piątek, 8 listopada 2019

Holy Snail Shark Sauce - magiczna różdżka na przebarwienia i rumień?

Moja cera to twór wyjątkowo upierdliwy w kwestii przebarwień. Praktycznie od dziecka miałam piegi, których szczerze nienawidziłam (na szczęście bardzo mało z nich przetrwało do dnia dzisiejszego), a dodatkowo ostatnimi czasy wraz ze zmianą leczenia pojawiły się u mnie okresowe niespodzianki w postaci pryszcza bądź zaskórników, które trzeba było usunąć mechanicznie (na serio szczególnie z tymi drugimi nie było wyjścia).  Po tego typu zabiegu, oczywiście pozostawały mi na skórze plamy, które samoistnie znikały dopiero po około 4-6 tygodniach, a mnie już przy trzech tego typu śladach na twarzy trafiał przysłowiowy szlag. Trzeba więc było działać, dodatkowo najlepiej szybko i skutecznie. I tak za sprawą Interendo i Myskinstoryy trafił do mnie Holy Snail Shark Sauce. Czy sos rekinowy wyżarł moje przebarwienia? Już mówię! :D
Holy Snail Shark Sauce
Holy Snail Shark Sauce zapakowano w prostą buteleczkę z miękkiego plastiku, zawierającą 30ml produktu. Niestety, ale prawda jest taka, że wygląda ona tanio, już przy pierwszym użyciu naklejka na "rekinku" brzydko się gniecie, a dodatkowo ciężko dostać się do wnętrza (tj. odkręcić korek). Całość wykonano "po kosztach", ale za to aplikator jest precyzyjny i bardzo wygodny w przypadku stosowania punktowego. Kluczowe składniki aktywne tego serum to niacinamid, który rozjaśnia i poprawia elastyczność skóry, N-Acetyloglukozamina (rozjaśnia oraz nawilża, redukuje widoczność drobnych zmarszczek, a dodatkowo wspomaga naprawę uszkodzeń spowodowanych promieniami UV i przyspiesza gojenie się ran), korzeń lukrecji i ekstrakt z zielonej herbaty, kwas hialuronowy, mleczan sodu oraz pantenol. Warto pamiętać, że Shark Sauce stosujemy po wszystkich substancjach aktywnych i toniku, a przed kremem.
Holy Snail Shark Sauce
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Zapachu według mnie serum niemalże nie posiada, choć może gdyby dobrze się wczuć, można by doszukać się w nim delikatnej, "aptecznej" nuty. Produktu tego, używam zarówno rano jak i wieczorem, choć nie codziennie. Głównie czeka on na epizody problemowe, czyli kropki po niedoskonałościach, bądź "dzień buraka". Po nałożeniu na twarz kosmetyk nie pozostawia po sobie żadnej warstwy, chyba że przesadzicie - jak ja za pierwszym razem xD Wtedy klei się wręcz niemiłosiernie. W przypadku Holy Snail Shark Sauce mniej znaczy lepiej :) Warto również dodać, że jest to produkt szalenie wydajny i całe szczęście, że jest ważny aż 12 miesięcy od otwarcia, bo kilkoma kropelkami posmarujemy praktycznie całą twarz. 
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Co jednak z działaniem? Stosowałam go na przebarwienia oraz mojego toczniowego motylka i powiem Wam tak: to faktycznie działa. Stare plamki trzeba smarować dłużej, ale faktycznie jaśnieją, a świeże ślady po zaskórnikach bądź pryszczach, lub nawet nowe blizny np. po zadrapaniu (też sprawdzałam) znikają z twarzy w około 7-14 dni. Co z piegami? Piegi jak to piegi, raz są, raz ich nie ma i generalnie to walka z wiatrakami, w której najbardziej pomaga dobry filtr UV. Mimo to - faktycznie trochę jaśnieją. Co ciekawe, po posmarowaniu skóry tym serum, mój rumień wycisza się praktycznie w ciągu godziny (magia), więc jeśli macie problemy tego typu - również może się ono u Was sprawdzić.
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Sporą przeszkodą w imprezowaniu z rekinami (ponoć żaden nie ucierpiał przy tworzeniu tego serum :D) może być niestety cena. Duże opakowanie kosztuje 239zł lub 29$ a małe 7ml - 89zł lub 9$. Jeśli jednak chcecie stosować je punktowo, to z czystym sumieniem możecie zaopatrzyć się w mniejszą buteleczkę. Przy jego szalonej wydajności na pewno wystarczy na długi czas. Ja swoim opakowaniem podzieliłam się z bratem, który ma podobną cerę ;) Z mojej perspektywy warto w niego zainwestować, szczególnie jeśli macie problemy z przebarwieniami, bądź rumieniem :) Do sosu z rekina jestem już bardzo przywiązana i czuję się bezpieczniej, gdy stoi sobie na półeczce :D Wprawdzie problemy z zaskórnikami i pryszczami powoli są coraz mniejsze a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że powoli zanikają, to świetnie ratuje mnie on także w "buraczane dni", kiedy mój rumień szaleje ;)
Znacie Holy Snail Shark Sauce? Macie problemy ze śladami po pryszczach, przebarwieniami bądź rumieniem? Też zostają Wam widoczne ślady nawet po maleńkich bliznach? Jak sobie z tym radzicie? Dajcie koniecznie znać!

Jako bonus publikuję piosenkę, z którą większości z Was skojarzył się ten kosmetyk, gdy pokazałam go na instagramie :D

poniedziałek, 4 listopada 2019

Kinvane PDRN Cica Balm - cudowna galaretka w tubce?

Kosmetyków z centellą przetestowałam już masę i nie będę ukrywać, że bardzo je polubiłam, ze względu na fakt, że świetnie łagodzą mój "kochany" rumień na policzkach :) Pewnego pięknego dnia, napisała do mnie Pani z ekipy Jolse, że w mają w swojej ofercie nową linię kosmetyków, którą testowali jeszcze na etapie tworzenia i szczególnie polecają Kinvane PDRN Cica Balm. Pomyślałam sobie, że spróbuję... Jak na tym wyszłam? Już Wam mówię :)
Kinvane PDRN Cica Balm
Krem umieszczono w zwykłej, białej tubce "na klik" zawierającej 50ml kosmetyku. Niczym szczególnym się ona nie wyróżnia i mnie osobiście odrobinę przypomina nasze kosmetyki apteczne. Mimo wszystko fajnie wygląda stylizowany na receptę tył. U mnie na zdjęcie się nie załapał, ale jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda, zerknijcie do Secretaddiction ;) Kinvane PDRN Cica Balm zawiera beta - glukan, kwas hialuronowy, wyciąg z Centella Asiatica oraz madekasozyd, które odpowiadają za nawilżenie i łagodzenie oraz tajemniczy PDRN. Co to takiego? Otóż jest to polydeoxyribonucleotide, który dba o szybką regenerację naszej skóry.
Kinvane PDRN Cica Balm
Sam krem jest białawy i lekko pachnie cytrusami. Trochę zawiodła mnie jego konsystencja, wszak producent obiecał nam galaretkę. A jeżeli obiecano mi galaretki, to oczekuję galaretki, a nie czegoś co wygląda jak hybryda kremu i żelu. Smutno :( Galaretki są fajne :P  W dodatku mam wrażenie, że całość dość ciężko rozprowadza się po skórze... Po nałożeniu na twarz i pieczołowitym wklepaniu kremu jako ukoronowanie pielęgnacyjnego rytuału zaczyna się niemiłosiernie lepić. Nienawidzę tego tak bardzo, że w końcu zaczęłam stosować go jedynie pod makijaż. U mnie nie pomagała ani aplikacja na wilgotną skórę, ani wklepywanie, ani masowanie... I tak pozostawiał on po sobie warstwę, która nie dawała mi spokojnie iść spać. Ble, ble, ble! Za to makeup trzymał się na nim pierwszorzędnie i można go było wykonywać praktycznie od razu. Chociaż tyle :P
Kinvane PDRN Cica Balm
Co jednak z działaniem? Po pierwsze - centelli oraz dodatków łagodzących jest w nim na tyle dużo, że stosowany raz dziennie trzyma mój rumień w ryzach i chwała mu za to. Dodatkowo faktycznie szybko regeneruje oraz ładnie nawilża, co szczególnie widać było podczas gdy jeszcze zawzięcie stosowałam go na noc. Rano twarz była jędrna, gładka, odżywiona, rozświetlona i pięknie wygładzona, nawet podczas kuracji kwasami. Dodatkowo - nie spowodował u mnie powstania jakichkolwiek niedoskonałości z czym ostatnio miewam okresowo drobne kłopoty ;) Jego koszt to około 23$, ale według mnie, jest on dość wydajny. 
Podsumowując: na mojej twarzy krem Kinvane PDRN Cica Balm zdziałał naprawdę sporo dobrego i bez wątpienia, podczas jego stosowania moja cera wyglądała bardzo ładnie. Byłam z niego zadowolona stosując go na dzień, ale używanie takiego klejucha na noc, to zdecydowanie nie na moje nerwy. Polecam go więc albo niewrażliwym na takie atrakcje, albo szukającym dobrego kremu pod makijaż dla wymagającej skóry ;)
A czy Wam również przeszkadza lepiący się film po zakończeniu rytuału pielęgnacyjnego? Czy znacie markę Kinvane? A może tak jak ja, jesteście fankami kosmetyków z wąkrotką azjatycką? Dajcie koniecznie znać!

niedziela, 27 października 2019

Klasyka koreańskiego gatunku, czyli Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold

Kremów BB używam od wielu, wielu lat i to właśnie Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold był pierwszym koreańskim produktem po jaki sięgnęłam, na długo przed tym zanim to było modne i zanim przeszło mi przez myśl, aby może kiedyś założyć bloga. Zużyłam wtedy calusieńkie opakowanie, zapamiętałam go bardzo dobrze i po wielu latach postanowiłam sprawdzić, jak zda u mnie egzamin jego odświeżona wersja. Czy nadal jest dobrze? A może troszkę popsuli mi go eksperymentami, niczym Hot Pink? Same zobaczcie!
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Krem BB przychodzi do nas zapakowany w kartonik, wewnątrz którego znajduje się srebrno - złote opakowanie w kształcie walca mieszczącego 40g produktu. Pompka generalnie działa w nim bez zarzutu, ale do czasu... Gdy kosmetyk się kończy, niestety zaczyna strzelać :P Napisy pięknie tkwią na swoim miejscu, plastik się nie rysuje i chyba jedyne co mogę mu zarzucić, to to, że jest niezbyt poręczne w podróży. Widziałam jednak, że wszystko zależy od tego, jak produkt jest użytkowany, bo np. na wielu zdjęciach zauważyłam pościerane nadruki, co u mnie nigdy nie miało miejsca. Na zużycie całości, mamy aż 12 miesięcy, czyli według mnie w sam raz dla osoby, która robi makijaż niecodziennie albo ma kilka podkładów :) Warto również wspomnieć o tym, że tak jak w przypadku chyba wszystkich BB tej że marki, podczas nakładania, towarzyszy nam aromat kwiatów ;)
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Konsystencja kremu jest bardzo gęsta, treściwa, ale nie mogę powiedzieć, że ciężka. Kosmetyk najlepiej nakładać palcami, wcześniej delikatnie go rozgrzewając, ale mnie zdarzyło się aplikować go gąbkami i także byłam zadowolona z efektów jakie uzyskałam. Kolor, mimo że na zdjęciu wygląda na dość ciemny, po nałożeniu na twarz ładnie się do niej dopasowuje i praktycznie od momentu nałożenia szybko adaptuje się do naszego odcienia skóry. Jest to stosunkowo jasny beż, ale wpada on w różowe tony. Wykończenie Vip Gold to typowy, mokry połysk, uwielbiany na Dalekim Wschodzie. Ja nakładam na niego dodatkowo puder rozświetlający, aby makijaż utrwalić, ale jednocześnie zachować elegancki glow. Kosmetyk w ciągu dnia nie ciemnieje, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że tak jak inne kremy tej marki - lekko jaśnieje. Warto też wspomnieć, że posiada SPF 30 PA+++. Przypudrowany, trzyma się na mojej normalnej ostatnio skórze od nałożenia, aż do zmycia, w niemalże nienaruszonym stanie. Co ważne, Vip Gold nie podkreśla jakoś szczególnie suchych miejsc oraz nie zbiera się w zmarszczkach, ani załamaniach skóry (stosuję teraz kwasy, raz przesadziłam i też nieźle się spisał ;)). Co z zatem z jego kryciem? Ogólnie określiłabym je jako średnie, wszak potrafią spod niego wyglądać piegi albo przebarwienia, ale już druga warstwa kosmetyku powoduje, że znikają one z naszych oczu. Generalnie dla mnie, jest ono w sam raz ;) 
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Producent tradycyjnie obiecuje nam również pielęgnacyjne "cuda na kiju". Dzięki zawartości złota i kawioru, ma on przyspieszyć odnowę skóry, przywrócić jej napięcie, jędrność oraz elastyczność, a także korygować zmarszczki. No sorry, ale nie ;) Włóżmy to wszystko między bajki i zapamiętajmy: takie rzeczy jest nam w stanie zapewnić tylko dobra pielęgnacja lub zabiegi medycyny estetycznej, a nie kosmetyk do makijażu :P Jednak szczerze Wam powiem, iż mimo że Skin79 przy każdym swoim BB deklaruje powyższe głupoty, to ja i tak wszystkie te kremy w opakowaniu "walca" bardzo lubię, bo to naprawdę porządne produkty do makijażu. Co ważne - odwrotnie niż Hot Pink, wersji Vip Gold moim zdaniem nie popsuto. Krem nadal jest świetny i na pewno jeszcze do niego wrócę. Na Jolse zapłacicie za niego 20$ a dodatkowo do 31 października wysyłka na całym świecie jest darmowa :) (płacić można zwykłą kartą debetową). Nic, tylko brać :D
Znacie kremy BB marki Skin79? Macie swojego ulubieńca? Ja Najbardziej lubię właśnie ten, oraz wersję "Orange" :) Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 22 października 2019

Esencja Aloesowa Natural Secrets - pierwsza dobra polska esencja?

Dobra esencja do twarzy, to trzon mojej aktualnej pielęgnacji cery. Dotychczas zerkałam w tym temacie jedynie w stronę Wschodu (mam tu na myśli Koreę Południową i Japonię), bo według mnie to co oferował nam rodzimy rynek nie działało lub robiło niewiele. Po co się więc męczyć :D Zawsze lepiej działać skutecznie ;) Kiedy jednak na Triny (https://triny.pl/) wpadła mi w oko Esencja Aloesowa Natural Secrets, postanowiłam ją wypróbować, ponieważ przypomniało mi się, że kilka osób chwaliło ją na instagramie oraz... spodobała mi się ta granatowa butelka xD (cytując klasyka: "baby, ach te baby, czym by bez nich był ten świat..."). Jak na tym wyszłam? Same przeczytajcie!
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Jak już wspomniałam, kosmetyk ten znajduje się w szklanej, eleganckiej granatowej buteleczce, zawierającej 100 mililitrów produktu. Całość ważna jest 6 miesięcy od otwarcia. Pompka w Esencji Aloesowej Natural Secrets również działa bez zarzutu i szczerze powiedziawszy - jeśli chodzi o opakowanie, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Z kolei wewnątrz znajdziemy dobry składowo produkt i takie substancje aktywne jak sok z aloesu, kwas hialuronowy, alantoinę, D-pantenol, ekstrakt z zielonego ogórka, ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej (centella asiatica) oraz bioferment z rzodkwi, który jednocześnie pielęgnuje i jest naturalnym konserwantem opartym na probiotykach :)
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Tym sposobem nie marnujemy kosmetyku i zwiększamy jego wydajność, dodatkowo nie wydając pieniędzy na waciki :D Same plusy :P Esencja Aloesowa Natural Secrets ma dla mnie delikatny zapach ogórka, ale w sumie chyba nie powinno to dziwić, wszak znajduje się on już na czwartym miejscu w składzie. Produktu tego używałam zarówno rano, jak i wieczorem, ale wręcz uwielbiałam go w dni "bez makijażu". Dlaczego? Ponieważ bez problemu wchłania się on do matu! Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry, czyli taka nieodczuwalna  namacalnie pielęgnacja "po cichu". A potem bez problemu można iść na zakupy do marketu nie świecąc się jak latarnia :P Mimo to - pamiętajcie, że esencje zawsze lepiej stosować w towarzystwie :P
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Po każdym kosmetyku oczekujemy jednak przede wszystkim działania... Nie będę kłamać - ja wobec Esencji Aloesowej Natural Secrets miałam wysokie oczekiwania, które postawiły przed nią azjatyckie kosmetyki tego typu, oraz po prostu byłam do niej sceptycznie nastawiona. Dlaczego? Bo mam złe bądź średnie doświadczenia z produktami naturalnymi, oraz nie wierzyłam, że polskie marki w końcu ruszyły do przodu w temacie esencji. Na szczęście całkiem miło się zawiodłam :D Szybko okazało się, że na twarzy widać pierwsze efekty działania Esencji Aloesowej Natural Secrets w postaci całkowicie niewidocznego rumienia. Podczas dalszego stosowania szybko zauważyłam także wzrost nawilżenia, łagodzenie podrażnień oraz rozświetlenie cery. W moim przypadku wręcz czuć też działanie przeciwzapalne i widać było, że wszelkie ranki na twarzy bardzo szybko się goją. W ramach ciekawostki powiem Wam także, że jest to genialny produkt dla chorych na łuszczycę. Któregoś razu, zostało mi na dłoni za dużo kosmetyku i nałożyłam go na plamkę na kostce, którą posiadam "permanentnie" ;) Następnego dnia wyglądała tak zachęcająco, że postanowiłam zacząć smarować esencją wszystkie zmiany, a po 2 tygodniach takiego "leczenia" po "tymczasowych kropkach" nie było śladu, a ta na nodze od lat nie wyglądała tak ładnie. Polecam więc wszystkim "biedronkom" ;) Koszt buteleczki to 85zł - z szybką dostawą kupicie ją TUTAJ.
Czy warto? Moim zdaniem bardzo! Ja uwielbiam ją głównie za to, że trzymała w ryzach mój rumień i ładnie nawilżała cerę, jednocześnie ją kojąc, ale podejrzewam, że naprawdę wiele osób będzie z niej zadowolonych. Nie sądziłam, że wśród polskich kosmetyków i to w dodatku naturalnych, znajdę taką perełkę, która zmusiła do chwilowego odwrotu nawet moje łuszczycowe plamy :P
Znacie sklep TRINY i markę Natural Secrets? Macie wyrobione na ich temat opinie? Dajcie koniecznie znać!