czwartek, 18 lipca 2019

Pielęgnacja skóry problematycznej z marką iUNIK

Jak zapewne wszyscy dobrze wiedzą, na stan cery wpływają nie tylko produkty, które stosujemy w pielęgnacji naszej skóry, ale także dieta, woda, używki, ilość snu, a także stan naszego zdrowia i zażywane leki. W moim przypadku, właśnie z tym ostatnim był problem :P Rok temu w kwietniu, dostałam od reumatologa nowe cudo, które znacząco poprawiło stan mojego organizmu, ale za to pięknie zmieniło moją cerę z wrażliwej oraz skłonnej do odwodnienia, w niemalże trądzikową :D W czerwcu jednak, zmodyfikowano mi leczenie i wydaje mi się, że powoli wraca ona do "normy" (czyli zostały moje ukochane naczynka i "buraczek"). Co w towarzyszyło mi na ostatniej prostej w przygodzie z poprzednimi tabletkami? Trio marki iUNIK :) Jak spisało się na niełatwym gruncie, którym jest cera skłonna do zanieczyszczeń, wysuszenia i z rozszerzonymi naczyniami? Same przeczytajcie! ;) I trzymajcie kciuki, żeby lekarka w październiku nie zmieniła zdania i nie chciała wrócić już do tego medykamentu :P
iunik tea tree centella
Seria do cery problematycznej marki iUNIK, składa się z kilku produktów. Pierwszy z nich, Centella Calming Cream Gel, doczekał się już nawet osobnej recenzji ;) I to właśnie on zachęcił mnie do wypróbowania reszty linii. Bazuje ona głównie na zielonej herbacie, oraz bardzo popularnej ostatnimi czasy wąkrocie azjatyckiej (czyli właśnie wyżej wspomnianej centella asiatica).
iUNIK Centella Bubble Cleansing Foam
Pierwszym produktem z dziś recenzowanych, który miałam okazję używać w swojej codziennej rutynie, za każdym razem była pianka iUNIK Centella Bubble Cleansing Foam. Znajduje się ona w przyjemnej dla oka butelce, która dzielnie trzyma się przez cały okres użytkowania i bez uszczerbku przetrwała kilka podróży. Zawiera ona 150ml stosunkowo wydajnego produktu. Według obietnic producenta, ma ona także przyjazne dla skóry pH i zawiera aż 69% wąkrotki. Dozownik wypluwa nam na rękę elegancką, gęstą pianę, której aż chce się używać :)  Jaki ma zapach? Bardzo delikatny, zielony i naprawdę przyjemny! Pianka ta bardzo ładnie oczyszcza twarz z pozostałości olejku i makijażu oraz rano po wstaniu z łóżka. Nie pozostawia także po sobie uczucia ściągnięcia, ani wysuszenia, a twarz nie jest zaczerwieniona. Dodatkowo nie szczypie w oczy :D Ja z chęcią bym do niej wróciła i bardzo Wam ją polecam :) Jej cena wynosi 15.29$.
iUNIK Tea Tree Relief Toner
iUNIK Tea Tree Relief Toner znajduje się w plastikowej, przezroczystej butelce, zawierającej 200ml produktu, ważnego 12 miesięcy od otwarcia. Posiada ona wygodny dozownik, oraz dobrze sprawuje się w trakcie użytkowania. Ja w zależności od humoru, czasami stosuję go z butelki z atomizerem, a czasami używam wacików. Składa się on z 67% drzewa herbacianego i 20% centelli asiatica, oraz zawiera także niacynamid i adenozynę. Mimo tego, iż producent obiecywał żelową konsystencję, dla mnie to zwykły płyn ;) Aromat kosmetyku jest dla mnie podczas użytkowania prawie niewyczuwalny, choć z butelki leciutko czuć "zielone" nuty. W moją skórę tonik ten wnika do matu w kilka sekund. Genialnie sprawdza się zarówno na twarzy, szyi i dekolcie. Toner skutecznie przywraca skórze odpowiednie ph, odświeża, łagodzi, wygładza oraz dobrze przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych :) Przyzwoicie jak na tonik nawilża twarz, jednocześnie nie obciążając i nie zapychając jej. iUNIK Tea Tree Relief Toner znacząco przyspiesza także wchłanianie się w skórę innych kosmetyków, które po nim nakładamy :) Jego koszt to 18.70$.
I teraz pora na ostatni produkt z tej serii - iUNIK Tea Tree Relief Serum :) Umieszczono je w szklanej buteleczce z pipetą, która zawiera 50ml produktu i ważna jest 12 miesięcy od otwarcia. Całość jest estetyczna oraz wygodna, ale to zdecydowanie nic ekstra ;)  Serum zawiera 67% wody z drzewa herbacianego i 19,5% wody liściastej asiatica, która uspokaja, łagodzi, a także nawilża skórę. Wewnątrz buteleczki znajduje się zielony płyn o delikatnej, żelowo - wodnej (totalnie niewydajnej) konsystencji, która w moją skórę również wchłania się bardzo szybko. Nie pozostawia po sobie uczucia kleistości (choć minimalnie czuć je na twarzy). Przejdźmy jednak do działania. Osoby ze skórą tłustą może faktycznie mogłyby je polubić, ale ja mam wrażenie, że ten punkt pielęgnacji ani mi nie pomógł, ani nie zaszkodził. Może serum faktycznie sprawiało, że skóra była bardziej uspokojona, jaśniejsza, a rumień mniejszy, ale poza tym, nie jestem w stanie przypisać mu ani grama nawilżenia, zmniejszenia zmian zapalnych oraz niezapalnych, tudzież żadnych innych zasług. A wspominanie przez producenta o jego właściwościach przeciwzmarszczkowych to bujda na resorach :D Zdecydowanie bardziej, przypadł mi do gustu krem, do którego link znajdziecie na początku recenzji. Cena serum to 17$.
Podsumowując calusieńką serię - polubiłam się z kremem, chętnie po raz kolejny kupię piankę do mycia twarzy i dobrze sprawdził się u mnie tonik, ale serum właściwie mogłoby nie istnieć, wszak po prostu nic nie robi :D Jeśli więc macie ochotę zrobić zakupy, wszystkie produkty znajdziecie na zupełnie nowej stronie Jolse. Widziałyście już jej ostatnią odsłonę?
Znacie markę iUNIK? Macie wśród ich oferty jakichś swoich ulubieńców? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 12 lipca 2019

Deborah Dress Me Perfect Loose Powder, czyli fotoshop w pudrze

Jak zapewne wiecie, bardzo długo nie mogłam przekonać się do sypanych pudrów. Dlaczego? Wiecznie miałam problem z ich nakładaniem, wszak dla mnie użycie rano produktu tego typu oznaczało "masz obsypane spodnie i pół pokoju gratis". Gdy już opracowałam sobie na nie własny sposób, okazało się, że trafiłam wśród nich na kilka perełek. Jedną z nich jest Deborah Dress Me Perfect Loose Powder nr 0, który dostałam od Basi :) Czym mnie urzekł? Same przeczytajcie!
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Puder znajdujemy w plastikowym opakowaniu z sitkiem, które zawiera 25g i jest ważne 2 lata od otwarcia. Według mnie, właśnie ono jest najsłabszym punktem tego produktu. Pudełeczko wykonano z cienkiego, podatnego na ryski plastiku, które też dość ciężko się zakręca (coś jakby gwint nie do końca do siebie pasował), a jednocześnie samo bardzo łatwo się odkręca :P Taki paradoks. Irytujące jest też to, że naprawdę dbam o swoje kosmetyki, a jego wieczko wygląda już jak po wojnie, co dobrze ilustruje kolejne zdjęcie ;) Sitko jest plastikowe, klasyczne. Ja jestem zwolenniczką tych wykonanych z siateczki, ale i to udało mi się okiełznać, więc finalnie powiedzmy, że wszystko mi już jedno ;)
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder występuje w dwóch kolorach do wyboru (biały i beżowy). Ja posiadam ten nr 0. W opakowaniu przybiera on typowy, biały odcień, ale po nałożeniu na twarz nadaje jej lekko chłodną poświatę. Warto zauważyć, że on nie bieli. Posiada też bardzo delikatne, malusieńkie drobinki, które najpierw uznałam za jego wadę, ale potem paradoksalnie okazały się największą zaletą ;) Wykończenie, jakie serwuje nam puder, to coś pomiędzy satyną, a matem, delikatnie okraszone od czasu do czasu pojawiającą się subtelną mini drobinką. Zapach kosmetyku, jest typowo kwiatowy i dość ciężki, ale ja już na tyle się do niego przyzwyczaiłam, że nie czuję go nawet podczas aplikacji ;) 
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder nakładam na twarz puszkiem. Przy takim stosowaniu, na szczęście nie pyli on zbyt mocno. Kosmetyk wklepany w rozsądnej ilości, zapewnia mi delikatny, satynowy mat, dobrą trwałość i piękne wygładzenie (cera jest gładsza zarówno w dotyku jak i optycznie). Po jego użyciu, makijaż zaczyna wyglądać gorzej dopiero po około 10 godzinach. Jednak nawet po tym czasie nie uwidaczniają się suche skórki, makeup nie wchodzi w zmarszczki a ja się nie świecę (w złym tego słowa znaczeniu). Puder Deborah bardzo dobrze znosi też poprawki, które zdarza mi się wykonywać wokół mojego wiecznie zasmarkanego nosa ;) Co ważne, kosmetyk nie wysusza mojej bardzo kapryśnej ostatnio skóry, nie podrażnia jej w żaden sposób, nie prowokuje powstawania niedoskonałości, nie warzy się i nie powoduje "efektu maski". Po prostu geniusz! Dodatkowo świetnie nadaje się także pod oczy ;)
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Moim skromnym zdaniem, jest to jeden z lepszych pudrów, jakie możemy dostać w Rossmannie i zdecydowanie warto polować na niego podczas promocji. Poza tanio wyglądającym oraz szybko niszczącym się opakowaniem, nie mam mu właściwie nic do zarzucenia, wszak pięknie utrwala, ślicznie wygląda na twarzy, jest przyjemny w użytkowaniu i ma przyzwoitą cenę (regularna to bodajże coś koło 50zł). 
Znacie Deborah Dress Me Perfect Loose Powder? Co o nim myślicie? A może zachęciłam Was do zakupu? Dajcie koniecznie znać :)

poniedziałek, 8 lipca 2019

Mały powrót - czyli filtry na wakacjach :) It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block w akcji

Nie wiem jak Wam, ale mnie po urlopie wraca się do normalnego życia jakoś wyjątkowo trudno :) Zostawmy jednak to, co nieprzyjemne, wszak nasz pobyt w chorwackim Trogirze, to jedne z najlepszych wakacji na jakich byłam. Piękne miejsce, plaże, wspaniali właściciele apartamentu w którym mieszkaliśmy, stare miasto wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO i do tego my :D Jedyne na co mogłabym narzekać, to upał :P Zwiedzanie było trochę utrudnione, ale plażowanie i pływanie w taką pogodę sprawdzało się idealnie (polecam wszystkim płetwy! ;)). Przechodząc jednak do meritum - jak w 32 stopniach (lub więcej) uchronić się przed niechcianą opalenizną? I czy z pomocą  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block mi się to udało? Już Wam mówię!
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
Filtr  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block znajduje się w zwykłej, pomarańczowobiałej tubie "na klik", która nie jest szczególnie urodziwa, ale za to całkiem porządna. Przetrzymała bez uszczerbku dwutygodniowe noszenie na plażę w plecaku, kamyczki, wielokrotne zamykanie, otwieranie i ściskanie. Po tych wszystkich "przygodach" nie zeszły z niej nawet napisy :P Całość jak na azjatycki filtr jest stosunkowo duża, wszak wewnątrz opakowania znajdziemy aż 150ml. Dozownik był wygodny, a z wnętrza łatwo było wydostać odpowiednią ilość kosmetyku. Mimo tego, że opakowanie po prostu mi się nie podoba, nie sposób odmówić mu trwałości i funkcjonalności. Ochrona kremu  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block wynosi SPF 50 PA +++. Jest on przeznaczony do stosowania zarówno do twarzy jak i ciała oraz jest filtrem chemicznym.
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
Filtr  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block ma konsystencję lekkiej, białej emulsji, która bardzo łatwo rozsmarowuje się po skórze i jednocześnie bardzo szybko w nią wnika nie pozostawiając po sobie świecącej łuny. Jeśli nałożymy dokładnie przepisową ilość, wchłonie się w naszą skórę niemalże do matu (nie ma klejenia!). Był on na tyle niewyczuwalny, że chętnie smarował się nim także mój mąż. Zapach z kolei jest bardzo delikatny oraz świeży, właściwie niemalże niewyczuwalny. Co ważne - emulsja nie bieli skóry. Na swojej oczywiście bym tego nie zauważyła, ale mój Rafał też nie chodził "cały na biało". Używany na twarzy nie spowodował u żadnego z nas wysypu niedoskonałości ani żadnych niepokojących zmian. Nie stosowałam go pod makijaż, ale biorąc pod uwagę wchłanianie, oraz wykończenie, myślę że dobrze sprawdziłby się także w tej roli.
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block sprawdził się u nas bardzo dobrze. Był wyjątkowo przyjemny w użytkowaniu, a jednocześnie dobrze chronił skórę przed promieniami słonecznymi podczas kilkugodzinnej, codziennej ekspozycji. Stosowany był przez nas najpierw przed pójściem na plażę, a potem zazwyczaj reaplikowaliśmy go jedynie raz. Tym sposobem ja niemal się nie opaliłam, a mąż nie spalił (on był opalony już przed urlopem). Dodatkowo emulsja całkiem dobrze wytrzymała ciągły tryb "woda-plaża". Skąd wiem, że filtr jest skuteczny? Drugiego lub trzeciego dnia nierówno się nim posmarowałam, a po przyjściu do hotelu zauważyłam na dole pleców piekącą, czerwoną plamę :P Więcej nie popełniłam tego błędu i smarowałam się już dokładniej. Poza tym, złapałam jeszcze odrobinkę opalenizny na rękach i dekolcie podczas wieczornych wyjść "na zachód słońca", wszak wtedy nakładałam filtr już tylko na twarz i szyję ;) Ja z miłą chęcią ponownie zabrałabym go na urlop. Mój egzemplarz pochodzi z Jolse i kosztował bodajże około 12$, co przy tej wydajności oraz jakości wydaje mi się bardzo przyzwoitą kwotą.
A jaki jest Wasz ulubiony filtr do ciała? Jesteście w stanie polecić mi coś dobrego? :) Znacie markę It's Skin? A może macie wśród jej asortymentu jakieś swoje hity? Dajcie znać!

środa, 26 czerwca 2019

Czerwcowe nowości "na szybko" :D

W czerwcu starałam się jakoś szczególnie nie szaleć z zakupami, ale jednak poległam w sklepach kilka razy (jak to zwykle :P). Dodatkowo spływały do mnie z Azji zakupy poczynione jeszcze w maju, więc siłą rzeczy, odrobinę się tego wszystkiego nazbierało :) Zapraszam dziś głównie do oglądania zdjęć, które przygotowałam sobie jeszcze przed wyjazdem na urlop. Dziś piszę do Was z bardzo urokliwego Trogiru (Chorwacja), który możecie dokładniej obejrzeć na moim instagramie i facebooku :)
nowosci black liner
puder huda lovely highlighter golden rose nude
W czerwcu perfumeria Sephora obchodziła swoje dwudzieste urodziny. W związku z tym, przygotowała ona dla swoich klientów kilka niespodzianek, do których zaliczały się między innymi dni VIP, które obowiązywały na wszystkie marki dostępne w owym miejscu, nawet na te, które zazwyczaj do rabatu się "nie łapią". Zdecydowałam się więc na zachwalany wszem i wobec puder Huda Beauty Easy Bake Loose Powder w odcieniu Pound Cake. Mam nadzieję, że ja również będę z niego zadowolona :D Podczas spaceru po Manufakturze, wpadłam jeszcze do Golden Rose i zdecydowałam się nabyć Sheer Baked Powder Nude Look z limitowanej edycji. Co mnie do tego skłoniło? Tester! Po jego "pomacaniu" okazało się, że to kosmetyk na tyle uniwersalny, że nałożony w małej ilości pięknie rozświetli nam całą cerę, a w większej: pięknie podkreśli kości policzkowe :) Nie żałuję zakupu :D Ostatnim już nabytkiem z tego zdjęcia jest rozświetlacz w płynie Lovely Make Me Highlight nr1. Była dobra promocja a ja nie mam teraz żadnego tego typu produktu w płynie... Mam nadzieję, że to przyzwoite usprawiedliwienie xD
nacific hada labo
Jeszcze w maju, trafiłam z kolei na Jolse na świetną promocję produktów Nacific. Oczywiście nie mogłam przejść obok niej obojętnie i nabyłam drogą kupna przez internety Real Flora Toner Calendula, czyli bardzo ciekawy tonik nagietkowy z "farfoclami", który był bardzo dobrze na powyższej stronie oceniany przez klientki. Zobaczymy, czy moja twarz też go pokocha. Drugim produktem, jest Nacific Fresh Cica Plus Clear Serum. To nowość, więc poniekąd poczyniłam zakup w ciemno, ale z racji tego, że moja cera bardzo lubi kosmetyki z centellą, mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Ostatni już kosmetyk, który tu widzicie, to Hada Labo Shirojyun Premium Whitening Jelly Essence. Narobił mi na nią ochoty Kociamber i stwierdziłam, że generalnie bez tejże esencji moje życie będzie niepełne :D W związku z tym, nabyłam cudo mające formułę żelu, które może być stosowane nawet jako jednoetapowa pielęgnacja skóry. Zawiera ona kwas tranekstramowy, dwa rodzaje kwasu hialuronowego, witaminę C i E. Ponoć jest super, ale zobaczymy jak da sobie radę u mnie :)
Antybakteryjny tonik normalizacja `Level Hard` barwa Niacynamide zinc the ordinary
Celem rozjaśnienia plamy po pryszczu, kupiłam sobie także serum The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%. Finalnie jednak wcale go nie otworzyłam, bo poradziłam sobie z nieprzyjaciółmi za pomocą czegoś innego, ale i na nie kiedyś przyjdzie pora :) Od dawna byłam ciekawa produktów tejże marki, więc z chęcią zobaczę, o co tyle szumu. W Rossmannie zdecydowałam się także na zakup Antybakteryjnego Toniku Normalizacja Skin On "Level Hard" marki Barwa. Ponoć ma on całkiem niezły i interesujący skład, ale nie wiem czy to aby najlepszy wybór dla mojej cery. Zobaczę... Jeśli nie, oddam mężowi :P Albo upłynnię w inny sposób, wszak do drogich on nie należy ;)
pantene odżywki
Z racji tego, że skończyły mi się dokumentnie wszystkie produkty do pielęgnacji włosów (a to u mnie dość rzadka sytuacja), postanowiłam skorzystać z promocji w Rossmannie i kupić trzy odżywki marki Pantene Pro - V: Micellar Purify&Nourish, Hair Superfood oraz Lively Color. Kupiłam także Dwufazową Odżywkę w Spray'u Aqua Light. Liczę na to, że pomoże mi na elektryzowanie się włosów, jednocześnie nie obciążając czupryny :)
W czerwcu uzupełniłam także kosmetyczkę o mój ulubiony Vichy Deo Anti-Transpirant 48H, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Świetnie działa i nie podrażnia :) A zanim trafiło do mnie pierwsze opakowanie, ciągle miałam problem z tym drugim :P Dodatkowo nabyłam także za radą Interendo "coś z kwasem migdałowym" :) Padło na Pharmaceris T Sebo-Almond-Claris Oczyszczający Płyn Bakteriostatyczny. I nie powiem, moja skóra dawno nie była w tak dobrym stanie! Nie wiem tylko, czy to zasługa tego płynu, czy skutek odstawienia leków, które podejrzewałam o robienie jej "kuku" :P W Rossmannie wpadł mi w oko także niedrogi, a ładnie pachnący płyn do kąpieli Isana Orange Heaven :) Jak tylko zużyję ten który stosuję aktualnie, na bank wkroczy do akcji ;)
Tołpa see bloggers
Z kolei pamiątkami po See Bloggers, które zostały razem ze mną, jest kilka produktów marki Tołpa, która była sponsorem wydarzenia. Do mojego męża trafił Dermo Men Barber. Balsam-Żel do Twarzy z Zarostem i Brodą. Warto wspomnieć o tym, iż mimo że używa go krótko, to na razie jest zadowolony z efektów :) Poza tym, dostałam także Urban Garden. Enzymatyczny Peeling z Drobinkami do Rąk i Skórek, Maskę Dermo Face, Sebio. (maska-peeling-żel 4w1 korygująca niedoskonałości) oraz drugą maseczkę Dermo Face, Strefa T. (enzymatyczna maska z glinkami), której to jestem szczególnie ciekawa.
I to już wszystko tym razem :) Coś wpadło Wam w oko? Dajcie koniecznie znać i trzymajcie za mnie kciuki, abym zbytnio nie szalała w tutejszych DM'ach :P

wtorek, 18 czerwca 2019

Makijaż na wakacjach, czyli kosmetyczni ulubieńcy, którzy ze mną jadą

Makijaż na wakacjach to temat rzeka... Jedni się malują, inni nie, każdy ma swoje zdanie i robi jak mu odpowiada :) Ja wyznaję zasadę, że na plażę zabieram ze sobą tylko filtr i wodoodporny tusz do rzęs, ale na wieczorne wypady do miasta, wycieczki i spacery, lubię się umalować i ubrać lepiej niż w kostium kąpielowy oraz sukienkę o fasonie oversize :P Co więc postanowiłam ze sobą zabrać na najbliższe 2 tygodnie? Same zobaczcie z jakimi kosmetykami będę podbijać Chorwację! :P Znajdziecie tu same moje pewniaki, na których jeszcze ani razu się nie zawiodłam :)
missha cho bo yang tarte concealer
Missha Cho Bo Yang jest ze mną krótko, ale pokochałam ją praktycznie od razu. Krem BB ma śliczne wykończenie, eleganckie opakowanie, dobrze kryje oraz co najważniejsze - jest trwały! Ogólnie rzecz biorąc świetnie dogaduje się z moją cerą i z pewnością zasłużył na to, aby jechać ze mną ;) Jeśli chcecie wiedzieć więcej, jego recenzję znajdziecie tutaj. Korektor, który zdecydowałam się włożyć do mojej wakacyjnej kosmetyczki, to Tarte Shape Tape. Nie jest to produkt idealny, ale na tyle dobry, iż wiem, że nie zepsuje mi humoru swoimi fochami a dodatkowo działa przyzwoicie na wielu polach. Pomoże skutecznie zakryć zarówno cienie pod oczami, jak i nowego nieprzyjaciela na środku czoła :D Recenzję przeczytacie w tym miejscu i choć napisałam tam, że drugiej sztuki nie kupię, to jednak stało się inaczej, wszak trudno znaleźć mi coś lepszego o podobnym działaniu.
Hean Fixer Spray Deborah loose powder
Na pewno wiele z was to zna... Zwiedzanie, spacery do późna, spora wilgotność nad wodą... Czasem makijaż wypadałoby więc utrwalić ;) Moim ulubieńcem w tej dziedzinie, jest ostatnio Hean High Definition Fixer Spray :) Jest łatwo dostępny, niedrogi i naprawdę sprawia, że makijaż wytrzyma cały dzień i noc bez poprawek (u mnie w rodzinie bywają takie wesela - ślub o 14:00 a impreza do rana :P). Zdecydowanie polecam! Puder, który jedzie ze mną to Deborah Dress Me Perfect Loose Powder. Dostałam go jakiś miesiąc temu od Basi i pokochałam od pierwszego użycia. Nadaje twarzy pięknego, zdrowego blasku, wygląda świeżo oraz naturalnie, ale jednocześnie ładnie utrwala podkład. Myślę, że pokuszę się o napisanie temu produktowi recenzji, wszak na pewno na nią zasłużył ;)
My secret face Illumitator powder lily lolo honolulu
A teraz pora na duet do konturowania twarzy :) Od dawna mój ukochany bronzer to Lily Lolo Pressed Bronzer w odcieniu Honolulu. Jest dość ciemny, ale jeśli dobrze z nim popracujecie, świetnie sprawdzi się nawet przy najjaśniejszych karnacjach. Trwa on na twarzy calusieńki dzień, jest całkowicie matowy i świetnie komponuje się z chłodną karnacją. Będę płakać jak się skończy i pewnie kupię go po raz kolejny :P Z kolei rozświetlacz, to pewnie wszystkim dobrze znany i tani jak barszcz My Secret Face Illuminator Powder. Tworzy on śliczną taflę, jest bardzo trwały, pięknie wygląda w połączeniu z powyższym bronzerem i idealnie pasuje do mojej karnacji. To już drugie opakowanie, które gości w mojej kosmetyczce ;) Sprawdza się od kilku lat, więc na pewno da radę również na urlopie! ;)
Golden rose puder do brwi tusz fasio loreal lash telescopic affect m 1039
Specjalistą od podkreślania moich brwi, od wielu sezonów jest Golden Rose Eyebrow Powder nr 107, więc to naturalna kolej rzeczy, iż ten kolega jedzie ze mną ;) Jeśli lubicie modelować brwi cieniami, naprawdę warto go wypróbować! W kwestii tuszy do rzęs, postawiłam na wodoodporny Fasio Volume, który sprezentowała mi Interendo (trzech godzin w basenie nie wytrzymał, ale w morzu pływam w okularach i krócej więc pewnie da radę) oraz mojego starego ulubieńca - L'oreal False Lash Telescopic. Pięknie rozczesuje on rzęsy, wydłuża, jest trwały i nie osypuje się nawet po całym dniu. Tutaj przeczytacie pełną recenzję ;) I ostatnia rzecz z tego zdjęcia - bazowy cień do powiek! Jeśli tak jak ja, jesteście bladziochami o chłodny podtonie, zwróćcie uwagę na cień Affect M-1039. Świetnie się rozciera, jest genialnie napigmentowany i trwa na powiekach calusieńki dzień :) Bardzo polecam, idealnie wygląda z kreską!
smashbox 24 hour photo finish shadow primer eveline precise brush liner bbi@ gel eyeliner
Kontynuując tematykę makijażu oka,  postanowiłam zabrać ze sobą również niezawodną bazę pod cienie Smashbox 24Hour Photo Finish Shadow Primer. Nie należy ona do tanich, ale za to jest bardzo wydajna oraz sprawia, że każdy cień wygląda na naszej powiece naprawdę świetnie i to przez naprawdę długi czas. Wysoką cenę wynagradza też wyjątkowo wysoka wydajność produktu ;) W kwestii eyelinera, postawiłam na Eveline Precise Brush Primer. Ma on piękny odcień czerni, jest trwały, łatwo namalować nim kreskę w każdych warunkach (udało mi się nawet gdy trzylatka ciągnęła mnie za rękaw krzycząc: "ciocia, ja też chcę!" :D) oraz ma bardzo przystępną cenę. Jeśli poczułyście się zainteresowane, więcej na jego temat możecie przeczytać tu. Ostatnim już kosmetykiem do oczu, jest czarna kredka BBi@ Last Auto Gel Eyeliner. Używam jej do malowania linii wodnej i jako jedyna trwa na niej aż do demakijażu. Tak, wiem że to zmniejsza oko, ale zdarzyło mi się już, że ludzie oraz Wy same pytałyście czy mam wytrzeszcz, więc absolutnie się tym nie przejmuję xD (no i akurat tarczycę mam zdrową :P) Jeśli szukacie trwałej kredki na linię wodną - kupujcie! :D Wydaje mi się, że marka w swojej ofercie ma także cielistą wersję.
YSL Rouge Volpute Shine Mac Candy Yum Yum Modesty
W kwestii pomadek, postawiłam z kolei na klasykę z nutką szaleństwa. Co to znaczy? W moim wykonaniu - postanowiłam zabrać ze sobą pewne niezawodne trio. Zacznijmy zatem od szaleństwa :D Mac Candy Yum Yum to idealna matowa pomadka o bardzo chłodnym odcieniu fuksji, której wyjątkowo lubię używać. Jest trwała, nie wysusza ust i "robi cały makijaż". Jej po prostu nie może zabraknąć w mojej wakacyjnej kosmetyczce :D Do tego klasyka - kryjąca szminka Mac Modesty w  moim ulubionym wykończeniu cremesheen na pewno przyda mi się gdy będę chciała mocniej podkreślić oko. A z kolei gdy zapragnę efektu "my lips but better", postawię na lekko przejrzystą pomadkę Yves Saint Laurent Rouge Volpute Shine nr 8Tu znajdziecie recenzję niemalże identycznego odcienia, który jest tak samo genialny jak ten powyżej :) Z resztą wszystkie te trzy pomadki są naprawdę godne polecenia ;)
I to już wszystko, co planuję zabrać. Czy to dużo, czy mało - pewnie każdy oceni według swoich standardów. Mnie jednak wystarczy to zarówno do stworzenia lekkiego makeupu na wycieczkę lub spacer, jak i czegoś bardziej zwracającego uwagę :) Nie lecimy samolotem, więc można napakować do bagażnika czego dusza zapragnie :P Ja tym razem kupiłam sobie nawet płetwy :D

P.S. Nie wiem, czy uda mi się coś stworzyć jeszcze przed wyjazdem, wszak mam masę prania i jeszcze więcej pakowania :D Dodatkowo jeśli się nie uda,  nie wiem czy starczy mi samozaparcia, by napisać coś podczas wyjazdu, ale mimo wszystko zabieram ze sobą laptopa ;) Jeśli by Wam mnie brakowało, zapraszam na mój facebook i instagram. Tam na pewno będzie się działo :) W domu będę pewnie 4 lipca :) Buziaki! ;* 

środa, 12 czerwca 2019

Missha Cho Bo Yang, czyli o kolejnym dobrym kremie BB słów kilka

Nie wiem jak Was, ale mimo tego, że jak jest lato, to musi być ciepło, mnie te afrykańskie upały chyba przestały bawić :/ Co innego na urlopie, nad wodą (do której w każdej chwili można wejść i popływać), a co innego w miejskiej dżungli :P Dziś nawet nie chciało mi się wyjść z domu, a wczoraj ledwo przeżyłam powrót od okulisty :D Ja jako dziecko z grudnia, chyba już wolę ten mróz :D Przechodząc jednak do meritum... Jeszcze podczas wiosennej aury, zaczęłam używać nowego kremu BB Missha Cho Bo Yang i po przetestowaniu go także w upale, przychodzę do Was z moją opinią na jego temat ;) Jak się sprawdził? Zapraszam do lektury!
missha cho bo yang
Krem BB Missha Cho Bo Yang umieszczono w brązowo - złotej tubie, zawierającej 50ml kosmetyku, który powinniśmy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia. Mimo takiej formy opakowania (nie wiem jak Wam, ale mnie tubki kojarzą się "tanio") całość wygląda naprawdę elegancko i myślę, że powinna zadowolić niejedną srokę. Do tuby dołączona jest także pompka, która również działa bez zarzutu :) Nie strzela i możemy wycisnąć dokładnie tyle produktu, ile sobie zamarzymy :P Krem BB Missha Cho Bo Yang zawiera orientalne ziołowe składniki (dziki koreański żeń - szeń, kordyceps chiński i czyste złoto), które czynią skórę gładką, jasną oraz promienną. Zawiera filtr SPF 30 PA ++, czyli jak na moje standardy - mogłoby być lepiej, mimo że i tak pod spód używam zawsze zwykłego filtra.
Missha Cho Bo Yang 21
Zapach kremu Missha Cho Bo Yang czuć jedynie podczas aplikacji i jest on świeży, lekko kwiatowy, przyjemny, ale też bardzo delikatny. Co z kolorem? Według mnie nr 21 to zdecydowanie odcień szaro-beżowy, który wpada w chłodne tony. Wiele osób nie będzie z niego zadowolonych, gdyż może wypadać nieco sino, ale w razie czego, na jolse znajdziecie jeszcze dwa inne kolory. W każdym razie do mojej cery adaptuje się wręcz idealnie, mimo tego, że na swatchach wypada dość ciemno. Na plus należy więc zaliczyć duże zdolności "przystosowawcze" ;)
Missha Cho Bo Yang 21
Co się z nim dzieje w ciągu dnia? Kosmetyk na pewno nie ciemnieje, a wykończenie, jakie dzięki niemu otrzymujemy, przypomina wilgotny glow. Twarz po użyciu BB jest rozjaśniona i satynowa, ale bez problemu możemy go potraktować dowolnym pudrem, aby ten efekt zmienić. Co do nakładania - aplikowałam Cho Bo Yang gąbeczką i sposób ten był bardzo wygodny, ale kosmetyk równie dobrze wygląda jeśli użyjemy palców, uprzednio delikatnie rozgrzewając go na dłoni. Lepiej także nałożyć dwie cieniutkie warstwy, niż jedną grubą albo dokładać produkt punktowo :) Dzięki temu, uzyskamy naprawdę przyzwoite krycie, które dobrze radzi sobie z moim rumieniem nawet w gorsze dni ;)
Trwałość Missha Cho Bo Yang jest bardzo dobra, choć zawsze używałam nań jakiegoś pudru, gdyż solo potrafi np. odbijać się na telefonie. Nawet podczas tych upałów i przy moim nieśmiertelnym katarze wyglądał ładnie ;) Nie zauważyłam, aby kosmetyk ten w jakikolwiek sposób zapychał, lub pogarszał stan mojej cery. Krem BB Missha Cho Bo Yang nie podkreśla suchych skórek i nie zbiera się w zmarszczkach, ani załamaniach w celu podkreślenia tego, co nie należy ;) Jest bardzo komfortowy w noszeniu i nie wysusza mojej cety, a miałam okazję używać go również zimą, bo wtedy stosowała go moja mama. "Nosił się" tak samo komfortowo, jak latem :)
Missha Cho Bo Yang 21
Według mojej oceny, Missha Cho Bo Yang jest dużo lepsza niż jej sławniejsza siostra o nazwie Perfect Cover :) Na minus zaliczyłabym w tym przypadku jedynie brak odcienia nr 13, który okazuje się przydatny, jeśli mamy do czynienia z jeszcze większym bladziochem ode mnie ;) Przyznać jednak trzeba, że również 21 ładnie adaptuje się do odcienia mojej cery, a do ciemnych to ona nie należy ;) Poza tym, szczerze muszę przyznać, że jestem z tego produktu szczerze zadowolona :) Kupicie go za około 80-90zł, w zależności od miejsca ;)
A Wy znacie kremy BB Missha? Miałyście styczność z Perfect Cover albo Cho Bo Yang? Dajcie znać, jak ich produkty sprawdziły się na Waszych twarzach :)

czwartek, 6 czerwca 2019

Powrót do maja z Shinybox, czyli Step Into the Beauty

Tegoroczny maj był chyba wyjątkowo zimny i deszczowy, choć nie powiem, żeby jakoś szczególnie mi to przeszkadzało (bardziej irytuje mnie to nagłe lato). Jak co miesiąc, dotarło do mnie pudełeczko Shinybox, które tym razem nosiło nazwę Step into the beauty. Co się w nim znalazło? Czy jest lepiej niż w kwietniu? Przekonajmy się na własne oczy! ;)
Shinybox Step into the beauty
Na tym zdjęciu, widać wszystkie produkty, które znalazły się w każdym zestawie Shinybox Step into the beauty. Pierwszy z nich, to Vianek Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy. Uzupełnia on demakijaż, przywracając skórze odpowiedni poziom pH. Zawiera składniki o działaniu łagodzącym, ochronnym, antyoksydacyjnym i wspomagającym mechanizmy naprawcze. Nie przepadam za tą marką, bo kilka produktów mnie uczuliło, ale na pewno zrobię do niego podejście. Może akurat się sprawdzi, więc finalnie jestem zadowolona, iż znalazł się on w pudełku. Cena? 20.99zł. Drugi kosmetyk to Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub Silcare. Jest to cukrowy peeling do ust o zapachu jagody, złożony w 98% ze składników pochodzenia naturalnego :) Ogólnie rzecz biorąc, z peelingami do ust mam bardzo trudną relację, wszak moje wargi są tak wrażliwe, że dotychczas udało mi się znaleźć jeden, który nie powoduje u mnie bólu :P Znając życie, ten pewnie trafi w inne ręce ;) Koszt? 25zł. Trzeci z produktów, to Balsam do Ust Ponętna Śliwka Bielenda, dodawany do pudełek wymiennie z różaną lub arbuzową wazelinką tejże marki. Kosmetyk niby ciekawy, ale patrząc na skład i opakowanie - raczej nie dla mnie. Powędruje on zapewne do szwagierki, wszak niedawno pytała czy nie mam przypadkiem za dużo mazideł do ust ;) Cena? 8.90. Ostatnią już rzeczą jest HYPOAllergenic Triple Eyeshadow Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek Bell. Trafiła mi się ładna wersja, a trio w sam raz nadaje się do letniej walizki, więc one raczej zostaną ze mną :) Koszt? 13.99zł.
Shinybox Step into the beauty
Na tym zdjęciu widzicie z kolei produkty, które dodawane były do pudełeczek wymiennie. Ambasadorki dostały całe trio, a normalna subskrybentka, niestety tylko jeden z powyższych kosmetyków. Trafić można więc było na Mini Olejek Rozświetlający Naturativ, który już kiedyś miałam i bardzo dobrze sprawdzał się latem na mojej białej skórze (cena pełnowymiarowego produktu to 89zł), Szampon w kostce Mydlarnia Cztery Szpaki na bazie roślinnych składników - idealny do codziennego stosowania przy wszystkich typach włosów (koszt: 32zł) lub miniaturkę żeli  pod prysznic lub balsamu marki Mara Naturals. I to by było na tyle. W internecie widziałam gdzieś wyliczenie, że w tym miesiącu wartość podstawowego pudełka wynosiła około 86zł.
Shinybox Step into the beauty
Do ambasadorskich boxów trafiły jeszcze dwa dodatkowe kosmetyki. Pierwszym z nich jest Naturalny Olejek do Ciała Imbir i Trawa Cytrynowa marki Orientana, stworzony według tradycyjnej receptury ajurwedyjskiej. Przeznaczony jest on do pielęgnacji skóry zwiotczałej, wysuszonej i wymagającej uelastcznienia. Stosując go podczas masażu, ponoć możemy liczyć na redukcję tkanki tłuszczowej oraz cellulitu ;) Jego cena to około 42zł. Z kolei drugim, znacznie ciekawszym produktem, jest Aloe Vera Magic Bubble Mask od LR Health & Beauty Polska. Zawarte w maseczce ekstrakty z imbiru oraz moringi głęboko i skutecznie oczyszczają skórę, uwalniając ją od obumarłych komórek naskórka i szkodliwych substancji, Zapobiegają także osadzaniu  się nowych zanieczyszczeń. Wszystko to sprawia, że skóra twarzy odzyskuje witalność, staje się promienna i gładka. Szczerze powiem, że opis producenta brzmi na tyle zachęcająco, że na pewno zostanie ona u mnie na dłużej ;) Jej cena to 72.90zł. Ja w tym miesiącu dostałam także książkę "Prosty Układ", której nie dołożono mi do poprzedniego zestawu:
Shinybox Step into the Beauty
Podsumowując: Jaka jest moja opinia na temat majowego pudełka Shinybox Step into the Beauty? Zawartość, która trafiła do klientek niestety nie powala na kolana w żaden sposób... Gdyby chociaż każda z nich dostała wszystkie wymienne produkty - już byłoby o niebo lepiej! Z kolei wersja ambasadorska wydaje mi się zachęcająca i mimo iż kilka produktów poleci w świat, to część z pewnością wykorzystam. A moje małe marzenie? Aby każda z subskrybentek dostała w swoim pudełeczku to samo, co ja ;)
A Wy co myślicie o majowej zawartości pudełka Shinybox? Dajcie koniecznie znać! :)

czwartek, 30 maja 2019

Maj i nowości. Co trafiło do mnie tym razem?

W maju nie planowałam dużych zakupów. Jednak oczywiście plany planami, a życie życiem :D W związku z tym, jak zapewne się domyślacie, zawitało do mojego domu trochę rzeczy. Na szczęście większość to prezenty, ale osobiście także poległam i zakupiłam kilka oczywiście niezbędnych mi do dalszego życia przedmiotów :P Jeśli jesteście ciekawe co i jak - zapraszam do czytania :) Z racji pogody niestety niespecjalnie udały się zdjęcia :/ Mam jednak nadzieję, że nie będzie Wam to specjalnie przeszkadzać ;)
black liner zakupy wibo mood nyx purito, bielenda
Na punkcie Wibo #WiboMood Transparent Baking Powder dostałam ostatnio przysłowiowego hopla z przerzutką. Naczytałam się tyle ochów i achów na jego temat, że stwierdziłam, iż moje życie będzie bez niego niepełne xD Znalazłam go więc jednym, jedynym Rossmannie w Łodzi, znajdującym się na wygwizdowie obok szpitala gdzie bywam na reumatologii. Wsiadłam więc w autobus i oto jest :P Teraz czeka na premierę, mam nadzieję że warto było tam jechać... Z kolei Purito Snail Clearing BB Cream, który widzicie obok, to mój nowy ulubieniec, więc kiedy tylko skończyła mi się poprzednia tubka, od razu kupiłam kolejną. Więcej na jego temat przeczytacie tutaj. Bielenda Makeup Academie Magic Base była dodatkiem do majowego Elle, a Seche Vite Dry Fast Top Coat to stały bywalec mojej kosmetyczki. Nowością jest za to baza Nyx Glitter Primer, która wpadła mi w oko na instagramie Secretaddiction i nie mogłam sobie jej odmówić :D Wszędzie czyhają pokusy ;)
black liner nowości bielenda miya isana pharmaceris
Poza tym, kupiłam także szampon Pharmaceris H Łupież Tłusty, który dobrze radzi sobie ze swędzeniem oraz pielęgnacją łuszczycowej skóry głowy i jest stałym bywalcem mojej łazienki. Bielenda Hresh Juice Hydro - Esencja Detoksykująca oraz Aktywna Esencja Miya My Beauty Essence Flower Power Beauty, to z kolei nabytki z Rossmanna. Tym razem zrobiłam zakupy na spółkę z mamą i mężem, wszak w końcu miałam oszczędzać :P W ramach tych oszczędności nabyłam sobie jeszcze Peeling Cukrowy Bielenda Velvet Rose oraz Olejki Pod Prysznic Isana, bo były kilka złotych taniej. Jeszcze trochę i zostanę w tym mistrzem! xD
A teraz pora na mój prezent imieninowy, czyli Glow Recipe Watermelon Glow Pink Juice Moisturizer :) Czaiłam się na niego od zeszłego lata i w końcu przyszła pora na wypróbowanie tego gagatka. Mam nadzieję, że będzie wart czekania (wszak ciągle był niedostępny) oraz wydanych pieniędzy :P A co to tak konkretnie ten moisturizer? Na moje oko, coś pomiędzy serum, a kremem, świetne na lato, więc już poszedł w ruch :) Kosmetyk ten jest wzbogacony ekstraktem z arbuza bogatym w witaminy i aminokwasy, kwasem hialuronowym oraz łagodzącymi ekstraktami roślinnymi, takimi jak wyciągi z piwonii i jaśminu.
black liner nowości missha iunik cosrx its skin
Od Jolse, dostałam do testów trzy kosmetyki Iunik. Są to Tea Tree Realif Serum, pianka Centella Bubble Cleansing Foam oraz tonik Tea Tree Relief Toner. Jest to seria przeznaczona do skóry problematycznej, która uspokaja, łagodzi i nawilża cerę. Całość zawiera nie tylko wyciąg z zielonej herbaty, ale także centellę, która dobrze na mnie działa :) Z racji tego, że do niedawna cierpiałam na niedobór azjatyckich kremów BB, zdecydowałam się przetestować także Missha Cho Bo Yang BB Cream. Swojego czasu używała go moja mama i pamiętam, że była zadowolona ;) Zobaczymy, jak da on sobie radę u mnie :P Filtr It's skin UV Away Moist Jumbo Sun Block SPF 50 PA+++ wybrałam z myślą o plaży i stosowaniu go na ciało (do twarzy mam Biore). Jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się w pełnym słońcu, bo z jednej strony zależy mi na ochronie, a z drugiej - nie lubię cała się kleić :P Obyś mnie nie zawiódł! Ostatnim już produktem jest COSRX Low pH Centella Cleansing Powder. Dla mnie to strzał w stopę, ale mój mąż z tłustą cerą jest zachwycony i używa go namiętnie. W dodatku wydaje mi się, że z dobrym skutkiem ;) Na pewno opiszę moje przygody z tym pakiecikiem :D
prezent marzeń
Z kolei od firmy Prezent Marzeń, dostałam na imieniny bon do zrealizowania w Yasumi w moim mieście :) Na pewno mi się on przyda i z chęcią się tam udam wszak relaks jest zawsze w cenie :D Na stronie znajdziecie także wiele innych propozycji, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn, do zrealizowania w całej Polsce.
Black liner paczka
A oto paczka, którą dostałam od Basi z bloga Basia Blog. Chciała ona oddać nieużywane przez siebie kosmetyki, a że mnie oczy zaświeciły się do podkładów Deborah, z którymi nie miałam jeszcze styczności - napisałam, że chętnie bym je przetestowała. I tak oto, dwa dni przed imieninami, stałam się posiadaczką masy korektorów, cieni, pudrów, produktów do konturowania, pomadek, lakierów i fluidów (mamy z Basią podobną karnację i poza jedną rzeczą, reszta pasuje idealnie) oraz niewielkiej ilości pielęgnacji. Kochana, bardzo Ci dziękuję! Zrobiłaś dzień nie tylko mnie, ale także moim kotom, które pokochały Twój sposób pakowania przesyłek :D

I to już wszystko, co miałam Wam dziś do pokazania :) Coś wpadło Wam w oko? Dajcie koniecznie znać! A może miałyście już styczność z którymś z tych kosmetyków? ;)

czwartek, 23 maja 2019

Ulubione kosmetyki tej wiosny

Od początku kwietnia nie wspominałam specjalnie o kosmetykach, które nadzwyczaj dobrze się u mnie sprawdziły. Jest jednak pewne top 5, które wyjątkowo polubiłam ;) Niektóre z tych produktów doczekały się już własnej recenzji na blogu, inne nie, ale wszystkie co do jednego, moim skromnym zdaniem są godne zakupu. Co takiego mam na myśli? Same przeczytajcie! :)
ulubieńcy black liner
ulubieńcy black liner dr jart
Zacznę może od produktów, które już miały okazję na łamach bloga gościć :) Pierwszym z nich jest Water Fuse Ultimate Hydro Gel Dr.Jart+. Uwielbiam w nim absolutnie wszystko, od początku do końca i żałuję, że już go ze mną nie ma :P Miał genialną, żelową formułę, która błyskawicznie się wchłaniała, pozostawiając na skórze przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu, bez uczucia kleistości. Poza tym świetnie nadawał się pod makijaż oraz bardzo szybko widać było efekty jego używania. Na dłuższą metę Water Fuse Ultimate Hydro Gel Dr.Jart+ naprawdę świetnie nawodnił moją skórę! Sprawił, że stała się ona wygładzona, jędrna oraz miła w dotyku. Dodatkowo skutecznie koił mój rumień i nie zaogniał problemu z zaskórnikami ;) Obym miała zawsze tyle szczęścia do kremów! Pełną recenzję znajdziecie tutaj.
ulubieńcy black liner sulwhasoo first serum
Drugim produktem, który wyjątkowo dobrze zdał u mnie egzamin, jest Sulwhasoo First Care Activating Serum EX. I tutaj też muszę przyznać, że lubię go właściwie za wszystko, a jedyną wadą, jakiej udało mi się w tym produkcie doszukać, jest cena. Poza tym kocham jego ziołowy zapach, wchłanianie się, konsystencję, a także to jak łatwo współpracuje z innymi kosmetykami pielęgnacyjnymi oraz makijażem. Jasnym jest jednak, że gdyby nie działanie, nie znalazłby się tutaj :D Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że po włączeniu Sulwhasoo First Care Activating Serum EX do swojej pielęgnacji, zauważyłam znaczącą poprawę stanu cery. Stała się ona gładsza, rozświetlona, przebarwienia są mniej widoczne, rumień wyciszony, a wszystkie ranki goiły się dużo szybciej niż zazwyczaj. Zaskórników też jest tak jakby mniej... Jeśli czujecie się zaciekawione, koniecznie zerknijcie tu.
black liner ulubieńcy filtr biore
Teraz pora na prezentację rzeczy, które swoich 5 minut na blogu jeszcze się nie doczekały ;) Pierwszą z nich jest filtr do twarzy Biore UV Aqua Rich Watery Gel SPF50 PA ++++.  Uważam, że jest on idealnym produktem do codziennego stosowania pod makijaż i nie tylko. Jest wodoodporny, bardzo szybko się wchłania (w dodatku niemalże do matu), ma lekką konsystencję, nie zauważyłam też zapychania, ani wysuszenia skóry. Wydaje mi się jedynie, że osoby o ciemniejszej karnacji mogą narzekać na bielenie. Mnie to jednak nie przeszkadza bo najważniejsze że w jego towarzystwie nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności związane z fotoalergiami, a moje piegi nadal nie wyszły z ukrycia ;) Dodatkowo ja i tak jestem biała jak mąka, więc może sobie bielić :P Pewnie będę do niego wracać :)
ulubieńcy black liner golden rose wibo mood
Przedostatni kosmetyk, o którym będzie dziś mowa, to słynny już chyba podkład Golden Rose Total Cover 2in1 Foundation&Concealer nr 01. Ogólnie rzecz biorąc, jestem wierna kremom BB, ale dziwnym trafem wszystkie te nadające się do stosowania mi "wyszły", więc sięgnęłam do szuflady z podkładami. Tam leżał sobie użyty kilka razy ów gagatek... I cóż się okazało? Wrócił do łask! Na mojej twarzy ma on bardzo dobrą trwałość, długo wygląda nieskazitelnie, nie ciemnieje, łatwo się z nim pracuje i ma piękny, jaśniutki odcień. Dodatkowo elegancko kryje wszystko, czego nie chcę aby zobaczyła reszta świata, jednocześnie wyglądając stosunkowo naturalnie. Jestem na tak i być może pokuszę się o napisanie jego pełnej recenzji :) Ostatnim już produktem, jest jest Fixer Wibo Mood Glow Babe Spray. Ma średni atomizer, ale za to świetnie utrwala makijaż zapewniając mu całodzienną trwałość. Jednocześnie wygląda on na twarzy naturalnie i po prostu ładnie. Szkoda jedynie, że to edycja limitowana, bo wiele kosmetyków z tej serii ponoć się marce udało ;) Jeśli macie okazję, warto w ów kosmetyk zainwestować :)
I to już wszystko na dzisiaj :) Miałyście okazję poznać któryś z tych kosmetyków? A może coś wpadło Wam w oko? Dajcie znać w komentarzach :)

piątek, 17 maja 2019

Sulwhasoo First Care Activating Serum EX, czyli zdrowszy wygląd dla skóry

Sulwhasoo First Care Activating Serum EX to coś pomiędzy serum a esencją. Produkty tego typu posiadają zazwyczaj bardzo lekką konsystencję, która ma za zadanie poprawić wchłanianie kolejnych kosmetyków pielęgnacyjnych, które nakładamy na twarz, oraz zwykle oferuje ono też właściwości nawadniające i rozjaśniające cerę. Co ma w sobie jednak konkretnie first serum Sulwhasoo? Z ponad 3 tysięcy koreańskich ziół, producent wybrał pięć, tworząc JAUM Balancing Complex (między innymi z żeń szenia). Tym sposobem, Sulwhasoo First Care Activating Serum EX stało się jedną z popularniejszych "first serum" rodem z Korei. Czy warto je wypróbować? Same przeczytajcie!
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX znajduje się w białej, nieprzezroczystej butelce ze szkła, zawierającej 60ml kosmetyku. Nie da się ukryć, że gdy trzymamy ją w ręce, ciężar, jakość materiałów i wykonanie, od razu daje nam do zrozumienia, iż mamy do czynienia z produktem ekskluzywnym. Pompka działa w buteleczce bez zarzutu, dozuje odpowiednią ilość produktu, a jedyną rzeczą, do której można się przyczepić jest fakt, że jedynie pod światło widać, ile jeszcze kosmetyku zostało wewnątrz opakowania.
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX
Wewnątrz buteleczki, znajduje się pomarańczowy, bardzo rzadki żel, bądź jak kto woli - gęsty płyn :P Na upartego, można używać pod Sulwhasoo First Care Activating Serum EX jeszcze toner, ale przyznam szczerze, że ja stosowałam je głównie jedynie w towarzystwie kremu nawilżającego (czasem nakładałam też resztki serum z poprzedniej recenzji), dwa razy dziennie. Kosmetyk ten gładko sunie po skórze, nie spływa z palców i świetnie współpracuje z różnego rodzaju tonikami oraz kremami. Jeśli nałożymy owe first serum solo, wchłonie się ono do matu. Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry. Ale generalnie nie polecam, gdyż jest stworzone "do towarzystwa" ;). Bardzo ciekawą rzeczą w tym produkcie jest zapach - świeży, mocno ziołowy, dość męski, ale jednocześnie ulotny. Mnie bardzo się on podoba, ale nie jestem pewna, czy wszystkie nosy będą zadowolone :D Czasem to esencjoserum zdarzało mi się stosować pod bazę pod makijaż lub krem BB. Z każdym współpracowała bez zarzutu, a makeup elegancko się na nim trzymał,
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX
Jakie obietnice składa nam wobec Sulwhasoo First Care Activating Serum EX producent? Ma ono za zadanie przywracać równowagę naszej cerze, odżywić ją, wspomóc nawilżenie, poprawić elastyczność oraz ją rozświetlić. Co z tego wszystkiego zaobserwowałam u siebie? Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że moja skóra dawno nie wyglądała tak świetnie, jak podczas użytkowania tego produktu i naprawdę nie dziwię się, że zyskało ono rangę kultowego :) Cera jest gładka, rozświetlona, przebarwienia są mniej widoczne, rumień wyciszony, a wszystkie ranki goiły się dużo szybciej niż zazwyczaj. Dodatkowo mam wrażenie, że ilość zaskórników na moim czole ostatnio się zredukowała i sadzę, że należy ten fakt połączyć właśnie z obecnością tego first serum w mojej pielęgnacji. Oczywiście spełnia ono też swoją podstawową rolę, czyli ułatwia i przyspiesza wchłanianie się innych kosmetyków pielęgnacyjnych oraz przygotowuje skórę do przyjęcia zawartych w nich składników aktywnych. Nie zauważyłam niestety większych zmian jeśli chodzi o wygląd zmarszczek, ale z racji dobrego nawilżenia, moje już były niemalże niewidoczne.
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX
Podsumowując: jestem bardzo zadowolona ze zmian, jakie Sulwhasoo First Care Activating Serum EX zafundowało mojej skórze i myślę, że byłabym skłonna zakupić je ponownie, nawet za 66$, które trzeba za nie zapłacić na Jolse. Cena nie robi zbyt dobrego wrażenia, ale działanie, wygląd oraz wydajność sprawiają, że mimo to, aż chce się go używać ;)
A Wy znacie Sulwhasoo First Care Activating Serum EX? Albo może chociaż o nim słyszałyście? Dajcie koniecznie znać! Jakiego serum lub esencji aktualnie używacie?