sobota, 16 listopada 2019

Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid, czyli koniec z zaskórnikami

Przepraszam Was za dłuższą niż zwykle przerwę na blogu, ale niestety dały mi popalić ręka i plecy, o czym wspominałam Wam już kilka dni temu na swoim instagramie i fb :) Przejdźmy jednak do rzeczy - w swym życiu trochę problemów z cerą już miałam. Ba! Nawet dużo, wszak od 1 roku życia rodzice zawzięcie biegali ze mną po dermatologach, alergologach i innych doktorach. Wszystkie moje dolegliwości wiązały się jednak z AZS, łuszczycą oraz alergiami a po tym okresie życia pozostała mi jedna rzecz - wstręt do wszystkiego, co tłuste i klejące. Nie sądziłam jednak, że w wieku 29 lat, moja cera spłata mi figla kolejnego i zafunduje mi wysyp drobnych zaskórników. Szczerze powiedziawszy byłam wtedy w kropce - z jednej strony stosunkowo świeża diagnoza tocznia układowego oraz słowa lekarza: "niech Pani uważa z cerą", a z drugiej - no nie mogłam na siebie patrzeć! Nawet makijaż nie pomagał :/ Poradziłam się w tym temacie Interendo, przeczytałam kilka książek, trochę artykułów mądrych ludzi w sieci i zaczęłam działać. Na początku kupiłam Skinoren - nic. Potem wypaprałam butelkę Płynu Bakteriostatycznego Pharmaceris T Sebo Almond Clairs z 3% kwasu migdałowego - też prawie nic. Pierwsze zaskórniki, te mniejsze lub otwarte, ruszył w końcu BHA Blackhead Power Liquid Cosrx (jego recenzję znajdziecie tutaj) a dziś pora na króla tej imprezy, czyli Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid! Jak się u mnie spisał? Czy jestem zadowolona? Zapraszam do lektury!
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Zacznijmy więc od tego, co na temat Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid mówi producent. Jest to specyfik przeciw zaskórnikom z naturalnym kwasem AHA w postaci wody jabłkowej oraz kwasem glikolowym. Ma on oczywiście właściwości złuszczające i oczyszczające, redukuje zaskórniki, a także reguluje wydzielanie sebum. Płyn zawiera również niacinamid, który rozjaśnia skórę i zwiększa jej odporność na czynniki zewnętrzne. Wewnątrz kosmetyku, znajdziemy też kwas hialuronowy, który ma zapewnić nam odpowiedni poziom nawilżenia. Płyn wspiera także procesy odnowy komórkowej, regeneruje, zmniejsza widoczność zmarszczek oraz przyspiesza gojenie. Kosmetyk polecany jest dla cery z zaskórnikami zamkniętymi, tłustej i problematycznej. Produkt ten zapakowany jest w prostą butelkę z matowego plastiku, mającą na sobie jedynie fioletowo - czarny nadruk z logo firmy oraz nazwą kosmetyku. Według mnie jest minimalistycznie, ale jednocześnie estetycznie i porządnie. Pompka działa bez zarzutu, nic niepożądanego się z niej nie wylewa, a całość nie ma skłonności do niszczenia się, mimo tego że zabierałam butelkę w różne miejsca. Wewnątrz znajduje się 100ml produktu, ważnego 12 miesięcy od pierwszego otwarcia :) Pamiętajcie, że w trakcie stosowania tego cuda, nawet jesienią lepiej używać filtrów ;) (a jeszcze lepiej robić to cały rok :P).
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Wewnątrz opakowania, znajduje się przezroczysty płyn, mający konsystencję czegoś pomiędzy olejem a wodą. Bardzo łatwo i szybko można nałożyć go palcami, choć gdy nieco bardziej się guzdrzemy - potrafi z nich spłynąć ;) Specyfik ten w ciągu kilku minut wchłania się praktycznie do matu. Co do aromatu - według mnie, niemalże go nie czuć, ale bywają takie dni, że gdzieś z tyłu głowy przebiega mi myśl, czy on czasem nie pachnie cytryną...? :P Co ważne, Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid nie szczypie, nie powoduje u mnie przesuszeń, łuszczenia się skóry i żadnych innych niedogodności. Chętnie stosował go także mój mąż, który wersją BHA pogardził "bo go piekła". Tutaj takich atrakcji nie było ;) Ja najpierw nakładałam go dwa razy w tygodniu, a przez miesiąc zwiększałam częstotliwość stosowania dochodząc do "codziennie". Teraz po czasie intensywniejszego złuszczania, znowu wróciłam do zalecanej przez producenta wersji "dwa razy w tygodniu".
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Jak zatem Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid sprawdził się u mnie? W trakcie jego stosowania, moja cera stała się ładnie nawilżona oraz rozświetlona, a zmarszczki i pory stały się mniej widoczne. Zaskórniki otwarte zniknęły całkowicie już jakiś czas temu, nowe nie powstały, a zamknięte naprawdę się ulotniły! Część wyparowała sama z siebie, a paru "najtwardszych" zawodników bez problemu udało mi się wycisnąć, w dodatku bez żadnych ranek i innych uszczerbków. Przy stosowaniu go raz, lub dwa razy w tygodniu, na szczęście nie pojawia się nic nowego. Moja twarz jest dzięki płynowi Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid jest tak gładka jak dawniej i po prostu dużo ładniejsza, zarówno w makijażu, jak i bez :)
Podsumowując: Jestem niesamowicie zadowolona z działania tego kosmetyku. Udało mi się po roku walki odzyskać moją dawną, gładką twarz i specyfik ten zapewnił mi poprawę samopoczucia nawet w wymiarze psychicznym xD Trzymajcie kciuki, żeby tak zostało! Jego cena wynosi około 45-55zł na ebay i uwierzcie mi - naprawdę warto, szczególnie że jego wydajność jest szalona ;) 
A Wy macie tego typu problemy? Znacie markę Cosrx? Stosowałyście już ich produkty? A może znacie AHA 7 Whitehead Power Liquid? Dajcie koniecznie znać! ;)

piątek, 8 listopada 2019

Holy Snail Shark Sauce - magiczna różdżka na przebarwienia i rumień?

Moja cera to twór wyjątkowo upierdliwy w kwestii przebarwień. Praktycznie od dziecka miałam piegi, których szczerze nienawidziłam (na szczęście bardzo mało z nich przetrwało do dnia dzisiejszego), a dodatkowo ostatnimi czasy wraz ze zmianą leczenia pojawiły się u mnie okresowe niespodzianki w postaci pryszcza bądź zaskórników, które trzeba było usunąć mechanicznie (na serio szczególnie z tymi drugimi nie było wyjścia).  Po tego typu zabiegu, oczywiście pozostawały mi na skórze plamy, które samoistnie znikały dopiero po około 4-6 tygodniach, a mnie już przy trzech tego typu śladach na twarzy trafiał przysłowiowy szlag. Trzeba więc było działać, dodatkowo najlepiej szybko i skutecznie. I tak za sprawą Interendo i Myskinstoryy trafił do mnie Holy Snail Shark Sauce. Czy sos rekinowy wyżarł moje przebarwienia? Już mówię! :D
Holy Snail Shark Sauce
Holy Snail Shark Sauce zapakowano w prostą buteleczkę z miękkiego plastiku, zawierającą 30ml produktu. Niestety, ale prawda jest taka, że wygląda ona tanio, już przy pierwszym użyciu naklejka na "rekinku" brzydko się gniecie, a dodatkowo ciężko dostać się do wnętrza (tj. odkręcić korek). Całość wykonano "po kosztach", ale za to aplikator jest precyzyjny i bardzo wygodny w przypadku stosowania punktowego. Kluczowe składniki aktywne tego serum to niacinamid, który rozjaśnia i poprawia elastyczność skóry, N-Acetyloglukozamina (rozjaśnia oraz nawilża, redukuje widoczność drobnych zmarszczek, a dodatkowo wspomaga naprawę uszkodzeń spowodowanych promieniami UV i przyspiesza gojenie się ran), korzeń lukrecji i ekstrakt z zielonej herbaty, kwas hialuronowy, mleczan sodu oraz pantenol. Warto pamiętać, że Shark Sauce stosujemy po wszystkich substancjach aktywnych i toniku, a przed kremem.
Holy Snail Shark Sauce
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Zapachu według mnie serum niemalże nie posiada, choć może gdyby dobrze się wczuć, można by doszukać się w nim delikatnej, "aptecznej" nuty. Produktu tego, używam zarówno rano jak i wieczorem, choć nie codziennie. Głównie czeka on na epizody problemowe, czyli kropki po niedoskonałościach, bądź "dzień buraka". Po nałożeniu na twarz kosmetyk nie pozostawia po sobie żadnej warstwy, chyba że przesadzicie - jak ja za pierwszym razem xD Wtedy klei się wręcz niemiłosiernie. W przypadku Holy Snail Shark Sauce mniej znaczy lepiej :) Warto również dodać, że jest to produkt szalenie wydajny i całe szczęście, że jest ważny aż 12 miesięcy od otwarcia, bo kilkoma kropelkami posmarujemy praktycznie całą twarz. 
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Co jednak z działaniem? Stosowałam go na przebarwienia oraz mojego toczniowego motylka i powiem Wam tak: to faktycznie działa. Stare plamki trzeba smarować dłużej, ale faktycznie jaśnieją, a świeże ślady po zaskórnikach bądź pryszczach, lub nawet nowe blizny np. po zadrapaniu (też sprawdzałam) znikają z twarzy w około 7-14 dni. Co z piegami? Piegi jak to piegi, raz są, raz ich nie ma i generalnie to walka z wiatrakami, w której najbardziej pomaga dobry filtr UV. Mimo to - faktycznie trochę jaśnieją. Co ciekawe, po posmarowaniu skóry tym serum, mój rumień wycisza się praktycznie w ciągu godziny (magia), więc jeśli macie problemy tego typu - również może się ono u Was sprawdzić.
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Sporą przeszkodą w imprezowaniu z rekinami (ponoć żaden nie ucierpiał przy tworzeniu tego serum :D) może być niestety cena. Duże opakowanie kosztuje 239zł lub 29$ a małe 7ml - 89zł lub 9$. Jeśli jednak chcecie stosować je punktowo, to z czystym sumieniem możecie zaopatrzyć się w mniejszą buteleczkę. Przy jego szalonej wydajności na pewno wystarczy na długi czas. Ja swoim opakowaniem podzieliłam się z bratem, który ma podobną cerę ;) Z mojej perspektywy warto w niego zainwestować, szczególnie jeśli macie problemy z przebarwieniami, bądź rumieniem :) Do sosu z rekina jestem już bardzo przywiązana i czuję się bezpieczniej, gdy stoi sobie na półeczce :D Wprawdzie problemy z zaskórnikami i pryszczami powoli są coraz mniejsze a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że powoli zanikają, to świetnie ratuje mnie on także w "buraczane dni", kiedy mój rumień szaleje ;)
Znacie Holy Snail Shark Sauce? Macie problemy ze śladami po pryszczach, przebarwieniami bądź rumieniem? Też zostają Wam widoczne ślady nawet po maleńkich bliznach? Jak sobie z tym radzicie? Dajcie koniecznie znać!

Jako bonus publikuję piosenkę, z którą większości z Was skojarzył się ten kosmetyk, gdy pokazałam go na instagramie :D

poniedziałek, 4 listopada 2019

Kinvane PDRN Cica Balm - cudowna galaretka w tubce?

Kosmetyków z centellą przetestowałam już masę i nie będę ukrywać, że bardzo je polubiłam, ze względu na fakt, że świetnie łagodzą mój "kochany" rumień na policzkach :) Pewnego pięknego dnia, napisała do mnie Pani z ekipy Jolse, że w mają w swojej ofercie nową linię kosmetyków, którą testowali jeszcze na etapie tworzenia i szczególnie polecają Kinvane PDRN Cica Balm. Pomyślałam sobie, że spróbuję... Jak na tym wyszłam? Już Wam mówię :)
Kinvane PDRN Cica Balm
Krem umieszczono w zwykłej, białej tubce "na klik" zawierającej 50ml kosmetyku. Niczym szczególnym się ona nie wyróżnia i mnie osobiście odrobinę przypomina nasze kosmetyki apteczne. Mimo wszystko fajnie wygląda stylizowany na receptę tył. U mnie na zdjęcie się nie załapał, ale jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda, zerknijcie do Secretaddiction ;) Kinvane PDRN Cica Balm zawiera beta - glukan, kwas hialuronowy, wyciąg z Centella Asiatica oraz madekasozyd, które odpowiadają za nawilżenie i łagodzenie oraz tajemniczy PDRN. Co to takiego? Otóż jest to polydeoxyribonucleotide, który dba o szybką regenerację naszej skóry.
Kinvane PDRN Cica Balm
Sam krem jest białawy i lekko pachnie cytrusami. Trochę zawiodła mnie jego konsystencja, wszak producent obiecał nam galaretkę. A jeżeli obiecano mi galaretki, to oczekuję galaretki, a nie czegoś co wygląda jak hybryda kremu i żelu. Smutno :( Galaretki są fajne :P  W dodatku mam wrażenie, że całość dość ciężko rozprowadza się po skórze... Po nałożeniu na twarz i pieczołowitym wklepaniu kremu jako ukoronowanie pielęgnacyjnego rytuału zaczyna się niemiłosiernie lepić. Nienawidzę tego tak bardzo, że w końcu zaczęłam stosować go jedynie pod makijaż. U mnie nie pomagała ani aplikacja na wilgotną skórę, ani wklepywanie, ani masowanie... I tak pozostawiał on po sobie warstwę, która nie dawała mi spokojnie iść spać. Ble, ble, ble! Za to makeup trzymał się na nim pierwszorzędnie i można go było wykonywać praktycznie od razu. Chociaż tyle :P
Kinvane PDRN Cica Balm
Co jednak z działaniem? Po pierwsze - centelli oraz dodatków łagodzących jest w nim na tyle dużo, że stosowany raz dziennie trzyma mój rumień w ryzach i chwała mu za to. Dodatkowo faktycznie szybko regeneruje oraz ładnie nawilża, co szczególnie widać było podczas gdy jeszcze zawzięcie stosowałam go na noc. Rano twarz była jędrna, gładka, odżywiona, rozświetlona i pięknie wygładzona, nawet podczas kuracji kwasami. Dodatkowo - nie spowodował u mnie powstania jakichkolwiek niedoskonałości z czym ostatnio miewam okresowo drobne kłopoty ;) Jego koszt to około 23$, ale według mnie, jest on dość wydajny. 
Podsumowując: na mojej twarzy krem Kinvane PDRN Cica Balm zdziałał naprawdę sporo dobrego i bez wątpienia, podczas jego stosowania moja cera wyglądała bardzo ładnie. Byłam z niego zadowolona stosując go na dzień, ale używanie takiego klejucha na noc, to zdecydowanie nie na moje nerwy. Polecam go więc albo niewrażliwym na takie atrakcje, albo szukającym dobrego kremu pod makijaż dla wymagającej skóry ;)
A czy Wam również przeszkadza lepiący się film po zakończeniu rytuału pielęgnacyjnego? Czy znacie markę Kinvane? A może tak jak ja, jesteście fankami kosmetyków z wąkrotką azjatycką? Dajcie koniecznie znać!

niedziela, 27 października 2019

Klasyka koreańskiego gatunku, czyli Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold

Kremów BB używam od wielu, wielu lat i to właśnie Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold był pierwszym koreańskim produktem po jaki sięgnęłam, na długo przed tym zanim to było modne i zanim przeszło mi przez myśl, aby może kiedyś założyć bloga. Zużyłam wtedy calusieńkie opakowanie, zapamiętałam go bardzo dobrze i po wielu latach postanowiłam sprawdzić, jak zda u mnie egzamin jego odświeżona wersja. Czy nadal jest dobrze? A może troszkę popsuli mi go eksperymentami, niczym Hot Pink? Same zobaczcie!
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Krem BB przychodzi do nas zapakowany w kartonik, wewnątrz którego znajduje się srebrno - złote opakowanie w kształcie walca mieszczącego 40g produktu. Pompka generalnie działa w nim bez zarzutu, ale do czasu... Gdy kosmetyk się kończy, niestety zaczyna strzelać :P Napisy pięknie tkwią na swoim miejscu, plastik się nie rysuje i chyba jedyne co mogę mu zarzucić, to to, że jest niezbyt poręczne w podróży. Widziałam jednak, że wszystko zależy od tego, jak produkt jest użytkowany, bo np. na wielu zdjęciach zauważyłam pościerane nadruki, co u mnie nigdy nie miało miejsca. Na zużycie całości, mamy aż 12 miesięcy, czyli według mnie w sam raz dla osoby, która robi makijaż niecodziennie albo ma kilka podkładów :) Warto również wspomnieć o tym, że tak jak w przypadku chyba wszystkich BB tej że marki, podczas nakładania, towarzyszy nam aromat kwiatów ;)
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Konsystencja kremu jest bardzo gęsta, treściwa, ale nie mogę powiedzieć, że ciężka. Kosmetyk najlepiej nakładać palcami, wcześniej delikatnie go rozgrzewając, ale mnie zdarzyło się aplikować go gąbkami i także byłam zadowolona z efektów jakie uzyskałam. Kolor, mimo że na zdjęciu wygląda na dość ciemny, po nałożeniu na twarz ładnie się do niej dopasowuje i praktycznie od momentu nałożenia szybko adaptuje się do naszego odcienia skóry. Jest to stosunkowo jasny beż, ale wpada on w różowe tony. Wykończenie Vip Gold to typowy, mokry połysk, uwielbiany na Dalekim Wschodzie. Ja nakładam na niego dodatkowo puder rozświetlający, aby makijaż utrwalić, ale jednocześnie zachować elegancki glow. Kosmetyk w ciągu dnia nie ciemnieje, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że tak jak inne kremy tej marki - lekko jaśnieje. Warto też wspomnieć, że posiada SPF 30 PA+++. Przypudrowany, trzyma się na mojej normalnej ostatnio skórze od nałożenia, aż do zmycia, w niemalże nienaruszonym stanie. Co ważne, Vip Gold nie podkreśla jakoś szczególnie suchych miejsc oraz nie zbiera się w zmarszczkach, ani załamaniach skóry (stosuję teraz kwasy, raz przesadziłam i też nieźle się spisał ;)). Co z zatem z jego kryciem? Ogólnie określiłabym je jako średnie, wszak potrafią spod niego wyglądać piegi albo przebarwienia, ale już druga warstwa kosmetyku powoduje, że znikają one z naszych oczu. Generalnie dla mnie, jest ono w sam raz ;) 
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Producent tradycyjnie obiecuje nam również pielęgnacyjne "cuda na kiju". Dzięki zawartości złota i kawioru, ma on przyspieszyć odnowę skóry, przywrócić jej napięcie, jędrność oraz elastyczność, a także korygować zmarszczki. No sorry, ale nie ;) Włóżmy to wszystko między bajki i zapamiętajmy: takie rzeczy jest nam w stanie zapewnić tylko dobra pielęgnacja lub zabiegi medycyny estetycznej, a nie kosmetyk do makijażu :P Jednak szczerze Wam powiem, iż mimo że Skin79 przy każdym swoim BB deklaruje powyższe głupoty, to ja i tak wszystkie te kremy w opakowaniu "walca" bardzo lubię, bo to naprawdę porządne produkty do makijażu. Co ważne - odwrotnie niż Hot Pink, wersji Vip Gold moim zdaniem nie popsuto. Krem nadal jest świetny i na pewno jeszcze do niego wrócę. Na Jolse zapłacicie za niego 20$ a dodatkowo do 31 października wysyłka na całym świecie jest darmowa :) (płacić można zwykłą kartą debetową). Nic, tylko brać :D
Znacie kremy BB marki Skin79? Macie swojego ulubieńca? Ja Najbardziej lubię właśnie ten, oraz wersję "Orange" :) Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 22 października 2019

Esencja Aloesowa Natural Secrets - pierwsza dobra polska esencja?

Dobra esencja do twarzy, to trzon mojej aktualnej pielęgnacji cery. Dotychczas zerkałam w tym temacie jedynie w stronę Wschodu (mam tu na myśli Koreę Południową i Japonię), bo według mnie to co oferował nam rodzimy rynek nie działało lub robiło niewiele. Po co się więc męczyć :D Zawsze lepiej działać skutecznie ;) Kiedy jednak na Triny (https://triny.pl/) wpadła mi w oko Esencja Aloesowa Natural Secrets, postanowiłam ją wypróbować, ponieważ przypomniało mi się, że kilka osób chwaliło ją na instagramie oraz... spodobała mi się ta granatowa butelka xD (cytując klasyka: "baby, ach te baby, czym by bez nich był ten świat..."). Jak na tym wyszłam? Same przeczytajcie!
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Jak już wspomniałam, kosmetyk ten znajduje się w szklanej, eleganckiej granatowej buteleczce, zawierającej 100 mililitrów produktu. Całość ważna jest 6 miesięcy od otwarcia. Pompka w Esencji Aloesowej Natural Secrets również działa bez zarzutu i szczerze powiedziawszy - jeśli chodzi o opakowanie, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Z kolei wewnątrz znajdziemy dobry składowo produkt i takie substancje aktywne jak sok z aloesu, kwas hialuronowy, alantoinę, D-pantenol, ekstrakt z zielonego ogórka, ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej (centella asiatica) oraz bioferment z rzodkwi, który jednocześnie pielęgnuje i jest naturalnym konserwantem opartym na probiotykach :)
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Tym sposobem nie marnujemy kosmetyku i zwiększamy jego wydajność, dodatkowo nie wydając pieniędzy na waciki :D Same plusy :P Esencja Aloesowa Natural Secrets ma dla mnie delikatny zapach ogórka, ale w sumie chyba nie powinno to dziwić, wszak znajduje się on już na czwartym miejscu w składzie. Produktu tego używałam zarówno rano, jak i wieczorem, ale wręcz uwielbiałam go w dni "bez makijażu". Dlaczego? Ponieważ bez problemu wchłania się on do matu! Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry, czyli taka nieodczuwalna  namacalnie pielęgnacja "po cichu". A potem bez problemu można iść na zakupy do marketu nie świecąc się jak latarnia :P Mimo to - pamiętajcie, że esencje zawsze lepiej stosować w towarzystwie :P
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Po każdym kosmetyku oczekujemy jednak przede wszystkim działania... Nie będę kłamać - ja wobec Esencji Aloesowej Natural Secrets miałam wysokie oczekiwania, które postawiły przed nią azjatyckie kosmetyki tego typu, oraz po prostu byłam do niej sceptycznie nastawiona. Dlaczego? Bo mam złe bądź średnie doświadczenia z produktami naturalnymi, oraz nie wierzyłam, że polskie marki w końcu ruszyły do przodu w temacie esencji. Na szczęście całkiem miło się zawiodłam :D Szybko okazało się, że na twarzy widać pierwsze efekty działania Esencji Aloesowej Natural Secrets w postaci całkowicie niewidocznego rumienia. Podczas dalszego stosowania szybko zauważyłam także wzrost nawilżenia, łagodzenie podrażnień oraz rozświetlenie cery. W moim przypadku wręcz czuć też działanie przeciwzapalne i widać było, że wszelkie ranki na twarzy bardzo szybko się goją. W ramach ciekawostki powiem Wam także, że jest to genialny produkt dla chorych na łuszczycę. Któregoś razu, zostało mi na dłoni za dużo kosmetyku i nałożyłam go na plamkę na kostce, którą posiadam "permanentnie" ;) Następnego dnia wyglądała tak zachęcająco, że postanowiłam zacząć smarować esencją wszystkie zmiany, a po 2 tygodniach takiego "leczenia" po "tymczasowych kropkach" nie było śladu, a ta na nodze od lat nie wyglądała tak ładnie. Polecam więc wszystkim "biedronkom" ;) Koszt buteleczki to 85zł - z szybką dostawą kupicie ją TUTAJ.
Czy warto? Moim zdaniem bardzo! Ja uwielbiam ją głównie za to, że trzymała w ryzach mój rumień i ładnie nawilżała cerę, jednocześnie ją kojąc, ale podejrzewam, że naprawdę wiele osób będzie z niej zadowolonych. Nie sądziłam, że wśród polskich kosmetyków i to w dodatku naturalnych, znajdę taką perełkę, która zmusiła do chwilowego odwrotu nawet moje łuszczycowe plamy :P
Znacie sklep TRINY i markę Natural Secrets? Macie wyrobione na ich temat opinie? Dajcie koniecznie znać!

środa, 16 października 2019

LANEIGE Clear C Advanced Effector, czyli owocowa moc witaminy C

Szczerze Wam się przyznam, że nie zawsze moje doświadczenia z kosmetykami zawierającymi witaminę C były pozytywne i ogólnie rzecz biorąc mimo zaleceń, by umieścić ją w swojej pielęgnacji, ja niekoniecznie się do tego stosowałam. Po prostu nie do końca miałam pewność, czy przy mojej cerze i specyficznej sytuacji zdrowotnej bardziej mi ona pomaga, czy szkodzi. Kiedyś zamieniłam jednak kilka słów z Interendo i poleciła mi ona LANEIGE Clear C Advanced Effector, czyli esencję, która zawiera aż 92.5% ekstraktów z jagód z aceroli i acai. Całość okraszono także niacynamidem i adenozyną, które moja skóra bardzo lubi, więc niewiele myśląc - postanowiłam zaryzykować. Co z tego wyszło? Same zobaczcie!
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Esencja ta znajduje się w szklanej butli, zawierającej 150ml. Całość utrzymana jest w tonacji srebrno - różowej oraz nie da się ukryć, że wykonanie jest bardzo porządne i miłe dla oka. Nietypowym rozwiązaniem w przypadku płynnych esencji rodem z Korei jest fakt, że została ona wyposażona w sprawną pompkę, a dodatkowo przy jej zakupie dostajemy 60 specjalnych, dedykowanych jej, koreańskich wacików, które są zupełnie inne niż nasze. Jedna strona jest gładka, a druga perforowana i z tego co zrozumiałam, ma ona zapewnić nam także delikatne złuszczenie. 
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Konsystencja kosmetyku jest typowo wodnista i faktycznie używanie jej w towarzystwie wacików, to chyba najwygodniejszy sposób jej stosowania, choć na pewno nakładana pacami byłaby bardziej wydajna. Zapach? Delikatnie owocowy, odrobinę czuć, z czego została ona wykonana. LANEIGE Clear C Advanced Effector używałam codziennie rano, zaraz po umyciu twarzy, a potem nakładałam na nią zazwyczaj krem Sulwhasoo, który już bardzo dobrze znam pod kątem działania i kocham go miłością wielką ;) Jeśli nałożymy esencję solo, bez problemu wchłonie się ona do matu. Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry. Ale pamiętajcie - generalnie jest ona stworzona do metody layeringu. 
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Jakie obietnice wobec LANEIGE Clear C Advanced Effector składa producent? Esencja według niego ma za zadanie właściwie tylko nawilżać oraz rozjaśniać, ale witamina C ma zdecydowanie szersze spektrum działania i to było po mojej skórze widać. Najszybciej zauważyłam działanie rozświetlająco - rozjaśniające. Dodatkowo naczynka oraz zaczerwienienia nie są tak widoczne, jak były, a ponadto wszystkie plamki po "okołookresowych" niespodziankach zniknęły nadspodziewanie szybko. Dawno też nie widziałam mojego znienawidzonego "buraczka", który spędza mi sen z powiek. Esencja poprawiła wygląd zmarszczek i zapewne dzięki działaniu antyoksydacyjnemu zapobiega powstawaniu nowych ;) Nawilżenia nie odnotowałam, ale też nie stosowałam jej solo i według mnie, za to odpowiadają kremy bądź serum. Pamiętajcie jednak, by nie stosować esencji na otwarte ranki i podrażnioną skórę ;)
LANEIGE Clear C Advanced Effector,
Dotychczas stosunkowo rzadko byłam zadowolona z produktów zawierających w nazwie witaminę C, wszak często podrażniały mi skórę. Mimo to LANEIGE Clear C Advanced Effector dosłownie skradł moje serce i z miłą chęcią wrócę do niego w przyszłości, wszak świetnie robi to, co ma robić, a także oferuje dokładnie to, czego po witaminie C mogę się spodziewać. Jednocześnie nie serwuje mi w pakiecie żadnych skutków ubocznych. Jest miłość! Za esencję zapłacicie na Jolse 36.80$. I według mnie zdecydowanie warto :)
A jaki jest Wasz ulubiony produkt zawierający witaminę C? Zdarzały Wam się kiedyś nieprzyjemności związane z jej stosowaniem? A może znacie opisany przeze mnie produkt LANEIGE? Dajcie koniecznie znać!

czwartek, 10 października 2019

Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" - czyli przygody z naturą na bis

Do blogerek eko i tych stawiających głównie na naturę bardzo mi daleko, ale i w moje ręce wpadają czasem tego typu produkty :) Tym razem jest to Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" ze sklepu https://triny.pl/. I teraz pora na małą dygresję. Nigdy nie byłam fanką maseczek, jednak z czasem odkryłam ich naprawdę magiczne właściwości, co spowodowało, że po prostu postanowiłam się przemóc i zacząć regularnie je stosować. No a najlepiej, żeby było szybko, prosto oraz skutecznie. Jak w te ramy wpisał się "Miód i Truskawki"? Przeczytajcie same! ;)
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" marki Miodowa Mydlarnia umieszczona jest w 25 gramowym słoiczku, który zapakowano w elegancki kartonik z instrukcją obsługi. Jest ładnie, prosto i ekologicznie ;) Kosmetyk ma konsystencję proszku, który musimy rozrobić sobie z wodą. I tu u mnie zawsze pojawiał się problem, bo czego bym nie zrobiła, zawsze konsystencja była za rzadka, lub za gęsta :D I albo ciężko było mi ją rozprowadzić na twarzy, albo maska z niej spływała :P Ma się ten dryg ;) Finalnie cały słoiczek starczył mi na 5 aplikacji, ale nie będę kłamać - wsypywałam zazwyczaj trochę więcej proszku niż każe producent przez moje eksperymenty i problemy z uzyskaniem właściwej formuły... Generalnie proszek to forma dla cierpliwych albo wprawionych, wszak ja myślałam, że podczas "mieszania" trafi mnie przysłowiowy szlag xD
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
I teraz tak: ta maseczka pachnie. Dla mnie tylko podczas nakładania, według mojego męża cały czas (tak, on też używał). Jest to zapach naturalnego miodu przemieszanego z truskawkami i według mnie nie jest on super przyjemny (nie lubię aromatu miodu), ale do przeżycia. A z kolei mój mąż powiedział, że maseczka tak śmierdzi, że aż mu niedobrze xD (jaki delikatny :P). W każdym razie mnie ten aromat do stosowania nie zniechęcił i zużyłam całe opakowanie ;) Po rozrobieniu maseczka robi się bordowa, zasycha na twarzy i bardzo ciężko się ją zmywa nawet przy pomocy gąbeczek celulozowych :) Wydaje mi się, że może to być wina miodu, który jest tu obecny na pierwszym miejscu w składzie. Poza tym, znajdziemy w nim jeszcze truskawki w proszku, kozie mleko i czerwoną glinkę.
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
Co jednak z działaniem? Po zastosowaniu Maseczki do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" Miodowej Mydlarni, zaobserwowałam głównie piękne wygładzenie, zmiękczenie skóry, oraz ukojenie mojego rumienia i popękanych naczynek w okolicy nosa :) W dodatku wszystko to dostałam bez uczucia jakiegokolwiek ściągnięcia ;) Przy dłuższym stosowaniu producent obiecuje także poprawę jędrności, a także wygładzenie drobnych zmarszczek, ale mnie nie dane było tego doświadczyć.
Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" Miodowa Mydlarnia kosztuje 25,73zł. Ogólnie rzecz biorąc z jej działania jestem nawet zadowolona, ale znam produkty, które zafundują mi ten sam efekt bez mało przyjemnych doznań zapachowych oraz bez mieszania proszku z wodą, które szybko znienawidziłam :P Miodowa Mydlarnio, może przygotujesz wersję w tubce dla leniwych? :D Byłoby mi bardzo miło :D Jeśli jednak bardzo ważny jest dla Was naturalny skład, to przyznać muszę że maska robi swoje, ale jej forma po prostu mi nie odpowiada. Na całe szczęście w asortymencie sklepu każda z nas znajdzie coś dla siebie. Gotowe tubki, słoiczki, płachty, proszki i saszetki ;)
A Wy jakie formy maseczek lubicie najbardziej? Zwracacie uwagę na składy produktu? Nie denerwuje Was rozrabianie maseczek? Dajcie koniecznie znać :)

sobota, 5 października 2019

Natural Secrets Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą, czyli wieczorne SPA

Wieczorne SPA, bez dobrego peelingu chyba nie może się obejść ;) Ja bardzo ten rytuał lubię, ale jako osoba chorująca na łuszczycę, muszę uważać podczas wyboru tego typu kosmetyków. Nie może być on zbyt ostry, te na bazie soli odpadają całkowicie (chyba, że raz na "ruski rok" nie mam ani jednej zmiany na ciele), za małe drobinki z kolei też potrafią napsocić w inny sposób (czasem np. ciężko je spłukać), więc najchętniej stawiam na peelingi oparte na drobinkach cukru, zanurzonych w  naturalnych olejach. Tak więc, gdy dotarł do mnie Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets, czym prędzej przystąpiłam do testów :) Co z tego wynikło?
 Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets
Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets zapakowano w ciężki, szklany słoik, przypominający te do weków. Nie jest to może najpraktyczniejsze rozwiązanie pod prysznicem, ale w wannie stosowało mi się go całkiem wygodnie. Jedyny minus, jaki dostrzegłam to fakt, że że szkło nie jest "kotoodporne" a moje zwierzaczki z wielkim zamiłowaniem bawią się w wannie i niestety zdarzało się, że coś tam potłukły :P Co ważne - słoiczek nie przecieka, więc na upartego możemy go zabrać ze sobą na wyjazd, choć jest to bardzo niepraktyczne ;) Poza tym, na zużycie go 250ml mamy 12 miesięcy. Jeśli chodzi o aromat tego produktu, peeling ma dla mnie bardziej zapach zielonej herbaty, ale gdzieś w tle, pobrzmiewa także słodkie mango. Po użyciu delikatnie utrzymuje się on na ciele przez jakiś czas.
 Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets
Funkcję ścierającą w  Peelingu Cukrowym Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets - jak sama nazwa wskazuje - pełnią małe drobinki cukru. Mają one na tyle przemyślany kształt i rozmiar, iż moc ścierającą określiłabym jako średnią, czyli moją ulubioną. Jest ona nam w stanie zapewnić zarówno złuszczenie, wygładzenie oraz zmiękczenie, jak i naprawdę przyjemny masaż. Cukier zatopiony jest w mieszaninie olejów więc właściwie przed każdym użyciem należałoby go dobrze wymieszać, jednak dla mnie nie stanowi to problemu. Ciekawym dodatkiem, są także znajdujące się wewnątrz kosmetyku zmielone kawałki zielonej herbaty :) Wydajność również stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, jednakże u mnie w domu nie do końca można to określić, ponieważ mój mąż namiętnie korzysta ze wszystkiego, co pojawia się w łazience i sypialni (tak, kremy przeciwzmarszczkowe też są spoko).
Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural secrets
Po zastosowaniu peeling pozostawia po sobie na ciele delikatny, przyjemny film, dzięki któremu skóra jest gładka, miękka, nawilżona i odżywiona. Ja lubię tego rodzaju atrakcje, ponieważ jestem balsamowym leniem. Po użyciu specyfiku tego typu, mogę odpuścić sobie smarowanie, a ciało mimo wszystko wygląda bardzo ładnie. Za to wielki plus. Poza tym, przy regularnym stosowaniu, na pewno zauważyć można poprawę wyglądu naszej skóry.  Za kosmetyk ten zapłacie 35zł i moim skromnym zdaniem - warto się na niego skusić ;) Dorównuje albo nawet przewyższa on wiele droższych peelingów na rynku. No i ma przyjemny skład :)

P.S. Produkt ten pochodzi ze sklepu https://triny.pl/ i miałam z nim do czynienia też jako klientka. Do złożenia tam zamówienia zachęcił mnie mnie spory wybór produktów, zdarzające się kody rabatowe, stosunkowo niska kwota potrzebna do darmowej wysyłki (pamiętam, że odbierałam paczkę z żabki obok domu :D), oraz szybki czas realizacji, wszak należę do tych niecierpliwych :D A dodatkowo można truć na wszystkich dostępnych kanałach obsłudze sklepu, który zawsze chętnie doradza nawet zwykłym klientom ;) Kupowałam raz, ale byłam bardzo zadowolona :)
A Wy znacie Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets? Lubicie peelingi cukrowe, czy wolicie jakieś inne? A może macie już wyrobioną opinię na temat sklepu Triny? Polecacie coś z ich asortymentu szczególnie? Dajcie koniecznie znać!

poniedziałek, 30 września 2019

Super+ O2 BB Cleanser Skin79, czyli jak zastąpić oleje w demakijażu

Mam nadzieję, że po tym jak u nas w kraju zapanowała moda na pielęgnację azjatycką, wszyscy już wiedzą, że twarz najlepiej oczyszczać dwa razy :) Raz - za pomocą olejku z emulgatorem, a drugi - delikatnym żelem bądź pianką. Co jednak w sytuacji, kiedy niekoniecznie dogadujemy się z zalecanym pierwszym etapem? Ano szukamy alternatyw! I o tej właśnie alternatywie dla olejków myjących chciałam Wam właśnie dziś opowiedzieć :) Mowa o Super+ O2 BB Cleanser Skin79, czyli nowszej wersji żelu O2 BB Cleanser Skin79.
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Super+ O2 BB Cleanser Skin79 znajduje się w prostym, przezroczystym opakowaniu typu airless, zawierającym 100g kosmetyku. Posiada ono wiele zalet. Między innymi jest higieniczne, regularnie możemy kontrolować poziom zużycia kosmetyku, ma bardzo sprawnie działającą i wygodną pompkę, która nie strzela na wszystkie strony, łatwo je przewozić i jest przyjemne dla oka. Do umycia całej twarzy, wystarczają nam dwie dozy, ale kosmetyk ten jest całkiem wydajny :) Co do zapachu - nowsza wersja pachnie dla mnie owocami, a w starszej czuć było tylko "świeżość". Jak więc jej używać? Najpierw rozprowadzamy żel na dłoniach, a potem delikatnie masujemy twarz, oczy i usta około minuty, wszak producent deklaruje, że możemy wykonać nim demakijaż nawet tych newralgicznych miejsc. Co ciekawe - ta wersja pianki praktycznie niemalże się nie pieni :)
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Super+ O2 BB Cleanser Skin79 po zetknięciu z wodą zmienia się w delikatną emulsję, która jednocześnie bardzo łatwo usuwa nawet najcięższy makijaż. Zmywałam nią kremy BB wypryskane utrwalaczem, ciężki, ciemny, imprezowy makijaż oka, czerwone szminki i nie zawiódł mnie on ani razu. Dodatkowo - on na serio nie szczypie w oczy, więc śmiało można nim zmywać tusze do rzęs i eyelinery. Twarz po jego użyciu naprawdę jest czysta, co potwierdza także bielusieńki ręczniczek, którym wycieram twarz :)
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Warto również wspomnieć o tym, że mimo swojej "siły rażenia" produkt ten jest naprawdę delikatny. Moja skłonna do rumienia i ściągnięcia cera bardzo dobrze się z nim dogadywała i była w ostatnim czasie wyjątkowo jasna, a demakijaż tego nie psuł (co przy nieodpowiednich produktach się zdarza).  Przez cały okres jej stosowania, nie odnotowałam również pojawienia się żadnego pryszcza ani zaskórnika :) Jest super <3 Jeśli więc nie lubicie olejków emulgujących, bo np. oczy zachodzą Wam mgłą, nosicie szkła kontaktowe, bądź po prostu "nie bo nie" a chcecie mieć pewność, że demakijaż wykonałyście w należyty sposób - zerknijcie koniecznie w stronę Super+ O2 BB Cleanser Skin79 :) Ja jestem z tej pianki bardzo zadowolona - jak chyba z każdej z trzech wersji, które miałam okazję używać ;) Kosztuje ona 17$ lub 79zł i na stronie Jolse możecie prześledzić w jaki sposób ewoluowała :)
Lubicie olejki do demakijażu? Jakiego produktu do tego celu aktualnie używacie? Dajcie koniecznie znać, może mnie czymś zainspirujecie :D

środa, 25 września 2019

Nowości z ostatnich dwóch miesięcy. Czy szalałam? ;)

Wrzesień powoli chyli się ku końcowi, więc pora już zaprezentować co trafiło do mnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, poza giftami z Hello Asia 4. Jak na tyle tygodni, na szczęście nie szalałam zbyt mocno i moje zakupy znajdują się tylko na pierwszych trzech fotografiach oraz połowie czwartej :P (ale za to mam nowe meble w sypialni <3) Przejdźmy jednak do rzeczy i zobaczmy, czego będę używać w najbliższej przyszłości, lub co już stosuję :)
black liner nowości
cosrx avene isntree
Na fali zachwytu nad działaniem Cosrx BHA Blackhead Power Liquid, zakupiłam sobie Cosrx AHA7 Whitehead Power Liquid. Ten czarny odstawiłam i teraz uwaga - zachwycam się fioletowym :D Dodatkowo tę wersję pokochał także mój mąż więc na dobrą sprawę niebawem można spodziewać się jego recenzji, bo już kończymy butelkę :P Zakup Koncentratu Avene Ystheal Intense, to w sumie tylko i wyłącznie wina Patrycji, która rekomendowała go, jako dobry na początek przygody z retinoidami. Idzie jesień - nie da się ukryć, więc będę próbowała. Z kolei na następcę Cosrx wytypowany został IsnTree Clear Skin 8% AHA Essence. Zobaczymy, jak ona da sobie z nami radę :) 
Nie da się ukryć, że zakup Tonizującej Kuracji Rozjaśniającej Natural Secrets Premium, to również wina Interendo :D Tak ją zachwalała, że moja słaba silna wola poległa, a ja potulnie się na nią skusiłam :P Odżywka do Rzęs Long4Lashes towarzyszy mi już od wielu lat i od czasu do czasu do niej wracam, więc należy uznać, że po prostu nadszedł "ten moment". Z kolei maseczka Miya My Pure Express 5-minutowa Maseczka Oczyszczająca kusi mnie już właściwie od premiery :D Dobre opinie na jej temat napływały do mnie zewsząd, więc i ja w końcu zdecydowałam się przygarnąć ją pod swój dach :)
everyshine mizon, borntree
Tu z kolei widać zakupy z targów Beauty Days. Skusiłam się na piankę do mycia twarzy EveryShine Mousse Rose Foam Cleanser, a do niej otrzymałam gratis trzy maski w płachcie tejże marki oraz maskę Mizon Push Out Volcanic Gommage. Bardzo okazyjnie udało mi się też kupić esencję do twarzy Borntree Birch Avenue Essence, którą Pani Sonia szczególnie chwaliła na ostatnim Hello Asia a na spółkę z Interendo i Magdą Love Dots nabyłyśmy pakiet maseczek 9CCDeep Sea Perl Brightening Moisturizing Pack
sulwhasoo hada labo dr.jart
Ostatnią rzeczą, jaką kupiłam na przestrzeni tych dwóch miesięcy, są miniatury Sulwhasoo Essential Firming Cream EX, który świetnie sprawdza mi się w towarzystwie kwasów i po prostu lepiej się czuję, kiedy mam go w domu oraz mogę go użyć w razie potrzeby :) Z kolei Lotion Hada Labo Shirojyun Premium Whitening Lotion (wybielający) oraz miniaturki Dr.Jart+ z serii Ceramidin dostałam od Patki podczas odwiedzin u niej :)
skin79 laneige
Jeśli chodzi o Jolse, tym razem zdecydowałam się przetestować BB Super O2 BB Cleanser Skin79 oraz BB Super Beblesh Balm Skin 79 w nowych odsłonach. Miałam je już w starszych wersjach i bardzo lubiłam, ale po pierwszych testach muszę przyznać, że niewiele się chyba w tej materii zmieniło :) Poza tym, trafił do mnie także Laneige Clear C Advanced Effector, czyli tonik z wysoką zawartością witaminy C. Ktoś mi go polecił i chyba bardzo dobrze trafił :D
Kinvane
Apropos poleceń: krem Kinvane Cica Balm rekomendowała Pani odpowiadająca za kontakty z Jolse i - szczerze powiedziawszy - tak mnie zachęciła, że zdecydowałam się go przetestować ;) Swoją drogą musi być wyjątkowo skuteczna, bo widziałam że skusiła na niego także Secretaddiction, u której już możecie przeczytać jego recenzję. Ale nie martwcie się, na pewno ja i mój policzkowy buraczek dołożymy swoje trzy grosze :D Dlaczego ten krem jest na oddzielnym zdjęciu? Bo miałam go w łazience, a o nieszczęśniku przypomniało mi się już po sesji zdjęciowej :P
natural secrets miodowa mydlarnia
Z kolei za sprawą sklepu Triny.pl trafiły do mnie trzy kosmetyki naturalne. Pierwszym z nich jest Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets, który od razu wpadł mi w oko, wszak zawiera cukier jako "substancję złuszczającą" i ma zapach dwóch rzeczy, które uwielbiam :D Z kolei na Esencję Aloesową Natural Secrets Premium zdecydowałam się ze względu na to, że jest wychwalana wszem i wobec (jeszcze chwila i wyskoczyłaby mi z lodówki :D). Używam jej już jakiś czas i wiecie co - chyba faktycznie sporo w tym prawdy... Ostatnia rzecz, to z kolei Maseczka Miód i Truskawki Miodowa Mydlarnia. Napiszę z pewnością jej recenzję, ale już mogę Wam zdradzić, że mój mąż orzekł iż niemiłosiernie śmierdzi :D
beauty days upominki
Tutaj z kolei widać po prostu upominki od organizatorów Beauty Days :) Są sztuczne rzęsy Ardell, mleczko do demakijażu Natura Siberica, szampon Basiclab, Batiste, mydełko LaQ i wiele, wiele innych. Nie pojechałam tam po prezenty (to na co miałam ochotę kupiłam sama) i zapewne trafią one do mojej rodziny, ale mimo wszystko miło, że organizator o nas pomyślał :) (mnie najbardziej spodobał się długopis i karteczki, których nie ma na zdjęciu xD) Na minus muszę zaliczyć to, że zgubiłam się w tych wielkich halach kilka razy, bo oznakowanie było tak słabe oraz fakt, że ciężko było tam znaleźć sale wykładowe. Ale świetne towarzystwo wystarczyło, żeby się dobrze bawić :D Nawet mój mąż wyszedł zadowolony, wszak trafił na ciekawych wystawców męskich produktów oraz fajnego barbera, z którym poplotkował o włosach, brodzie i kosmetykach, a dodatkowo załapał się na strzyżenie :) Strefa dla panów również była spora, więc śmiało możecie ich zabrać :)
I to już wszystko, co trafiło do mnie tym razem :) Wpadło Wam coś w oko? :) A może któryś z tych kosmetyków już znacie? Dajcie koniecznie znać!

P.S. Przepraszam za długi zastój na blogu, ale ostatnio jestem wybitnie nie w formie. Ciało mi się buntuje :D

wtorek, 17 września 2019

Hello Asia 4, czyli kontynuacja tradycji

Siódmego września miałam okazję uczestniczyć w czwartej już edycji Hello Asia, organizowanej przez Interendo. Osobiście byłam jeszcze na dwóch poprzednich i do dziś ciepło je wspominam (pierwsza niestety mnie ominęła bo zarezerwowaliśmy urlop ze znajomymi i nie dało się go przesunąć :/). Tym razem spotkanie również odbyło się w Grudziądzu i także w sali konferencyjnej Yasumi, ale mimo tego samego miejsca, absolutnie nie było nudno :) Z resztą same zobaczcie!
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
W tym roku spotkanie zaczęliśmy od sesji fotograficznej na patio :) Całą grupą zrobiliśmy sobie eleganckie zdjęcia grupowe i powoli poszliśmy do sali konferencyjnej, gdzie czekała na nas herbata, kawa, babeczki i inne przekąski :) 
spotkanie blogerek Hello Asia 4
Po chwili swobodnej rozmowy, Sonia (Kosmetyczka z Korei) prowadząca sklep koreanunicorn.pl zaprezentowała nam swoje kosmetyki i opowiedziała nam o realiach prowadzenia tego typu interesu w Polsce. Ile kosztuje zarejestrowanie jednego nowego produktu w kraju, o kontaktach z dostawcami, logistyce, transporcie, skąd biorą się wyższe ceny oraz wiele, wiele innych rzeczy. Następnie poruszyliśmy jeszcze temat nadchodzących targów Beauty Days oraz rozdano nam upominki. 
spotkanie blogerek Hello Asia 4
Sonia przywiozła każdemu kosmetyk marki Commleaf, od Yasumi dostaliśmy zestaw prezentowy wraz z bonem na zabieg do wykorzystania na miejscu, a resztę wyczarowała dla nas jak zawsze niezawodna Patrycja. W oczekiwaniu na swoją kolej w gabinecie kosmetycznym, poszłam relaksować się w strefie SPA, która w tym roku była dosłownie "cała dla nas" ;)
spotkanie blogerek Hello Asia 4
Najpierw przebrałam się w kostium kąpielowy i założyłam szlafrok, oraz na 10 minut zaległam na leżaku zawzięcie walcząc ze swoim selfie stickiem, którego mimo wszystko nie udało mi się namówić do współpracy :D (dziad nie chciał połączyć się z telefonem przez bluetooth). Potem zrezygnowana poszłam razem z Anią (Kolorowy Kraj) do jacuzzi i spędziłyśmy tam dobre pół godziny na rozmowie, masażu oraz zabawie ustawieniami wanny (można było zmienić nawet kolor światełek!).
spotkanie blogerek Hello Asia 4
Potem na kilka minut udałyśmy się do sauny (również we dwie, bo strefa SPA jakoś nie miała zbyt dużego wzięcia). Zmieniłyśmy kolor światełek z czerwonego na turkus żeby było milej, rozsiadłyśmy się na samym dole, chwilę pogadałyśmy i ruszyłyśmy pod prysznic oraz wskoczyłyśmy z powrotem w swoje ubrania :) Całość zajęła nam chyba koło godziny ;)
spotkanie blogerek Hello Asia 4
W tym czasie, większość zaczęła już wracać z zabiegów, które zafundowało nam w tym roku Yasumi. Po chwili także ja udałam się na rytuał Osaji, który polega na masażu specjalnie zaprojektowanymi, ceramicznymi łyżeczkami. Ma on za zadanie redukować obrzęki, detoksykować skórę, liftingować, oraz usunąć martwe komórki naskórka. Szczerze powiem, że byłam bardzo zadowolona z efektów i moja cera rzeczywiście wyglądała po nim znacznie lepiej :) Po powrocie czekała mnie znowu chwila przyjemnej rozmowy, obiad i wtedy okazało się, że już praktycznie 15:00 i pora zbierać się do domu. Te 6 godzin z Wami naprawdę przeleciało mi przez palce! :D
spotkanie blogerek Hello Asia 4
W spotkaniu udział wzięli: 
Organizatorka Patrycja - Interendo
Magda - Love Dots
Kasia - Myskinstoryy
Ania - Kolorowy Kraj
Ola - Wroobela
Monika - Candymona
i ja :D

A poniżej możecie zobaczyć wszystkie upominki, jakie dostaliśmy tego dnia w Grudziądzu, na Hello Asia 4 :) Nie powiem, szczególnie lodóweczka na kosmetyki zrobiła na mnie wrażenie :D Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok :) Bardzo się cieszę, że mogłam być tego dnia z Wami i dziękuję Pat za zaproszenie ;*
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4
spotkanie blogerek Hello Asia 4