poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Wiosenne hity, czyli o kilku ulubieńcach słów parę

Jakiś czas temu porzuciłam całkowicie pisane o ulubionych kosmetykach... Wyjątkowo długo ciągnęłam tę serię, jednak z czasem - nie wiedzieć czemu - przestałam. Z perspektywy czasu, chyba nie była to zbyt dobra decyzja, ponieważ zauważyłam, że bardzo często, nawet jeśli lubiłam jakiś produkt, nigdzie o nim nie wspominałam, bo a to nie chciało mi się pisać jego oddzielnej recenzji, a to stwierdziłam, że byłaby ona bez sensu, a w ten sposób, od czasu do czasu, pokażę Wam, co mi się spodobało. Może nie co miesiąc, jak dawniej, ale choćby rzadziej. W związku z tymi przemyśleniami i małą dygresją, zapraszam Was na prezentację moich "wiosennych hitów" :)
wiosenne hity black liner
wiosenne hity black liner
Pierwszym, niekwestionowanym hitem, wręcz rzekłabym królem tej wiosny, została esencja Angel Recipe All in One Recipe, która jako jedyna doczekała się pełnej recenzji (klik). Jest to delikatny żel zawierający w sobie mini drobinki, o przyjemnym zapachu i genialnym działaniu. Skóra już na początku stosowania stała się jędrna, wygładzona oraz dobrze nawilżona. Co najważniejsze - esencja ta naprawdę pięknie wybiela! Część moich piegów już usunęła, te najbardziej męczące się rozjaśniły, zniknęły też ślady po pryszczach, a porozszerzane naczynia wokół nosa zakrywa sam delikatnie kryjący podkład. Jeśli macie podobne problemy - bardzo Wam ją polecam! Kolejnym ulubieńcem ostatnich miesięcy, są Siatki Spieniające vel Bubble Maker do żeli myjących. Kiedyś naprawdę uważałam je za zbędny gadżet, a dziś nie wyobrażam sobie bez nich codziennego rytuału pielęgnacyjnego twarzy. Po pierwsze - nawet mała ilość żelu tworzy piękną piankę, co zdecydowanie zwiększa jego wydajność, po drugie - użytkowanie w ten sposób kosmetyku jest dużo przyjemniejsze, a po trzecie - jeśli użyjemy spieniacza, żel staje się jakby łagodniejszy i wydaje mi się że mniej szczypie w oczy jeśli się do nich dostaje (mnie zdarza się to notorycznie na przykład :P). Ja mam już dwie i na pewno jeśli któraś się zniszczy, kupię kolejną, bo wydają mi się super, a na ebay dostaniecie je za grosze ;) 
Wiosenne hity black liner
Kolejnym odkryciem ostatnich kilku miesięcy są musy pod prysznic Nivea Silk Mousse. Pierwsza wersja, którą kupiłam, to ta pachnąca maliną i rabarbarem (różowa). Kiedy ją wyciągnęłam, zmagałam się akurat z eleganckim wysypem plam na plecach i prawej łydce (Łuszczyca, tak, moja stara koleżanka. Ja udaję, że jej nie znam, a ona i tak przychodzi xD).  Po jakimś czasie zauważyłam, że skóra nie jest tak przesuszona jak zwykle. Pierwsze co pomyślałam? Przypadek! Ale nie, to nie był zbieg okoliczności, wszak po kilku miesiącach testów odkryłam, że moje ciało coś w tych piankach lubi (albo te pianki nie mają czegoś, czego nie lubi xD). Dlatego gdy dorwałam je w Rossmannie taniej, kupiłam właściwie wszystkie wersje. Creme Care mam właśnie w łazience i według mnie pachnie ona najgorzej z tych mi znanych, Creme Soft jest boska, ale była w cenie na do widzenia więc ją oszczędzam, Lemon&Moringa dopiero będę poznawać, a Rhubarb&Raspberry miałam i lubię (to moja 2 albo 3 sztuka). W ramach krótkiego podsumowania - to miła odmiana dla mnie, "żelowego" wrażliwca, nie tylko ze względu na konsystencję, ale także dlatego, że myjące kosmetyki apteczne i dla dzieci naprawdę już mnie nudzą, a Nivea Silk Mousse ładnie pachną i co najważniejsze - mnie nie szkodzą.
Kolejnym kosmetykiem, który towarzyszył mi dzielnie w ostatnim czasie, jest Revlon Colorstay 110 Ivory, do cery normalnej i suchej. Nie miałam go chyba z milion lat, ale kilka miesięcy temu poczułam nagły pociąg do tej nowej wersji z pompką i go nabyłam. Cóż mogę powiedzieć? Tak jak dawniej jestem z niego naprawdę zadowolona, wszak w stu procentach pasuje mi jego kolor oraz działanie. I tak szczerze powiedziawszy ostatnio maluję się nim właściwie codziennie, zastanawiając się w międzyczasie, czy kiedyś znajdę coś lepszego. Miałam podkłady tanie, ze średniej półki, drogie i bardzo drogie, a ten nadal od jakichś bodajże 9-10 lat tkwi na najwyższym miejscu. Zobaczymy, zapewne czas pokaże :) Znając życie latem i tak przerzucę się na azjatyckie BB, bo dodatkowy filtr nigdy nie zawadzi, ale ostatnio znowu coś ciągnie mnie do zwykłych fluidów ;) Następnym kosmetykiem, który pokochałam, jest lakier L'oreal Paris Color Riche L'huile w jakże wiosennym odcieniu Noir Noir nr 674 (ten wiosenny odcień to czerń oczywiście xD). Coś ostatnio wzięło mnie na sięganie do korzeni, więc poza paznokciami u stóp, które u mnie mają kolor permanentnie czarny, ostatnio ciągle maluję nim też dłonie. I wiecie co? Dawno nie miałam tak trwałego, dobrze kryjącego i łatwego w użytkowaniu lakieru. To nie hybryda, a wytrzymuje u mnie w świetnym stanie niemalże tydzień! L'oreal, brawo! :) Chętnie kupię drugą buteleczkę ;)
I to tym razem już wszystko :) Znacie któregoś z moich ulubieńców? A może zechcecie podzielić się tym, co ostatnio sprawdziło się u Was? Dajcie koniecznie znać! :)

wtorek, 10 kwietnia 2018

Eveline Liquid Control HD 005, czyli nigdy nie mów nigdy

Od lat nie używam podkładów i śledząc historię tegoż zjawiska - wychodzi na to, że moim ostatnim fluidem był Dior Star, którego recenzja została opublikowana na blogu niemalże równo 3 lata temu. Potem przerzuciłam się właściwie wyłącznie na azjatyckie kremy BB, pozostawiając wszelkie rodzime podkłady w zapomnieniu. Ale jak wiadomo, życie jest przewrotne, a w dodatku nie lubi próżni xD Przez ten czas na rynku normalnych, płynnych fluidów trochę się zmieniło, więc kiedy dostałam od Basi Eveline Liquid Control HD w odcieniu 005 Ivory postanowiłam spróbować. Cóż to znaczy? Ktoś tu na nowo obudził moją kosmetyczną ciekawość do tej kategorii produktów! ;) Co wyszło z tego "wielkiego powrotu"? Same zobaczcie! :)
Eveline Liquid Control HD 005 Ivory
Opakowanie podkładu Eveline Liquid Control HD 005 Ivory to zwyczajna buteleczka z pipetą. Jest ona wykonana z matowego szkła i prezentuje się naprawdę ładnie, choć szczerze powiem, że musiałam nauczyć się to ustrojstwo obsługiwać. W tak zwanym międzyczasie ubrudziłam sobie nim spodnie, oczywiście plama nie zeszła i albo będę je farbować z czarnego na czarne, albo nie wiem xD Trochę mi ich szkoda, wszak to moje ukochane jednak :P Całość zawiera 32 ml ważne 6 miesięcy od otwarcia. Warto również w tym miejscu wspomnieć, iż według mnie podkład ma aromat "kwiatowej plasteliny" cokolwiek to znaczy :D Na szczęście ten przepiękny zapach wyczuwalny jest głównie w butelce.
Eveline Liquid Control HD 005 Ivory
Jak już wspomniałam, konsystencja podkładu bywa dość problematyczna, wszak jest typowo rzadka, lejąca i popisowo spływa z twarzy. Finalnie najwygodniej okazało się nakładać go gąbeczką, najpierw "wylewając" z pipety odpowiednią ilość, a potem rozprowadzając fluid na twarzy partiami. Wtedy w końcu nic się nie rozlewa... Warto też wspomnieć, że podczas aplikacji nie tworzy plam, ani smug, a kiedy dojdzie się do wprawy, wszystko idzie bardzo sprawnie ;) Jako bonus dodam, że kosmetyk jest całkiem trwały (u mnie przypudrowany trzyma się cały dzień) a jednocześnie wieczorem łatwo zmyć go z twarzy (chociaż po azjatyckich BB to chyba wszystko będzie mi łatwo zmyć xD).
Eveline Liquid Control HD 005 Ivory Revlon Colorstay 110
Kolor fluidu faktycznie jest jasny, ale po utlenieniu naprawdę bardzo różowy. Mnie to nie przeszkadza, bo całkiem ładnie pasuje mi do szyi (różowo-białej :P) ale wiem, że przez to, u niektórych Dziewczyn czeka go dyskwalifikacja z urzędu. Wracając jeszcze do kwestii jasności - muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona, wszak naprawdę nie spodziewałam się, że będzie mi kolorystycznie pasować coś z drogerii. Ale w połączeniu z kryciem lekkim w stronę średniego  wyglądał naprawdę bardzo przyzwoicie, wszak niemalże nie odcinał się od reszty ciała (krycie można budować, ale próbowałam tylko raz i po drugiej warstwie już był już za ciemny, więc kiedy potrzebowałam większego kamuflażu w ruch szedł korektor). Wykończenie jakie kosmetyk nam serwuje, nie wydaje mi się płaskim matem, a bardziej delikatną satyną. Na plus warto zaliczyć także to, że u mnie podkład Eveline Liquid Control HD 005 Ivory nie ciemnieje, ale niestety to raczej indywidualna kwestia. U wybitnie mnie lubią oksydować chyba tylko podkłady Bourjois ;) Poniżej widać efekt zaraz po nałożeniu fluidu i myślę, że wprawne oko już w tym momencie dopatrzy się, na jaki temat będę zaraz marudzić :P
Eveline Liquid Control HD 005 Ivory
Niestety dla mnie podkład ma jeden, choć całkiem spory minus. Aby go używać, trzeba mieć idealnie wypielęgnowaną cerę. Bez rozszerzonych porów, bez suchych skórek i jeśli posiadacie inną cerę niż tłustą lub mieszaną, warto zastosować pod spód porządny, nawilżający kosmetyk. W towarzystwie dobrej bazy w postaci kremu lub odżywczej esencji nie wysusza, ale nie jestem w stanie zagwarantować, że jeśli zastosujecie zbyt "słaby" krem - nie zacznie. Na szczęście u mnie fluid nie podkreśla zmarszczek na twarzy, choć akurat na tym zdjęciu widać, iż nałożyłam go zbyt mocno pod oczy i niestety już włazi w załamania pod nimi :P Poniżej widać z kolei efekt końcowy, czyli pełen makijaż o wymyślnej nazwie "znowu nie chciało mi się malować, więc są kreski" :P
Eveline Liquid Control HD 005 Ivory
Podsumowując moje spotkanie "po latach": ogólnie rzecz biorąc, wszystko odbyło się w całkiem miłej atmosferze. Gdyby nie fakt, że kiedy skóra jest w gorszej kondycji, to podkład Eveline Liquid Control HD wygląda na niej niespecjalnie, zaliczyłabym go do jednych z lepszych z tej półki cenowej i wracała do niego od czasu do czasu. Ale niestety - ideałem Liquid Control nie jest, więc mimo wielu zalet, jednak wolę Revlon Colorstay ;) Co nie zmienia faktu, że jeśli go nie miałyście, to w sumie można spróbować kupić gagatka podczas aktualnej promocji w rossmannie 55% taniej. Jego cena regularna to 36.50zł, więc jeśli zapłacicie za niego jeszcze mniej, raczej nie powinnyście czuć się zawiedzione :) Pamiętajcie jednak, że w drogeriach internetowych normalnie można dostać go już za 23zł ;)
A Wy miałyście styczność z Eveline Liquid Control HD? Jak spisał się u Was? Dajcie koniecznie znać! 

czwartek, 5 kwietnia 2018

Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11. Co tym razem znalazłam w środku?

Szczerze powiem, że bardzo lubię dostawać pudełeczka Inspired by Naturalnie Piękna i są one moimi ulubionymi z boxów komponowanymi przez ekipę Shiny. W tamtym tygodniu trafiła do mnie edycja 11, która nadal jest dostępna, więc jeśli wpadnie Wam coś w oko, nadal jest szansa na jego zakup (a w sumie nie zawsze się tak zdarza). Co znalazło się wewnątrz niego tym razem? Czy zawartość przypadła mi do gustu i teraz? Zapraszam do lektury! ;)
Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11
Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11
Pierwszą rzeczą, która wpadła mi w ręce po otworzeniu pudełeczka była Maseczka w Płachcie Sesamis Bird Nest Hydra Mask, będąca produktem nawilżającym, przeznaczonym do cer dojrzałych. Wiecie zapewne, że nie kocham zbytnio tego typu masek, ale od dawna chciałam przetestować kosmetyki tej marki, a od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie produkty z wyciągiem z "ptasich gniazd" :P (tak, Koreańczycy lubią dziwne składniki, kiedyś miałam krem BB z porożem jelenia xD) Może będzie to dobry początek...? Marka jest dla mnie interesująca, zawarty w kosmetyku składnik też (choć ciekawe ile go tam jest ;)), więc dlaczego by nie spróbować. Cena? 9.90zł. Kosmetykiem, który szczególnie mnie ucieszył, okazał się z kolei Puder Brązujący Sun Kissed Miyo. Szczerze powiedziawszy, jest to produkt, który od lat zaprząta mój umysł. Gdzieś naczytałam się, albo nasłuchałam komplementów na jego temat i bardzo chciałam go wypróbować, ale jakoś ciągle się nie składało. Może warto wspomnieć w tym miejscu także o tym, że kiedyś nakładanie bronzerów sprawiało mi problem oraz bardzo niechętnie je kupowałam? Ale odkąd mam pędzel Zoeva nr 109 już nie mam z tym kłopotów i chętnie używam tego typu produktów, więc na pewno Miyo się nie zmarnuje ;) Koszt? 15.99zł.
Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11
Od marki Tria Cosmetics dostajemy w pudełku Krem do Rąk z Ekstraktem z Dzikiej Róży. Ja sama nie jestem maniaczką smarowania dłoni, ale tego typu produkty, schodzą u mnie w zastraszającym tempie. Mąż co chwila dębi nową tubkę, tata średnio raz na dwa tygodnie przychodzi pytać czy czasem nie mam do oddania jakiegoś produktu, a brat kupuje sam albo zabiera ode mnie takie 250ml butle, więc krem do rąk to towar w moim domu wiecznie deficytowy. Na pewno pójdzie więc w ruch i jeśli nie zużyję go sama, to mężczyźni z mojej rodziny są pierwszorzędnymi "papraczami" w tej materii xD Mama ma z kolei podejście podobne do mnie :P Wystarczy raz dziennie ;) Cena? 23.00zł. Kolejnym produktem z tego zdjęcia, jest Naturalny Stymulator Wzrostu Włosów Kamiwaza. Etykietą i stylistyką, nawiązuje on do produktów azjatyckich (taka moda, trzeba się pogodzić ;)), ale według tego, co wykazało moje małe śledztwo - jest to chyba kosmetyk polski. Ma on za zadanie stymulować odrastanie włosów, powstrzymywać łupież oraz zmniejszać wypadanie. Mnie tego typu produkty nie są potrzebne, ale właściwie w dniu przyjścia skonfiskował mi go mąż, który walczy z wiatrakami, tfu... zakolami i namiętnie go stosuje. Zobaczymy ;) Po ostatnim specyfiku na porost włosów z boxa Naturalnie Piękna, faktycznie widać u niego poprawę. Cena tego, to 45zł.
Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11
Produktem, który nadał aromat właściwie całemu pudełku, jest Babeczka do Kąpieli Bomb Cosmetics Swing into Spring, z przeuroczą pisanką na szczycie. Całość pachnie bardzo przyjemnie - owocowo i zawiera masła kakaowe oraz shea, nawilżające naszą skórę. Normalnie pomarudziłabym trochę w tym miejscu, że nie mam wanny i tak dalej, ale wiecie co? W następny weekend jadę na kilka dni do kuzynki i ona ten pożądany element łazienki posiada! (Natalia, pozdrawiam! ;*) Tak więc babeczka pojedzie ze mną w podróż do Polkowic xD Koszt? 12zł za sztukę. Drugim produktem kąpielowym z tego pudełeczka, jest Peeling do Ciała Kueshi. Pamiętam, że swojego czasu były one dodawane do pudełek jako "nagroda" dla stałych subskrybentek. Ja jako ambasadorka wtedy go nie dostałam, ale jak widać karma wraca i trafił do mnie teraz. Super, bo lubię tę markę, lubię też peelingi do ciała, więc zobaczę, co ma on do zaoferowania. Jedyne, na co mogłabym ponarzekać, to fakt iż w sumie to wolałabym wersję bananową :P Ale truskawka również jest fajna ;) Cena? 61zł.
Inspired by Naturalnie Piękna, edycja 11
W pudełeczku znalazłam również Hydrolat z Kwiatów Róży Damasceńskiej L'orient. Ostatnio - nie będę ukrywać - polubiłam mgiełki, a wody różane i produkty z tym składnikiem kocham od wielu lat, więc z chęcią ten produkt wypróbuję. Przyznać muszę, że bardzo mnie on ucieszył, więc czuję się kupiona :) Cena? 34zł. Ostatnim kosmetykiem z 11 edycji Naturalnie piękna, okazał się Dwufazowy Płyn do Demakijażu Aube (dodawany do boxów zamiennie z kulami do kąpieli Dairy Fun). Pewnie wiecie, że tego typu kosmetyki stosuję od święta (czyli tak mniej więcej od imprezy do imprezy), ale nawet by używać czegoś rzadko, trzeba to coś mieć xD A ja aktualnie żadnej dwufazy nie posiadam, więc ta mi się przyda. Mam nadzieję, że pomoże łatwo i skutecznie usunąć z twarzy te cięższe makijaże ;) Koszt? 29.99zł.
Muszę przyznać, iż jedenasta edycja Inspired by Naturalnie Piękna raczej przypadła mi do gustu :) Z chęcią zużyję większość kosmetyków, a te dwa produkty, które są mi średnio potrzebne już znalazły bądź zaraz znajdą nowych właścicieli wśród domowników :) A Wy co myślicie na temat tego pudełeczka? Byłybyście zadowolone, czy może niekoniecznie? Dajcie znać!

sobota, 31 marca 2018

Życzenia Wielkanocne! :)

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkiej Nocy, chciałabym życzyć Wam, aby były one pogodne, radosne i spędzone w miłej, rodzinnej atmosferze oraz przede wszystkim "w komplecie". A tak bardziej ogólnie (bo przecież każda okazja do dobrych życzeń jest dobra): dużo zdrowia, szczęścia, braku podziałów i żeby wszystko, czego zapragniecie, układało się po Waszej myśli ;* Mam nadzieję, że będzie o Was także pamiętał Wielkanocny Zajączek :D Pięknej pogody nie życzę, bo to już ponoć pewne, że Święta będą białe xD Buziaki i Wesołego Alleluja! ;)
Zajączek wielkanocny

wtorek, 27 marca 2018

Marcowe nowości, czyli o zakupach i prezentach słów parę

W marcu nastawiłam się na oszczędzanie... Oczywiście standardowo nieszczególnie mi to wyszło, no bo przecież, ale mimo wszystko - z mojej strony nie jest najgorzej xD W całym moim malusim "poście" zakupowym, genialnie wsparły mnie moje dwie blogowe przyjaciółki - Basia i Interendo (czyli Patrycja! ;)) wysyłając mi świetne paczki, oraz Jolse, od którego dostałam do wypróbowania między innymi zachęcające nowości z ich asortymentu :D Dziś pora na przedstawienie całości i cóż mogę powiedzieć... Mój wielkanocny zajączek był bardzo bogaty xD 
black liner nowości marca
black liner nowości marca
Właściwie jedynym większym zakupem była Nabla Dreamy Eyeshadow Palette. Już rozumiem o co chodzi z jej fenomenem i dlaczego ciągle rozchodzi się "na pniu". Mam ją stosunkowo krótko, choć zdążyłyśmy się już wstępnie polubić ;) Do zamówienia dołączyłam również Rozświetlacz Makeup Revolution Liquid Highlighter w odcieniu Liquid Starlight i szczerze powiedziawszy - na razie nie umiem go używać xD Z kolei po prawej widzicie scenkę rodzajową, podczas której Rozetka zachwyca się "diamentami"... W końcu każda kobieta kocha diamenty <3 A moja mała Hrabina w szczególności.
black liner nowości marca
Pianki pod prysznic uwielbiam. Więc gdy zobaczyłam w Rossmannie, w "cenie na do widzenia" Nivea Luxurious Shower Silk Mousse Creme Soft, oczywiście nie mogłam się powstrzymać, co finalnie doprowadziło do zakupu jednej sztuki za 8 zł ;) Postanowiłam również wrócić do starego, dobrego Serum do Rzęs Long4Lashes, ponieważ moje to obraz nędzy i rozpaczy po roku przerwy od wszystkiego oraz najzwyczajniej w świecie irytuje mnie fakt, iż są takie krótkie. A przyklejania sztucznych nadal nie ogarnęłam, brawo ja! xD Lekkie Mleczko Nawilżająco - Odżywcze Body Art Dr Irena Eris dostałam z wymiany za punkty klubowe, ponieważ niestety ich program dobiegł końca... A szkoda, bo kupując te produkty regularnie, można było dostać wiele ciekawych kosmetyków i gadżetów od firmy! :(
black liner nowości marca
Jak zapewne wszyscy wiedzą, w marcu w Rossmannie była promocja, podczas której kupując dwa kosmetyki do włosów, dwa otrzymywałyśmy za darmo. Ja zdecydowałam się na niedrogie a niezłe produkty marki Garnier Fructis. Mam wobec nich naprawdę niewielkie oczekiwania (właściwie jak wobec każdej odżywki xD). Mają nie obciążać włosów, wspomagać ich rozczesywanie oraz ograniczać elektryzowanie się. Koniec :P Trafiła do mnie wersja Densify do cienkich włosów, Hydra Hresh do włosów przetłuszczających się z suchymi końcówkami, Goodbye Damage do włosów bardzo zniszczonych, oraz Oil Repair 3 do włosów suchych i łamliwych :)
black liner nowości marca
Prosto z Jolse przyleciała do mnie odświeżona linia Orchid marki Innisfree :) W jej skład wchodzi między innymi Jeju Orchid Lotion (lekki płyn nawilżający), Jeju Orchid Gel Cream (żel do twarzy), Jeju Orchid Eye Cream (krem pod oczy) oraz absolutna nowość - Jeju Orchid Fluid :) Nie powiem, szczególnie ciekawi mnie właśnie ten ostatni produkt ;) Cała seria jest przeciwstarzeniowa, a jej zadaniem jest opóźnienie pojawiania się zmarszczek, delikatne wygładzenie istniejących, poprawienie jędrności i kolorytu cery, a także dostarczenie jej składników odżywczych :) Ciekawą nowością, którą będę miała okazję wypróbować, jest też krem do twarzy Beauty of Joseon Dynasty Cream. On z kolei luźno bazuje na tradycyjnych, koreańskich recepturach i ma za zadanie odżywiać, nawilżać, rozjaśniać oraz napinać naszą twarz. Otwieram go jeszcze dziś! ;) Zobaczymy, jak się sprawdzi :D Z kolei Innisfree Jeju Lava Seawater Cream to ponoć zwykły, lekki nawilżacz przeciwdziałający starzeniu, który będzie musiał trochę zaczekać na swoje 5 minut ;) Mam nadzieję, że dobrze się sprawdzi i da sobie radę z moją kapryśną latem cerą ;) Sama zakupiłam dodatkowo drugą paczkę płatków Petitfee Black Pearl&Gold, które są naprawdę rewelacyjne. Polecam! :)
black liner nowości marca
Od Basi otrzymałam w prezencie paczkę, która bardzo szybko poszła w ruch ;) Dostałam między innymi dwa cienie w kremie Eveline (przykleiła się do nich moja mama i zupełnie nie chce oddać xD bardzo przypadły jej do gustu), pięknie pachnące mydełko miętowo - eukaliptusowe Mewa, pomadki Avon Mark w odcieniach Nude Attitude oraz Blushing Beauty, rozświetlacz w kredce Eveline, rewelacyjny podkład Eveline Liquid Control, którego jak na złość ominęła sesja zdjęciowa (akurat w tym dniu się nim malowałam i najzwyczajniej w świecie o nim zapomniałam, a to tak naprawdę perełka tej paczki :D), oraz Odżywkę - Wcierkę Jantar, którą przechwyciła mama i Odżywkę do Paznokci Diamond Eveline. Basiu, bardzo Ci dziękuję ;* Jest super :)
black liner nowości marca
O tej paczce od Patrycji - Interendo, opowiadałam Wam już na instastory :) Zupełnie się jej nie spodziewałam i szczerze mówiąc - bardzo, ale to bardzo mnie ucieszyła :D Wszystko było zapakowane w złotą kosmetyczkę Tarte, a wewnątrz znalazłam same fajne rzeczy i kilka prawdziwych perełek xD Wyjątkowo wpadły mi w oko Pomadka Ochronna DHC z edycji limitowanej z Hello Kitty, lustereczko z liskiem, oraz pomadka Too Faced Melted Matte w odcieniu Sell Out ;) Poza tym, na 100% przyda mi się też filtr do twarzy Sun Protect Essence Gel Kose, chusteczki do demakijażu i zmywacz w saszetkach Sephora, tusz do rzęs Tarte Light Camera Lashes, czerwona konturówka Sephora, kremik Bebe oraz pędzelek z rybim ogonkiem :D Z kolei naturę "sroki" zaspokajają czerwony błyszczyk i lakier Sephora, przypinka z liskiem (podobała mi się najbardziej z kalendarza adwentowego Sephory, ale nie wiem co będę z nią robić xD), mieniący się pierwszorzędnie cień Tiramisu, eyeliner oraz róż Sweet on You! i utrwalacz do brwi Sephora. W kąpieli i przy pielęgnacji również będą mi towarzyszyć kapsułki z tejże perfumerii :D Jest ekstra, Patrycja - pięknie dziękuję Ci za tę śliczną niespodziankę ;*
black liner nowości marca
Jakiś czas temu, również Interendo - zaproponowała mi odlewkę kremu Kiku Masamune Kome and Hakko Moisture Gel. Bardzo chciałam go przetestować, więc z chęcią na to przystałam. Spodziewałam się koperty, ewentualnie innych próbek, a znalazłam to... Żel pod Prysznic Playboy Tender Peach, Mgiełkę Fiji Pineapple Palm Bath&Body Works (świetnie pachnie ananasem! :D), maseczkę Sephora Bubble Mask, żel nawilżający Dr.Belmeur Panthenol Soothing Gel Cream, krem do rąk Balea Cake My Day, krem do skórek Allessandro o zachęcającym zapachu ogórka i melona, a także saszetkę na której napisane jest Peeling Bean, co sugerowałoby peeling fasolowy, choć jakoś nie do końca umiem to sobie wyobrazić. Dziękuję po raz drugi ;* Ale Pat, kurier już do Ciebie jedzie! xD
I to już wszystko, jeśli chodzi o ostatni miesiąc :) Wpadło Wam coś w oko? A może miałyście okazję testować któryś z tych kosmetyków i możecie opowiedzieć o swoich wrażeniach? Dajcie znać! :)

środa, 21 marca 2018

Angel Recipe All in One Essence, czyli o rozjaśnianiu przebarwień słów parę

Od dziecka mam piegi, których nie lubię. W zależności od pory roku, stanu cery oraz rodzaju pielęgnacji ich widoczność się zmienia, ale te najciemniejsze, najbardziej widoczne, towarzyszą mi cały czas. Znajdują się one u nasady nosa i na kościach jarzmowych. Po nich najbardziej widać, czy dany kosmetyk na przebarwienia działa, czy może nie... W kwestii problemów z cerą - oczywiście jak na 28 lat przystało mam pierwsze zmarszczki - głównie na czole, przez robienie min xD Nie obce są mi też problemy z naczyniami, które męczą mnie swoją obecnością w okolicach skrzydełek nosa oraz na prawym policzku (nówka sztuka!). Oczywiście przy braku odpowiedniej pielęgnacji rozjaśniającej - wszystkie te problemy się pogłębiają. Przez ostatnie półtora miesiąca w celu zrobienia z tym porządku po wtopie z pewnym kremem, stosowałam All in One Essence marki Angel Recipe. Jak się sprawdziło? Zapraszam do lektury! :)
Angel Recipe All in One Essence
All in One Essence Angel Recipe znajduje się w czerwonej, plastikowej buteleczce z pompką, przypominającej nasze swojskie serum. Co ważne, dozownik nie sprawia żadnych problemów. Nie "strzela", nie pompuje "na pusto" i nie psuje się podczas użytkowania. Wewnątrz znajduje się 50ml kosmetyku "Made in Japan". Ogólnie rzecz biorąc, całe opakowanie jest bardzo proste, ale estetyczne i dobrej jakości. Główne składniki aktywne esencji to arbutyna, witamina C, ekstrakt ze skalnicy, żywy kolagen, ekstrakt z lukrecji oraz rumianku. Całość ma za zadanie rozjaśniać, oraz nawilżać i ujędrniać naszą skórę.
Angel Recipe All in One Essence
Konsystencja esencji jest delikatna i przypomina dość rzadki żel, który przy kontakcie z palcami zamienia się w "gęstą wodę". Jak zapewne zauważyłyście na zdjęciach, kosmetyk zawiera również mini drobinki, ale nie są one w żaden sposób upierdliwe. Bez problemów rozsmarowują się na twarzy i są właściwie niewyczuwalne. Esencję tą stosowałam rano oraz wieczorem, odstawiając właściwie wszystko inne z czystego lenistwa. Co ciekawe, sprawdza się ona pod makijaż - współpracuje bardzo dobrze ze wszystkimi moimi podkładami oraz kremami BB. Trochę denerwowała mnie wieczorem, ponieważ nałożona na suchą skórę zaczynała się delikatnie kleić, jednak ten problem bardzo szybko rozwiązałam. Po spryskaniu cery mgiełką, wszystko wchłaniało się niemal do zera, nie pozostawiając po sobie żadnego filmu. W kwestii zapachu - myślę, że wrażliwcy powinni być zadowoleni. Ja przy moim wiecznie przytkanym nosie wyczuwam jedynie delikatną nutkę kwiatów, a w ramach ciekawostki powiem Wam, że smakuje słodko xD Tak, czasem smaruję nią też brzegi ust, bo na dolnej wardze też mam eleganckiego krwiaczka, vel bordowe popękane naczynie :P
Angel Recipe All in One Essence
Jak jednak z najważniejszym, czyli z działaniem? Myślę, że mogę ocenić ją obiektywnie, ponieważ przez ostatnie tygodnie używałam poza kosmetykami do demakijażu, oczyszczania i aloesowej mgiełki właściwie jedynie tej esencji. Co zauważyłam? Skóra już na początku stała się jędrna, wygładzona oraz dobrze nawilżona, choć szczerze powiedziawszy akurat to było dla mnie jedynie dodatkiem, wszak oczekiwałam wybielenia. I je dostałam! Część piegów zniknęła, te najbardziej męczące się rozjaśniły (żeby je usunąć, chyba musiałabym zainwestować w laser), zniknęły też ślady po pryszczach, łącznie z tymi, które sobie rozgrzebałam (nie mam do tego tendencji, ale akurat te dwa na czole były wyjątkowo irytujące i finalnie zdecydowałam się je wycisnąć, choć wiem, że się nie powinno xD). Ale jak wiadomo, piegi to nie jest jakiś specjalny defekt, wszak podobno są ludzie, którym się one podobno podobają. Najważniejsze jest dla mnie to, że świeży, drobniutki krwiaczek pod okiem zniknął, plama na dolnej wardze pięknie zbladła (nie jest już bordowa, bardziej przypomina odcień ust), a porozszerzane naczynia wokół nosa zakrywa sam delikatnie kryjący podkład, a nie ciężka szpachla, czasem dodatkowo pokryta jeszcze korektorem. Jest sukces!
All in One Essence Angel Recipe na pewno trafia do ulubieńców pierwszego kwartału 2018 roku. Należy mu się to, zdecydowanie! Jedyny minus w tym wszystkim, stanowi fakt, że esencja ta jest/była słabo dostępna. Jednak po mojej rozmowie z Agą - właścicielką sklepu z japońskimi kosmetykami - wprowadzono ją do sprzedaży w Berdever, więc już nie będzie problemów z zakupem (nie jest to recenzja w żaden sposób sponsorowana, esencję dostałam na gwiazdkę od Interendo ;*). W tym miejscu wypadałoby więc gorąco podziękować Patrycji za genialny prezent, a Agnieszce - za zwiększenie jego dostępności. Przesyłam więc buziaki, a Wam polecam sam kosmetyk, wszak u mnie zdziałał cuda ;) Znacie ten produkt? A może polecacie inne genialne "wybielacze"? Dajcie znać! :)

Edit. Odezwała się do mnie Aga i podesłała dla Was kod zniżkowy :) Wpisując w koszyku BLACKLINER, dostaniecie 10zł rabatu przez kolejny tydzień ;)

czwartek, 15 marca 2018

Urban Decay, Naked Skin Concealer Fair Neutral. Czy jest super? A może nie?

Korektor Urban Decay Naked Skin Concealer Fair Neutral bardzo długo był moim dużym obiektem pożądania. Ciągle ociągałam się z jego zakupem, bo a to drogi jak na tamtą chwilę, a to miałam coś "na zapas", a to podczas promocji nie byłam w Sephorze. Ale w końcu jest! Trafiła mi się bardzo korzystna oferta - jak ślepej kurze ziarno albo idąc tym tropem rozumowania: jak niedowidzącej Ewelinie korektor. Jak na tym wyszłam? Czy okazał się wyśnionym ideałem? Same zobaczcie! :)
Urban Decay, Naked Skin Concealer Fair Neutral
Korektor Urban Decay znajduje się w eleganckim, plastikowym opakowaniu przypominającym błyszczyk. Jest ono wygodne, dozuje odpowiednią ilość produktu i z łatwością można zabrać go ze sobą w podróż bez obaw o potłuczenie. Właściwie to nawet nakrętka nie rysuje się podczas noszenia w torebce... ;) Więc przyznać trzeba, że całość stworzono z materiałów naprawdę dobrej jakości, łącznie z aplikatorem. Jest on w odpowiednim rozmiarze, cechuje go spora miękkość i delikatność. I najważniejsze - jest spłaszczony, co ja osobiście uwielbiam. A, zapomniałabym: wewnątrz znajduje się 5ml kosmetyku, który ważny jest 9 miesięcy od otwarcia.
Urban Decay, Naked Skin Concealer Fair Neutral
Co ważne, kosmetyk ten występuje w gamie kolorystycznej, która zaspokaja moje potrzeby - a ja należę jednak do jednych z bledszych osób ;) Odcień Fair Neutral jest bardzo jasny, a także chyba naprawdę neutralny, gdyż nie uwidaczniają się w nim ani żółte, ani różowe tony. Kolor również ładnie adaptuje się do mojej cery i mam wrażenie, że po nałożeniu utlenia się na jeszcze jaśniejszy. Szczerze powiem - w tej materii w pełni mnie usatysfakcjonował :) Dodatkowo nie zawiera on żadnych drobinek i łatwo go zmyć, ale za to gdy przystawimy opakowanie pod nos, śmierdzi farbą xD Co ważne - nie zauważyłam by korektor ten wysuszył wrażliwe okolice oczu nawet przy regularnym stosowaniu.
Problem pojawia się jednak po nałożeniu i wklepaniu kosmetyku. Mam wrażenie, że albo zasycha on bardzo wolno, albo nie robi tego wcale... Normalnie nakładam korektor pod oczy i przypudrowuję tę okolicę, aby makijaż był trwalszy. W tym przypadku, niezależnie od ilości nałożonego korektora, musiałam chwilę odczekać, bo inaczej pędzelek potrafił zrobić w nim "dziury". Wykończenie kosmetyku to zgrabnie wyważony satyno - mat i naprawdę nie mogę narzekać na jego krycie, wszak jest wyjątkowo przyzwoite. Chowają się pod nim moje cienie, zaczerwienienia wokół nosa (choć tam potrafi podkreślić pory albo suche skórki. Ma to miejsce naprawdę sporadycznie, ale jednak ma, więc informuję ;)) oraz naczynka.
Urban Decay, Naked Skin Concealer Fair Neutral
Nie potrafię mu wybaczyć tylko jednej rzeczy... Korektor wchodzi w zmarszczki i tak naprawdę pod koniec dnia, na dolnej powiece już nie wygląda zbyt elegancko. W zależności od nałożonej ilości, tam gdzie mam dwie głębsze linie, jest albo wytarty, albo zbiera się właśnie w nich. Niby nie widać tego pod wytuszowanymi dolnymi rzęsami a reszta wygląda naturalnie oraz ładnie się "trzyma", to wkurza mnie to tak "dla zasady". Spodziewałam się po Urban Decay Naked Skin Concealer ideału, a dostałam przeciętniaka. Szkoda... W dodatku kosztuje on 119zł, więc w cenie regularnej nie polecam, ale jeśli traficie na dobrą promocję i macie ochotę - możecie próbować. Ogólnie rzecz biorąc, to - o ile dobrze kojarzę - kosmetyk chwalony, więc może Wy będziecie usatysfakcjonowane. Ja tak do końca nie jestem...
Miałyście może styczność z tym korektorem? Jak spisał się u Was? A może macie jakieś inne, jasne perełki, które możecie mi polecić? Dajcie koniecznie znać! :)

sobota, 10 marca 2018

O czym marzy Inga, część 2

Ostatnio złożyło się tak, że w mojej głowie spokojnie kiełkuje sobie pożądanie. Powoli... Delikatnie... Ale jednak xD Obiektem "chcenia" są głównie kosmetyki, ale oczywiście nie ukrywam, że poza tym, co tu pokazane, chciałabym jeszcze np. nowe trampki, czarną piżamę (wiecie, jak trudno taką kupić? Jeszcze dodatkowo jak ma się wymagania typu "długie spodnie bez ściągacza i koszulka z krótkim rękawem", to już w ogóle robi się Meksyk), nie pogardziłabym też szlafrokiem, także czarnym ma się rozumieć (zostanę miss oddziału reumatologicznego xD), w sumie chciałabym też nową torebkę i telefon, ale tym nie będę już Was zanudzać... Skupię się więc dziś tylko na tym, co dotyczy tematyki bloga oraz kwestii kosmetycznych. O czym więc marzy Inga? Głównie o kolorówce, bo pielęgnacją czuję się "nasycona", choć i ona się tu znalazła. Ale zobaczcie najlepiej same! :D
wishlista
wishlista
1. Too Faced Just Peachy Matte Eye Palette - Wpadła mi w oko już bardzo dawno i mamy w tym momencie relację, którą świetnie obrazuje współpraca "rozum - serce". Dlaczego? Ano dlatego, że rozum mówi "I tak będziesz jej rzadko używać, najczęściej robisz kreski, a Twoje makijaże niezbyt Cię satysfakcjonują...". Z kolei serce rzecze coś na kształt "Ale zobacz, jaka piękna, te maty takie śliczne, przecież uwielbiasz matowe cienie! W końcu stworzono coś dla Ciebie, przecież nic, tylko brać! A malowanie poćwiczysz i będzie ekstra". I tak się bujam, właściwie od premiery tej paletki w Polsce, i ani w jedną, ani w drugą. Brak funduszy również nie pomaga xD Cena? 185zł.
2. Nabla Dreamy Eyeshadow Palette - w jej przypadku uległam chyba jakiejś zbiorowej histerii na to cudo, ale przyznać muszę, iż nie dość że opakowanie idealnie trafia w moje gusta, to jeszcze zawartość jest naprawdę cudowna. Te kolory, te metaliczne cienie, napigmentowane maty... Tylko wkładać do wirtualnego koszyka i zamawiać! Niestety, jak wyżej... Współpraca serca z rozumem nie wypada w tym przypadku najlepiej i choć bardzo chciałabym ją mieć, to chyba musi poczekać, wszak to typowa zachcianka :P Cena? 159zł. (kupiona)
wishlista
3. Too Faced Diamond Light Highlighter - dobra, wszyscy wiedzą, że mam milion rozświetlaczy, ale komu w sumie przeszkadzałby ten milion pierwszy? xD Inga lubi się świecić, a ten daje po oczach pierwszorzędnie! (tak, już robiłam rekonesans w sieci, nie raz...) Do tego różowe (mnie przypominające trumienkę xD) opakowanie, mozaikowy wzór, bajera o diamentach i ja jestem kupiona. Wszak diamenty to najlepszy przyjaciel kobiety, nieprawdaż? xD Koszt? 169zł.
4. Smashbox 24 Hour Photo Finish Eyeshadow Primer - miałam jej miniaturę i co tu dużo gadać - skradła moje serce... Idealnie się rozprowadzała, a także świetnie nakładało się na nią cienie, które trzymały się od nałożenia, aż do zmycia. Pomogła przetrwać mi w nienagannym makijażu niejedną imprezę. Chciałabym, nie powiem, ale na razie zużywam budżetowy produkt Hean, który niestety się do niej nie umywa :( Cena? 89zł.
wishlista
5. Mac Lipstick w kolorze Snob - chodzi mi po głowie ładnych kilka lat, ale nadal się na nią nie skusiłam... Nie wiedzieć czemu :P Ostatnio ciągnie mnie do wszystkich kosmetyków barwiących usta na "barbie róż" i nic na to nie poradzę xD Myślę, że w połączeniu z czarnymi ubraniami (w sumie to już chyba tylko takie mam w szafie), czarnymi włosami oraz kreską na oku wygląda to dobrze i raczej nie "plastikowo", więc moja kolekcja sukcesywnie się o takie odcienie powiększa. Z racji tego, że jednak należałoby zachować rozsądek, to kolor Snob nadal pozostaje w sferze marzeń, bo mam  już kilka podobnych, różowiutkich kolorów... Ale tego nie i w sumie smutno mi z tego powodu, bo on taki piękny! :( Koszt? 89zł.
6. L'oreal Super Liner Gel Intenza - to mój ukochany eyeliner, którego zużyłam mnóstwo opakowań, ale niestety ostatnio nigdzie nie mogę go dostać. Jestem w ciężkiej rozpaczy, bo nic mu nie dorównuje, ja chcę moich kresek, a on dostępny jest właściwie tylko w zagranicznych drogeriach (widywałam go nawet w chorwackich i bułgarskich DM'ach). L'oreal, dlaczego u nas go nie ma?! Black Liner chce! xD Cena? W sumie nie wiadomo, zazwyczaj płaciłam za niego około 30zł. (kupiony)
wishlista
7. Tarte Shape Tape Concealer w kolorze Fair - bo poszukiwania korektora idealnego dla mnie trwają... Ten ma w większości dobre recenzje (a w sumie to chyba nie widziałam jeszcze złej), jest produktem niemalże kultowym i bardzo chciałabym go mieć, ale cena u nas w kraju jest chora, za wysyłkę z USA chcą szalone pieniądze ("jedynie" 61zł :P), a znajoma (znajomego xD) tam mieszkająca, ma na głowie ślub więc na razie nie chcę zawracać jej głowy swoimi chciejstwami... Ale może kiedyś? No i jednak warto byłoby też poczekać na przypływ gotówki, bo w portfelu na razie hula wiatr. Cena? Ponoć 25$ na miejscu, 121zł na stronie tarte, albo 169zł u nas :P (kupiony)
8. Hermes Eau Des Merveilles Bleue - uwielbiam klasyczną wersję tego zapachu. Naprawdę! Jest on dość nietypowy, trochę męski, z mocno wyczuwalną dla mnie nutą wetiwerii, ale marzy mi się również jego trochę lżejsza wersja. Dla mnie ta kompozycja również pachniała bosko, ale była - właściwie zgodnie z tym, co wskazuje flakon - bardziej "niebieska", wodna i morska, jednocześnie zachowując swoje pierwotne "ciepło".  Wiem, że cały ten mój opis brzmi z deka paradoksalnie, ale naprawdę ja te perfumy odczuwam ;) Koszt? Duży xD Bo to chyba limitka była.
wishlista

9. Nivea Mousse Świeży Ogórek&Herbata Matcha - nie lubię się balsamować, ale moja skóra lubi  być smarowana xD Taki mały paradoks... Myślę jednak, że gdybym kupiła sobie taki na przykład musik, w dodatku pachnący herbatką oraz ogórkiem (uwielbiam jedno i drugie), to w końcu połączenie fajowej konsystencji z miłym aromatem, przekonałoby mnie do codziennego wypaćkania choćby samych łydek, bo to głównie one wołają o pomoc. Koszt? 19.99zł. (kupiony)
10. It's Skin Power 10 Formula VE Effector - to skoncentrowany krem wodny o działaniu odmładzająco - antyoksydacyjnym, na temat którego naczytałam się dobrych opinii i oczywiście już chodzi mi on po głowie. Kosmetyk bazuje na stabilnej pochodnej witaminy E, producent obiecuje cuda na kiju, a że ja jestem podatna na takie rzeczy, to właściwie już bym go chciała :P Cena? od 35 w Korei po 69zł u nas.
A Wy o czym marzycie? Podzielicie się tym, co chodzi Wam po głowie, ale nie macie pieniędzy, odwagi lub jeszcze czegoś innego, by to zakupić? Koniecznie dajcie znać! A mnie może któreś z tych marzeń uda się spełnić maju, wszak wtedy imieniny Eweliny xD Buziaki! ;*


poniedziałek, 5 marca 2018

Shinybox Love i Create Your Style, czyli o dwóch pudełkach z lutego

W lutym, poza niewielką ilością zakupów, dotarły do mnie również dwa pudełka subskrybcyjne spod szyldu Shinybox :) Nie będę ukrywać - jedno z całą pewnością zdobyło moje serce, z kolei co do drugiego mam bardzo mieszane uczucia ;) Które z nich wpadło mi w oko, a które niekoniecznie? Zapraszam do lektury, dziś o zestawie Shinybox Love oraz Create Your Style by Shwarzkopf! :)
Shinybox Love Create Your Style by Shwarzkopf
Shinybox Love Create Your Style by Shwarzkopf
Pudełko Create Your Style by Shwarzkopf powstało w ramach współpracy z Shinybox z okazji 120lecia firmy. Znajduje się w nim aż 6 produktów do włosów, z czego pięć to nowości, a jedna - bestseller marki. Co ciekawe, klikając w ten link, możemy je nabyć już za 19zł (jest to oferta dla nowych subskrybentek). Swoją drogą uważam, że to naprawdę dobra okazja, szczególnie że tak naprawdę, to właśnie Create Your Style zdobyło moje serducho w lutym! :D A co się w nim znalazło? Już Wam mówię ;)
Shinybox Create Your Style by Shwarzkopf
Pierwszym z produktów, oznaczonym jako bestseller firmy i będący jedyną miniaturą w opakowaniu, jest Suchy Szampon Fresh It Up Extra Fresh. I tak szczerze powiedziawszy, to jedyny kosmetyk, który obdarzyłam średnim zainteresowaniem. Nie używam suchych szamponów bo codziennie myję włosy, swędzi mnie po nich głowa i z czarnych pasm niemożliwością chyba jest wyczesanie ich tak, aby nie było śladów... Za to jednak zgarnął go do swojej wyjazdowej kosmetyczki mój mąż i wszyscy są szczęśliwi xD Cena? 18.99 za pełen wymiar. Drugim produktem, okazał się Live Color Spray w kolorze czerwonym. Pierwsze co pomyślałam, to "lipa, u mnie na pewno nie będzie nic widać", po czym poszłam do brata - naturalnego, jasnego blondyna - aby przetestował go na sobie. Włosy faktycznie przybrały ładny odcień czerwieni, a także pozostały miękkie oraz nieposklejane, tak jak obiecuje producent. Po wypaćkaniu fryzury także mężowi szatynowi - z podobnym efektem jak u brata - pozazdrościłam i jednak sprawdziłam, jak wyjdzie to na czerni... Co uzyskałam? Po nałożeniu dwóch, trzech warstw dorobiłam się rudoczerwonego pasma, również nieposklejanego oraz w miarę miękkiego (efekt przypominał polakierowane włosy). Jestem pozytywnie zaskoczona, bo po jakimś niebieskim sprey'u innej marki, nie było widać nic. Dobra robota Schwarzkopf! Cena? 26.99zł. Trzecim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest 7 Days Taft Bardzo Mocny Lakier do Włosów przeciw Puszeniu się. Z całą pewnością jest to produkt, który mi się przyda, wszak moje włosy bez odrobiny takiego kosmetyku to jeden wielki przyklap, a ten po pierwszym teście wydał mi się całkiem dobry (tak, od czasu do czasu, jak wychodzę, chcąc uzyskać odrobinę objętości, stawiam na stare, znane sposoby :P). Z resztą u mnie w domu królują lakiery tej marki, więc jeśli nie ja, na pewno zużyje go mama. Koszt? 13.99zł.
Shinybox Create Your Style by Shwarzkopf
Bardzo ciekawą dla mnie pozycją, jest Supreme Length Gliss Kur, czyli odżywka do włosów długich, skłonnych do zniszczeń z rozdwajającymi się końcówkami. Jakby na to nie patrzeć, moje pasma to wypisz - wymaluj te z opisu (no może poza tymi rozdwojonymi końcami, których nie mam), więc po przeczekaniu na swoją kolej, na pewno ją zużyję, wszak odżywki i maski do włosów idą u mnie w zastraszających ilościach xD Kolejnym kosmetykiem ze zdjęcia, jest Farba do Włosów Żelowa Trwała Koloryzacja #Purecolor. Właściwie to chyba jedyny kosmetyk, w przypadku którego istnieje ryzyko niedopasowania kolorystycznego i u mnie właśnie tak się stało. Sam produkt naprawdę mnie zainteresował, ale ze względu na zbyt jasny odcień (który pewnie i tak nic by u mnie nie zdziałał, bo jak już mówiłam - czarne farbowane na inny kolor nadal pozostaje czarne. No chyba że użyjemy rozjaśniacza, który moje kłaki wyjątkowo źle znoszą) farba poleciała do babci, która zgarnęła ją ucieszona xD Ciekawi mnie w niej bardzo innowacyjna forma żelu, więc na pewno wypytam o wrażenia z koloryzacji. Cena? 26.99zł. Ostatnim kosmetykiem z pudełka, jest Szampon Nature Moments Schauma Indonezyjska Woda Kokosowa i Kwiat Lotosu. Ma on przepiękny zapach i ładnie się pieni (tak, zaryzykowałam i przetestowałam xD). Co mogę o nim powiedzieć? Z pewnością świetnie sprawdza się przy włosach suchych (sprawdzone na mamie) i farbowanych, oraz nie podrażnił mojej wrażliwej skóry głowy po dwukrotnym użyciu (szczerze - to więcej się bałam, bo zimą mam dużą tendencję do wysypów łuszczycy i stawiam całkowicie na szampony lecznicze). Moje pasma były po nim sypkie, błyszczące oraz ładnie nawilżone. Z kolei zupełnie nie nadaje się do włosów przetłuszczających się, bo mój kradnący wszystko jak leci mąż (bez pytania i konsultacji rzecz jasna, więc paćkanie się kremem na zmarszczki to u nas standard, wszak stało, to wziął) miał brudne włosy w połowie dnia po wieczornym "praniu". Normalnie coś takiego nie ma miejsca ;) Więc ogólnie rzecz biorąc - polecam, ale nie wszystkim :P Cena? 6.99zł. 
Odnośnie tego pudełeczka mam bardzo pozytywne wrażenia, szczególnie biorąc pod uwagę jego cenę, oraz fakt, że produkty znajdujące się w nim naprawdę spodobały się i mnie, i uszczęśliwiły kilka osób dookoła :)
Shinybox Love
Drugim pudełeczkiem, które trafiło do mnie w zeszłym miesiącu, jest Shinybox Love, czyli edycja walentynkowa. Zawartość znalazła się w bardzo ładnym, czerwonym kartoniku ozdobionym serduszkami, który do tego stopnia wpadł mi w oko, że zostanie u mnie, pełniąc funkcję schowka na pierdoły. Co jednak wchodziło w jej skład? Same zobaczcie! :)
Shinybox Love
Pierwszym kosmetykiem, który wpadł mi w oko, była Woda Micelarna Kueshi. Produkt ten otrzymały klientki, których lutowy zestaw był przynajmniej drugim w subskrybcji, lub pakiecie. Okej, używam płynów micelarnych na co dzień, marka jest interesująca, więc naprawdę z chęcią go wypróbuję. Cena miniatury to 32zł.  Drugim z kosmetyków, który do mnie trafił, jest Wzmacniająca Maska do Włosów ELESTABion W Flos Lek Pharma. Ma ona za zadanie ograniczać wypadanie włosów, zwiększać ich sprężystość, regenerować, wygładzać oraz poprawiać ich kondycję. Tutaj przyznać muszę, że cieszę się z jej obecności, wszak ostatnio maski i odżywki różnej maści są u mnie w domu naprawdę mile widziane (bo ja mam włosy do pasa, mąż do ramion, mama do ramion, a brat szuka czegoś co wygładzi jego wysokoporowatą czuprynę, więc każdy z nas używa tego rodzaju kosmetyków i schodzą one w zastraszających ilościach).  Jedynym minusem w całej tej sytuacji jest fakt, iż to produkt wymienny oraz można było trafić zarówno na serum kosztujące 14.99, jak i ampułki za 79.99zł. To chyba zbyt duża dysproporcja... :/ Moja maska kosztowała 24.99 i choć nie zamieniłabym jej np. na jakieś wcierki, to takie traktowanie klientów wydaje mi się niesprawiedliwe. W końcu za pudełko wszyscy płacą tyle samo. Trzecim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Ochronny Krem do Rąk 2w1 Antybakteryjno - Nawilżający CleanHands. U mnie praktycznie dzień po odebraniu paczki poszedł w ruch i muszę przyznać, że ładnie nawilża dłonie, jednocześnie nie powodując uczucia tłustości, którego szczerze nienawidzę. Do tego ładnie pachnie oraz szybko się wchłania, więc mimo tego, iż nie jest to nic ekstra, to bardzo się przydał i ładnie się sprawdził, więc na dobrą sprawę jestem na tak. Cena? 6.99zł
Shinybox Love
Pierwszym produktem z tego zdjęcia, jest Zestaw Miniaturek Simple do Cery Normalnej i Mieszanej I Want. Z tego, co kojarzę, to tania koreańska marka kosmetyków, dostępna w jednej ze stacjonarnych drogerii. Zestaw zawiera 5ml Toner, oraz 5ml Emulsję, więc to dobry wstęp do wypróbowania czegoś innego. Trochę szkoda, że to tylko miniaturki, ale mimo wszystko miło, że się pojawiły. Cena? 95groszy za powyższy komplecik xD Kolejnym kosmetykiem rodem z Azji, również dostępnym w jednej z sieci drogerii oraz pojawiającym się w dyskontach, jest Malinowo - Kolagenowa Maska na Twarz Purederm. A teraz szok - ja, prawdziwa fanka azjatyckiej pielęgnacji - nie przepadam za maskami w płachcie. Z chęcią jednak przygarnęła ją moja mama, więc z pewnością się nie zmarnuje. Jej zadaniem jest nawilżenie i odżywienie skóry, dzięki zawartości malin, kolagenu oraz witaminy E. Koszt? 4.95zł. W boksie znalazła się także Regenerująca Maska na Naczynka Tołpa. Choć normalnie uznałabym za głupotę wkładanie dwóch takich samych praktycznie produktów do jednego pudełka, to z racji tego, że poprzednia maseczka powędrowała do mamy, a ta jest idealnie dopasowana do potrzeb mojej cery - ucieszyła mnie jej obecność. Ma ona za zadanie wzmacniać naczynia krwionośne, łagodzić podrażnienia i eliminować uczucie ściągnięcia. Dodatkowo z kodem shinybox2018 dostaniecie 20% zniżki na zakupy w ich sklepie internetowym marki. Cena? 5.99 za podwójny zabieg. A teraz pora na najbardziej kontrowersyjny produkt z tego pudełka! Jaki? Suplement diety mający za zadanie szybko zredukować naszą masę ciała, czyli Therm Line Fast Olimp Labs. I przepraszam bardzo, ale ja nadal jestem zdania, iż tego typu rzeczy każdy powinien kupować sobie sam. Ja np. biorę masę leków więc boję się zażywać dodatkowo już cokolwiek, bardzo lubię swoje aktualne 48 kilogramów i nawet nie mam komu go dać, bo cała rodzina jest szczupła (nawet tata schudł w ciągu ostatniego roku 12kg). Już wolałabym pudełko witaminy C xD Cena tego cuda? 60.72zł. Jeśli macie na ten suplement ochotę - napiszcie do mnie, z chęcią oddam go za koszt wysyłki ;) Próbki Ampułki ze Śluzem Ślimaka oraz Kremu do Twarzy DNA Wrinkle Bergamo to upominki. Był jeszcze trzeci - Voucher na 50zł na kurs On Line Dr Barbara z kodem SHINY1802EDU ale niestety nie załapał się na zdjęcie ;)
Shinybox Love
Standardowo w każdym pudełku znajdowała się również Pomadka w Płynie Colour Rich Super Matt Smart Girls Get More. Mnie oczywiście nieszczęśliwie trafił się najciemniejszy odcień z możliwych (a tak liczyłam na pudrowy róż nr 02!), czyli 06 Berry Me będący czymś w rodzaju burgundu. Osobiście niestety nawet na większe okazje nie wybieram tego typu kolorów, więc szminka poleciała do kuzynki. Mam nadzieję, że chociaż ona będzie zadowolona ;) Producent obiecuje silną pigmentację, wysoką trwałość oraz jedwabistą konsystencję. Koszt pomadki to 15.99 za sztukę. Ostatnim z produktów, który znalazł się akurat w moim pudełku, to prezent dla ambasadorek Shinybox, czyli Bronzing Palette Matt&Pearl Smart Girls Get More. Matowa część wydaje mi się chłodna i dobrze nadająca się do konturowania, a błyszcząca oczywiście ładnie się świeci (tak, Inga to sroczka). Myślę, że całość może się okazać bardzo przyzwoitym produktem, ale pożyjemy - zobaczymy. Mnie ta paletka bardzo ucieszyła. Szkoda tylko, że nie znalazła się ona w każdym boxie. Jej cena to 16.99zł.
Podsumowując mój przydługi wywód... Myślę, że Shinybox Love nie jest najbardziej udanym pudełkiem wszech czasów xD W mojej subiektywnej opinii wersja podstawowa jest stosunkowo uboga (bo nie ma micela Kueshi oraz bronzera), istnieje zbyt duża dysproporcja finansowa między kosmetykami Flos Lek, no i ciężko trafić w swój kolor pomadki (ale o to prawie nie mam żalu - wszak to jednak loteria, a każdy zamawiając boxa godzi się na niespodziankę więc trzeba liczyć się z takimi rzeczami). Osobnym tematem jest także obecność suplementu wspomagającego odchudzanie... Mnie zupełnie się nie przyda, rodzinie także, a dalszemu otoczeniu proponować coś takiego jest raczej niezręcznie, no przyznajcie same xD Pomijam fakt, że nie każdy, nawet jeśli już ma nadwagę, może brać wszystko (Należy bardzo uważać na każdą substancję którą się przyjmuje, jeśli na co dzień leczy się chorobę przewlekłą. Często trzeba naprawdę mocno dopytywać lekarza o skutki mieszania preparatów albo dotrzeć do końca internetu, by znaleźć informacje na temat interakcji lub szkodliwości pewnych substancji przy leczonej dolegliwości). Z kolei box Shinybox Create Your Style totalnie skradł moje serce i jeśli bym go nie dostała, z pewnością poważnie rozważyłabym zakup pudełka podczas promocji do której zostawiłam Wam link. W połączeniu z nim, nawet średnio udany Shinybox Love sporo zyskuje :P
A Wy co myślicie na ich temat? Któreś z pudełek Wam się podoba? Albo nie? Dajcie koniecznie znać, co sądzicie w tym miesiącu! ;)

wtorek, 27 lutego 2018

Innisfree Green Tea, czyli zielona herbata dla każdego

Linia z zieloną herbatą marki Innisfree jest jedną z moich ulubionych, czemu nie raz dawałam już wyraz. Na całą recenzję zasłużyły już dwa kosmetyki z tejże serii, czyli serum i krem pod oczy. Wyjątkowe jest w nich również to, że marka przygotowała oddzielne wersje toneru, lotionu, esencji oraz kremu dla różnych rodzajów cer. Coś dla siebie znajdą posiadaczki skóry suchej (seria moisture), mieszanej (balancing), oraz tłustej (fresh), a dodatkowo oczywiście możemy wszystko miksować ze sobą jak dusza zapragnie. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż? Dlatego postanowiłam testować tę linię dalej, stawiając na piankę do mycia twarzy Green Tea Cleansing Foam, toner Green Tea Balancing Skin, Green Tea Balancing Lotion, esencję Freen Tea Moisture Essence oraz krem Green Tea Fresh Cream. Jak cały ten zestaw się u mnie sprawdził? Już Wam mówię! ;)
Innisfree Green Tea
Głównym zadaniem całej serii jest dogłębne nawilżenie naszej skóry, dzięki zawartości zielonej herbaty z wyspy Jeju (czyt. Czedżu), która bogata jest w minerały i aminokwasy. Jak to oczywiście z koreańskimi produktami bywa, całą serię nakładać należy od najlżejszych do najcięższych konsystencji, co w tym przypadku wyglądało następująco: zaczynałam od oczyszczenia twarzy pianką, następnie nakładałam na twarz toner (tutaj występuje pod nazwą "skin"), następnie lotion, później do całości dołączyło w tym miejscu również serum (z posta, do którego odnośnik znajdziecie wyżej), a na koniec nakładałam esencję oraz krem. Całość stosowałam wyłącznie na noc, a wszystkie te warstwy wchłaniały się około godziny, jednak właściwie już po kwadransie można było iść spać bez obaw, że upaprzemy sobie poduszkę. Rano oczywiście wyczuwalny był ochronny film ;) Cała seria pachnie lekko herbatą pomieszaną z ziołami, ale aromat ten w żaden sposób nie był dla mnie dokuczliwy, lub męczący. Szczerze powiedziawszy - bardzo go polubiłam :D
Innisfree Green Tea Cleansing Foam
Innisfree Green Tea Cleansing Foam, to pianka oczyszczająca, która służy za drugi etap mycia twarzy. Na początku bacznie się jej przyglądałam, ponieważ Interendo nastraszyła mnie, że niestety  ów kosmetyk wysusza. Produkt ten znajduje się w tubie z miękkiego plastiku i jak na piankę ma stosunkowo rzadką konsystencję. Zadowolona byłam z faktu, że kosmetyk ten, niezależnie od tego, czy użyjemy do niego siatki spieniającej, czy nie, tworzy gęstą, sztywną wręcz czasem pianę, którą bardzo łatwo wykonać demakijaż (nic nie ścieka po rękach :P). Kolejnymi zaletami jest również fakt, iż nie szczypie ona w oczy oraz oczyszcza cerę do stanu "aż piszczy", a w kryzysowych sytuacjach (czytaj: kiedy nie mam olejku, albo nie chce mi się go ze sobą zabierać), właściwie samodzielnie jest w stanie zmyć calusieńką moją szpachlę. Wspomnianego wyżej wysuszenia nie zauważyłam, choć lekkie ściągnięcie po użyciu już tak. Nie przeszkadzało mi jednak ono, ponieważ zaraz po, do gry wchodził cały arsenał nawilżaczy.
Innisfree Green Tea Balancing Skin
Innisfree Green Tea Balancing Skin to najzwyczajniej w świecie tonik/toner, jednak już na tym etapie, ma on pełnić funkcję nawilżającą i przywracającą równowagę. Umieszczono go w 200ml, plastikowej butelce, z której trzeba go najzwyczajniej w świecie "wytrząsnąć". Średnio lubię ten rytuał, ale konsystencja "gęstej wody" (jakkolwiek to brzmi xD) nie pozwala na nic innego :P  Według mnie, większy otwór ułatwiłby wydostanie ze środka odpowiedniej ilości kosmetyku (a może producent pomyślałby o pompce...?). Nanoszę go na skórę palcami - nałożony solo wchłania się do matu praktycznie w kilkadziesiąt sekund. Był też wraz z liotonem jednym z dwóch produktów stosowanych również na szyję oraz dekolt. Kosmetyk pochodzi z linii do cery mieszanej ;)
Innisfree Green Tea Balancing Lotion
Innisfree Green Tea Balancing Lotion, to pierwszy produkt typowo nawilżający nakładany na naszą skórę. Jest on umieszczony w opakowaniu zawierającym 160ml, również "do wytrząsania" ale on dla odmiany posiada zbyt duży otwór i trzeba uważać z jego dozowaniem (błagam o pompkę!). Posiada on formę leciutkiej, białej emulsji, którą jak już wspomniałam nakładałam na twarz, szyję oraz dekolt. Jeśli posmarujemy nim skórę solo, wchłania się właściwie tak samo szybko, jednak pozostawia po sobie delikatne uczucie wygładzenia skóry, ale bez uczucia lepkości. Po używaniu na szyję i dekolt jedynie skin'a oraz lotionu zauważyłam w tych okolicach wzrost nawilżenia, a także wygładzenie :) Mój kosmetyk pochodzi z linii do cery mieszanej ;)
Innisfree Green Tea Moisture Essence
Innisfree Green Tea Moisture Essence pełni z kolei typową rolę kosmetyku nawilżająco - odżywczego. Nie do końca wiem, ile w tym prawdy, ale ponoć Koreanki uważają ten rodzaj produktu za główny punkt swoich rozbudowanych rytuałów pielęgnacyjnych ;) Esencję Innisfree umieszczono w plastikowym opakowaniu typu airless, zawierającym 50ml kosmetyku. Nie mogę nic jej zarzucić, jest bardzo wygodna, wydajna, ma białą barwę i typowo żelową konsystencję. Dwie - trzy pompki spokojnie wystarczają do posmarowania całej twarzy. Esencja nałożona solo wchłania się bardzo szybko, pozostawiając po sobie uczucie nawilżenia oraz wygładzenia. Czasami zdarzało mi się używać jej solo lub wraz z tonikiem pod makijaż i w tym aspekcie również świetnie się spisywała. Moja pochodzi z linii do ceru suchej.
Innisfree Green Tea Fresh Cream
Innisfree Green Tea Fresh Cream również pełni funkcję odświeżającą, nawilżającą i odżywczą. W plastikowym, pękatym słoiczku w seledynowym odcieniu umieszczonych zostało 50 mililitrów przezroczystego żelu, który z łatwością sunie po skórze, niezależnie od tego, czy stosowany jest solo, czy jako kolejna warstwa. Sam kosmetyk jest bardzo lekki a w kontakcie z cerą zmienia się jakby w wodę :D Również zdarzało mi się używać go np. w towarzystwie toniku pod makijaż i wtedy wchłania się niemal błyskawicznie, pozostawiając po sobie delikatnie wyczuwalny film. Uczucie lepkości znika niestety po kilku minutach, ale nakładanie make-upu spokojnie można rozpocząć wcześniej. Mój krem pochodzi z linii do cery tłustej.
Ogólne wrażenia dotyczące działania linii Innisfree Green Tea muszę uznać za bardzo dobre. Jak pewnie zauważyłyście, w całości stosowałam ją jedynie wieczorem, a rano wybierałam jeden, lub dwa produkty oraz nakładałam je pod makijaż. Ogólnie rzecz biorąc, moja cera nie jest łatwa do nawilżenia i z całą stanowczością muszę powiedzieć, że wieloetapowa pielęgnacja od tym względem naprawdę jej służy. Z tej linii jestem szczerze zadowolona, bo zapewniła mi naprawdę bardzo wysoki poziom nawodnienia oraz nawilżenia skóry, sprawiła że cera stała się jędrna, gładka i pięknie rozświetlona, a poranne "zagniecenia" po spaniu przestały się pojawiać (zaczyna mi się dziać to samo, co mojej mamie xD Przez parę godzin potrafi "prostować się" nam ślad po poduszce).  Co ciekawe, choć sam producent tego nie obiecuje, zauważyłam również rozjaśnienie przebarwień, a także pozytywnie zaskoczył mnie fakt, iż moje zaczerwienienia stały się prawie niewidoczne. Myślę, że warto wspomnieć również o tym, że przy moim trybie użytkowania, poszczególne kosmetyki zużywają się w dość podobnym tempie, więc raczej nie trzeba obawiać się faktu, iż np krem skończy się na długo przed lotionem ;) Linię tę polecam z czystym sumieniem. Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, iż kosmetyki Innisfree w dobrych cenach znajdziecie na jolse.com i ich profilu na ebay o nazwie iamlove-shop. Cały zestaw kosztował 65$, czyli wg dzisiejszego kursu około 220zł.
A wy znacie markę Innisfree? Miałyście może styczność z ich kosmetykami, albo tą linią?  A może dopiero macie ochotę ją wypróbować? Koniecznie opowiedzcie o swoich wrażeniach! :)
P.S. Dziś, czyli 1 marca 2018, zaprezentowano odświeżoną linię Green Tea, którą można obejrzeć tutaj. Niektóre z kosmetyków zniknęły, pojawiły się nowości, ale największe hity zostały ;)