poniedziałek, 30 lipca 2018

Shinybox Summer Vibes, czyli o letnich wibracjach słów kilka

Lipiec powoli chyli się ku końcowi, racząc nas na zmianę burzami, wielkimi ulewami i jeszcze większymi upałami. Jak co miesiąc, dotarło do mnie pudełeczko Shinybox, tym razem noszące nazwę "Summer Vibes", co moim zdaniem świetnie oddaje zarówno aurę, jak i ostatnie wydarzenia :P Poprzedni, urodzinowy box, zupełnie mi się nie podobał. Czy lipcowe pudełko choć odrobinę zatrze złe wrażenia z zeszłego miesiąca? Zapraszam do lektury! ;)
Shinybox Summer Vibes
Produkty umieszczono w sztywnym, eleganckim kartoniku z dość prostą, przyjemną dla oka szatą graficzną. Może trochę szkoda, że bardziej nie wpasowuje się w letni klimat, ale mimo wszystko nie mam mu nic do zarzucenia. Jak zwykle przyda się on do przechowywania bibelotów, albo wysyłania paczek ;)
Shinybox Summer Vibes
Pierwszym produktem, który znalazłam w lipcowym pudełku, jest Krem Ujędrniający na Dzień z Ekstraktem z Imbiru Tria. Trafia on w moje ręce za sprawą Shinybox już po raz drugi (pierwszy znalazłam w "Naturalnie Piękna"). Mój egzemplarz został wytypowany na prezent dla babci, z powodu dość krótkiej daty ważności (10.2018). Producentem tego kosmetyku, jest wszystkim dobrze znana Farmona, i mimo iż sama go nie wykorzystam, uważam że to całkiem ciekawa pozycja. Jego cena to 49.95zł. Był dodawany do pudełek wymiennie z innym kremem tej marki. Drugim kosmetykiem, który chyba szczególnie wpadł mi w oko jest Krem Wodny Nawilżający Bishojo. Poza żelem do mycia twarzy, nie miałam wcześniej styczności z innymi produktami tejże marki, a kojarzy mi się, że chyba zbierają one na blogach całkiem niezłe opinie. Z chęcią zobaczę więc, czy faktycznie mają one jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości :P Krem kosztuje 39.99 za 30ml i był dodawany do pudełek jako jeden z trzech kosmetyków. Można było trafić na inny rodzaj kremu lub produkt do rąk innej marki, co wydaje się średnio sprawiedliwym rozwiązaniem. No i niestety ten kosmetyk również jest ważny jedynie do 10.2018 roku.
Shinybox Summer Vibes
W Shinybox Summer Vibes, znalazłam również Antyperspirant w Spray'u Island Vibes Fiji Dream, pachnący arbuzem i ylang-ylang. Zapach ma całkiem przyjemny, ale z racji tego, że ja tego typu produktów nie używam, poleci w świat razem z kremem ;) Jego cena - 8.19zł. Można było także trafić na inny zapach, bądź wersję w kulce. Następny kosmetyk z pudełka, to Masło do Ciała Olejek Konopny Hello Nature. Przyznam szczerze, że bardzo się cieszę, że trafił do mnie akurat ten z sześciu dodawanych wymiennie kosmetyków tej marki, gdyż słyszałam, że konopie dobrze działają na skórę łuszczycową. Zobaczymy :P Mam w zapasach cały jeden balsam do ciała, więc na pewno się przyda. Jego cena to 24.99zł.  Ostatnim produktem z tego zdjęcia jest Argan Krem do Rąk i Paznokci Stara Mydlarnia, który jak się domyślam jest prezentem dla ambasadorek, gdyż standardowo był on dodawany do pudełek wymiennie z kremami Bishojo. Szkoda, gdyż uważam, że to naprawdę ciekawa rzecz i bez niej całe pudełko sporo traci. Jego cena to 17zł za 75ml.
Shinybox Summer Vibes
W boxie znalazłam także Maskę Lift&Ultra Clean Biotanique Multi Biomask. Jest to już chyba mała pudełkowa tradycja, że niemal w każdej edycji znajdujemy jakiś produkt tego typu ;) Ta jest podzielona na dwie części, z czego maskę oczyszczającą zużył już mój mąż i wydawał się być zadowolony z efektów. Z tego, co mówił, całkiem dobrze udało jej się spełnić obietnice producenta. Drugie pół jeszcze czeka na swoje 5 minut. Cena? 4.79zł. Kolejną rzeczą, znalezioną wewnątrz pudełka, okazały się Naklejki Wodne na Paznokcie Raisin. Mimo tego, że może wzory nie są jakieś szczególnie w moim typie, bardzo cieszę się z ich obecności, bo jeszcze w życiu takowych nie używałam :P Na pewno sprawdzę, czy moje dwie lewe ręce dadzą sobie radę z ich aplikacją xD Cena? 5zł za zestaw. Ostatnim już produktem, który zawierał Shinybox Summer Vibes, jest Drink Kolagenowy Collibre Beauty. Szczerze powiedziawszy, mam co do niego mieszane uczucia i sądzę, że temat suplementów, smakołyków i napojów zdrowotnych można by sobie w pudełkach subskrybcyjnych darować. Jego koszt to 9zł za 140ml. Poza tym wewnątrz boxa znalazłam jeszcze 24miesięczny dostęp do planu zdrowotno-medycznego Dr.Barbara.
Co myślę na temat tego pudełka? Z pewnością jest ono o wiele lepsze niż czerwcowe, bo mimo sporych zapasów kosmetycznych udało mi się znaleźć dla siebie coś ciekawego. Ma jednak kilka minusów - oba kremy do twarzy mają krótką datę ważności, mimo iż same w sobie są naprawdę interesujące. Szkoda też, że nie każda klientka dostała krem do rąk Stara Mydlarnia i niekoniecznie podoba mi się obecność drinku kolagenowego oraz dezodorantu. Mimo wszystko sądzę, że tendencja jest zwyżkowa i wyrażam nadzieję, że tak pozostanie ;) 
A Wy co myślicie na jego temat? Podoba Wam się, czy może niekoniecznie? Dajcie znać! A może znacie któryś z kosmetyków i macie wyrobioną opinię na jego temat? Chętnie ją poznam :)
P.S. Jak znosicie ostatnie pogody? :P

wtorek, 24 lipca 2018

Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch, czyli jak skutecznie wspomóc pielęgnację okolic oczu

Pielęgnacja okolic oczu, to bardzo ważny aspekt pielęgnacji. W sumie nie bez powodu mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy :P To po nich widać zmęczenie, gorszy stan zdrowia, jedne z pierwszych oznak starzenia (choć u mnie np. wcześniej oberwało czoło xD), często dokuczają nam także cienie i opuchlizna, a nie każdy krem pod oczy sobie z nimi radzi. Co wtedy? Oczywiście szukamy wspomagaczy! Zazwyczaj nie piszę jednak o takich rzeczach jak płatki pod oczy z bardzo prostego powodu - u mnie one nie działały :D Ale oto proszę Pań: trafiłam w końcu na Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch, zużyłam dwa opakowania na pół z mamą i pora na naszą wspólną opinię na ich temat! :)
Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch
Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch czyli na nasze płatki pod oczy, umieszczono w zwykłym, plastikowym opakowaniu z naklejką. Jest prosto, skromnie ale jednocześnie wygodnie. Dołączono do niego łopatkę ułatwiającą wydobycie płatków z pudełka, jednak szczerze powiedziawszy, mnie nie zawsze chciało się jej używać :P W jednym opakowaniu znajduje się 60 sztuk płatków, ważnych 2 miesiące od otwarcia, czyli aby zużyć je w terminie, należałoby stosować je co drugi dzień ;) My z mamą jesteśmy oczywiście troszeczkę mniej regularne choć we dwie zużyłyśmy je w przepisowym czasie xD
Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch
Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch oparte są na czarnej perle i złocie, ale zawierają także wyciągi z grejpfruta, zielonej herbaty oraz cytryny. Należy je nałożyć pod oczy na około 20-30 minut. Same płatki są dość grube, wykonane z czarnozłotego hydrożelu, dobrze dopasowane do kształtu mojego oka i co najważniejsze - zupełnie nie przeszkadzają w wykonywaniu codziennych czynności, bo od skóry nie odpadają nawet podczas schylania się :P Na dobrą sprawę możemy ich używać nawet podczas porządków xD Podczas aplikacji czuć przyjemny efekt chłodzenia i trwa on właściwie aż do zdjęcia płatków. W tym miejscu warto również wspomnieć, że pachną one bardzo delikatnie kwiatami, ale dla mnie ich aromat wyczuwalny jest jedynie w opakowaniu.
Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch
I teraz najważniejsze - czyli jak ten produkt się u nas sprawdził? Ja zaobserwowałam u siebie efekt "maseczki bankietowej". Nawet po ich jednorazowym użyciu, skóra pod oczami ładnie się napinała, co zmniejszało widoczność mojej znienawidzonej zmarszczki na granicy oczodołu, znajdującej się pod prawym okiem xD (tak się kończy zamiłowanie do spania na brzuchu :P). Poza tym, przy regularnym stosowaniu odnotowałam także spory wzrost nawilżenia i lekkie rozjaśnienie sińców. Z kolei moja mama nie zauważyła zmian w kwestii zmarszczek, ale za to orzekła, że świetnie rozjaśniły jej cienie, oraz skutecznie pomogły w walce z opuchlizną. No i dla ścisłości - to ona namówiła mnie na zamówienie drugiego opakowania, więc coś naprawdę musi być na rzeczy :P 
Podsumowując - płatki Petitfee Black Pearl&Gold Eye Patch to idealny dodatek do używanego przez Was kremu pod oczy. Świetnie sprawdzą się zarówno u niewyspanej studentki, jak i dojrzalszych pań. Cena? Od 8$ wzwyż, czyli około 30zł. 
A Wy staracie się jakoś urozmaicać pielęgnację okolic oczu? Może macie inne ulubione płatki? Dajcie koniecznie znać! A może w ogóle jesteście z frakcji stosującej w tych okolicach kremy do twarzy?

czwartek, 19 lipca 2018

TonyMoly Cats Wink Clear Pact, czyli o tym czy kot i puder to połączenie godne uwagi

Prawdopodobnie w momencie, w którym czytacie te słowa, ja siedzę gdzieś w czarnej dziurze nad jeziorem, na budżetowym urlopie w domu należącym do mojej cioci. Są problemy z internetem, ale za to jest wygodnie, cicho, przyjemnie i naprawdę można się zresetować, mimo pogody (tak, wcześniej pobraliśmy sporo odcinków seriali do obejrzenia na wypadek ulewy xD) Wiem, że większość z Was kocha latem upał i słońce, jednak ja należę do tej mniejszości, która dobrze się czuje z chmurami i przy temperaturze oscylującej w okolicy 22 stopni Celsjusza. Wracając jednak do tematu dzisiejszego posta... Jak zapewne wiecie, Inga kocha koty miłością wielką i wszystko z motywem kota jest ekstra, więc lata temu, gdy dojrzałam gdzieś puder TonyMoly Cats Wink Clear Pact, wiedziałam że musi być mój (wiecie, coś na zasadzie "muszę, bo się uduszę" xD). Jak więc sprawdziło się u mnie coś, co kupiłam właściwie wyłącznie dla opakowania? Czy taka historia może skończyć się dobrze? W kociej atmosferze zapraszam do lektury najsłodszego pudru do twarzy jaki w życiu miałam! :D
TonyMoly Cats Wink Clear Pact
No dobrze, zacznijmy zatem od głównej atrakcji - opakowania! Jak same widzicie, jest to przeurocza, różowiutka głowa kotka, który ma oczka, wąsy, uszka, no rewelacja xD Wszystko jest utrzymane w popularnym w Azji stylu Kawaii (czyli bodajże z japońskiego: słodkie, urocze. Oglądałam niedawno z napisami jakąś ichniejszą dramę i główna bohaterka poza "arigato" najczęściej powtarzała właśnie "kawaii" :P). Co ważne, poza tym, że puderniczka aż kipi od słodyczy, jest o dziwo naprawdę wygodna i całości komfortowo się używa. Łatwo ją otworzyć, wewnątrz znajduje się dobrej jakości lusterko, milusi puszek, którym dobrze wykonuje się "poprawki", oraz oczywiście najważniejsze - 11 gramów produktu. Na szczęście pomimo tego, że ciągle go gdzieś wożę i wala się a to w walizkach, a to w kosmetyczkach, a to w torebce, koci pyszczek nie dorobił się jeszcze żadnej rzucającej się w oczy rysy.
TonyMoly Cats Wink Clear Pact
Puder TonyMoly Cats Wink Clear Pact występuje w dwóch odcieniach do wyboru. Pierwszy z nich, nr1 Clear Skin wpada w różowe tony i jest odrobinę jaśniejszy, niż nr2 Clear Beige (ten z kolei jest bardziej neutralny, lekko wpadający w żółć). Ogólnie rzecz biorąc, miałam już obie wersje i na mojej twarzy wyglądają one właściwie jednakowo. Obie są bardzo jasne, więc bladziochy powinny być zadowolone :P W dodatku żaden z nich nie ciemnieje! ;) Wykończenie, jakie serwuje nam puder, to coś pomiędzy satyną, a matem i szczęście produkt ten nie posiada żadnych drobinek (ja wolę raczej rozświetlić strategiczne miejsca rozświetlaczem). Po otwarciu opakowania wita nas słodki aromat przypominający mi kolorowe, pudrowe cukierki, dostępne między innymi w Biedronce xD Nie jest on jednak wyczuwalny podczas nakładania, ani w czasie noszenia kosmetyku na twarzy. Kiedy podniesiemy puszek, możemy z kolei zobaczyć wytłoczoną kocią łapkę - nie da się ukryć, znowu jest uroczo, ale ta niestety ściera się po dwóch, trzech użyciach ;)
TonyMoly Cats Wink Clear Pact
TonyMoly Cats Wink Clear Pact nakładam pędzlem Zoeva 106. Przy takim stosowaniu, na szczęście nie pyli on zbyt mocno, co widać szczególnie po tym, iż lusterko nie wymaga czyszczenia przy każdej aplikacji. Kosmetyk użyty w rozsądnej ilości, zapewnia mi delikatny, satynowy mat, dobrą trwałość i piękne wygładzenie (cera jest gładsza zarówno w dotyku jak i optycznie). Po jego użyciu, makijaż zaczyna wyglądać gorzej dopiero po około 10 godzinach. Warto jednak zauważyć, że gorzej, nie znaczy źle, bo nawet po tym czasie nie uwidaczniają się suche skórki, kosmetyk nie wchodzi w zmarszczki a ja się nie świecę (nie wiem jednak jak sprawdzi się w przypadku skóry tłustej, moja ostatnio oscyluje pod tym względem gdzieś pomiędzy cerą mieszaną a suchą - generalnie ruski cyrk xD). Po tym czasie zdarza mu się uwidocznić pory na nosie, gdzieniegdzie delikatnie wytrzeć (dobrze znosi poprawki), ale nawet pod koniec dnia wygląda na twarzy przyzwoicie. Co ważne, puder ten nie wysusza mojej bardzo kapryśnej ostatnio skóry, nie podrażnia jej w żaden sposób, nie prowokuje powstawania niedoskonałości, nie warzy się i nie powoduje "efektu maski". Brawo! 
TonyMoly Cats Wink Clear Pact
Podsumowując, chyba pierwszy raz zdarzyło mi się, że kosmetyk kupiony tylko dla ładnego opakowania okazał się u mnie strzałem w dziesiątkę :) Jakiś czas temu zużyłam jedno opakowanie w kolorze nr1, teraz używam odcienia nr2 otrzymanego od Interendo, a w kolejce na zimę, czeka na mnie jeszcze jeden jaśniejszy ;) W sumie ostatnio to naprawdę jeden z moich ulubionych pudrów, a w dodatku gdzie go nie wyjmę, wywołuje on zainteresowanie koleżanek :P Jego koszt wynosi w tym momencie na Jolse 7.66$, czyli około 28.50zł a jestem z niego bardziej zadowolona, niż np. z Diora xD
Miałyście już może styczność z tym produktem? Kupujecie czasem kosmetyki tylko z powodu ładnego opakowania? Skusiłby Was taki koci puder? Dajcie koniecznie znać! :)

piątek, 13 lipca 2018

Laneige Fresh Calming Balancing Serum, czyli o tym czy liczi koi słów kilka

Jak pewnie dobrze wiecie, ostatnio ciągle zmagam się z rumieniem i zaczerwienieniami na twarzy, pieszczotliwie nazywanymi przeze mnie "buraczkiem" xD Jak to w życiu bywa, raz jest z nim lepiej, raz gorzej, czasami dokucza mi bardziej, czasami mniej, ale ogólnie rzecz biorąc, zauważyłam, że kluczową rolę w tej materii, gra odpowiednia pielęgnacja (biorę też leki, które mają między innymi sprawić, że się uspokoi, ale po większej zmianie na początku namiastka problemu i tak pozostała). W związku z tym, od jakiegoś czasu namiętnie testuję wszystkie kosmetyki kojące, uspokajające i zmniejszające zaczerwienienia. Podczas tejże akcji, trafiło do mnie z Jolse Laneige Fresh Calming Balancing Serum. Jak się ono u mnie sprawdziło? Czy pomogło mi zniwelować mojego buraczka choć trochę? A może zrobiło przy okazji coś jeszcze? Same zobaczcie! :)
Laneige Fresh Calming Balancing Serum
Laneige Fresh Calming Balancing Serum znajduje się plastikowym, ale bardzo eleganckim opakowaniu z pompką. Jak na europejskie standardy, produkt ten jest naprawdę duży, wszak wewnątrz znajdziemy aż 80ml produktu, ważnego przez rok od otwarcia :) Sam aplikator działa bez zarzutu. Pompka nie strzela, ma ciekawy design i łatwo dzięki niej wydostać z butelki odpowiednią ilość kosmetyku. Ja w zależności od ilości warstw, które nakładam, zużywam na twarz od dwóch do czterech a nawet pięciu pompek (tak, czasem mam "tydzień lenia" i wtedy nakładam więcej jednego produktu xD).
Laneige Fresh Calming Balancing Serum
Z racji tego, że akurat mamy sezon na pyłki, mój zakatarzony nos nie wyczuwa w tym serum żadnego aromatu, choć kojarzy mi się, że gdy je otworzyłam, wydawało mi się, iż czuć w nim delikatną słodycz owoców. Konsystencja produktu, to bardzo lubiana przeze mnie "gęsta woda" :P Serum jest stosunkowo rzadkie i lejące, ale nie sprawia to problemów podczas nakładania. Kosmetyk również bardzo szybko się wchłania. Na mojej stosunkowo suchej ostatnio cerze, cera jest matowa po około kwadransie od nałożenia. Serum Laneige sprawdza się zatem świetnie zarówno pod makijaż, jak i podczas wieczornej rutyny pielęgnacyjnej ;)
Laneige Fresh Calming Balancing Serum
Samo Laneige Fresh Calming Balancing Serum przeznaczone jest dla osób około 25 roku życia ze skórą mieszaną lub tłustą. Ma ono za zadanie nawilżać, odświeżać, koić i łagodzić dzięki ekstraktowi z liczi oraz wody morskiej. Z racji tego, iż nie jest ono w tym momencie do końca dopasowane do mojego typu cery, wspomagałam się dodatkowo kremem nawilżającym, choć oczywiście serum to, przeszło około tygodniowe testy, w czasie których było moim jedynym produktem pielęgnacyjnym.
Laneige Fresh Calming Balancing Serum
Co więc mogę powiedzieć na temat jego działania? Początkowo sądziłam, że trafiłam jak kulą w płot, bo miałam wrażenie, że naprawdę niewiele robi. A że nie lubię marnować kosmetyków, to miziałam się nim dalej, nie widząc większych efektów. Jednak któregoś dnia wstałam rano, popatrzyłam w lustro i zdałam sobie sprawę, że mojego rumienia NIE MA! Pamiętam, że byłam wtedy tak zadowolona, że nawet wrzuciłam Wam wieczorem na swój instagram zdjęcie w piżamie i bez makijażu xD W tej materii naprawdę mi pomogło i nie mam mu nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o odświeżenie i łagodzenie, które obiecał producent, również jestem na tak. Niestety nawilżenie dla mnie nie jest zbyt silne i zdecydowanie lepiej sprawdzało mi się ono w duecie z jakimś dobrym kremem nawadniającym, ale od biedy, albo w upały dawało sobie radę także solo. Z resztą nie należy zapominać, że to jednak produkt dedykowany skórze mieszanej w kierunku tłustej ;) Mimo wszystko za to, co zrobił z moim "buraczkiem" ma u mnie duży plus! ;) Wprawdzie nadal zdarzają mi się "gorsze dni", ale naprawdę nie jest już tak źle jak kiedyś :) Koszt serum to 26.49$.
A czy Wy macie jakieś sprawdzone produkty w walce z rumieniem na twarzy? Lubicie kosmetyki Laneige? A może nie miałyście jeszcze styczności z tą marką? Dajcie koniecznie znać! :)

poniedziałek, 9 lipca 2018

Shinybox 6 Years Together - miało być tak pięknie?

Od czasu, kiedy pierwsze pudełka Shinybox trafiły do klientek, w czerwcu minęło dokładnie 6 lat. Czyli sporo ;) Szczerze przyznam, że w związku z tym, wiele po pudełku urodzinowym oczekiwałam. Gdy do mnie doszło (a były jakieś opóźnienia w związku z brakiem jednego z produktów), postanowiłam trochę ochłonąć, potestować to, co dostałam i dopiero wydać swoją opinię, więc pewnie robię to jako jedna z ostatnich. Czy urodzinowy Shinybox 6 Years Together skradł moje serce? A może było wręcz przeciwnie? Albo może znów było średnio, jak to zdarza się najczęściej? Zapraszam do lektury!
Shinybox 6 Years Together
Całość zapakowano w porządny kartonik, do którego powrócono po bodajże roku. Dla mnie to duży plus, bo tamte pudełka właściwie tylko wyrzucałam, bądź pakowałam w nie przesyłki, a te z chęcią zostawiam do przechowywania jakichś drobiazgów. Tym razem może grafika nie powala na kolana, ale mimo wszystko jest radośnie, przyjemnie i urodzinowo ;) Rzecz gustu :)
Shinybox 6 Years Together
Pierwsza rzecz, którą znalazłam w czerwcowym pudełku, to Balsam do Ust w Sztyfcie Sun Fun Delia SPF 25. Na dobrą sprawę, pomadka z filtrem była w pudełku dwa lub trzy miesiące temu. Tamta jednak miała jakąś wyjątkowo krótką datę ważności, więc ta z pewnością mi się przyda, szczególnie że słońca unikam ostatnio dość mocno Jej cena to ok. 7zł. Drugim kosmetykiem z pokrewnej kategorii jest Bell Hypoalergenic Intense Colour Moisturizing Lipstick. O ile naprawdę podoba mi się sam ten produkt, to zupełnie nie odpowiada mi ten ciemny odcień czerwieni, który do mnie trafił. Nie mogę przekonać się do takich kolorów na ustach, źle się w nich czuję i nie będę się zmuszała do używania jej... Na pewno oddam kredkę Bell komuś w prezencie ;) Bardzo żałuję, że nie trafił mi się jakiś bardziej neutralny kolor, a od biedy choćby fuksja... Jej cena to 16.99zł. Dość ciekawym gadżetem kosmetycznym, który znalazł się wewnątrz boxa, są Płatki Kosmetyczne Wielokrotnego Użytku Loffme. Wypróbowałam je, ogólnie rzecz biorąc zamysł jest fajny, ale chyba jestem za leniwa na codzienne pranie Beauty Blendera, Glov i jeszcze płatków kosmetycznych. Przeglądając jednak stronę internetową tej marki, wpadły mi w oko specjalne ręczniczki do twarzy. Trochę szkoda, że to nie one znalazły się w tym pudełku ;) Cena wacików to 19zł.
Shinybox 6 Years Together
Kolejnym kosmetykiem, który znalazł się w urodzinowym boxie, jest Live Colour Spray Schwarzkopf. W pierwszej chwili ucieszyłam się, że trafiłam na niebieski kolor, jednak mój zapał opadł już po pierwszym użyciu... Na moich ciemnych włosach za grosz nie było go widać xD Jakiś czas temu miałam ten produkt w odcieniu czerwonym z innego pudełka Shiny.  Zawiozłam go wtedy mojej ulubionej blondyneczce - siostrzenicy Zosi, która miała wielką radochę z kolorowej czupryny. Ten spray pewnie podzieli los wcześniejszego :P Żałuję, że nie dostałam dodawanego do boxów wymiennie suchego olejku do włosów... Koszt tego spray'u to 26.99zł.  Drugim kosmetykiem do włosów, który znalazł się w pudełku, to Szampon do Włosów Nutka (produkt Premium), a  do mnie trafiła wersja regulująca wydzielanie sebum. I wszystko byłoby pięknie, bo marka jest ciekawa, naturalna, szampon ma ładny zapach i chyba przyzwoity skład, ale ja ostatnio używam tylko szamponu do mycia skóry chorej na łuszczycę, więc ten pewnie wykorzysta mąż lub mama... Szkoda :/ Wolałabym już mydło w płynie albo płyn do higieny intymnej :( Jego cena to 12.99zł. Apropos mydeł... Wewnątrz boxa znalazło się też Mydło Antybakteryjne Clean Hands "owoce tropikalne". Zapachniło ono ładnie całe pudełko, ale niezbyt używam mydeł w kostce... Nie wiem, oddam je może babci xD Cena? 2.49zł.
Shinybox 6 Years Together
Od marki Efektima dostałyśmy do testów Claryfing Mask, czyli Glinkową Maskę Oczyszczającą. Ma ona za zadanie głównie niwelować niedoskonałości, oczyszczać i usuwać nadmiar sebum, więc przy mojej naczyniowej cerze, która ostatnio jest też dość wrażliwa, chyba lepiej ją sobie odpuszczę i oddam mężowi. Akurat idealnie wpisuje się w jego typ skóry. Koszt maseczki to 2.28zł. Obok niej widać próbkę Serum do Twarzy dla Cery Dojrzałej Biały Jeleń. Ostatnim już produktem, który znajduje się w podstawowej wersji jest Krem do Twarzy z Filtrem SPF50 Kueshi. Ogólnie rzecz biorąc - filtry zawsze w cenie i mimo iż nie jadę na wakacje za granicę, to pewnie wykorzystam go do ciała, bo na twarz wydaje mi się za ciężki ;) A na tarasie nad jeziorem pewnie zda egzamin ;) Jego koszt to 63zł. Prawdopodobnie prezentem dla ambasadorek był Krem Zwężający Pory "Matowienie i Równowaga" Efektima, ale przy mojej naczyniowej i wrażliwej cerze raczej nie znajdzie zastosowania :( W związku z tym też zapewne poleci dalej w świat...
Ostatnim produktem, który znalazłam w swojej paczce, jest Woda Kokosowa Dr Coco. Te z Was, które mnie znają, zapewne wiedzą, że moje upodobania kulinarne są co najmniej dziwaczne. Oczywiście woda ta mi nie smakowała, ale przechwycił ją mąż i był całkiem zadowolony, więc w sumie miło, że coś takiego pojawiło się wewnątrz. Jej cena to 4.99 i była ona dołączana tylko do pudełek w wersji Premium. Najciekawsza była oczywiście wersja Vip, do której były dołączane dwa dodatkowe produkty: jeden dla kobiet w ciąży i po ciąży Efektima, a drugi do twarzy: krem Tria lub serum Aube, które bardzo, bardzo chciałam wypróbować :/ szkoda, że u mnie go nie było...
Gdybym miała oceniać to pudełko czysto subiektywnie, to tym razem naprawdę mi się nie podoba... Niedopasowany krem, niewidoczny niebieski spray, szampon, którego nie mogę użyć ze względu na chorobę skóry głowy, maseczka z glinką nie dla mojej cery, mydło przesuszające mi dłonie, bordowa pomadka, w której źle się czuję i woda kokosowa, która mi nie smakowała... Od biedy można uznać, że ciekawe są płatki Loffi (choć wolałabym ręczniczek) a użyję zapewne tylko pomadki i kremu z filtrem :( Szkoda, bo liczyłam na fajerwerki, a czuję się zawiedziona. Macie urodzinowego Shinyboxa? Może Wam przypadł do gustu? Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 3 lipca 2018

Skinfood Watery Berry Gel Cream, czyli o świetnym, lekkim kremie nawilżającym na lato

Pewnie od dawna dobrze o tym wiecie, ale powtórzę to jeszcze raz. Bardzo lubię kremy do twarzy o konsystencji żelu i zdecydowanie najchętniej takowych używam. Właśnie ich popularność popchnęła mnie dawno temu w kierunku kosmetyków z Korei Południowej, a potem z Japonii. Na przestrzeni tych wszystkich lat, wiele razy gościły u mnie produkty niezbyt wyszukanej oraz nie kosztującej milionów marki Skinfood. W związku z dobrymi doświadczeniami związanymi z tą firmą i faktem, iż mój ukochany krem Skinfood Facial Water Vita C został wycofany z produkcji, zdecydowałam się wypróbować coś, co trochę mi go przypominało... I tym sposobem wylądował u mnie Skinfood Watery Berry Gel Cream. Czy spisał się u mnie tak samo dobrze, jak poprzednie kremy tej marki? Zapraszam do lektury!
Skinfood Watery Berry Gel Cream
Krem - żel znajduje się w eleganckim, plastikowym słoiczku z fuksjową nakrętką. W pierwszej chwili myślałam, iż wykonano ją z metalu, ale nie - to chyba także jakieś tworzywo sztuczne, ale jest ono bardzo wygodne w użyciu. Całość zawiera 63ml produktu i o ile dobrze pamiętam jest ważna rok od otwarcia (wcięło mi angielską wlepkę). Jedyny minus jakiego doszukałam się w przypadku opakowania, to fakt, iż nie dołączono do niego żadnej łopatki, ale szczerze powiedziawszy - mnie nie są one niezbędne do życia ;) Sam krem ma białą barwę i pięknie pachnie owocami, co naprawdę umila proces nakładania. Fantastyczna żelowa konsystencja gładko sunie po skórze, a dodatkowo w kontakcie z nią, krem staje się jeszcze bardziej wodnisty. Po nałożeniu na twarz, kosmetyk bardzo szybko się wchłania, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu. Po kilku godzinach Watery Berry Gel Cream wchłania się u mnie do całkowitego matu ;)
Skinfood Watery Berry Gel Cream
Co ważne, produkt ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb czy pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać makijaż praktycznie od razu, bez niepotrzebnego czekania aż krem się wchłonie (wiadomo, często rano każda minuta jest na wagę złota ;)). Wydajność kosmetyku po zastanowieniu oceniłabym jako średnią. W pierwszej chwili pomyślałam, że tak naprawdę starczył mi na trochę ponad miesiąc, ale z drugiej strony katowałam go niemal każdego dnia po dwa razy, smarując twarz, szyję oraz dekolt (a często także dłonie xD), podkradał mi go namiętnie mąż (i co ważne - dobrze sprawdził się on w przypadku jego tłustej cery jednocześnie nie zapychając jej) oraz kilka razy dałam go do wypróbowania mamie. Więc po ponownym przemyśleniu sprawy - chyba jednak nie jest tak źle ;)
Skinfood Watery Berry Gel Cream
Jak zatem z najważniejszym, czyli z działaniem owego specyfiku? Jestem z niego bardzo zadowolona, zdecydowanie się polubiliśmy i z pewnością jeszcze do niego wrócę ;) Nie wiem, co w tym jest, ale moja skóra lubi kremy tej marki, często bardziej niż droższe pozycje ;) Watery Berry Gel Cream bardzo ładnie nawilżył moją twarz, przez co zmarszczki stały się mniej widoczne, a cera jest jędrna, nawodniona i sprężysta. Co dla mnie ważne - całkiem dobrze łagodził pieczenie oraz rumień na policzkach, a także radził sobie z moimi kapryśnymi ostatnio naczyniami. Ja zdecydowanie jestem na tak! Szczególnie jeśli szukacie kremu na te cieplejsze pory roku :)
Krem Skinfood Watery Berry Gel Cream w tym momencie kosztuje na Jolse 16.63$, co daje nam przy dzisiejszym kursie kwotę około 63zł. Znacie może produkty tej marki? Miałyście okazję testować któryś z nich? A może zainteresowała Was ta propozycja? :) Czy też jesteście fankami tego typu konsystencji? Dajcie koniecznie znać! ;)