piątek, 15 marca 2019

Mały powrót do lutego, czyli Shinybox Loveliness

Mam wrażenie, że ostatnio mam tyły w każdej możliwej dziedzinie życia :P Wynikają one z nadmiaru złych wiadomości, masy zawodów z każdej strony, posiadania nadmiaru wiedzy, z którą nic nie można zrobić, próbami udawania, że wszystko jest w porządku i zwyczajnego przesilenia wiosennego ;) Po tym małym wyżaleniu się, pora jeszcze wrócić do tematu walentynek i lutowego Shinybox Loveliness. Co ciekawego się w nim znalazło? Czy warto podjąć decyzję o zakupie marcowego pudełka? Zapraszam do lektury!
Shinybox Loveliness
Shinybox Loveliness
Pierwszym produktem, który zwrócił moją uwagę, jest Bell Hypoallergenic Bronze Powder 01. Jest to bronzer połączony ze zwykłym pudrem i szczerze powiedziawszy mnie ta idea całkiem się podoba i na pewno będę go na sobie testować. Odcienie wydają mi się całkiem twarzowe i stosunkowo neutralne :) Jego cena to 16.99 i jestem zdecydowanie na tak ;) Drugim produktem, który znalazłam w pudełeczku, jest Puder Rozświetlający Strobe&Glow Highlighter Revers Cosmetics 02 Eternal. Sam kosmetyk mimo obecności małych drobinek wydaje mi się całkiem w porządku, jednak otrzymałam wybitnie nietrafiony do swojego typu urody kolor. Wypróbowałam, nie było mi ładnie, więc zapewne komuś go oddam, bo produkt sam w sobie jest całkiem przyjemny :) Szkoda, że nie trafiłam na kolor 01 bądź 04, bo wtedy na pewno zostałby ze mną ;) Może ktoś chce się wymienić? :D Jego cena to 9.99 i był on jednym z trzech wymiennych produktów, jednak ambasadorki zamiast jednej, otrzymały z tej kategorii dwie rzeczy.
Shinybox Loveliness luty
Produktem drugim, z tej samej kategorii wymiennej co rozświetlacz Revers, jest Biovax, Regenerująca Odżywka do Włosów w Piance Złote Algi&Kawior. Ma ona za zadanie intensywnie pielęgnować suche i cienkie włosy pozbawione objętości, więc to produkt w sam raz dla mnie ;) Kiedy nadejdzie jego kolej, z pewnością go zużyję. Koszt? 9.99 za 150ml. Kosmetykiem wymiennym z kolejnej kategorii, jest Serum Liftingujące Biotanique. Poprawia ono koloryt oraz strukturę skóry, a także ma za zadanie dostarczyć nam nawilżenia. W sumie to wszystko brzmi ciekawie i cieszę się z jego obecności, choć producent widocznie popłynął na popularności kosmetyków rodem z Korei :P Jego koszt to 31.99, a trafić można było jeszcze na tusz do rzęs bądź maskę do twarzy. Całe szczęście wszystko posiadało podobne ceny.
Shinybox Loveliness luty
Kolejnymi produktami, które znalazły się w lutowym boxie, są Oczyszczające Maski Błotne 7th Heaven, sztuk 8, które mają wystarczyć nam na miesięczną kurację. Czy to dobry pomysł? Nie wiem... Zważywszy na fakt, iż nie lubię maseczek w saszetkach, pewnie część komuś oddam, a część zużyję sama, bo oczyszczenie w sumie by mi się przydało... Koszt pakietu to ponoć 48zł (dziwnie dużo :P).  Jakby maseczek w saszetkach było komuś mało, to wewnątrz znalazłam jeszcze pakiecik  Biotanique Multibiomask Nutritive&Ultra Clean za 4.99 ;) Poza tym, do pudełek trafił także Zestaw Organicznych Produktów do Higieny Intymnej Masmi, kosztujący 6.97 i próbka kremu Jowae.
Co myślę na temat tego pudełka? Wersja ambasadorska, biorąc pod uwagę poprzednie miesiące, jest całkiem w porządku, mimo że tak naprawdę dostałyśmy tylko jeden produkt więcej. Ja kilka rzeczy stąd chętnie wykorzystam, kilka oddam, więc w sumie standardowo, jak co miesiąc... Ogólnie rzecz biorąc, całość nie wydaje mi się tragiczna, mimo iż widziałam wiele narzekań Dziewczyn na facebooku Shinybox... A Wy co myślicie na jego temat? Ciekawa jestem, jaki produkt Paese przyjdzie do nas w marcowym pudełku ;)

P.S. W drogerii Olmed z kodem SHINYOLMED otrzymacie 10% rabatu ;)
P.S.2. Oferta wymiany odcienia rozświetlacza jest jak najbardziej serio :D

niedziela, 10 marca 2019

Huxley Secret of Sahara, czyli pielęgnacji na bazie opuncji figowej ciąg dalszy

Jakiś czas temu, skończyłam testować kolejny duet marki Huxley. Recenzję tego pierwszego możecie znaleźć tutaj, a dziś pora opowiedzieć, jak sprawdziły się u mnie kolejne dwa kosmetyki tejże marki. Tym razem zdecydowałam się na wypróbowanie Toniku Secret of Sahara Toner Extract It oraz Kremu Secret of Sahara Cream Fresh and More. Czy kolejne dwa produkty okazały się tak samo dobre jak poprzednie? A może wypadły lepiej? Zapraszam na recenzję!
Huxley Secret of Sahara
Huxley Secret of Sahara
Pierwszym z produktów, o których dziś mowa, jest tonik Huxley Secret of Sahara Toner: Extract It. Jest to produkt przywracający skórze odpowiednie ph, nawilżający i kojący. Zawiera w swoim składzie charakterystyczny dla marki ekstrakt z opuncji figowej. Płyn znajduje się w ciężkiej, szklanej butelce, zawierającej 120ml płynu. Jest ona odkręcana, ale dla mnie mimo wszystko całość była komfortowa w użyciu i co ważne - naprawdę bardzo estetyczna i ciesząca oko ;) Dozownik również był w sam raz, na wacik nie wylewało się ani zbyt dużo, ani zbyt mało płynu, dzięki czemu cieszyłam się tym kosmetykiem dość długo.
Huxley Secret of Sahara
Nie będę ukrywać, że bardzo przypadł mi do gustu zapach toniku, który znacząco umila jego stosowanie. Prawdopodobne ze względu na ekstrakt z opuncji, jest on bardzo zielony, faktycznie lekko "kaktusowy", świeży oraz bardzo elegancki. Sprawdziłam również, że produkt ten po wyschnięciu nie klei się i jeśli od razu nie nałożymy nic innego na twarz, po kilku minutach zupełnie go nie czuć ;) Kosmetyk skutecznie przywraca skórze odpowiednie ph, nawilża, odświeża, łagodzi i dobrze przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych :) Na Jolse zapłacimy za niego około 23$.
Huxley Secret of Sahara
Drugim produktem, który miałam okazję testować, jest krem do twarzy Huxley Secret of Sahara Cream: Fresh and More. Przeznaczony jest on do skóry normalnej, mieszanej oraz tłustej i ma za zadanie zapewnić skórze długotrwałe nawilżenie oraz odżywienie, dzięki zawartemu w nim olejowi z opuncji, bambusowi, kwasowi hialuronowemu i ceramidom. 50ml kosmetyku, umieszczono w eleganckim, szklanym słoiczku, który jednocześnie jest wygodny, cieszy oko, a także zapewnia trwałość oraz estetykę przez cały okres użytkowania produktu. Zapach jest identyczny jak w przypadku wszystkich kosmetyków tej firmy. Piękny, "zielony" i idealnie wyważony. Ja go absolutnie uwielbiam! Produkt ten ma konsystencję lekkiego żelu, który gładko sunie po twarzy, a podczas kontaktu z nią staje się jeszcze bardziej wodnisty. Po nałożeniu kosmetyk bardzo szybko wnika w skórę, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu. Po kilku godzinach Huxley Secret of Sahara Cream: Fresh and More wchłania się u mnie do całkowitego matu. Co ważne - świetnie współpracuje z makijażem i zupełnie się nie klei :)
Huxley Secret of Sahara
Co jednak z działaniem tego cuda? Przede wszystkim, zauważyłam że moja skóra po prostu stała się ładniejsza :D Była pięknie wypielęgnowana, ukojona (tak, nie mam czerwonych placków a naczynka są mniej widoczne :P), zaskórniki niemalże zniknęły. Ponadto, dawno nie miałam tak ładnie nawilżonej, wygładzonej i odżywionej cery, a efekt ten utrzymywał się nawet wówczas, gdy nie używałam żadnego serum, ani esencji. Ja z pewnością kupię go jeszcze nie raz! Ostatnio naprawdę mam szczęście do dobrych kremów. Jego koszt, to około 26$ i jeśli już naprawdę miałabym się do czegoś przyczepić, to za tę cenę mógłby być trochę wydajniejszy. Ale i tak go kocham :D
A czy Wy znacie kosmetyki firmy Huxley? Jakiego kremu i toniku aktualnie używacie?  A może zainteresowałam Was tymi propozycjami? ;) Dajcie koniecznie znać! :)

poniedziałek, 4 marca 2019

Nowości ostatnich miesięcy

Poprzedni post z nowościami, zakupami i prezentami pojawił się gdzieś w okolicy połowy stycznia i dotyczył głównie zeszłego roku, wszak w tej materii nie dzieje się u mnie ostatnimi czasy zbyt wiele. Staram się kupować mniej oraz trochę zaoszczędzić choćby na wakacje w naszej kochanej Chorwacji ale mimo wszystko, od stycznia trafiło do mnie kilka rzeczy. Jesteście ciekawe jakich? To zapraszam do oglądania!
nowości, zakupy black liner
nowości, zakupy black liner
W lutym miałam dziwną przygodę z gumkami do włosów. Nagle okazało się, że z 4 czy 5 sztuk nie została mi totalnie żadna i dokupiłam dwie paczki Invisibobble, czarne w wersji klasycznej a przezroczyste noszące nazwę Power, przeznaczone teoretycznie do gęstych i kręconych włosów, ale ja uważam, że ogólnie są one lepsze i bardziej wytrzymałe. A potem do mojego domu zawitała Lilka (czyli 4miesięczny kotek) i nagle wszystkie gumki się znalazły bo dojrzała je mała! Były poupychane pod łóżkiem, kanapą, dywanami, szafą (oraz w szafie), biurkiem i gdzie tylko się dało, więc moja starsza kocia współlokatorka Rozetka wyszła na gumkowego kleptomana (co ciekawe musiała je kraść z koszyczka pod umywalką). Życie z futrami zaskakuje. Drugą rzeczą, której nie mogłam sobie odpuścić, był Kwarcowy Roller do twarzy. Miałam już kiedyś zielony, z jadeitu, ale buchnęła mi go mama, więc postanowiłam sprawić sobie różowy (tak, ja kupiłam sobie coś różowego, chyba się starzeję). Poza tym, trafił do mnie także Nożyk do Brwi Blend It! oraz mój ulubiony pędzelek do eyelinera Maestro 780 r.0.
nowości, zakupy black liner
Poza tym, ostatnimi czasy nagle okazało się, że wykorzystałam cały swój zapas tuszy do rzęs, więc zamówiłam sobie tym razem L'oreal False Lash Wings Sculpt. Na razie wydaje mi się on całkiem przyzwoity, ale chyba nadal wolę jego "brata" z odrobinę inną szczoteczką (tu znajdziecie jego recenzję). Poza tym, trafił do mnie również ciekawy eyeliner, czyli Eveline Precise Brush Liner (recenzja). Bardzo mi się on spodobał, bo za niską cenę, dostajemy wyjątkowo dobry kosmetyk. Na zdjęciu nie ma drugiego egzemplarza, ale tak, od stycznia trafiły do mnie aż dwie sztuki tego cuda :) Poza tym, kupiłam sobie także bazowy cień do powiek, w kolorze cielistym. Tym razem postawiłam na Affect Colour Attack Matt 1039 i muszę przyznać, że jest naprawdę świetny.
nowości, zakupy black liner
Dodatkowo kupiłam sobie kolejny egzemplarz kremu, który bardzo dobrze radzi sobie z moimi zaczerwienieniami i naczyniami. O czym mowa? Oczywiście o Iunik Centella Calming Gel Cream! Jeśli chcecie wiedzieć więcej, koniecznie przeczytajcie jego recenzję. Poza tym, całkiem niedawno skusiła mnie w Rossmannie maseczka Bielenda Juicy Jelly Mask z Ananasem i Witaminą C :) Jeszcze jej nie używałam, ale liczę na to, że dobre recenzje, które widziałam na jej temat nie są przesadzone ;)
nowości, zakupy black liner
Nie lubię malować paznokci, mimo tego, że zawsze znajduje się na nich jakiś kolor. Jestem w tej materii leniwa, monotematyczna i na wskroś przewidywalna, więc gdy skończyło mi się już wszystko, czym można by paznokcie pomalować, wpadłam do sklepu i kupiłam kilka sprawdzonych produktów. Golden Rose Nail Expert Smoothing Base, Seche Vite Top Coat oraz trzy lakiery Golden Rose Rich Color w kolorach 35, 56 i 120. Polecam, wszystkie są bardzo ładne i trwałe, na moich paznokciach w towarzystwie tej bazy i topu wytrzymują ponad tydzień :)
nowości, zakupy black liner
Tutaj również widać głównie moich sprawdzonych ulubieńców. Sprawiłam sobie Kąpiel Odświeżającą Sosna Himalajska Herbal Care (nic mnie tak nie relaksuje, jak ten aromat), Żel do Mycia Ciała i Skóry Głowy Puri - Ichtilium dla osób chorujących na łuszczycę (ja stosuję go jako szampon i świetnie się sprawdza) oraz ulubiony antyperspirant: Vichy Traitement Anti - Transpirant. Typową zachcianką był z kolei balsam do ciała Neutrogena Hydro Boost Quenching Body Gel Cream. Zobaczymy, jak się sprawdzi... ;)
nowości, zakupy black liner
W styczniu doszła też do mnie paczka z Jolse i już niebawem możecie się spodziewać wysypu recenzji :) Tym razem zdecydowałam się przetestować Huxley Secret of Sahara Cream Fresh and More i Toner Extract It tejże marki. Poza tym trafił też do mnie Purito Snail Clearing BB Cream, a także dwa kosmetyki Secret Key z serii 24k Gold Premium, czyli First Serum oraz First Essence. Z kolei recenzję Purito Snail All in One BB Cleanser miałyście już okazję przeczytać tutaj i jeśli nie lubicie olejków w demakijażu, to polecam sobie ją nabyć :D
I tym razem to już wszystko :) Znacie któryś z tych produktów? A może coś szczególnie wpadło Wam w oko? Dajcie koniecznie znać w komentarzach :)

wtorek, 26 lutego 2019

Eveline Precise Brush Liner, czyli na temat kresek słów parę

Zazwyczaj kierując się siłą przyzwyczajenia, stawiam w makijażu na eyelinery w żelu. Jednak od czasu do czasu, zdarzają się momenty, kiedy mam ochotę na mały kosmetyczny eksperyment i kupuję coś, czego bym się po sobie nie spodziewała... Eyeliner Eveline Precise Brush Liner trafił do mnie niedługo po tym, jak u Mazgoo wyczytałam, że ponoć warto go wypróbować. Niewiele więc myśląc, poczyniłam zakup, mimo mojej lekkiej awersji do linerów w pisaku. Jak na tym wyszłam? Zapraszam do lektury, a wszystkiego się dowiecie!
Eveline Precise Brush Liner eyeliner
Eyeliner Eveline Precise Brush Liner ma formę mazaka wykonanego z solidnego plastiku i zawiera 2 gramy produktu ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Całość jest utrzymana w czarno - złotej kolorystyce oraz nie ma tendencji do niszczenia się w trakcie użytkowania. Wewnątrz pisaka znajduje się kuleczka do mieszania tuszu. Warto również wspomnieć o tym, że skuwka trzyma się eyelinera bardzo mocno i nie ma szans by otworzyła się ona samoistnie. Dodatkowo zapewnia ona szczelność, przez co kosmetyk wysycha wolniej niż inne mazaki tego typu, z którymi miałam w przeszłości styczność. Na pewno jest to również liner, który najlepiej ze wszystkich przeze mnie posiadanych sprawdza się w podróży :P Bez wątpienia zajmuje on dużo mniej miejsca niż słoiczek i pędzel.
Eveline Precise Brush Liner eyeliner
Aplikator Eyeliner Eveline Precise Brush Liner wykonano z włosia, które nie odkształca się podczas użytkowania i posiada bardzo precyzyjną końcówkę, sprawiającą iż jesteśmy w stanie wykonać nią zarówno cieniutką kreskę, jak również mocno podkreślić oko. Co ważne, kosmetyk lekko sunie po powiece, nie rozlewa się, oraz łatwo znosi wszelkiego rodzaju poprawki. Po nałożeniu zasycha w błyskawicznym tempie, zapewniając nam eleganckie, lekko błyszczące wykończenie, które trwa aż do zmycia (dla niego czasem lubię zamienić matowe eyelinery w żelu na winylowe pisaki :)). Ogólnie rzecz biorąc, po zaschnięciu kosmetyku nie musimy się obawiać, że zniknie on w ciągu dnia, skruszy się bądź rozmaże. Na mojej powiece, nałożony na bazę i cień do powiek, zdołał przetrwać praktycznie w każdych warunkach :) Jednocześnie, co istotne, bardzo łatwo zmyć go podczas demakijażu ;)
Eveline Precise Brush Liner eyeliner
Koszt Eyelinera Eveline Precise Brush Liner waha się między 15 a 20 zł i starczył mi na taki sam okres użytkowania jak każdy inny tusz do kresek w formie pisaka. Generalnie muszę przyznać, iż jak wiele innych blogerek uważam, że marka Eveline stworzyła genialny produkt w dobrej cenie i jeśli lubicie eyelinery w takiej właśnie formie, to naprawdę warto spojrzeć w jego stronę ;)
Eveline Precise Brush Liner eyeliner
A Wy jesteście fankami kresek? Jeśli tak, jaką formę eyelinera lubicie najbardziej? Stawiacie na pisaki, kałamarze, czy żel? Macie już swój ideał? Dajcie koniecznie znać! :)

środa, 20 lutego 2019

Purito Snail All In One BB Cleanser, czyli usuwanie makijażu dla leniwych

Wiele z Was pewnie dobrze wie, że jeśli chodzi o moją pielęgnację i oleje oraz wszelkiej maści olejki, jestem z nimi trochę na bakier. Zmywaniu kremów BB trzeba poświęcić jednak trochę więcej czasu oraz uwagi, więc większość osób wykorzystuje do tego właśnie tłustsze konsystencje. Jednak ja z pierwszym etapem zazwyczaj kombinuję jak koń pod górkę, omijając olejki, czy to emulgujące (takie, które bez problemu się spłukują, zamieniając się w białą emulsję) czy nie. Tym razem, zdecydowałam się więc wypróbować Snail All In One BB Cleanser Purito, przeznaczony właśnie do użycia podczas pierwszego etapu naszego demakijażu. Jak się on u mnie sprawdził? Zapraszam na recenzję :)
Purito Snail All In One BB Cleanser
Purito Snail All In One BB Cleanser zapakowany jest w brązowe opakowanie, zawierające 250ml produktu. Jest ono całkiem ładne i dobre jakościowo, ale ciężko się z nim podróżuje, bo pompkę trudno jest zablokować ;) Poza tym w tej kwestii nie mam mu nic więcej do zarzucenia. Do zmycia makijażu, wystarcza mi tylko jedna doza. Produkt ten zawiera ekstrakty z liści herbaty chińskiej, miłorzębu japońskiego, wąkroty azjatyckiej, lawendy, fiołka trójbarwnego oraz z chabra. Poza tym, znajdziemy w nim oczywiście śluz ślimaka i betainę, a producent chwali się ph na poziomie 5.5.
Purito Snail All In One BB Cleanser
Zapach kosmetyku jest dla mojego nosa bardzo przyjemny. Pachnie on świeżo, przyjemnie, może trochę jak połączenie aloesu z ogórkiem... Podczas używania aromat jest delikatnie wyczuwalny, ale nawet wrażliwcy będą usatysfakcjonowani ;) Konsystencja Purito Snail All In One BB Cleanser jest stosunkowo rzadka, ale mimo to całość cechuje się sporą wydajnością. Po zetknięciu z wodą produkt zmienia się w białą emulsję, którą należy wykonać około dwuminutowy masaż. Podczas gdy myjemy naszą cerę, ona naprawdę idealnie usuwa makijaż wykonany kremami BB (które naszpikowane są silikonem). Jednocześnie robi to wyjątkowo delikatnie. Moja wrażliwa cera nie ucierpiała ani trochę podczas całego stosowania produktu. Twarz nigdy nie była ściągnięta, zaczerwieniona ani nie szczypała. Wodoodporny podkład też usuwa pierwszorzędnie ;) Warto również wspomnieć, że mimo iż producent niekoniecznie zaleca wykonywać nią demakijaż powiek, to mnie się to kilka razy zdarzyło i nie powodowało to u mnie szczypania ani pieczenia oczu.
Purito Snail All In One BB Cleanser
Podsumowując: według mnie, jest to świetny produkt oczyszczający naszą twarz zarówno z codziennego makeupu, jak i z ciężkiego, imprezowego makijażu. Jednocześnie Purito Snail All In One BB Cleanser pozostawia moją cerę niepodrażnioną, miękką, oraz delikatną. Ja z pewnością jeszcze będę do niego wracać ;) Koszt żelu to 13.72$ na jolse (czyli około 53zł) .
A Wy czym zmywacie kremy BB? Jaki kosmetyk najlepiej sprawdza się u Was w pierwszym etapie demakijażu? Znacie już produkty Purito? Dajcie koniecznie znać :)

czwartek, 14 lutego 2019

Pierwsi ulubieńcy roku 2019 i nowa współlokatorka

Rok 2019 zaczął się już na dobre a w związku z tym, zaczynają pojawiać się także moi pierwsi ulubieńcy. Należą oni do różnych kategorii, więc coś dla siebie znajdzie zarówno amatorka makijażu, jak i fan pielęgnacji :) Jesteście ciekawe? To zapraszam do czytania oraz oglądania! (przepraszam za to dziwne światło na zdjęciach, ale u mnie jest ostatnio koszmarnie ciemno... A jak wychodzi słońce, to nigdy nie ma mnie w domu xD).
kosmetyczne hity
kosmetyczne hity
Jak zapewne zauważyłyście podczas czytania recenzji Iunik Centella Calming Gel Cream, w moim przypadku okazał się on strzałem w dziesiątkę, więc absolutnie nie mogło go tu zabraknąć. Egzemplarz, który widzicie na zdjęciu, to już mój drugi z kolei i nadal twierdzę, że jest bardzo przyjemny w użyciu, genialnie wycisza mój rumień na twarzy, nie powoduje on powstawania pryszczy, zaskórników oraz delikatnie nawilża cerę. Ostatnio podbiera mi go także mąż i również jest bardzo zadowolony wszak okazuje się, że krem Iunik potrafi sobie dobrze poradzić także ze skórą podrażnioną po goleniu. Produkt ten na pewno świetnie sprawdzi się w połączeniu z nawadniającym serum :)
kosmetyczne hity
Kolejnym produktem, który ostatnio przypadł mi do gustu, jest żel pod prysznic Aloe 92% Shower Gel Holika Holika. Rzadko wspominam o produktach tego typu, ale ten naprawdę mi się spodobał! Bardzo ładnie pachnie czymś w rodzaju "zielonej świeżości" z wyczuwalną nutą ogórka, świetnie się pieni, ma ciekawą konsystencję galaretki, jest wydajny i co najważniejsze - nie wysusza mojej umęczonej życiem skóry.  Bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta :) Drugi produkt z tego zdjęcia, to z kolei Purito  Snail All In One BB Cleanser czyli pianka oczyszczająca ze śluzem ślimaka. Nie jestem fanką oczyszczania twarzy olejkami, a w przypadku stosowania kremów BB należałoby ich używać, więc zawsze chętnie testuję różnego rodzaju alternatywy. Produkt ten z pewnością doczeka się jeszcze swojej oddzielnej recenzji, ale już mogę Wam zdradzić, że świetnie radzi sobie z usuwaniem nawet ciężkiego makijażu i jednocześnie jest bardzo przyjemny w użyciu. Z pewnością zostanie on ze mną na dłużej! :)
kosmetyczne hity
Przedostatnim kosmetykiem, który zdobył w ostatnim czasie moje uznanie, jest Purito Snail Clearing BB Cream, czyli krem BB ze śluzem ślimaka. Ma on eleganckie wykończenie, jest trwały i ma śliczny (dla mnie oczywiście) chłodny odcień, który idealnie wtapia się w skórę. Dodatkowo nie zapycha i nie podkreśla zmarszczek. Zdecydowanie jestem na tak! Jego szersza recenzja pewnie również pojawi się za jakiś czas ;) Na sam koniec zostawiłam sobie TonyMoly Black Gel Eyeliner (tu znajdziecie jego szczegółową recenzję). Jak zapewne dobrze wiecie, jestem fanką kresek na powiekach i wykonuję je głównie eyelinerami w żelu. Ostatnio ciągle miałam problem z zakupem swojego ulubieńca, ale na szczęście znalazłam jego godnego zastępcę. A czasem gdy go używam, zastanawiam się, czy produkt TonyMoly nie jest nawet lepszy. Jego trwałość, łatwość malowania, szybkość schnięcia i eleganckie wykończenie sprawiają, że aż chce mi się go wyciągać z szuflady :) 
I to już wszystko na dziś ;) Wpadło Wam coś w oko? A może któryś z kosmetyków znacie, bądź chciałybyście go wypróbować? Dajcie koniecznie znać! :)

P.S. Kto jeszcze nie miał okazji, niech pozna Lilkę, moją nową współlokatorkę ;) Puchata kulka ma w tym momencie 3.5 miesiąca i już drugiego dnia w nowym domu zaczęła szaleć :D Z Rozetką na razie trzymają się na dystans, ale agresji na szczęście brak :)
Whitney Maszkotka


piątek, 8 lutego 2019

Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy

Jeśli zaglądacie do mnie od czasu do czasu, pewnie dobrze wiecie, że zaczerwienienia, naczynka i przebarwienia, to moja zmora oraz to na nich skupia się właściwie cała moja pielęgnacja. Rzadko sięgam po markę Nacomi, ale gdy przydarzyła się taka okazja, nie omieszkałam zobaczyć, jak sprawdzi się na mojej różowej, miejscami ciągle zaczerwienionej skórze ich Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy. Działa ona łagodząco i pobudza mikrokrążenie aby wyraźnie zredukować przekrwienie skóry oraz zminimalizować widoczne naczynka krwionośne. Jej skład oparto na czerwonej glince i ekstraktach z arniki górskiej, kasztanowca, oczaru wirginijskiego, borówki oraz malwy, a także na oleju z pestek winogron i dzikiej róży. Czy jestem zadowolona z efektów? Zobaczcie same!
Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy
Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy znajduje się w fioletowej, miękkiej tubie, zawierającej 85ml produktu. Szczerze Wam powiem, że od dawna nie miałam żadnego kosmetyku, którego opakowanie aż tak mi się nie podobało xD Do tubki przyklejono zwykłą naklejkę z napisami (w dodatku chyba krzywo), sreberko z nakrętki niszczy się od każdego dotknięcia, a gwint ciągle jest usmarowany maseczką i choćbym nie wiem jak się starała, zawsze coś w niego wejdzie, przez co mam wrażenie że kosmetyk ten jest wiecznie "ufajdany", a ja w koło go czyszczę :P Dobrze, że chociaż nie ma problemów z wydobyciem maseczki na zewnątrz :D
Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy
I teraz uwaga: ten kosmetyk pachnie! I nie, to wcale nie jest zaleta, wszak w czasie aplikacji oraz podczas trzymania jej na twarzy czuję coś na kształt oleju słonecznikowego z odrobiną słodyczy. Dla mnie generalnie nie jest to woń, która zachęca do używania... Chyba w zamian za te straty, bardzo łatwo i przyjemnie nakłada się ją na twarz, a po aplikacji przyjemnie chłodzi :) Jej kolor przypomina masło orzechowe, prawdopodobnie dzięki sporej zawartości czerwonej glinki. Dzięki pozostałym składnikom, podczas 20 minut zalecanych do pozostawienia jej na twarzy nie zastyga ona do sucha. Warto również wspomnieć, że dość ciężko zmyć tę maseczkę palcami, ale sprawnie można ją usunąć przy pomocy gąbeczek Calypso ;)
Goodbye Red Skin by Nacomi, czyli Zmniejszająca Zaczerwienienia Maseczka do Twarzy
Co jednak z działaniem? Muszę przyznać, iż to bardzo brzydkie kaczątko dopiero tutaj pokazuje, jaki kryje się w nim potencjał. Maseczka z całą pewnością pięknie łagodzi moją skórę i na calusieńką dobę redukuje swędzenie. Poza tym zauważyłam także, że wygładza ona cerę, zmiękcza, zwęża pory, elegancko nawilża, a jednocześnie po jej zmyciu skóra wygląda zdrowo i nie świeci się. Co jednak z najważniejszym, czyli z obiecaną redukcją zaczerwienień? Przyznać muszę, że te mniejsze faktycznie po jej użyciu znikają, a te, które towarzyszą mi już chyba "na stałe" (dla tych co nie wiedzą, to te koło nosa), są sporo mniejsze i naprawdę wyglądają dużo lepiej.
Podsumowując mój wywód: mimo tego, iż opakowanie tego produktu w moim odczuciu jest naprawdę paskudne, a zapach przyprawia mnie o mdłości, polubiłam tą maseczkę za to, co robi z moją twarzą. W tym przypadku naprawdę świetnie sprawdzi się powiedzenie "bo liczy się wnętrze"... :D Jej cena, to około 30zł.
Lubicie kosmetyki marki Nacomi? A może miałyście już okazję poznać tę maseczkę? Czy może też zmagacie się z podobnymi problemami i mogłybyście coś mi polecić? Dajcie koniecznie znać! :)

sobota, 2 lutego 2019

Shinybox Time to Shine, czyli o styczniowym błysku słów kilka

Jakiś czas temu, dotarł do mnie styczniowy Shinybox, noszący nazwę "Time to Shine". Inspirowany jest on trwającym karnawałem, oraz ma za zadanie zadbać o nasz makijaż i włosy. A my z kolei mamy oddać się zabawie oraz olśniewać pięknem. Mimo tego, że nadszedł już luty, zobaczmy jeszcze jak zeszły miesiąc wypadł u Shinybox ;)
Shinybox Time to Shine
Pierwszym z kosmetyków, który wpadł mi w oko zaraz po otwarciu boxa, był HypoAllergenic Brow Modeller Gel Bell. Mnie trafił się odcień nr 3 i choć wolałabym żeby był ciemniejszy, to przyznać muszę, że sprawdza się on u mnie dobrze (to już moje drugie opakowanie). Moje włoski nie są szczególnie niesforne, więc w połączeniu z cieniem, idealnie daje sobie radę. Cena? 17.99zł. Drugim produktem, jest HypoAllergenic Lip Laquer Liquid Bell. Według producenta, jest to połączenie pomadki z błyszczykiem, który w moim pudełku znalazł się w bardzo ładnym, dziewczęcym odcieniu różu. Szczerze powiem, że ja jestem zawsze łasa na delikatne nudziaki i dziewczęce róże, więc z chęcią będę go używała. Koszt? 12.99zł. Kolejnym kosmetykiem, który znowu przeznaczony jest do ust, Kremowa Pomadka do Ust Secretale Nude Bell. Daje ona efekt "mokrych warg" oraz sprawia, że stają się one miękkie i nawilżone. Ogólnie rzecz biorąc, idea mi się podoba, ale nie do końca przekonana jestem do tego, jak wyglądam w odcieniu, który mi się trafił. Na razie wydaje mi się lekko pomarańczowy, ale może jeszcze zmienię zdanie. Sama forma pomadki wydaje mi się interesująca. Cena? 13.49zł. (w pudełku ambasadorskim zabrakło HypoAllergenic Powder&Blush Bell).
Shinybox Time to Shine
W ramach obiecanej pielęgnacji włosów, otrzymałyśmy Szampon do Włosów Purify&Protect Gliss Kur Schwarzkopf. Jest on przeznaczony do włosów przeciążonych zanieczyszczeniami i przetłuszczających się. Szczerze powiem, że ja nie będę go używać, wszak przy mojej łuszczycy wolę dmuchać na zimne i stosuję tylko specjalistyczne szampony, ale jak zawsze zachwycony obecnością tego typu produktu jest mój mąż. Nie wiem po co mu kolejny, bo w kolejce stoją już 4 szampony, ale dziękuję w imieniu mojego lubego. Ja wolałabym odżywkę z tej samej serii ;) Jego cena to około 15zł. Drugą rzeczą z tego zdjęcia, jest Maseczka Regenerująca do Twarzy Dermaglin. Ma ona za zadanie oczyszczać, odżywiać oraz wygładzać skórę twarzy. Zapewne komuś ją podaruję, bo mnie zużywanie saszetek już męczy i naprawdę tego nie lubię :P Koszt? 6.99zł.
Shinybox Time to Shine
W ramach rekompensaty za brak różu Bell, ambasadorki otrzymały więcej produktów, które w normalnych pudełkach pojawiły się wymiennie. Pierwszym z nich, są Perfumy Carlo Bossi Crystal Femme, których odechciało mi się najpierw po ich użyciu, a potem po pierwszych słowach mojego męża, brzmiącymi w następujący sposób: "pół ulicy tak pachnie" xD Dam je może którejś z naszych babć, one powinny być zadowolone ;) Cena? 14.99 za 15ml. Drugim kosmetykiem, jest Maska Wzmacniająca do Włosów Basil Element, która zwiększa miękkość i elastyczność włosów. Z racji tego, że moje pasma znowu są dość długie, odżywki oraz maseczki schodzą u mnie w ekspresowym tempie. Bardzo cieszę się więc z jej obecności. Koszt? 29.99 za 200ml. Ostatnim już produktem, Kolagenowa Maska w Płachcie Biodermic. Opis producenta brzmi zachęcająco, wszak obiecuje on poprawę elastyczności, jędrności, ochronę przed odwodnieniem, oraz optymalne nawilżenie. Ja jednak jej nie wypróbuję, wszak obiecałam ją już mamie ;) Jej cena to 17.99 za sztukę.
Shinybox Time to Shine
Dodatkiem ambasadorskim był z kolei Szampon z Węglem Aktywnym Element. Dogłębnie oczyszcza on skórę głowy, działa kojąco i nawilżająco, chroni włosy przed negatywnym wpływem środowiska oraz zmniejsza przetłuszczanie się włosów. I cóż się okazało? Znowu mój mąż jest nim zachwycony! Także tym oto sposobem, facet z włosami do ramion, ma w kolejce do zużycia 6 butli różnych szamponów! xD To już chyba jakaś mania :P Chociaż ja mam to samo z kremami do twarzy :P
Podsumowując tę edycję: W pierwszej chwili pomyślałam, że naprawdę zbyt dużo tu produktów marki Bell (w dodatku dwa do ust), ale nie licząc maski do włosów, to tak naprawdę głównie one mnie ucieszyły i trochę mi szkoda, że w moje ręce nie trafił także róż do policzków. Poza tym, sądzę że w styczniu ekipie Shiny udało się stworzyć lepsze pudełko niż miesiąc temu, ale nie jest to szczególnie znacząca poprawa. A Wy co sądzicie na jego temat? Któryś z produktów wpadł Wam w oko? Dajcie koniecznie znać! 

niedziela, 27 stycznia 2019

Maybelline Fit Me! Concealer nr 05, czyli o korektorze z drogerii słów parę

Na korektor Maybelline Fit Me! skusiłam się na którejś z rossmannowych promocji z polecenia Bling bling makeup :) Zakup ten przypadł akurat na okres mojego nałogowego testowania korektorów wszelkiej maści i szukania ideału. Zachęcona ceną, dostępnością oraz całkiem jasnym kolorem kupiłam go bez namysłu. W dodatku dwa, dla siebie oraz mojej mamy :P Co zrodziło się z tej znajomości? Same przeczytajcie!
Maybelline Fit Me! Concealer nr 05
Korektor Maybelline Fit Me! umieszczono w dobrym jakościowo, plastikowym opakowaniu, zawierającym 6.8ml kosmetyku. Podczas użytkowania napisy się nie wycierają, ale niestety nakrętka w moim przypadku dość mocno się porysowała... :P A szkoda, bo nie lubię, gdy opakowanie nawet pod koniec użytkowania jest zniszczone albo niemożliwe do doczyszczenia :/ Na zużycie go mamy 6 miesięcy od otwarcia i przy codziennym użytkowaniu to wystarczający okres aby nic nie zmarnować ;) Aplikator jaki w nim umieszczono przypomina te klasyczne, do aplikacji błyszczyków. Na szczęście jest również miękki oraz przyjemny w użytkowaniu, bo zdarzały mi się już "korektorowe drapaki" i szczerze ich nienawidziłam xD Jego zapach można zaliczyć do tych "lekko plastelinowych", ale na szczęście jest niemalże niewyczuwalny ;)
Maybelline Fit Me! Concealer nr 05
O ile dobrze pamiętam, w Polsce, powszechnie możemy spotkać go w 3 albo 4 odcieniach. Ja posiadam najjaśniejszy z nich, czyli 05. Ma on ładny, jasny kolor i nie utlenia się nałożony na skórę, ale posiada różowy podton, więc nie wiem, czy posiadaczki typowo ciepłej cery byłyby zadowolone. Na całe szczęście Maybelline Fit Me! nie posiada żadnych błyszczących drobinek, które szczerze w korektorach znienawidziłam :P Jest ładną, naturalną "satynką". Warto również wspomnieć, że kosmetyk ten nie wysusza okolic oczu. Bardzo łatwo się go nakłada i szybko rozprowadza. Ja najbardziej lubię aplikować Fit Me! gąbeczką, ale wklepany palcem też wygląda przyzwoicie.
Maybelline Fit Me! Concealer nr 05
Ogólnie rzecz biorąc, korektor Maybelline Fit Me! wygląda u mnie ładnie, ale niestety stosowany w określony sposób i tylko do czasu. Podczas jego użytkowania trzeba uważać, by na okolice oczu nie nałożyć zbyt dużej ilości pudru matującego (łatwo w ten sposób podkreślić strukturę skóry) więc aby zniwelować ten problem, zaczęłam stosować lekki puder rozświetlający. Korektor utrwalony w odpowiedni sposób, nie ma już na szczęście tendencji do wchodzenia w zmarszczki w ciągu dnia. Drugą jego wadą, jest dla mnie zbyt małe krycie, które mam wrażenie jeszcze dodatkowo "upłynnia się" wraz z każdą godziną. Na co dzień, albo gdy mam lepszy okres, jest całkiem w porządku, ale do makijażu wieczorowego, albo gdy moje cienie wyglądają naprawdę tragicznie, nie jest w stanie sprostać wszystkim wymaganiom ;) Jego cena waha się między 20 a 32zł.
Podsumowując: po dłuższej znajomości stwierdzam, że dla mnie to niezły korektor do stosowania w codziennym makijażu ;) W przypadku dużych cieni może sobie on nie poradzić. No i dodatkowo nie chciał współpracować z każdym moim pudrem :P
A Wy miałyście już może styczność z tym korektorem? Byłyście z niego zadowolone, czy też może nie do końca? Dajcie koniecznie znać! A może dopiero planujecie zakup tego produktu? ;)

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Nowości i prezenty z grudnia

Ostatnimi czasy sporo się u mnie dzieje i ciągle o czymś zapominam :P Jednak w środę, leżąc półtorej godziny na rezonansie magnetycznym (tak, naprawdę trwał 1.5h - myślałam, że umrę z nudów xD) zdałam sobie sprawę, że nie opublikowałam posta pokazującego grudniowe nowości. Na początku stwierdziłam, że skoro już połowa stycznia, to pominę temat milczeniem... Ale potem pomyślałam, że jednak skonsultuję się z Wami. Kilka Dziewczyn napisało mi, że chętnie wszystko obejrzy, a ja stwierdziłam, że w związku z tym, iż w styczniu nie kupiłam jeszcze żadnego kosmetyku (tylko dwie bluzki! :D), może nie będzie to najgorszy termin. Tak więc trochę po czasie, ale zapraszam na prezentację moich nowości.
Nowości i prezenty z grudnia black liner
W grudniu trafiły do mnie aż dwa kosmetyki Nabla. Paleta Poison Garden jest już chyba wszystkim dobrze znana i widziała ją każda z Was, ale skusiłam się w zeszłym miesiącu na jeszcze jedną rzecz z ich oferty. Jaką? Nabla Dreamy Lip Kit w odcieniu Romanticized. Miałam już jedną pomadkę w płynie tej marki i bardzo ją lubiłam, ale zabrała mi ją mama, więc skusiłam się na tę elegancką, świąteczną edycję limitowaną :D Poza tym, trafiła do mnie także paleta Colourpop Disney Designer Collection, którą nabyłam jeszcze na Black Friday. Nie planowałam jej zakupu, ale gdy okazało się, że wysyłka jest darmowa, nie mogłam oprzeć się tym księżniczkom... Ostatnią rzeczą z tego zdjęcia, jest z kolei Puder AA Wings Dust Matt Loose Powder nr 30, który katuję namiętnie, bo okazał się bardzo przyzwoity. W przyszłości sprawię sobie jeszcze ten fioletowy :)
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Z racji tego, że ostatnio moja cera miewa fochy, postanowiłam kupić sobie na jakiejś sporej promocji trzy kosmetyki marki Frudia. Postawiłam na dwa lekkie produkty, czyli Green Grape Pore Control Cream oraz Green Grape Pore Control Serum. A żeby załapać się na darmową wysyłkę, wrzuciłam do koszyka jeszcze piankę do mycia twarzy Citrus Brightening Micro Cleansing Foam :) W grudniu przyleciało do mnie również zakupione jeszcze w listopadzie Centella Green Level Buffet Serum marki Purito. Jest ono w dużej mierze oparte na wąkrotce azjatyckiej, tak samo jak krem z poprzedniej recenzji, który bardzo mi posłużył ;) I jeśli chodzi o moje zakupy, to byłby koniec :P
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Na Mikołajki dostałam od mojego kochanego męża wodę toaletową Thierry Mugler Alien. "Nosiłam ją" namiętnie przez calusieńki grudzień i przyznać muszę, że naprawdę się polubiłyśmy ;) Poza tym, w zeszłym miesiącu odwiedziła mnie także Interendo. I wiecie co? W prezencie urodzinowym dostałam od niej paletę, na którą byłam chora od daty jej premiery, czyli Huda Beauty New Nude :) Jest piękna do kwadratu i bardzo Ci za nią dziękuję ;*
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Poza tym, wspomniana już wyżej Patrycja, przysłała mi jeszcze paczkę z prezentem gwiazdkowym (oszalała jak nic :P). Znalazły się w niej  świeca Bath&Body Works Lavender, całonocna maseczka do twarzy Cat's Purrfect Night Mask TonyMoly, krem do twarzy Cat's Purrfect Day Cream TonyMoly, pomadka Mac Nicopanda w odcieniu Pink Off (bardzo"mój" ;)) oraz lawendowy puder do twarzy Petal Velvet Powder Pink Lavender Althea :) Dziękuję bardzo, ale naprawdę nie trzeba było :* Swoją drogą, ktoś tu mnie chyba zna na wylot :P
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Z kolei na urodziny od kuzynki dostałam paletę Douglas Dream Palette. Posiada ona spory wybór niezłej jakości cieni do powiek i szminek, więc można eksperymentować do woli ;) Tym sposobem jestem "utopiona" w kolorówce już chyba do końca życia :D Dziękuję za prezent! ;*
Nowości i prezenty z grudnia black liner
O moich urodzinach pamiętała także Magda z bloga I love dots :) Dostałam od niej całe pudło ślicznych rzeczy, za które bardzo, ale to bardzo dziękuję! :* Co się w nim znalazło? Najśmieszniejszy jest "jeż na długopisy" xD W jego kolcach zatapiają się zarówno przypory do pisania, jak i żel dezynfekujący do rąk Bath&Body Works, który dostałam w wersji Pretty as a Peach :) Poza tym, w paczce znalazło się także kilka maseczek, magnetyczne zakładki do książek, świeczka Kringle Candle Winter Apple oraz żel pod prysznic Balea Do What You Love. Co szczególnie wpadło mi w oko? Bezapelacyjnie Super Keana Lotion Labo Labo, pianka My Scheming HA Hydra Moisturizing Facial Foam oraz Super Black Pen Eyeliner marki Hope Girl :) Bardzo mi miło, znowu udowodniłaś, że dobrze znasz mój gust ;*
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Od marki Novaclear dostałam z kolei całą ich linię Whiten, którą pokazywałam Wam już na moim instagramie (tam zawsze wszystko jest wcześniej :D). W jej skład wchodzi żel do mycia twarzy Whitening Gentle Cleanser, Advanced Whitening Serum, Whitening Night Cream oraz Whitening Day Cream. Sobie zostawiłam serum i żel do twarzy, a kremy testuje moja mama :) Dziękuję za prezent! ;)
Nowości i prezenty z grudnia black liner
Z kolei Green Pharmacy z okazji odnowienia szaty graficznej ich produktów, obdarowało mnie zestawem do kompleksowej pielęgnacji ciała. W dodatku część kosmetyków ma zapach róży, który bardzo lubię ;) Co więc dostałam? Szampon Łopian Większy, Balsam do Włosów Olejek Łopianowy, Przeciwzmarszczkowy Krem Odżywczy Róża, Olejek Kąpielowy Sandałowiec, Neroli i Róża (uwielbiam!) oraz Balsam do Ciała Róża i Imbir. Krem oddałam babci, a szampon zgarnął mój mąż, ale cała reszta na pewno mi się przyda :) Dzięki! :*
I to już wszystko na dziś. Coś szczególnie wpadło Wam w oko? A może któryś z produktów miałyście już okazję testować na sobie? Dajcie koniecznie znać! 

wtorek, 15 stycznia 2019

Iunik Centella Calming Gel Cream, czyli zaczerwienieniom i niedoskonałościom powiedz "stop"!

Jak zapewne zauważyłyście, od dawna zmagam się z przebarwieniami oraz zaczerwienieniami. Co jednak ciekawe, niemalże rok temu, do grona głównych problemów, dołączyły także zaskórniki i innej maści niedoskonałości... (zmieniłam leczenie swojej kochanej choróbki :P). Po chwilowym szoku, trzeba było się w końcu otrząsnąć i zacząć szukać odpowiedniej dla siebie pielęgnacji. Z czasem wyszło na jaw, że skóra mieszana z tendencją do odwodnienia, zaczerwienień i niedoskonałości, w dodatku z pierwszymi zmarszczkami nie jest łatwym przeciwnikiem :( Ale wtedy na ratunek pojawiła się Kasia Myskinstory i przysłała mi w prezencie Iunik Centella Calming Gel Cream :) Jak się on u mnie sprawdził? Same przeczytajcie! ;)
Iunik Centella Calming Gel Cream
Iunik Centella Calming Gel Cream znajduje się w prostej, biało-zielonej tubce, zawierającej 60ml kosmetyku. Wykonano ją oczywiście z plastiku. Nie jest to niestety nic ekstra, ale na plus można zaliczyć fakt, iż jest to bardzo higieniczne rozwiązanie, a dodatkowo posiada ona zamknięcie "na klik", więc można ją szybko zamknąć i otworzyć. Mimo jej wątpliwej urody, warto również zauważyć, że wszelkiego rodzaju tubki dobrze nadają się do przewożenia ;)  Iunik Centella Calming Gel Cream zawiera hydrolat z liści wąkrotki (70%), drzewa herbacianego (10%), wyciąg z brokuła, koniczyny, pak choi, pszenicy, rzodkiewki, kapusty, oraz niacynamid i adenozynę. Mieszanka tego typu, ma nam zapewnić odżywienie, łagodzenie, działanie przeciwstarzeniowe, a także rozjaśniające.
Iunik Centella Calming Gel Cream
Sam krem jest przezroczysty i pięknie pachnie świeżością, co naprawdę umila proces nakładania. Fantastyczna żelowa konsystencja gładko sunie po skórze, a dodatkowo w kontakcie z nią, krem staje się jeszcze bardziej wodnisty. Po nałożeniu na twarz, kosmetyk bardzo szybko wchłania się do całkowitego matu, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu. Co ważne, produkt ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb czy pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać makijaż praktycznie od razu, bez niepotrzebnego czekania aż krem się wchłonie. Jedną z jego wad jest fakt, że nie ukryje on pod makeup'em suchych skórek, jeśli już takowe posiadacie.Wydajność produktu oceniłabym jako średnią, gdyż wystarczył mi chyba na miesiąc stosowania go rano, oraz wieczorem.
Iunik Centella Calming Gel Cream
Co jednak z działaniem? Co z tego wszystkiego zauważyłam u siebie? Na pewno jak do tej pory, jest to produkt, który najładniej wycisza moje czerwone policzki i okolice skrzydełek nosa. Po jego użyciu cera naprawdę prezentuje się dużo, dużo lepiej (czyli "buraczek" znika, a skóra wygląda zdrowo, nie ma czerwonych placków). Dodatkowo, przez cały ten miesiąc gdy go stosowałam, zauważyłam, że niedoskonałości nie pojawiły się wcale, a liczba zaskórników pięknie się zredukowała (choć może to być też zasługa miejscowego stosowania kwasów). Ponadto mam wrażenie, że krem ten delikatnie nawilża, jednocześnie zapewniając cerze lekkie zmatowienie. Zupełnie nie zauważyłam z kolei odżywienia, ani działania przeciwzmarszczkowego, ale stan cery pod tym kątem na pewno się nie pogorszył. W połączeniu z nawilżająco - odżywczym serum, sprawdzał się u mnie naprawdę genialnie i ze względu na właściwości przeciwtrądzikowo - kojące, z pewnością szybko zamówię kolejną tubkę. Jego cena waha się pomiędzy 45 a 70zł.
Podsumowując - z czystym sumieniem polecam go osobom mającym problemy z zaczerwienieniami oraz niedoskonałościami. Świetnie sprawdzi się też zapewne w przypadku cery tłustej, wszak wchłania się do matu i nie powoduje zapychania, ani nie obciąża skóry.
Znacie koreańską markę Iunik? Miałyście okazję stosować ten produkt? Czy ostatnio Wasza cera dokucza Wam w jakiś sposób? Dajcie koniecznie znać w komentarzach :)