardzo krótkim czasie moja cera zrobiła się szara, bez koloru (wina anemii) i była dziwnie sucha, co skutecznie uwydatniało zmarszczki. Nie liczyłam wprawdzie, że krem zniweluje to, co narobiły u mnie niedobory różnego rodzaju, ale miałam nadzieję, że pomoże mi on przebrnąć przez ten newralgiczny okres bez straszenia towarzystwa dookoła :P (wprawdzie potwierdzenie owego stanu rzeczy dostałam dopiero tydzień temu, ale po latach ciągłego leczenia anemii - już czekając na hospitalizację, wiedziałam co się święci xD). Jak ów krem się u mnie sprawdził? Czy pomógł mi wyglądać lepiej? Zapraszam do czytania! :)
Beauty of Joseon Dynasty Cream
Beauty of Joseon Dynasty Cream znajduje się w eleganckim słoiczku ze srebrną nakrętką, wykonanym z matowionego szkła, zawierającym 50ml produktu. Niestety nie udało mi się znaleźć znaku PAO, czyli "ważności od otwarcia", co oznacza chyba tyle, iż musimy sugerować się jedynie datą ważności. Do produktu była też bodajże dołączona łopatka do aplikacji, ale zabijcie mnie, a nie jestem tego na 100% pewna xD Co ważne, opakowanie jest na tyle dobre jakościowo, że nie niszczy się w kosmetyczce podczas wyjazdów i dodatkowo łatwo wydobyć z niego produkt :)
Beauty of Joseon Dynasty Cream
Krem ma białą barwę i bardzo delikatnie pachnie kwiatami. Nie są to kwiaty w ciężkim wydaniu, ale coś lekkiego, delikatnego oraz zwiewnego, co naprawdę umila proces nakładania. Aplikację kosmetyku uprzyjemnia też nietypowa konsystencja, ponieważ tak naprawdę nie jest to typowy krem, a coś pomiędzy nim, a żelem. Co ważne, produkt łatwo sunie po skórze, stając się przy kontakcie z nią bardziej wodnisty, nie lepi się i całkiem sprawnie się wchłania, pozostawiając po sobie jednak delikatny film. Szczerze powiem, że nie do końca sprawdził się on u mnie rano, ponieważ trzeba chwilę odczekać przed aplikacją makijażu, a ja ostatnio ruszam się jak mucha w smole i jestem wiecznie spóźniona xD
Beauty of Joseon Dynasty Cream
Co zatem z działaniem owego kremu? Z ciekawszych składników zawiera on w sobie niacynamid, kwas hialuronowy, adenozynę, witaminę E oraz peptydy. Na plus muszę zaliczyć fakt, że faktycznie genialnie nawilżył i odżywił skórę, a już po nałożeniu kremu widać było pierwsze efekty. Szczerze powiedziawszy, u siebie nie zwróciłabym na to uwagi, ale że krem stał dłuższy czas w łazience (i jakoś szybko znikał xD), wypróbowała go sobie moja mama (lat 53) oraz przyszła podzielić się obserwacją, iż bardzo ładnie napina oraz poprawia doraźnie wygląd cery dojrzałej, sprawiając że staje się ona jędrna i gładka. U siebie zaobserwowałam również ładne rozświetlenie cery, lekką redukcję zmarszczek powstałych od przesuszenia i właściwie jedyna rzecz, która mi się w nim nie podoba, to fakt iż zupełnie nie radził sobie z moimi naczynkami. Podczas jego stosowania były słabo ukojone oraz widoczne w "standardowej" formie. Znam lepsze kosmetyki radzące sobie z tym problemem, ale tu jak widać, nie można mieć wszystkiego. Ładnie dawał sobie za to radę z różnego rodzaju rumieniami ;) Co do wydajności - razem zużyłyśmy go bodajże w miesiąc, ale moja mama to pożeracz kremów, więc stosując go "jednoosobowo", wróżę mu 2-3 miesięczną żywotność ;)
Beauty of Joseon Dynasty Cream
W ramach podsumowania - szczerze poleciłabym ów krem osobom z cerą suchą, dojrzałą, wrażliwą, ewentualnie mieszaną (choć raczej nie na lato) lub w ostateczności naczyniową, choć z moimi cudami poradził sobie tylko po części, czyli nie pogorszył sprawy. W przypadku posiadaczy skór tłustych oraz trądzikowych przemyślałabym temat, bo produkt jest naprawdę mocno odżywczy i mógłby być zbyt ciężki (u mnie np. nie sprawdzał się pod makijaż, ale wiem, że mama z powodzeniem nakładała go też rano).  Jeśli zaś chodzi o mnie - finalnie jestem zadowolona, choć nie okazał się ideałem ;) Poprawił koloryt mojej cery, nawilżył, odżywił i trochę zredukował widoczność zmarszczek. Zdecydowanie bardziej spektakularne efekty, głównie dotyczące poprawy jędrności skóry osiągnęła moja mama ;) Cudo to kupicie za około 35$ na Jolse. Ja mam właśnie za zadanie kupić drugi słoiczek dla rodzicielki ;)
A Wy miałyście może styczność z tym produktem? Jak się u Was sprawdził? A może dopiero czujecie się skuszone? Dajcie koniecznie znać! :D

P.S. Polecacie jakiś serial na Netflix? :D