czwartek, 6 grudnia 2018

Listopadowy Shinybox, czyli The Power of Beauty

Z małym opóźnieniem nie wynikającym z mojej winy, przychodzę do Was z recenzją listopadowego Shinyboxa dopiero w grudniu i to akurat w Mikołajki (swoją drogą chyba byłam bardzo niegrzeczna, bo Mikołaj o mnie zapomniał xD Nawet rózgi nie zostawił, ale za to choinkę sobie ubrałam :P). Dostałam w tym miesiącu pudło wypchane po samiuteńkie brzegi, ale czy to oznacza, że jest ono udane? Zobaczcie i oceńcie same, jak prezentuje się listopadowy Shinybox The Power of Beauty ;)
Listopadowy Shinybox The Power of Beauty
Kosmetyki tradycyjnie już znalazły się w sztywnym, fioletowo-różowym opakowaniu z twardej tektury, które z powodzeniem możemy wykorzystać w przyszłości do przechowywania bibelotów. Firma już dawno odeszła od poprzedniej wersji opakowań, a szczerze mówiąc, ja nadal bardzo się cieszę, że ta zmiana zaszła. Przynajmniej do czegoś się one potem przydają ;)
Listopadowy Shinybox The Power of Beauty
Pierwszy kosmetyk, który wpadł mi w oko, to Cień do Powiek Delia Cosmetics nr 09. Mam cienie z tej serii w innych kolorach, wszak to łódzka firma i łatwo można kupić za grosze w hurtowni niedaleko mojego domu. Są one niezłe jakościowo, a szczególnie przypadł mi do gustu nr 03 Matt, który idealnie nadaje się jako baza na całą powiekę. Mnie jednak trafiła się perłowa, zgniła zieleń i nie, to nie moje klimaty xD Pewnie komuś go dam ;) Cena? 8.90zł. Drugim produktem, który znalazłam w Shinybox The Power of Beauty, jest Krem CC Selfie Project. Czytając opis producenta, domniemam, iż byłabym z niego zadowolona jakieś 15 lat temu i może to być fajny produkt dla nastolatek, albo osób z nieskazitelną cerą. Ostatnio moja to elegancki burak, więc delikatne krycie to raczej nie te klimaty. Pewnie również komuś go podaruję albo spróbuję zastosować ten krem jako bazę pod makijaż. Zobaczymy ;). Jego koszt to 16.99 za 30g. Trzecim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Korektor do Twarzy Zielony - Korygujący Zaczerwienienia Delia Cosmetics. Był on dodawany do pudełek wymiennie z żółtym, ale nie będę ukrywać, iż w moim przypadku ten odcień to strzał w dziesiątkę i od razu pójdzie on w ruch. Ostatnio zielone korektory i bazy to moi dobrzy przyjaciele ;) Koszt? 13.50 za 10ml.
Kolejną rzeczą, z której zdążyłam zrobić już użytek, jest Płyn Micelarny Selfie Project. W tej kategorii moje zapasy są bardzo marne, więc praktycznie w momencie otrzymania paczki go otworzyłam i muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Zobaczymy, co będzie dalej, ale jak na razie bardzo cieszę się z obecności tego płynu :) Cena? 14.99zł za 250ml. Drugą rzeczą, jaką widzicie na tym zdjęciu, jest Kwas Hialuronowy BioOleo. Jest to produkt, który otrzymały klientki, których listopadowe pudełko było przynajmniej drugim w subskrybcji i szczerze powiem, że mnie ten kosmetyk bardzo ucieszył ;) Jak wiadomo, substancja ta odpowiada za prawidłowe nawilżenie oraz ujędrnienie naszej skóry, więc chętnie włączę go do swojej pielęgnacji. Chwalić Shinybox, że znowu nie wsadził do pudełka oleju, bo mam ich szczerze dość :P Koszt? 59.99 za 30ml. Kolejnym produktem, tym razem miniaturowym, który znalazł się w listopadowym Shinybox The Power of Beauty, jest Otulające Masło do Ciała Naturativ. Znam tę markę już od jakiegoś czasu i ogólnie rzecz biorąc bardzo ją lubię, oraz uważam, iż to miło że pojawiła się ona w pudełeczku, ale linia ta, to zupełnie nie moja bajka w kwestii zapachowej. Aromatu wanilii i karmelu nie da rady zabić nawet cytryna i mimo mojej sympatii do maseł tej marki - dam je komuś innemu :) Cena za 250ml to 75zł, miniatura zawiera 40ml.
Listopadowy Shinybox The Power of Beauty
Kolejne dwa produkty, to Gel Spray Extra Volume z ekstraktem z Bambusa, kosztujący 13.20zł za 150ml oraz Szampon do Włosów Odbudowa Trico Botanica w cenie 38.90 za 250ml. Ogólnie rzecz biorąc, oba te produkty mi się podobają i z pewnością je zużyję. Ba! Dodam nawet, iż pomimo mojej niechęci do testowania nowych szamponów, ten postanowiłam wypróbować. Jest jednak pewne ale... Te dwa produkty trafiły do mnie z puli "1 z 11". Skoro jeden, to dlaczego ja mam dwa? Bo drugi, to dodatek ambasadorski. Okej. Ale dlaczego patrząc na ceny tych jedenastu rzeczy (tak, rzeczy, bo można było trafić np. na piórka :P), najtańsza kosztuje 9.90 a najdroższa aż 58.90zł? Według mnie ekipa Shiny postawiła na zbyt dużą różnorodność, a i rozstrzał cenowy jest zbyt wielki...
Listopadowy Shinybox The Power of Beauty
Poza tym, w pudełeczku znalazło się też trochę innych rzeczy. Między innymi próbka Serum Wygładzającego na noc LiqPharm, Herbata w Saszetce Matcha Moya maseczka węglowa Black Mask Detox Ritual One&Only oraz zaproszenie na targi Oh!Beauty Warsaw, którego ja nie dostałam. Poza tym, w listopadowym Shinybox The Power of Beauty znalazłam także wapno Calcium Citro Max, które zapewne przyda się w okresie zimowym i przy mężu alergiku, oraz organiczne produkty do higieny intymniej Masmi. Jest to ekologiczna alternatywa dla tamponów, wkładek i podpasek, dostępna o dziwo w Rossmannie. Wszystkie te produkty mają status upominku. I jeśli chodzi o standardową zawartość Listopadowego Shinybox The Power of Beauty, to byłby KONIEC. W związku z tym, uważam, iż pudełeczko dla stałych subskrybentek (czyli tych, które otrzymały kwas hialuronowy) jest całkiem przyzwoite (o ile nie trafiły na piórka, chociaż u mnie miałyby pewnie większe wzięcie niż np. maseczka w płachcie, bo kot za nimi szaleje). Może nie jest to box - petarda i rozstrzał cenowy produktów wymiennych jest bardzo duży, ale jeśli chodzi o podstawową wersję, to nie ma dramatu, mimo iż część produktów na pewno oddam. Mam też nadzieję, że za miesiąc dostaniemy coś wyjątkowego xD Oby nie była płonna ;)
Dodatki Ambasadorskie
Jako Ambasadorka, dostałam również w prezencie kilka rzeczy, z których jedna ucieszyła mnie szczególnie i znając mnie chyba miałybyście problem, żeby zgadnąć jaka :D Ano suplement! :P Podczas ostatniego pobytu w szpitalu, zbadano mi poziom witaminy D w organizmie i okazało się, że nie mam jej prawie wcale, więc od kwietnia biorę ją w dużych dawkach :) Tak więc następnym produktem po jaki sięgnę, z pewnością będzie Singularis Superior Witamina D3 Forte (jego cena to 70zł za 120 kapsułek :)) Shiny! Jak miło, że w końcu przysłaliście tabletki dla mnie xD Poza tym, otrzymałyśmy również Serum Synchrovit C Synchroline o wartości 30 zł, które postanowiłam podarować mojej mamie, Żel pod prysznic bananowo-truskawkowe smoothie Dushka (cena -18zł za 100ml) oraz Ziołowe Wkładki Higieniczne Śnieżny Lotos, których koszt to 15zł. I to już wszystko na dziś ;)
Co myślicie na temat tego pudełeczka? Zawartość Wam się podoba, czy może niekoniecznie? A może tak jak ja macie mieszane uczucia? Dajcie koniecznie znać!

edit. Mikołaj jednak był :P

sobota, 1 grudnia 2018

Bitwa eyelinerów TonyMoly - Black Gel Eyeliner czy Mark Waterproof Gel Liner?

Kreski eyelinerem maluję już chyba od dziesięciolecia i prawdopodobnie nadal będę to robić puki nie pomarszczę się na tyle, że będzie ona źle wyglądać xD Dobrze czuję się w takim makijażu, jestem w stanie wykonać go najszybciej (pomijając wersję "tylko tusz") i najmniejszym kosztem (jak zacznę bawić się z cieniami, to zazwyczaj jestem wkurzona, że nie wygląda to jak u profesjonalistki :P). Często jednak denerwują mnie kosmetyki, które do wykonywania kresek służą. Mazaków nie lubię, a z kałamarzy "wyrosłam", więc po znalezieniu pędzla idealnego do tworzenia jaskółek (Maestro 790r.0), testuję eyelinery w żelu. Tym razem padło na dwa kosmetyki TonyMoly, czyli Black Gel Eyeliner, oraz Mark Waterproof Gel Liner. Oba testowałam w takich samych warunkach, czyli nałożone na bazę Smashbox i cień do powiek. Jak dały sobie radę? Czy zadowoliły taką marudę jak ja (dla eyelinera nie mam litości)? Który okazał się lepszy? Przeczytajcie same!
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
1. Opakowanie
TonyMoly Black Gel Eyeliner zapakowano w słoiczek zawierający 4g kosmetyku ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Posiada on przedziwną nakrętkę, w której ukryto prosty, acz średnio przydatny do malowania kresek pędzelek (ja używam takich do ust :P). Całość jest wykonana z plastiku, ładnie się błyszczy, nie ma tendencji do rysowania się, ale niestety niezbyt wygodnie wozi się takie "cudo" w kosmetyczce...
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner umieszczono z kolei w opakowaniu zawierającym 3.5g produktu, również ważnego 6 miesięcy od pierwszego otwarcia. Eyeliner stylizowany jest na kałamarz, wykonano go z matowego plastiku, posiada wyjmowany pędzelek w kształcie pióra (wyciąga się go do góry, ale również jest lepszy do ust xD) i też niewygodnie się go przewozi :P Ciekawym rozwiązaniem jest za to nakładka, o którą możemy obetrzeć nadmiar kosmetyku z pędzelka widoczna na zdjęciu poniżej. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
2. Aplikacja
TonyMoly Black Gel Eyeliner ma żelową, gładką konsystencję, która idealnie sunie po powiekach. Jest bardzo wydajny i wystarczy naprawdę minimalna ilość, by wyczarować nim ładną kreskę. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner również ma żelową konsystencję, ale w porównaniu do poprzednika jest ona bardziej tępa i jakby gęstsza. Trzeba więcej wysiłku, aby namalować nim jaskółkę, ale również można nim osiągnąć perfekcyjny efekt. Należy być jednak bardziej dokładnym, bo podczas aplikacji zdarza mu się "przerywać", nawet gdy na pędzelku znajduje się jeszcze sporo kosmetyku i ciężej dokłada się go na powiekę. 
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
3. Wysychanie
TonyMoly Black Gel Eyeliner schnie na powiekach dość długo. Po dokładnym wyrysowaniu kreski, musimy uważać, żeby przypadkiem nie kichnąć i dać mu około 2 minut zanim zaczniemy tuszować rzęsy, bo inaczej możemy przypłacić to nieelegancko odbitą na górnej powiece obwódką :P
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner jest suchy na powiekach niemal od razu, więc nie musimy czekać ani chwili z dalszym wykonywaniem makijażu. Myślę, że może to wynikać i ze specyfiki jego konsystencji, jak i z tego, że generalnie malowanie nim kresek zajmuje więcej czasu niż z poprzednikiem. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
4. Wygląd
TonyMoly Black Gel Eyeliner z pewnością jest bardziej czarny i ma lekko winylowe wykończenie, choć w ciągu dnia mimo wszystko trochę matowieje. Nie tworzy prześwitów podczas malowania, łatwo się go dokłada oraz nie blaknie z biegiem czasu. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner od początku jest płaski, matowy. W ciągu dnia minimalnie blaknie, ale różnica nie jest szczególnie znacząca. Również nie tworzą się w nim prześwity.
5. Trwałość
TonyMoly Black Gel Eyeliner Bez problemu wytrzymuje na powiekach cały dzień i w każdych warunkach. Nie rozmazuje się w kącikach ani nie łuszczy. Nie musimy się też obawiać osypywania ani efektu ksero ;)
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner Również bez problemu trwa na powiekach od rana do wieczora i nie straszna mu wilgoć oraz niesprzyjające warunki. Nie rozmazuje się, nie pęka, ani nie kruszy. Górna powieka cały dzień nie nosi śladu obijania się kosmetyku. O tym, który zwyciężył w tej kategorii zdecydowało pocieranie dwóch kresek palcem na dłoni. Mark Waterproof Gel Liner wytrzymał dłużej. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
6. Zmywanie
TonyMoly Black Gel Eyeliner zmywa się bardzo dobrze, zarówno przy pomocy dwufazy, płynu micelarnego, czy żelu do mycia twarzy albo olejku. Nie ma potrzeby tarcia ani przykładania do tego szczególnej uwagi. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner sprawia małe problemy podczas zmywania. Najlepiej robić to olejkiem lub płynem dwufazowym. Często potrafi zostawić po sobie plamy, "pandę" lub czarne kuleczki, więc warto przyłożyć się do usunięcia go.
7. Cena (z Jolse)
TonyMoly Black Gel Eyeliner to koszt 8.12$ za 4g. - ZWYCIĘZCA
TonyMoly Mark Waterproof Gel Liner ma cenę 9.83$ za 3.5g
TonyMoly Black Gel Eyeliner Mark Waterproof Gel Liner
8. Podsumowanie
TonyMoly Black Gel Eyeliner zdobył w moim rankingu 4 punkty, a Mark Waterproof Gel Liner 3. I szczerze powiedziawszy, gdybyście kiedykolwiek stały przed dylematem, który tusz do kresek kupić, tym polecam się kierować, wszak mimo skromniejszego opakowania, u mnie dużo lepiej sprawdziła się tańsza opcja :) Jeśli zaś chodzi o porównanie tych eyelinerów do żelowych opcji dostępnych stacjonarnie w Europie, to spokojnie mogłyby się one równać z moim ukochanym eyelinerem L'oreal Super Liner Gel Intenza :) (szczególnie ten, który wygrał).
A Wy lubicie malować kreski? Jeśli tak, jaką formę eyelinera lubicie najbardziej? Stawiacie na pisaki, kałamarze, czy żel? Macie już swój ideał? Dajcie koniecznie znać! :) 

wtorek, 27 listopada 2018

Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch, czyli o dodatkowej pielęgnacji okolic oczu słów parę

Pewnie nie jestem osamotniona, uważając iż to właśnie okolice oczu bardzo zdradzają nasz wiek i powinno się o nie szczególnie dbać? Chcąc odpowiednio je odżywić, często szukamy pomocy w dodatkowej pielęgnacji, chcąc tym szczególnie delikatnym miejscom zaserwować coś więcej, niż nawet najbardziej wyszukany krem. Często sięgamy po serum lub różnego rodzaju emulsje, ale co powiecie na płatki? Jeśli do tej pory nie udało Wam się znaleźć takich, które działają zapraszam do lektury szczególnie serdecznie! ;) Dziś będzie trochę na temat nowego produktu marki Petitfee, czyli Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch.
Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch
Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch czyli nasze płatki pod oczy, umieszczono w zwykłym, plastikowym opakowaniu z naklejką. Jest prosto, skromnie ale jednocześnie wygodnie. Dołączono do niego łopatkę ułatwiającą wydobycie płatków z pudełka, jednak szczerze powiedziawszy, mnie zupełnie nie chciało się jej używać, bo łatwiej zanurzć mi w środku czyste paluchy :P W jednym opakowaniu znajduje się 60 sztuk hydrożelowych płatków, ważnych 2 miesiące od otwarcia, czyli aby zużyć je w terminie, należałoby stosować je co drugi dzień ;) Mnie zapewne pójdzie to szybciej, wszak regularnie podbiera mi je mąż xD (a wcześniej kradła mama. Chociaż teraz po wyprowadzce przynajmniej kosmetyki do makijażu mam dla siebie, wszak mój małżonek, to także typ "testera".).
Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch zawierają w sobie kolagen i koenzym Q10, ale znajdziemy w nich również wyciągi z rumianku, bambusa, żeń szenia, mięty oraz cytryny. Należy je nałożyć pod oczy na około 20-30 minut (ja najbardziej lubię ich używać rano). Same płatki są dość grube, wykonane z przezroczystego hydrożelu, dobrze dopasowane do kształtu mojego oka i co najważniejsze - zupełnie nie przeszkadzają w wykonywaniu codziennych czynności, bo od skóry nie odpadają nawet podczas schylania się :P Na dobrą sprawę możemy ich używać nawet podczas kąpieli albo odkurzania xD Podczas aplikacji czuć przyjemny efekt chłodzenia i trwa on właściwie aż do zdjęcia płatków. W tym miejscu warto również wspomnieć, że pachną one bardzo delikatnie czymś w rodzaju "owocowej świeżości" ale dla mnie ich aromat wyczuwalny jest jedynie w opakowaniu. 
Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch
I teraz pora podzielić się ze światem, jak spisują się u mnie płatki Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch :D Szczerze powiem, że jestem z nich bardzo zadowolona i absolutnie nie odstają one od standardów, do których mnie ta marka przyzwyczaiła. Jeśli uważacie, że nasze płatki to nic nie robiące bubelki, powinnyście spróbować tych :P Dlaczego? Ponieważ już po pierwszym użyciu, zaserwują Wam one na cały dzień efekt "maseczki bankietowej", genialnie wygładzając wszelkie zagniecenia (i widać to nie tylko na skórze 30-latki, ale także u 54-latki ;)).  Przy w miarę regularnym stosowaniu, możemy się także spodziewać wzrostu nawilżenia i lekkiego rozjaśnienia sińców. Niestety nie potrafię powiedzieć, jak dają sobie one radę z zasinieniami, gdyż takowych nie posiadam :P
Podsumowując - płatki Petitfee Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch to idealny dodatek do używanego przez Was kremu pod oczy. Świetnie sprawdzą się zarówno u niewyspanej młodej kobiety, jak i dojrzalszych pań ze zmarszczkami. Cena? 10$ na Jolse, czyli w tym momencie około 38zł za dwumiesięczną kurację.
A Wy staracie się jakoś urozmaicać pielęgnację okolic oczu? Może macie inne ulubione płatki? A może w ogóle jesteście z frakcji stosującej w tych okolicach kremy do twarzy? Dajcie koniecznie znać, jak Wy zapatrujecie się na tę tematykę ;)

środa, 21 listopada 2018

Jesienne nowości, część druga - ostatnia

Ostatnie nowości na blogu pojawiły się 5 października (zostawiam link dla tych, którzy nie widzieli :)). Od tego czasu, dotarło do mnie trochę nowych rzeczy, których recenzje powinny sukcesywnie pojawiać się na blogu ;) Co to takiego? Zapraszam Was do oglądania!
jesienne nowości
jesienne nowości
W ostatnim czasie dotarło do mnie trochę kosmetyków kolorowych ;) Pierwszym z nich, jest baza Lovely 1st Step Primer Anti Redness. Jak zapewne wiecie, dokuczają mi zaczerwienienia na twarzy i nie każdy mój podkład sobie z nimi radzi. Jednak w towarzystwie tego kosmetyku, jest naprawdę o niebo lepiej. Poza tym, postanowiłam zakupić Puder Lovely Banana Powder, gdyż gdzieś obiło mi się o uszy, że i on ładnie neutralizuje "buraczka". Jeszcze go nie otworzyłam, ale niebawem zobaczymy jak sprawdzi się w praktyce. Poza tym, swoim wyglądem skusiła mnie także Tonująca Baza pod Makijaż Bielenda Glow Essence. A z racji tego, że ostatnio korektorów nigdy u mnie za wiele (tak, mam wrażenie, że z dnia na dzień wyglądam już gorzej xD) kupiłam dwie sztuki. Jeden z nich to Maybelline Instant Anti Age Eraser Concealer, który już długo wisiał na mojej wishliście, a drugi z nich, Maybelline Fit Me nabyłam z polecenia Bling Bling Makeup sobie i mojej mamie :) Obie jesteśmy zadowolone! :D
jesienne nowości black liner
Dodatkowo dotarło do mnie trochę kolorówki do mazania oczu na czarno prosto z Jolse! :D Z racji tego, że ostatnio irytuje mnie jakość żelowych eyelinerów dostępnych w Polsce, postanowiłam sprawdzić jak będą sprawować się u mnie kosmetyki ze wschodu, z podobnej cenowo, drogeryjnej półki. Tym sposobem trafiły do mnie dwa eyelinery Tonymoly, czyli Mark Waterproof Gel Liner, oraz Black Gel Eyeliner. Szczególnie ten drugi moje serduszko pokochało bardzo mocno :) Poza tym, skusiłam się jeszcze na czarną kredkę BBIA Last Auto Gel Eyeliner, która ma mi pomóc pomniejszyć oko (gdzie się nie ruszę, ludzie mówią, że mam wytrzeszcz xD). Już w tym momencie widzę, że u mnie jest bardzo trwała. Ostatni kosmetyk, wyglądający jak wieczne pióro, to Tonymoly Inked Coloring Brow, czyli po prostu tusz do brwi :) Niedługo zobaczycie, jak ta koreańska gromada dała sobie u mnie radę :D
jesienne nowości black liner
Poza tym, trafiły do mnie także dwa opakowania płatków Petitfee. Jedne z nich, czyli Black Pearl&Gold Eye Patch dobrze już znam, a drugie to z kolei nowość, czyli Collagen&CoQ10 Hydrogel Eye Patch. Tym razem zdecydowałam się także wypróbować krem nawilżający Su:m37 Water-full Timeless Water Gel Cream. Ma on naprawdę bardzo wymyślne opakowanie, posiadające szpatułkę przyczepianą do nakrętki na magnes. I wiecie co? Przez ten "myk" pierwszy raz w życiu używam aplikatora :P Poza tym, zachęcona dobrymi wynikami kosmetyków Tosowoong, wybrałam dwie ampułki. Jedną wybielającą, czyli Spot Whitening VITA Clinic Vita Ampoule Serum, a drugą łagodzącą o nazwie SOS Repair CICA Clinic Cica Ampoule Serum. Tę pierwszą maltretuję już od dłuższego czasu :D Poza tym, zakupiłam sobie plasterki na pryszcze Cosrx Acne Pimple Master Patch (i jestem z nich bardzo zadowolona!), a prezentem do zamówienia były chusteczki do demakijażu A'Pieu oraz krem do rąk Honey on Honey. Z kolei Skin&Lab Red Serum, dostałam w prezencie od Asian Beauty World :) Dziękuję Ci pięknie! ;*
jesienne nowości black liner
W ostatnim czasie, kupiłam sobie także nową Szczotkę do Włosów The Wet Brush. To mój drugi egzemplarz (poprzedni wytrzymał chyba około 2 lat) i za żadne skarby nie zamieniłabym jej na nic innego. Odkąd ją mam, Tangle Teezer oraz Tangle Angel całkowicie poszły w odstawkę. Poza tym, uzupełniłam także braki w kuferku z lakierami, zakupując dwa egzemplarze, czyli Golden Rose Hollographic Nail Colour nr 07 oraz Ice Chic nr 170. Poza tym, nabyłam także stałego bywalca mojej kosmetyczki, czyli bazę Golden Rose Nail Expert Smoothing Base. Jeśli macie jakiekolwiek nierówności na płytce paznokcia, to ona z pewnością świetnie je zamaskuje! :) Z kolei w Biedronce do mojego koszyka wpadły nożyki do brwi Beauty Eyebrow Shaper Willkinson ;)
jesienne nowości black liner
Poza tym, trafił do mnie także antyperspirant Vichy Deo Anti - Transpirant 48H, krem do rąk, o którym wspomniałam już wyżej i sporo produktów do ust, które schodzą u mnie aktualnie masowo ;) Pierwszym z nich, jest Nuxe Reve de Miel Honey Lip Balm, który zyskał ostatnio nową formułę oraz opakowanie (wrzucę zdjęcie na instagram, bo tu się nie załapał). Dalej widzicie Pomadki Ochronne Vianek z gazety Zwierciadło (u mnie okazały się bublami :/), Balsam do Ust Frudia Blueberry Hydrating Honey Lip Balm, oraz szminkę Be Natural Beeswax Lip Balm Mango :) Miałam już taką o zapachu granatu, ale zabrała mi ją mama, więc skusiłam się na inną wersję ;)
jesienne nowości black liner
Ostatnimi już nowościami z niemalże dwóch miesięcy, są rzeczy do mycia :) W Rossmannie zakupiłam sobie odżywkę Pantene Intensive Repair (bo była w promocji :P), a w aptece Szampon Przeciwłupieżowy Pharmaceris T do Skóry Łojotokowej, który dobrze sprawdza się przy mojej łuszczycy. Poza tym, trafiły też do mnie dwa płyny do kąpieli Kneipp. Pierwszy z nich to jakiś unikat, o nazwie Mannersache 2.0, który znalazł mój mąż w Tk Maxx. Z kolei na wersję "Na dobranoc" narobiła mi ochoty Patrycja :) Ją już bez problemu dostaniecie w Hebe, Rossmannach, albo w sklepie internetowym marki.
I to już wszystko na dziś. Co wpadło Wam w oko? Jaką recenzją byłybyście zainteresowane? Koniecznie dajcie znać :) Jeśli macie ochotę, możecie też zostawić link do swojego posta z nowościami, bo ostatnimi czasy mam spore tyły :)

czwartek, 15 listopada 2018

L'oreal Unlimited Mascara, czyli o zbędnych innowacjach słów parę

Jak zapewne wiele razy mówiłam - nie lubię pisać recenzji tuszy do rzęs. Ale bywają w życiu takie egzemplarze, którym własny wpis na blogu z jakiegoś powodu po prostu im się należy. Zazwyczaj czymś się one wyróżniają - albo są wybitnie dobre, albo po prostu tragiczne. W przypadku L'oreal Unlimited Mascara sytuacja nie jest jednak jasna i klarowna, wszak to tusz, o którym zdecydowałam się napisać, ze względu na przedziwne innowacje dotykające szczoteczki oraz nietypowy wygląd. Czy klasykę zawsze warto zmieniać na coś innego? O tym już dziś ;)
L'oreal Unlimited Mascara
Co skłoniło mnie do zakupu L'oreal Unlimited Mascara? Oczywiście nietypowe opakowanie! Przypomina ono czarny kałamarz i zawiera 7.4ml kosmetyku ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Całość nie niszczy się i nie wyciera nawet przewożone w ciasnych kosmetyczkach, więc uznać należy, że dziwadełko to jest całkiem trwałe. W przypadku tego tuszu, na uwagę zasługuje głównie szczoteczka. Jest ona wykonana z sylikonu i zwęża się do dołu. Ciekawy jest jednak fakt, że możemy "złamać" jej rączkę w połowie, otrzymując nachylenie około 45 stopni. Niestety w tym miejscu przyznać muszę, iż jest to tylko drobny bajer, który niczego w życiu nie ułatwia, nie zmienia, ani nie poprawia. I tak maluję rzęsy prostą szczoteczką, jak robiłam to przez ostatnie 14 lat i tak... Nie nastawiajmy się również na żadne czekoladowe aromaty, czy coś w ten deseń :P Tusz ten zapewnia nam niezapomniane doznania zapachowe o aromacie plasteliny xD
L'oreal Unlimited Mascara
Trzeba jednak przyznać, że sama szczoteczka jest bardzo prosta w obsłudze. Nabiera optymalną ilość tuszu, ładnie wyczesuje rzęsy i już przy pierwszym użyciu udało mi się osiągnąć satysfakcjonujący efekt. Trudno się też nią upaćkać xD Wręcz powiedziałabym, że aby tego dokonać, trzeba wykazać się wyjątkowymi umiejętnościami manualnymi ;) Konsystencja tuszu również raczej temu nie sprzyja. Podoba mi się, że jest dokładnie taka jak należy: ani nie zbyt sucha, ani też nie za mokra. Dodatkowo maskara ma ładny, czarny kolor, który nie blaknie w ciągu dnia. Niestety dwa, czy trzy razy zrobiła mi psikusa i pięknie osypała mi się pod oczami. Ciężko jednak stwierdzić, jaka mogła być przyczyna takiego stanu rzeczy, bo zdarzyło się to dosłownie kilka razy... (ale jednak i byłam wtedy strasznie zła xD). Poza tymi kilkoma wpadkami, nie jestem w stanie zarzucić jej wiele w kwestii trwałości. Co ważne, rzęsy są po niej są jednocześnie na tyle sztywne, iż elegancko trzymają kształt i na tyle elastyczne, że wygodnie się z nimi funkcjonuje :D
L'oreal Unlimited Mascara
Jaki efekt otrzymamy po wytuszowaniu rzęs maskarą L'oreal Unlimited Mascara? Według mnie - średni (albo inaczej - codzienny). Moje rzęsy ostatnio są w naprawdę nieszczególnej kondycji, a ten tusz nie robi z nimi cudów. Fakt, trochę je wydłuża i pogrubia, ale w celu ich podkręcenia wyciągam zalotkę (na szczęście po jego użyciu skręt ładnie się trzyma). Dodatkowo, jeśli nałożymy zbyt wiele warstw, zacznie sklejać włoski i trzeba będzie sięgnąć po grzebyk :P Oczywiście wszystko da się uratować, ale ja nie jestem osobą, która lubi spędzać godziny na tuszowaniu firanek xD Na szczęście w przypadku Unlimited Mascara nie musimy obawiać się grudek, ale za to trochę pomęczymy się podczas zmywania ;) Poniżej zobaczyć możecie efekt, który gwarantuje jedna warstwa tuszu:
L'oreal Unlimited Mascara
W ramach podsumowania powiem Wam, że ja do L'oreal Unlimited Mascara już nie wrócę. Za kwotę 30zł jestem w stanie wyposażyć się w tusz, który będzie bardziej mi odpowiadał i zapewniał dużo lepszy efekt na rzęsach, przy jednocześnie mniejszym nakładzie pracy (choćby L'oreal False Lash Wings, L'oreal False Lash Telescopic albo Maybelline Lash Sensational). Miałyście może styczność z tym tuszem? Jakie są Wasze wrażenia? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 9 listopada 2018

Dr.G Hydra Intensive Cream, czyli o nawilżaniu słów kilka

Jak powszechnie wiadomo (a przynajmniej mam taką nadzieję, że wiadomo) nawilżać trzeba każdy rodzaj cery, od suchej po tłustą i czynność ta powinna stanowić jeden z podstawowych filarów naszej pielęgnacji. Z racji tego, że nadeszła jesień oraz zaczęło robić się chłodniej (bo nie chłodno xD my nadal poruszamy się po Łodzi głównie rowerem, wszak muszę ćwiczyć swoje zasiedziałe mięśnie i stawy :P) wyciągnęłam z szafki krem, który dostałam jakiś czas temu od Interendo, czyli Dr.G Hydra Intensive Cream, który wydał mi się odpowiedni na jesień. Dlaczego? Nauczona doświadczeniem, wiedziałam że jeśli koreańska marka dodała do nazwy kosmetyku "intensive" to konsystencja produktu zapewne będzie cięższa, niż żele, których zazwyczaj do nawilżania używam. Czy finalnie jestem z niego zadowolona? Zapraszam na recenzję!
Dr.G Hydra Intensive Cream
Dr.G Hydra Intensive Cream umieszczono w błękitnym, plastikowym słoiczku ze srebrną nakrętką. Mimo iż całość wykonana jest z tworzywa sztucznego, to wygląda nad wyraz elegancko. Napisy się nie ścierają, opakowanie jest małe, łatwe w transporcie i całkiem wygodne. Na zużycie 50ml kosmetyku, mamy aż 12 miesięcy. A swoją drogą, co pisze na jego temat producent i jakie obietnice nam składa? Dr.G Hydra Intensive Cream to silnie nawilżający krem, który dogłębnie odżywia i odbudowuje skórę, przeciwdziałając starzeniu. Zawiera między innymi kwas hialuronowy, ekstrakt z lilii wodnej, winogron, olej z wiesiołka oraz ceramidy. Krem ma białą barwę i przepięknie pachnie czymś, co przypomina mi kwitnące wiosną akacje (uwielbiam ten zapach :D). Aromat umila proces nakładania kosmetyku na skórę, ale potem na szczęście nie czuć go już na twarzy. Konsystencja kremu jest typowa dla produktów tego typu. Łatwo nałożyć ją na twarz, nie jest ciężka, ale jednak nie wchłania się do matu i pozostawia po sobie lekki film ochronny, który na szczęście nie jest lepki ani męczący, nawet dla osoby szczerze nienawidzącej tego typu atrakcji :P
Dr.G Hydra Intensive Cream
Co ważne, produkt ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb czy pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać makijaż praktycznie od razu, bez niepotrzebnego czekania aż krem się wchłonie. Co ciekawe, jeśli użyjecie go pod podkład, świetnie ukryje wszystkie suche skórki. W tej kategorii to mój ulubieniec wszechczasów, bo ładnie wyglądają na nim nawet fluidy, które podkreślały u mnie każdą suchość bądź nierówność. Wydajność produktu również jest całkiem przyzwoita, wszak używam go sobie od września i dopiero teraz dobijam do dna (jednak nie będę kłamać, to niejedyny produkt pielęgnacyjny którego używałam :P).
Dr.G Hydra Intensive Cream
Jak zatem z najważniejszym, czyli z działaniem owego specyfiku? Muszę przyznać, że producent w stu procentach spełnił swoje obietnice, jednak nic ponad to. Skóra podczas jego używania naprawdę była pięknie nawilżona, ujędrniona, odżywiona i gładka, jednak jeśli chodzi o kwestię uspokojenia zaczerwienień i rozszerzonych naczyń krwionośnych - jestem zawiedziona. W tej kategorii musiałam wytoczyć dodatkowe działa. Za plus uznaję także to, iż mimo tego, że nie jest on najlżejszym kremem z jakim się spotkałam, nie spowodował u mnie powstania żadnego pryszcza ani zaskórników. Ogólnie rzecz biorąc moja skóra chyba nawet się z nim polubiła, ale nie był on na tyle wspaniały, abym miała ochotę do niego wracać. Za to nie będę ukrywała - chętnie wypróbowałabym jego lżejszy odpowiednik, czyli Hydra Creme Full of Water. Sporym minusem dla niektórych osób, może być też cena tego produktu, wszak za słoiczek musimy zapłacić w Polsce 144zł lub około 27$ sprowadzając go bezpośrednio z Korei.
Znacie kosmetyki Dr.G? Miałyście okazję testować już jakieś produkty tej marki? Byłyście z nich zadowolone? Dajcie koniecznie znać! Jakiego kremu aktualnie używacie? Pamiętacie o nawilżaniu swojej cery? :)

niedziela, 4 listopada 2018

Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic, czyli kolejny epizod w walce z przebarwieniami

Walka z przebarwieniami i piegami, to tak naprawdę proces ciągły, bardzo przypominający walkę z wiatrakami xD Jedne znikają, drugie się pojawiają. Podobna historia tyczy się piegów, które raz bledną, a raz ciemnieją. Czasem wcale ich nie ma, a czasem zjawiają się znikąd, w dodatku wcale nieproszone. Stale więc, poza ochroną przeciwsłoneczną, testuję wszelkiego rodzaju "wybielacze" i "rozjaśniacze", które często przy okazji całkiem dobrze działają na moje wybujałe zaczerwienione policzki ;) Tym razem, zdecydowałam się więc wypróbować dwa kosmetyki koreańskiej marki Tosowoong, czyli płatki złuszczające Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads oraz punktowy krem Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract :) Jak te dwa produkty zdały u mnie egzamin? Czy jestem z nich zadowolona? Przeczytajcie dalej :)
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Krem Tosowoong Spot Whitening VITA Clinic Vitamin Tree Fruits Extract to produkt przeznaczony do punktowego rozjaśniania przebarwień różnego pochodzenia (choć ja, jak to ja stosuję go czasem na całą twarz i wszystko jest super, ciężko smarować każdego piega z osobna xD). Zawiera on w swoim składzie rokitnik, niacynamid, zieloną herbatę, ekstrakt z centelli asiatici, pantenol i wiele innych dobroci, mających zapewnić nam jak najlepsze efekty. Krem zapakowany jest w metalową, 50gramową tubę, przypominającą kosmetyki rodem z apteki. Specjalnie nie przeszkadza mi to pod względem estetycznym, ale w praktyce tuba jest średnio wygodna i wiecznie mam problem z wydostaniem właściwej ilości kosmetyku, bo albo nie leci z niej nic, albo zaraz zawartość cieknie jak szalona xD Wolałabym chyba słoiczek, albo coś z pompką.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo przyjemny, cytrusowy, przypominający mi pomarańcze, cytryny i nektarynki w środku sezonu ;) Konsystencja produktu, to coś pomiędzy kremem, a żelem. Spodziewałam się ciężkiego ulepka, ale ten kosmetyk absolutnie taki nie jest. Pięknie się wchłania, pozostawiając po sobie lekką, nieklejącą warstwę, bardzo łatwo rozprowadzić go zarówno punktowo jak i na całej twarzy, oraz co ciekawe - świetnie nadaje się także pod makijaż ;) W moim przypadku, był on też totalnie niewydajny :P Krem ten najlepiej stosować jako ostatni etap rutyny pielęgnacyjnej, choć ja używałam go także samodzielnie i również byłam zadowolona. Ponoć kosmetyk ten nadaje się do każdego rodzaju cery i szczerze powiem, że chyba faktycznie moja skóra zdaje się to potwierdzać (aktualnie jest chyba mieszana, naczynkowa).
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Co jednak z działaniem owego produktu? Nie wiem, jak to się dzieje, ale efekt zauważyłam bardzo szybko. Podczas użytkowania kremu, moja cera stała się rozpromieniona, zyskała zdrowy glow, pięknie się nawilżyła, ujędrniła (tak, częściej stosowałam go na całą twarz niż punktowo :P), a przebarwienia po pryszczach błyskawicznie znikały. Co jednak ze zmorą mojego życia, czyli piegami? Części praktycznie już nie ma, jest mała pula ledwo widocznych sztuk, chowających się już pod lekkim podkładem i kilka bardzo opornych egzemplarzy, których na razie nie usunęło nic. Trzeba jednak przyznać, że Tosowoong Spot Whitening Vita Clinic znacząco je rozjaśnił. Nie będę więc ukrywać, że czuję się usatysfakcjonowana po zużyciu tego produktu, pomimo niskiej wydajności oraz niewygodnego opakowania. Koszt tego cuda, to aktualnie 21$ na Jolse.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Drugim produktem, który zdecydowałam się przetestować, są płatki Tosowoong Spot Brightening VITA Clinic All-In-One Moisture Vitamin Pads. Wykonane są one z mikrofibry, która nie jest drażniąca i usuwa martwe komórki skóry, dzięki ekstraktowi z rokitnika, trzynastu rodzajom wyciągów owocowych, witaminie C oraz kwasom AHA i BHA Co ciekawe, płatków tych nie musimy używać wyłącznie na twarzy. Z powodzeniem można je stosować także na ciało, z czego ochoczo skorzystałam xD W plastikowym słoiczku znajduje się 70 sztuk, zanurzonych w 155ml bezbarwnej esencji (należy zapomnieć o wożeniu tego cuda ze sobą gdziekolwiek, bo nie jest on szczelny). Jeśli chodzi o mikrofibrę, z której wykonane są płatki, to do skóry twarzy używałam tej gładszej strony, a perforowaną smarowałam ciemniejszą plamkę na łydce i łokcie xD Jeden "pad" jest tak mocno nasączony, że wystarczał, aby użyć go najpierw na twarz, a potem na ciało ;) Zapach produktu jest mocno cytrynowy i szczerze powiedziawszy, średnio mi się on podoba, ale na szczęście nie pozostaje na skórze.
Tosowoong Spot Whitening Brightening Vita Clinic
Jak płatki zadziałały na moją skórę? Bardzo przyzwoicie i wydaje mi się, że znacząco wspomogły one działanie powyższego kremu. Wydaje mi się, że moja cera stała się bardziej rozpromieniona i napięta, zaskórniki zniknęły, pory na nosie stały się mniej widoczne, a jednocześnie nie zauważyłam łuszczenia się, ani jakichkolwiek zaczerwienień. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak to, co płatki zdziałały na mojej łydce :D Ciemniejsza plamka, która towarzyszyła mi już kilka sezonów, praktycznie zniknęła. Łokcie też stały się ciut jaśniejsze. Ja czuję się usatysfakcjonowana, i mimo tego, że Tosowoong kolejny raz zawiódł w kwestii opakowania, z chęcią do nich wrócę :) Ich cena, to 24.22$.
Podsumowując tę recenzję... Powyższy duet naprawdę świetnie poradził sobie z moimi ekstremalnie upierdliwymi przebarwieniami i podczas jego stosowania, moja cera wyglądała naprawdę jak na ostatni czas wyjątkowo elegancko ;) Z czystym sumieniem polecam go więc, jeśli macie ochotę trochę się "wybielić" lub pozbyć niepożądanych plamek :)
Macie problem z przebarwieniami? Jak z nimi walczycie? Czy może należycie do osób, których ten problem nie dotyczy? A może znacie już kosmetyki marki Tosowoong? Dajcie koniecznie znać, co o nich myślicie :) 

poniedziałek, 29 października 2018

Shinybox Think Pink, czyli operacja różowy październik

Październik to miesiąc walki z rakiem piersi. Szczególnie często poruszane są wtedy tematy samobadań, profilaktyki i po prostu okazywaniu gestów solidarności kobietom, które z tą chorobą walczą. Jedną z firm, biorących udział w tej kampanii, jest Shinybox, który co roku w październiku tworzy edycję o nazwie Think Pink, mającą poruszać właśnie tę tematykę. Jak marce udało się to tym razem? Same zobaczcie!
Shinybox Think Pink
Kosmetyki tradycyjnie już znalazły się w sztywnym, fioletowo-różowym opakowaniu z twardej tektury, które z powodzeniem możemy wykorzystać w przyszłości do przechowywania bibelotów. Szczerze mówiąc, ja nadal bardzo się cieszę, że firma odeszła od poprzedniej wersji opakowań :P
Shinybox Think Pink
Pierwszym produktem, który znalazłam w pudełku, jest Odżywka bez Spłukiwania do Włosów Farbowanych Il Salone Milano. Polecana jest do codziennej pielęgnacji pasm, zwłaszcza tych suchych i łamliwych, tracących blask. Produkt ten zapewnia niesamowitą intensywność koloru, a także tworzy warstwę ochronną przed promieniowaniem UV, wzmacnia strukturę włosów oraz ułatwia ich modelowanie. Ogólnie rzecz biorąc, ja jestem z tego produktu zadowolona i z chęcią go wykorzystam, ale rozpakowując pudełko, naszła mnie pewna refleksja. Gdy byłam w liceum, na raka piersi zmarła moja ciocia. Minęło już wiele lat, ale pamiętam jak wyglądała podczas leczenia i w związku z tym sądzę, że w tym miesiącu produktów przeznaczonych do włosów chyba nie powinno tu być... Choć może wynika to z moich osobistych doświadczeń, więc chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat. Jej cena to 34.99 za 200ml. Drugim kosmetykiem z pudełka Think Pink, jest Biotanique, Naturalny Krem Odżywczy. Oparty jest na świeżej wodzie proaQua z technologią probiotyczną, która w inteligentny sposób wspiera mikroflorę skóry, dogłębnie nawilża oraz odżywia ją i chroni. Produkt wzbogacony jest również o D-Panthenol oraz wyjątkowo bogaty w kwasy Omega-6, witaminy i minerały Olej z Opuncji Figowej, który pozostawia skórę wygładzoną a także silnie zregenerowaną. Ogólnie rzecz biorąc, otwierając boxa, byłam w lekkim szoku, gdy znalazłam wewnątrz identyczny krem jak miesiąc temu, tyle że jeszcze raz taki duży xD Już miesiąc temu mówiłam, że to nie produkt dla mnie, więc to opakowanie trafiło do sąsiadki :P Koszt kremu to 10.50zł za sztukę. Ostatnim kosmetykiem z tego zdjęcia, jest Krem do Rąk i Paznokci Delia. Delia Cosmetics Extra Hand Care doskonale nawilża skórę rąk i zapewnia im potrzebne odżywienie. Formuła wzbogacona masłem shea oraz alantoiną sprawia, że skóra staje się aksamitna oraz gładka w dotyku. Dodatkowo D-pantenol doskonale koi i łagodzi podrażnienia. Kremy do rąk schodzą u mnie w rodzinie hurtem, więc i ten z pewnością się przyda, bo ciągle ktoś szuka nowego egzemplarza :P Nie jest to może wyszukana marka, ale już poszedł w ruch, a co najważniejsze - wydaje się to całkiem przyjemny produkt. Jego cena to 3.49zł za 75ml.
W pudełku znalazł się też produkt Olimp LabsApecontrol to suplement diety w postaci kapsułek, stanowiący kompozycję składników aktywnych, wspomagających kontrolę masy ciała poprzez niwelowanie chęci podjadania oraz regulację metabolizmu makroskładników odżywczych. Zawiera m.in. takie składniki aktywne jak Garcinia Cambodia, ekstrakt z Guarany, chrom czy Morwę Białą. Jak zapewne wiecie, bo wspominam o tym za każdym razem, nie lubię, kiedy w pudełkach znajdują się suplementy diety. Choruję przewlekle, biorę dużo leków i nie mogę łączyć z nimi czego popadnie, pomijając już fakt, że najzupełniej w świecie dobrze czuję się ze swoją wagą. A tego cuda nawet nie mam komu oddać, bo moja rodzina to głównie szczuplizny, ostatnio nawet tata zrzucił około 10kg. Jestem na nie :( Cena? 31.50 za opakowanie. Kolejnym kosmetykiem, który do mnie trafił, była Pomadka Moov Liquid LipsMatters w odcieniu Show off. Jest to płynna matowa szminka o kremowej konsystencji, która zapewnia komfortowe, matowe wykończenie ust bez uczucia przesuszenia i lepkości. Dzięki niezwykle trwałej formule długo utrzymuje się na ustach nie rozmazując się oraz zapewniając długotrwały efekt bez przesuszania. W pierwszej chwili ucieszyłam się widząc ją, ale niestety po użyciu okazało się, że najzwyczajniej w świecie fatalnie w niej wyglądam, wszak na moich ustach ten niby róż, zaczął mocno wpadać w fiolet. Bez żalu oddałam ją cioci, mam nadzieję, że będzie z niej zadowolona :) Dodawana była ona do pudełek wymiennie, można było trafić jeszcze na dwa produkty do włosów Kontigo lub błyszczyk Rosie. Cena pomadki to 18.99zł. Ostatnim już produktem wchodzącym w skład podstawowej wersji pudełka Think Pink, jest Balsam do Ust Bee Natural w wersji z Granatem. Marka ta według jej twórców to autentyczna wartość: naturalne składniki, najwyższa jakość, uczciwa cena i żadnych sztuczek. Stuprocentowo naturalny balsam do ust z woskiem pszczelim regeneruje usta, natłuszcza oraz wygładza. Przyznam, że jest to kosmetyk, który najbardziej mnie dotychczas ucieszył. Kilka razy zerkałam już na te pomadki w Rossmannie, mając chęć na zakup, więc naprawdę z przyjemnością zobaczę, czy dobrze się u mnie spisze. Cena? 10.99zł.  Poza tym, wewnątrz znalazłam jeszcze Voucher na kurs on line Dr Barbara, oraz Voucher do fotoobsługi Cewe Fotojoker. Z tego drugiego może nawet skorzystam ;) I to by było na tyle.
Shinybox Think Pink prezenty dla ambasadorek
W tym miesiącu Shinybox przygotował również trzy prezenty dla ambasadorek, które dla mnie okazały się bardzo interesujące. Pierwszym z nich, jest Liqpharm, LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C Boost. Kosmetyk ten, dzięki wysokim stężeniom aktywnych składników redukuje proces starzenia skóry oraz chroni przed działaniem niekorzystnych czynników środowiskowych. Piętnastoprocentowa, niezjonizowana witamina C zapewnia szybkie pobudzenie syntezy kolagenu, skutecznie neutralizuje wpływ wolnych rodników i wyrównuje koloryt cery. Z chęcią je przetestuję, wszak słyszałam o nim naprawdę wiele dobrego ;) Cena? około 60zł za 30ml. Drugim produktem, który trafił do ambasadorek, jest Naturativ Kremu 360°AOX. Regularnie stosowany, widocznie poprawia wygląd skóry. Sprawia, że wydaje się ona bardziej gładka, ujędrniona i rozjaśniona, bardziej promienna. Ze względu na  obecność przeciwutleniaczy krem jest niezastąpiony dla cery narażonej na miejski stres i klimatyzowane pomieszczenia. Mimo tego, iż wydaje mi się, że nie jest to w tym momencie odpowiedni produkt dla mnie, to albo poczeka on na swoje pięć minut, albo przejmie go moja mama, która wykazuje wręcz niezdrowe zainteresowanie tym kremem, odkąd otworzyłam paczkę ;) Cena? 192zł za 100ml. Trzeci i ostatni produkt, który trafił do mnie w tym pakiecie, to Bursztynowe Mydełko Aqua Baltic Horfes. Według producenta, aktywny wyciąg z bursztynu (10%) pielęgnuje ciało, odżywiając je i nawilżając. Zawarte w mydle aminokwasy oraz składniki mineralne działają odżywczo, spowalniając procesy starzenia się skóry. Nie wiem, w jaki sposób to wszystko może zapewnić mydełko, ale mimo wszystko cieszę się z jego obecności, bo uwaga: jest ładne xD (tak, to ja, sroka :P). Kosztuje około 20zł za sztukę.
Podsumowując tę edycję: według mojego osądu, pozostawia ona wiele do życzenia i daleko jej do ideału, ale dwa produkty nawet przypadły mi do gustu. Z kolei jeśli chodzi o prezent dla ambasadorek... To bardzo miły gest i cieszę się, że on do mnie trafił, choć marzy mi się, żeby np. Serum Liqpharm w pełnowymiarowej wersji mogła wypróbować każda subskrybentka :)
A Wy co myślicie na temat tej edycji? Przypadła Wam do gustu, a może wręcz przeciwnie? Dajcie znać!

poniedziałek, 22 października 2018

Huxley Secret of Sahara, czyli o koreańskim duecie słów parę

Od niedawna moja twarz diametralnie się zmienia. Z normalnej, płytko unaczynionej skóry, mam w tym momencie do czynienia z cerą mieszaną (albo nawet przetłuszczającą się), ze sporą tendencją do zaczerwienień oraz przebarwień, a całkiem niedawno zauważyłam na czole kilka zaskórników :/ To dla mnie totalna nowość, więc poruszam się na tej płaszczyźnie jak dziecko we mgle i domniemam, że cała ta sytuacja spowodowana jest lekami, które zaczęłam brać. Jakiś czas temu, zachęcona ładnymi opakowaniami i całkiem przyzwoitymi opiniami w sieci, skusiłam się na duet marki Huxley. Trafiła do mnie esencja przeznaczona do cery tłustej Essence Grab Water Secret of Sahara oraz maseczka Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm. Jak ten duet sprawdził się w tych trudnych i nietypowych jak na mnie warunkach? Przeczytajcie same!
Huxley Secret of Sahara
Huxley Secret of Sahara Healing Mask keep Calm
Pierwszym produktem marki Huxley, który miałam okazję testować w ostatnim czasie jest maseczka Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm. Jest to produkt nawilżająco - kojący, oparty na bazie ekstraktu z opuncji. Zawiera on również antyoksydanty, witaminę E i kwas linolowy. Produkt ten, otrzymujemy zapakowany w elegancką, papierową tubę, z której wyjmujemy takie oto zwykłe, plastikowe "coś". Tubka jest wygodna w użytkowaniu, ale wygląda ona tak skromnie, że aż nie kojarzy mi się z kosmetykami rodem z Korei xD Nie będę ukrywać, że bardzo przypadł mi do gustu zapach maseczki, który znacząco umila jej stosowanie. Prawdopodobne ze względu na ekstrakt z opuncji, jest on bardzo zielony, faktycznie lekko "kaktusowy", świeży oraz bardzo wyważony. Myślę, że zadowolone będą zarówno osoby, które są wrażliwe na zapachy, jak i te lubiące pięknie pachnące produkty. Konsystencja maseczki przypomina mi świeżo zrobioną, na pół ściętą galaretkę z maleńkimi drobinkami. Bardzo łatwo i przyjemnie nakłada się ją na twarz, a po aplikacji przyjemnie chłodzi :)
Huxley Secret of Sahara Healing Mask Keep Calm
Zalecany przez producenta czas, przez jaki można trzymać maseczkę na twarzy, to około 5-10 minut. Ja zazwyczaj zmywałam ją wykorzystując limit do granic możliwości za pomocą celulozowej gąbeczki i letniej wody. Warto również wspomnieć, że częściowo wchłania się ona w skórę i naprawdę nie potrzeba szczególnie wiele produktu by pokryć całą twarz. Zaraz po użyciu cera faktycznie jest ukojona, a zaczerwienienia są znacznie mniejsze. Co ciekawe, skóra jest jednocześnie ładnie nawilżona, ale także lekko zmatowiona, jędrna, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Przy regularnym stosowaniu (2-3 razy w tygodniu) zauważyłam przede wszystkim wzrost nawilżenia mojej cery oraz mniej problemów z moimi czerwonymi policzkami. Myślę, że to duży plus. Ogólnie rzecz biorąc, używam jej z przyjemnością, ale jeśli oczekujecie spektakularnych efektów, możecie się zawieść. Dodatkowo, mimo tego że jest ona dedykowana każdemu rodzajowi cery, myślę że najlepiej sprawdzi się ona u osób ze skórą tłustą, bądź mieszaną. Jej cena to 22$ za 120g.
Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water
Drugim kosmetykiem, który testowałam, była esencja Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water. Jest to produkt głęboko nawilżający, przeznaczony głównie do cery mieszanej i tłustej. Zawiera on w sobie również ekstrakt z opuncji, mięty, witaminę E, kwas linolowy oraz antyoksydanty. Głównym zadaniem esencji, jest więc ochrona przed odwodnieniem i czynnikami środowiskowymi, oraz nawilżenie, odżywienie a także ukojenie skóry twarzy. Szklane opakowanie z pipetą, również otrzymujemy w papierowej tubie i w tym przypadku uważam, że całość jest skromna, ale jednocześnie bardzo elegancka. Buteleczka jest wygodna w użyciu i nie sprawia mi problemów podczas aplikacji. Jeśli chodzi o zapach, to jest on właściwie identyczny jak w przypadku maseczki - idealnie wyważony, absolutnie piękny i bosko "zielony" xD (tak, jestem zachwycona :P). Produkt ten ma konsystencję gęstej wody, którą bardzo łatwo rozprowadzić na twarzy i błyskawicznie wchłania się praktycznie do matu, pozostawiając po sobie uczucie wygładzenia. Dzięki ekstraktowi z mięty, zaraz po aplikacji Essence Grab Water bardzo przyjemnie chłodzi skórę :) Warto w tym miejscu wspomnieć także, że niestety nie jest to najwydajniejszy kosmetyk pod słońcem :P
Huxley Secret of Sahara Essence Grab Water
Jak jednak spisało się ono w najważniejszej kwestii? Jeśli chodzi o działanie tegoż kosmetyku, od razu odnotowałam znaczącą poprawę w kwestii widoczności rumienia. Z kolei jeśli chodzi o nawilżenie, raz było ono dla mnie wystarczające, a raz nie (zależało to głównie od pogody), ale kosmetyk ten świetnie nadaje się jako serum nakładane pod spód, więc w dni kiedy widziałam, że skóra potrzebuje "czegoś więcej" decydowałam się jeszcze na nałożenie delikatnego kremu. Esencja jednak z pewnością pięknie łagodzi, rozjaśnia, wygładza, przyspiesza gojenie drobnych ranek, nie szczypie i wydaje mi się, że także reguluje wydzielanie sebum. Dodatkowo podczas jej stosowania z czoła zniknęło te kilka zaskórników, ale ciężko stwierdzić czy w jakiś sposób ona się do tego przyczyniła xD Ogólnie rzecz biorąc, ja jestem z niej zadowolona. Koszt esencji, to 35.70$ za 50ml.
Podsumowując moje pierwsze spotkanie z marką Huxley... Są to dobre kosmetyki, które ogólnie rzecz ujmując zdały u mnie egzamin, ale tak naprawdę, szczególnie porwał mnie głównie ich "zielony" aromat :D Jeśli macie więc tłustą, skłonną do zaczerwienień cerę, mogę Wam ten duet polecić, choć myślę, że jego ceny, w odniesieniu do wydajności i sposobu działania, mogłyby być niższe ;) Wiele produktów tej marki, znajdziecie między innymi na Jolse.
I teraz pytanie do Was... Jakie macie sposoby na pielęgnację skóry tłustej? Co polecacie kupić na punktowe niedoskonałości i "okołookresowe" pryszcze? xD Mam 29 lat i jestem zielona w temacie :P
P.S. Przepraszam Was za moją małą aktywność w sieci, lub ewentualne błędy ale od trzech tygodni ciągle walczę z gorączką oraz stanami podgorączkowymi i już powoli mam dość. Trzymajcie kciuki, żebym w jak najlepszym stanie dotrwała do 19 listopada! :D (kocham kolejki do specjalistów <3)

wtorek, 16 października 2018

Beauty&Shape by Shinybox, czyli rozpocznij jesień w wyjątkowym stylu ;)

Niestety pudełka Inspired by od jakiegoś czasu nie pojawiają się już na rynku, jednak producent nie pozostawił nas samych sobie. W zamian powrócono do formy Extraboxów, a jesień ekipa Shiny postanowiła umilić nam edycją "Beauty&Shape", dzięki któremu ponoć możemy zadbać o swoje zdrowie, oraz zapewnić sobie chwilę relaksu. Jak udało się to Shinybox? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią ;)
Beauty&Shape by Shinybox
Beauty&Shape by Shinybox
Naturalne Mydło z Bursztynem Powrót do Natury, to pierwszy produkt, który znalazłam w pudełku. Są to całkowicie naturalne mydła w pudełeczkach, pakowane przez producenta także jako zestaw, albo w tekturowe, złote tacki i „otulane” wełną drzewną lub innym, naturalnym wypełniaczem. Szkoda, że ta sama wersja pojawia się w moim pudełku już drugi raz :/ Produkt pełnowymiarowy kosztuje 10,00 zł za 100g. Drugim kosmetykiem, który pojawił się w tej edycji extraboxa jest Suchy Szampon Exclusive Polska Technical Dry Shampoo. Według producenta jest on doskonały do oczyszczania fryzury. Szybko się aplikuje, rewitalizuje i usuwa przetłuszczenie. Włosy stają się dzięki niemu niezwykle czyste i świeże, pełne objętości oraz tekstury. Brzmi super, jednak ja bez żalu oddam go mamie... Mnie po tego typu produktach zazwyczaj tylko swędzi głowa xD Pozostanę więc przy tradycyjnym myciu "na mokro" :P  Cena? 21zł za 100ml. Od marki Bio Agadir otrzymaliśmy z kolei dwa Oleje Arganowe. Jest on z jednej strony najbardziej pożądanym, a z drugiej najtrudniej dostępnym olejem na świecie. Ten tłoczy się na zimno, jest organiczny, bardzo wysokiej jakości, z naturalnymi ekstraktami pomarańczy oraz róży damasceńskiej. I super :P Tylko szczerze powiem, że ostatnio Shinybox raczy nas taką ilością olei i olejków, że ja nie wiem już co z nimi robić, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że zupełnie nie jestem ich fanką xD Zobaczymy, te pewnie polecą do kogoś w ramach upominku :) Cena travel size: 12zł za 10 ml.
Beauty&Shape by Shinybox
Jeśli chodzi o kolorówkę, tym razem o dziwo okazała się ona całkiem trafiona. Tusz Catrice Glam&Doll False Lashes Mascara. Ma on głęboko czarną formułę która zwielokrotnia rzęsy dla uzyskania efektu tych sztucznych. Podkręcona silikonowa szczoteczka uchwyci każdy włosek i delikatnie go uniesie, zapewniając jednocześnie rozdzielenie bez sklejania i grudek. W tym przypadku w stu procentach mogę się zgodzić z opisem producenta. Trafiam na tę maskarę w pudełkach Shinybox już trzeci raz, ale bardzo mi ona odpowiadała, więc z chęcią wykorzystam i ten egzemplarz. Koszt? 16.99zł. W Extraboxie Beauty&Shape, powinien się też znajdować kosmetyk Pablo Color, ale w moim go nie było, więc na zdjęciu widzicie tusz - atrapę z wrześniowego pudełeczka ;) Jego cena to około 12zł. Marka Earthnicity przygotowała dla nas Puder Utrwalająco - Matujący Perfect HD. To ponoć idealny produkt dla osób występujących przed kamerami lub często robiących sobie zdjęcia. Został stworzony, aby delikatnie rozjaśnić cerę, zatrzeć drobne linie, zmarszczki i niedoskonałości oraz zredukować widoczność porów. Działa także matująco - pomaga wchłonąć nadmiar sebum i kontrolować błyszczenie. Opis producenta brzmi świetnie, więc z pewnością mimo sypkiej formuły za którą nie przepadam - wypróbuję go na sobie :) Cena? 15zł za 0.5g. W pudełku znalazłam także Vasco Top Coat. Od jakiegoś czasu nie robię już hybryd, bo moje paznokcie chyba niekoniecznie się z nimi polubiły, więc również zapewne poleci on gdzieś w świat. Szkoda trochę, że nie trafiłam po prostu na odżywkę ;) Jego cena to 28.90zł.
Beauty&Shape by Shinybox
O wprowadzenie nas w stan relaksu, zadbano głownie za pomocą świec ;) Od marki Natura Rzeczy otrzymujemy Tealight "Skoszona Trawa". Kupując sobie zestaw, mamy do wyboru zapachy z serii Basic: Harmonia, Oddech, Radość, Wolność, Spokój i Energia - lub z serii Simple: Kawa, Czekolada, Palone Drewno, Skoszona Trawa, Zielona Herbata oraz Świeża Bawełna. Sama świeczuszka pachnie naprawdę ślicznie, szkoda jedynie, że aromat jest aż tak delikatny :( Za zestaw sześciu musimy zapłacić 10zł. Drugą świecą w zestawie, jest Bispol o zapachu Kawy. Znajduje się ona w szkle powlekanym folią i pachnie całkiem realistycznie oraz dość mocno. Przez ten fakt, muszę się z nią rozstać, bo ja wszelkich "jedzeniowych" zapachów nie trawię, wszak te nadal przyprawiają mnie o migreny :/ Szkoda, że nie można było trafić na żadną inną wersję, bo tak naprawdę, to mimo niskiej ceny, te świece są całkiem w porządku. Koszt? 7zł za sztukę.
Beauty&Shape by Shinybox
W saszetce znajduje się z kolei Pure Green Coffee Detox Green Coffee. Jest to połączenie zielonej i czarnej kawy Arabika oraz naturalnych składników ziołowych, zapakowanych w pojedyncze torebki. Mamy do wyboru aromat klasyczny lub cappuccino. Lubię kawę i zapewne to cudo wypiję, ale w to, że od takiej kuracji faktycznie się schudnie, jakoś nie do końca wierzę ;) Koszt saszetki nie został podany - to prezent :) Ostatnią już rzeczą z tego pudełeczka, jest 3Flow Solutions Slim FLOW. Cóż to takiego? To pierwszy z suplementów 3FLOW, który może być świetnym wsparciem w walce o wymarzoną sylwetkę. Preparat ten poprawia sprawność, wytrzymałość i dodaje energii, a przy tym wzmacnia efektywność stosowanej diety. Pomaga też utrzymać osiągnięty ćwiczeniami efekt, kiedy w wyniku spadku energii lub natłoku zajęć mamy problemy z zachowaniem systematyczności. Okej - ogólnie rzecz ujmując - to całkiem ciekawa rzecz. Ja jednak nie jestem zwolenniczką brania suplementów jak popadnie, bo przy ilości leków, które zażywam najnormalniej w świecie się boję. Mimo wszystko preparatem tym zainteresował się mój mąż i stwierdził, że być może po niego sięgnie. Zobaczymy :) Jego koszt to 129zł za 60 kapsułek.
Podsumowując - jest to pudełko, które nieszczególnie wpasowało się w moje gusta i styl życia. Jednak zawartość Extraboxów chyba praktycznie zawsze znana jest wcześniej, dzięki czemu same możemy zdecydować, czy dana edycja wpisuje się w nasze potrzeby czy też nie. W razie czego - nadal można ją zakupić za 59zł na stronie Shinybox. Czy byłybyście zadowolone z zawartości pudełeczka Beauty&Shape? Dajcie koniecznie znać! :)

środa, 10 października 2018

Jesienna wishlista kosmetyczna, czyli o moich chciejstwach słów kilka

Od jakiegoś czasu, zakupy kosmetyczne zdecydowanie zeszły na dalszy plan ;) Jest to związane z powolnym urządzaniem mieszkania, zakupem mebli do sypialni, odkładaniem na małe malowanie i wymianą telewizora. Nie oznacza to jednak, że moje serducho do niczego nie bije szybciej! Jest kilka takich rzeczy, które bardzo chętnie zobaczyłabym w swojej kosmetyczce :D Jakich? Zapraszam do lektury! ;)
Jesienna wishlista kosmetyczna
Poza tym, co tu pokazuję, marzy mi się jeszcze pewna torebka MK, koszula w czerwone maki Mohito, nowy telefon (mój ma 4 lata i już dogorywa ;)) i dwie pary kolczyków xD (jedna z Lilou a druga W.Kruk - jeśli chcecie zobaczyć i to, dajcie znać - podzielę się nimi na instastory ;)) Ale myślę, że dziś nie o tym i skupimy się  tylko na kosmetykach :)
Jesienna wishlista kosmetyczna

1. Skinfood Yuja Water C Cream, Nawilżająco - Rozświetlający krem do twarzy - Krem ten ma za zadanie nawilżać i rozjaśniać naszą naszą skórę. Zawiera on wyciąg z Yuja będącą cytrusem uprawianym w Azji. Ma on rozmiar mandarynki oraz żółto-pomarańczowym kolor. Podobnie jak cytryna lub limonka,  yuja jest ceniona za pachnącą skórkę, olejki eteryczne, nasiona oraz sok. Już raz miałam go w swoich łapkach, ale podarowałam go Beautypedia Patt :D Mam nadzieję, że się u niej sprawdził ;) Mnie prześladuje ten kosmetyk od samej premiery i z racji tego, że kremy tej marki dobrze się u mnie sprawdzają, nie omieszkam go w końcu przetestować ;)
2. Frudia Lip Balm, Odżywczy Balsam do Ust w Słoiczku - Ma on właściwości nawilżające oraz odżywcze, a stworzono go na bazie ekstraktu z miodu i jagód. Stosowany regularnie ma dodawać wargom jędrności i sprężystości. Produkt ponoć świetnie sprawdzi się w pielęgnacji ust popękanych, szorstkich oraz przesuszonych. Powiem szczerze, że gdyby nie to, że jest permanentnie niedostępny, już dawno bym sobie go kupiła, szczególnie że aktualnie kończą mi się wszystkie mazidła do ust :P Czekam na dostawę! xD
Jesienna wishlista kosmetyczna
3. Skin&Lab Red Serum - Naturalny kompleks Phyto Red zapobiega tworzeniu się przebarwień, a także pielęgnuje skórę na różne sposoby, między innymi nawilżając oraz poprawiając krążenie, zapewniając cerze jaśniejszy i bardziej jednolity odcień. Serum zapewnia także kontrolę w kwestii przetłuszczania, jednocześnie zapobiegając powstawaniu zmarszczek. Kosmetyk zawiera w sobie wiele owocowych ekstraktów, niacynamid i adenozynę :) Ja czuję się kupiona! W związku z tym, że przede wszystkim dwa ostatnie składniki moja cera bardzo lubi, z pewnością nie omieszkam go wypróbować :D
4. Glow Recipe Watermelon Glow Pink Juice Moisturizer - Kosmetyk jest wzbogacony ekstraktem z arbuza bogatym w witaminy i aminokwasy, kwasem hialuronowym oraz łagodzącymi ekstraktami roślinnymi, takimi jak wyciągi z piwonii i jaśminu. To chłodzące, żelowe serum natychmiast nawilża naszą cerę. Z kolei przeciwutleniacze chronią przed wolnymi rodnikami naprawiając uszkodzone komórki skóry. Stosowany dwa razy dziennie, obleka cerę soczystą, długotrwałą wilgocią. Z tego, co zrozumiałam kosmetyk ten pochodzi z Korei, ale wysyłany jest ze Stanów Zjednoczonych, co na moje oko średnio trzyma się kupy :P Mam jednak wrażenie, że produkt ten zaraz wyskoczy mi z lodówki i oczywiście bardzo chciałabym go wypróbować :D
Jesienna wishlista kosmetyczna
5. Neogen Bio Peel Gauze Peeling Green Tea - Są to jednorazowe, delikatne płatki do regularnej eksfoliacji skóry. Zielona herbata - bogate źródło przeciwutleniaczy ma działanie kojące, przeciwzapalne oraz przeciwzmarszczkowe. Ekstrakt z Wąkroty Azjatyckiej z kolei skutecznie łagodzi podrażnienia. Moja naczynkowa cera niekoniecznie lubi peelingi, a o tych płatkach słyszałam już tyle dobrego, że chyba w końcu pora przekonać się, czy i ja będę z nich zadowolona :) 
6. Masażer kwarcowy - Masaż twarzy tego typu przyrządem niesie za sobą wiele korzyści: chłód wydzielany przez wałeczki zamyka pory, zmniejsza się opuchlizna oraz cienie pod oczami, jednocześnie poprawiając krążenie krwi. Dzięki temu rozluźniają się także mięśnie, zmniejszając widoczność drobnych zmarszczek. Masaż ma więc działanie nie tylko upiększające ale i relaksująco -odprężające. Tego typu masażer wykonany z jadeitu dostałam już na Hello Asia 3, ale zachachmęciła mi go mama. Z racji tego, że nawet polubiłam ten rytuał, tym razem chciałabym wersję różową: z kwarcu :)
7. Colourpop The Zodiac Eyeshadow Palette - Jaki jest Twój znak zodiaku? To paleta, która jest inspirowana horoskopem i każdy kolor symbolizuje inny z nich ;) Ja jestem koziorożcem, i co ciekawe, mój odcień według producenta to czerń ze złotymi drobinkami :D Mnie osobiście bardzo się podoba, zarówno ten kolor, jak i cała paleta. A że z kosmetykami tej marki bardzo się polubiłam, chętnie widziałabym ją w swojej kolekcji! :D
8. Maybelline The Eraser Eye 00 Ivory - Producent obiecuje naprawdę sporo, wszak kosmetyk ma za zadanie widocznie wygładzić drobne zmarszczki, natychmiast "wymazać" podkrążone oczy, zasinienia oraz obwódki. Ekskluzywny aplikator z kolei wypełnia i wygładza skórę. Skoncentrowana formula zawierająca owoce goji i haloxyl redukuje cienie oraz pozwala sińcom zniknąć. Naczytałam się na jego temat naprawdę najróżniejszych rzeczy, ale w związku z tym, że do tej pory w naszym kraju dostępne były tylko ciemne odcienie, musiałam obejść się smakiem. Podczas ostatniej wizyty w Rossmannie wyczaiłam jednak, iż najjaśniejszy z nich 00 Ivory, całkiem nieźle mógłby się u mnie sprawdzić. Nie omieszkam więc zobaczyć, czy również będę zachwycona, czy zła że go kupiłam, a może okaże się, że to zwykły przeciętniak. Pewnie skoczę po niego już jutro po wizycie u lekarza ;)
Znacie te produkty? Może któryś polecacie, odradzacie, a może po prostu wpadło Wam coś w oko? Dajcie koniecznie znać! ;) Zdradźcie też jaki macie znak zodiaku :D