środa, 11 grudnia 2019

Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream, czyli o kremie przeciwzmarszczkowym pod oczy prosto z Japonii słów parę

Z kremami pod oczy mam troszeczkę trudną relację i niekoniecznie lubię je zmieniać. Produkt Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream dostałam podczas 3 edycji Hello Asia więc nie będę kłamać - długo musiał czekać na swoje 5 minut. W końcu jednak nadszedł jego czas i od kilku miesięcy poznajemy się bliżej :) Czy się polubiliśmy? Same zobaczcie!
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Krem pod oczy Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream umieszczono w najzwyklejszej, żółto-pomarańczowej elastycznej tubce z bardzo precyzyjnym dozownikiem, który dla mnie pięknie ułatwia aplikację. Sposób dozowania produktu jest bardzo higieniczny, a potem w razie czego - można tubkę rozciąć. Co ważne, napisy z plastiku nie schodzą i opakowanie wygląda ładnie nawet gdy wymęczymy je do końca. Zaletą jest także spora jak na krem pod oczy pojemność, wszak wewnątrz znajdziemy aż 25 gramów produktu. 
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Co zatem mówi o nim producent? Jest to przeciwzmarszczkowy krem pod oczy, którego używamy w miejscach, gdzie widzimy oznaki starzenia. Napina on naszą skórę, przez co jest ona sprężysta oraz elastyczna. Kosmetyk zawiera między innymi izoflawony fermentowanego mleka sojowego i pochodne retinolu. W związku z tym - na moją płyciutką siateczkę zmarszczek i jedną większą "kreskę" od spania na brzuchu wydał mi się specjalnie w sam raz. W końcu trzydziestka za pasem a kremy są - jak sama nazwa wskazuje - PRZECIWzmarszczkowe. Przejdźmy jednak do rzeczy. 
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Według mnie, ten produkt nie posiada zapachu, co jak na kosmetyk przeznaczony do wrażliwych okolic wydaje się plusem :)  O dziwo bardzo polubiłam się też z jego konsystencją, która niby jest na bazie wody i niby na pierwszy rzut oka może wyglądać na lekką, ale tak naprawdę jest treściwa oraz gęsta, więc warto chwilę poczekać aby zdążył się wchłonąć jeśli stosujecie go pod makijaż (ja używałam go często dwa razy dziennie). Po rozsmarowaniu nie znika on do matu, ale pozostawia po sobie delikatny, nielepiący film (ale absolutnie nieprzeszkadzający nawet mnie, nienawidzącej takich rzeczy), dający odczucie ukojenia, wygładzenia, a okolica oka właściwie od razu wygląda jakby lepiej... I teraz najważniejsze - krem nawet w nocy nie migruje i nie wpycha nam się nieproszony do oka :D Tak naprawdę zaczęłam zwracać na to uwagę dopiero niedawno, wszak moje patrzałki od około pół roku (lub trochę dłużej) przechodzą gorszy okres. Co istotne - kosmetyk ten kosztuje u Ber de Ver 59zł. Przy tej pojemności i wydajności - naprawdę warto.
Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream
Co jednak z działaniem? Z czystym sumieniem muszę przyznać, że krem Sana Nameraka Honpo Wrinkle Eye Cream zagwarantował mi bardzo dobry efekt i długofalowo poprawił strukturę skóry. Prawdopodobnie jest to zasługa faktu, iż nadał tej okolicy elastyczności, mocno ją nawilżył, odżywił oraz sprawił, że skóra stała się elastyczna i napięta w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Drobnej siateczki zmarszczek nie widać (ale nie będę Wam bajerować, zanim zaczęłam stosować krem Sana, nieszczególnie przykładałam się do pielęgnacji tej okolicy, więc mogła wyglądać gorzej), a moja "kreska od spania na brzuchu" jest zdecydowanie płytsza :) Jeśli chodzi o cienie - w moim odczuciu nic w ich sprawie nie zrobił, ale też nie takie było jego zadanie. Ja czuję się usatysfakcjonowana i nie dziwię się już skąd tyle dobrych opinii na jego temat. Następnym razem zamówię go też dla mamy :)
A jakiego kremu pod oczy używacie w tym momencie? A może włączył Wam się "tryb lenia" jak mnie przed otworzeniem Sany i nie stosujecie teraz żadnego? Znacie może japoński krem pod oczy Nameraka Honpo Wrinkle? A może narobiłam Wam na niego ochoty? Dajcie koniecznie znać! Według mnie to bardzo dobry produkt dla osób około trzydziestki :)

czwartek, 5 grudnia 2019

Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream, czyli jak uspokoić wrażliwą skórę

Od kilku dobrych lat mam problemy z rumieniem i najczęściej testuję produkty kojąco - wybielające (dlatego kocham kosmetyki z Azji - tam bardzo duży nacisk kładzie się na jasną cerę i mam ogromny wybór). Dziś pora więc na kolejnego gagatka z serii tych kojących, tym razem spod szyldu marki Hanyul. Postawiłam na serię Pure Artemisia i ich Watery Calming Cream, choć jak pewnie wiecie, jakiś czas później dotarła do mnie także tonik i fluid nawilżający, ale o nich później ;) Cała linia oparta jest na ekstrakcie z Bylicy Piołun i ma ona za zadanie odświeżać, nawilżać, chronić naszą skórę przed czynnikami zewnętrznymi, oczyszczać i działać przeciwzapalnie. Jak sprawdził się w mojej pielęgnacji? Same przeczytajcie!
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Krem Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream umieszczono w seledynowym, plastikowym słoiczku, który robi bardzo dobre wrażenie nie tylko na pierwszy rzut oka. Jest wygodny, łatwo się z niego korzysta, posiada zabezpieczenie i nawet przy końcu opakowania  - nadal dobrze prezentuje się na półce. Całość zawiera 50ml produktu i jest ważna aż 12 miesięcy od otwarcia. Jedyny minus jakiego doszukałam się w przypadku opakowania, to fakt, iż nie dołączono do niego żadnej łopatki, ale szczerze powiedziawszy - mnie nie są one niezbędne do życia ;)
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Krem ma białą barwę i jego zapach bardzo przypomina mi kosmetyki Huxley. Jest bardzo zielony, lekko słodki i dla mnie naprawdę wyjątkowo przyjemny, więc bardzo się cieszę, że trafiłam na niego także tutaj :) Mimo to, czuć go jedynie podczas nakładania. Co jednak znajdziemy wewnątrz? Cudowna żelowa konsystencja kremu łatwo sunie po skórze, a dodatkowo w kontakcie z nią, kosmetyk staje się jeszcze bardziej wodnisty. Po nałożeniu na twarz, całość bardzo szybko się wchłania, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie wygładzenia i lekkiego chłodu. Po kilku godzinach Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream ulatnia się u mnie do całkowitego matu, o ile został nałożony na twarz solo ;) Staram się nie robić takich rzeczy i zawsze stosuję pod spód co najmniej serum i esencję, ale zawsze w ramach eksperymentu sprawdzam jak to wygląda. Nałożony w towarzystwie z kolei utrzymuje się na twarzy nawet całą noc i zamykając wilgoć w środku, pozostawia bardzo delikatny film.
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Istotne jest także to, że krem ten idealnie nadaje się pod makijaż. Świetnie współpracował z praktycznie każdym moim podkładem, kremem bb i pudrem, a w dodatku po jego użyciu można zacząć wykonywać make-up praktycznie od razu. Słabą stroną tego produktu jest według mnie wydajność. Ja wypaprałam go praktycznie w półtora miesiąca - podejrzewam, że wynika to z połączenia lekkiej konsystencji i szybkiego wchłaniania. Co ciekawe, jego wydajność zwiększyła się, gdy zaczęłam używać jednocześnie fluidu nawilżającego i toniku z tej samej linii... Stosowałam go raz, bądź dwa razy dziennie w zależności od potrzeb i humoru (czasem lubię zmienić sobie np. krem na noc albo na dzień użyć czegoś innego). 
Hanyul Pure Artemisia Watery Calming Cream
Co jednak z działaniem? Na pewno produkt ten ładnie spełnia swoje zadanie w kwestii wyciszania rumienia. Dobrze współpracuje z resztą kosmetyków i skoro moja twarz nadal pozostaje blada, to znaczy, że w aktualnej pielęgnacji nie ma żadnych luk ;) Czasem bywa tak, że gdy zmienię choć jedną rzecz w misternie ułożonym planie, nowy dzień witam buraczanym motylem na policzkach :D Także w tej kwestii - duży plus. Działanie przeciwzapalne również daje o sobie znać, bo nic nowego na mojej twarzy nie wykwitło, nawet w tym najbardziej newralgicznym okresie w miesiącu :P Najsłabszym punktem w działaniu tego kremu jest według mnie nawilżenie. Latem byłoby zupełnie wystarczające, ale teraz, zimą (czy tam jesienią, jak kto woli) jest dla mnie ciut za słabe. Powiedzmy sobie jednak szczerze - nie stosuję go solo. W połączeniu z serum i esencją, idealnie zamyka wilgoć w środku i z powodzeniem stosowałam go nawet teraz. I znowu - najlepiej współdziałał  na tym polu wraz z dedykowanym mu tonerem i fluidem nawilżającym. Wtedy twarz jest aż pulchna od nawilżenia, jędrna i naprawdę wygląda pięknie :) (tak, kocham swoją cerę jak nie ma na niej buraka :P).
Podsumowując: jestem z niego naprawdę zadowolona, wszak spełnił w stu procentach moje oczekiwania. Z chęcią wróciłabym jednak do niego jeszcze latem i zobaczyła jak poradzi sobie w cieplejszych miesiącach. Brak zapychania, ukojenie cery na wysokim poziomie, łagodzenie zaczerwienień i działanie przeciwzapalne robi swoje, więc czuję się do niego przekonana :D A i tak nie stosuję już kremów solo, więc nie czuję się zawiedziona przeciętnym nawilżeniem. 
Znacie markę Hanyul? Miałyście już styczność z tym produktem? A może zdradzicie mi jaki krem aktualnie stosujecie i czy łączycie go z serum bądź innymi "cudami"? Jestem bardzo ciekawa :)

piątek, 29 listopada 2019

Szczęśliwa siódemka ostatniego czasu, czyli ulubieńcy!

W ostatnim czasie rzadziej piszę o swoich ulubionych produktach. Jest to spowodowane faktem, iż chyba testuję mniej kosmetyków niż kiedyś, jestem bardziej wymagająca niż dawniej i dużo rzadziej się maluję. Tym razem jednak, uzbierało się kilka rzeczy, które naprawdę pokochałam, z chęcią bym do nich wróciła i czystym sumieniem mogę powiedzieć, że świetnie się u mnie sprawdziły na przestrzeni niemalże ostatniego pół roku :) Zapraszam do lektury!
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid Cosrx Low pH Good Morning Gel Cleanser
1. Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid - Właściwie jest to produkt, który "uratował mi twarz". Ostatecznie wymiótł z mojej cery wszelkie zaskórniki i będę go kochać miłością wielką. Sprawił, że moja skóra stała się ładnie nawilżona oraz rozświetlona, a zmarszczki i pory stały nie były już tak widoczne. Dodatkowo zaskórniki naprawdę zniknęły! Część sama z siebie, a kilka "zatwardziałych elementów" łatwoudało mi się wycisnąć - bez żadnych ranek i uszkodzeń skóry. Przy stosowaniu go raz, lub dwa razy w tygodniu, nie pojawia się nic nowego. Moja twarz jest jest tak gładka jak dawniej i po prostu dużo ładniejsza, zarówno w makijażu, jak i bez :D (recenzja)
2. Cosrx Low pH Good Morning Gel Cleanser - Długo leżał u mnie w zapasach, a finalnie okazał się naprawdę świetnym kosmetykiem, który doceniłam nie tylko ja. Świetnie nadaje się on do mycia twarzy rano (jak sama nazwa wskazuje), ale używałam go również do drugiego etapu demakijażu. Żel świetnie oczyszczał cerę z nocnej pielęgnacji lub resztek makijażu, nie szczypał w oczy, był łagodny i nie powodował ściągnięcia ani zaczerwienienia skóry. Z miłą chęcią kupię go jeszcze raz, bo dawno nie miałam żelu, który tak przyjemnie by mi się stosowało, oraz był tak świetnie tolerowany przez moją skórę.
Holy Snail Shark Sauce Sulwhasoo Essential Firming Cream EX Esencja Aloesowa Natural Secrets
3. Holy Snail Shark Sauce - Jest to chyba niezbyt znany specyfik, który w końcu pomógł mi z szybkim pozbywaniem się przebarwień po niedoskonałościach i w łagodzeniu rumienia. Po nałożeniu na twarz jest praktycznie niewyczuwalny, a plamki po pryszczach znikały maksymalnie w ciągu 14 dni kuracji (normalnie trwa to kilka miesięcy xD). Rumień - praktycznie od razu. Kosmetyk ten działał w tym przypadku w sumie nawet lepiej od korektora :P Dodatkowo jest szalenie wydajny. (recenzja)
4. Sulwhasoo Essential Firming Cream EX - Jest to produkt, który towarzyszy mi od początku lata i zapewne będzie jeszcze przez bardzo długi czas, wszak zaopatrzyłam się w kolejne mililitry kremu i stosuję go przynajmniej raz w tygodniu na noc ;) Zachwyciło mnie jego działanie: cera podczas użytkowania jest bardziej jędrna a zmarszczki wygładzone. Skóra stała się gładka, rozświetlona, przebarwienia są mniej widoczne, rumień znacznie wyciszony, a wszystkie ranki goiły się szybciej niż zazwyczaj. Dodatkowo świetnie działa na ściągnięcie, łuszczenie oraz odwodnienie. Nie przysporzył mi też on żadnych problemów w postaci zaskórników lub pryszczy ;) (recenzja)
5. Natural Secrets Esencja Aloesowa - Długo myślałam, że porządną esencję są w stanie stworzyć tylko Azjaci, ale ten kosmetyk zmienił moje zdanie na ten temat. Jest to naprawdę dobry, naturalny produkt, który bez problemu możemy dostać w Polsce, dodatkowo wspierając rodzimą gospodarkę. Ma konsystencję rzadkiego żelu, nie klei się i wchłania do matu. Poza tym świetnie koi mój rumień, pięknie nawilża oraz rozświetla cerę. Esencja ta szybko pomogła mi także zaleczyć ogniska łuszczycy (porównując czas potrzebny do zaleczenia zmian stosując wyłącznie medykamenty). (recenzja)
EOS Organic Stick Balsam do Ust Sweet Mint Lovely Liquid Camouflage Conceal&Contour
6. EOS Organic Stick Balsam do Ust Sweet Mint - Dawno temu zdecydowałam się na popularne "jajeczko" tej marki i tak się zraziłam, iż długo myślałam, że balsamy tej marki to przereklamowane buble. Oczywiście do czasu, aż pewnego pięknego dnia podczas promocji w Rossmannie nie skusiłam się na wersję "słodka mięta" w sztyfcie. Nagle okazało się, że cudownie nawilża, odżywia, oraz dba o ogólną kondycję moich ust, jednocześnie nadając im subtelnego blasku i leciutko chłodząc. Nie bójcie się jednak tego efektu, wszak jest on bardzo delikatny, nie to co np. w Carmex ;).  Dodatkowo pięknie pachnie i słodko smakuje :D Oto moja nowa miłość w kategorii "pomadka ochronna w sztyfcie". Kiedy ta dobije dna - lecę po następną ;)
7. Lovely Liquid Camouflage Conceal&Contour - Długo na niego polowałam, ale kiedy już do mnie trafił, w stu procentach spełnił moje oczekiwania. Nie ciemnieje w ciągu dnia, nie uwydatnia linii mimicznych w okolicach oczu (choć ja i tak prawie ich nie mam), dobrze zakrywa cienie, jest trwały i wygodnie się go stosuje. Dużą zaletą jest także jego niska cena, ale niestety musimy liczyć się także z faktem, że jest średnio wydajny. Szkoda, ale mimo wszystko go lubię :) 
Gdyby nie fakt, iż pisałam o nich w poście "Makijaż na wakacjach" na pewno znalazłyby się w tym zestawieniu jeszcze dwa produkty. Krem BB Missha Cho Bo Yang, oraz sypki puder Deborah Dress Me Perfect Loose Powder. Nie będę się jednak powtarzać, więc jeśli Was one ciekawią, kliknijcie w  powyższy link :) Warto! ;)
I to już wszystko na dziś :) Czy znacie któryś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków? Może jest on także Waszym ulubieńcem? A może widzicie tu jakiegoś swojego bubla? Dajcie znać w komentarzach!

piątek, 22 listopada 2019

Nowości z ostatnich dwóch miesięcy

Dzisiejsze nowości zbierałam równo od 25 września, kiedy to w dniu publikacji poprzedniego posta z moimi szaleństwami, przyszły do mnie dwie nowe rzeczy :D Mam nadzieję, że tym razem obejdzie się bez podobnych "złośliwości" ze strony losu, choć dodam, że niestety, ale czekam na kilka przesyłek z Korei, więc taki układ rzeczy jest możliwy :P Przejdźmy jednak do rzeczy... Co trafiło do mnie tym razem? Zapraszam do oglądania!
black liner nowości
nowości wibo pro beauty sponge eyeiner eveline precise brush liner max factor masterpiece
Po bardzo długim czasie od premiery, podczas promocji w Rossmannie, w ręce wpadła mi gąbeczka Wibo Pro Beauty Sponge. Nie spodziewałam się po niej żadnych cudów, ale powiem Wam, że zrobiła na mnie pozytywne wrażenie oraz chętnie będę do niej wracać. Ma ją także moja mama i obie mamy identyczne odczucia. Drugą rzeczą z tego zdjęcia, jest eyeliner Eveline Precise Brush Liner. Pisałam obszerną recenzję na jego temat (klik) i mimo faktu, iż z czasem pędzelki faktycznie są ciut gorsze jakościowo (tzn. nie trzymają tak dobrze kształtu), to mnie nadal bardzo łatwo narysować nimi kreskę. Są tanie, wytrzymują długo po otwarciu, ja chętnie do niego wracam i wracać będę :) Ostatni na zdjęciu jest tusz Max Factor Masterpiece Max, którego jeszcze nigdy nie miałam, a to chyba już klasyk :)
nowości the wet brush loreal maska do włosów botanicals lavender kallos jasmine
W ostatnim czasie zdecydowałam się wymienić też swoją szczotkę do włosów. Kolejny raz postawiłam na The Wet Brush, tym razem będzie towarzyszyć mi czacha ;) Starą czeszę koty i to także ich ulubione narzędzie do tego "przykrego obowiązku". Z krótkowłosą Rozetką spokojnie daje sobie radę solo, a długowłosą Lilkę muszę doczesywać w newralgicznych miejscach grzebykiem :D Poza tym, w Elle znalazłam maskę do włosów L'oreal Botanicals Lavender Soothing Therapy Masque, a z kolei Kallos Jasmine Nourishing Hair Mask trafiła do mnie tylko dlatego, by załapać się na darmową wysyłkę szczotki. Miałam ją już kiedyś, ładnie pachniała, ale spektakularnego działania brak ;)
dr jart mist momo puri bcl krem
Na produkt Dr Jart+ Ceramidin Cream Mist zdecydowałam się z polecenia Myskinstoryy, która bardzo pomogła mi na początku mojej drogi z kwasami i często radzi mi nadal, a łatwym egzemplarzem nie jestem :D (tu wielkie podziękowania ;*) Z kolei zakup kremu BCL Momo Puri Moisture Gel to skutek agitacji Interendo :D Nawet nie wiecie, jak ta seria pięknie pachnie :)
Hanyul Brown pine leaven missha artemisia mist
Kosmetyk Hanyul Brown Pine Leaves Optimizing Serum to moja próba szukania zamiennika dla Sulwhasoo First Care Activating Serum EX. Bardzo je polubiłam, a chciałam wypróbować coś innego i tańszego, więc gdy wyczytałam na jednym z bodajże malezyjskich blogów (xD), że oba te kosmetyki są do siebie podobne, postanowiłam zaryzykować. Zobaczymy. Poza tym, pod wpływem chyba całego Instagrama, na którym trwał szał ciał na na nową serię Missha Time Revolution Artemisia zakupiłam Treatment Essence Mist Type, czyli po prostu esencję w mgiełce. Ostatnio jakoś wolę taki sposób aplikacji płynnych produktów ;)
Pure Artemisia Fresh Calming Water, Pure Artemisia Watery Calming Fluid Pure Artemisia Watery Calming Cream
Na punkcie marki Hanyul w ogóle załączyła mi się mini fiksacja i chyba cała moja aktualna pielęgnacja nawilżająca stoi pod znakiem tej firmy. Zdecydowałam się na linię Pure Artemisia, zawierającą w sobie ekstrakt z bylicy, która ma za zadanie łagodzić, nawadniać oraz uspokajać skórę. Trafiły więc do mnie Pure Artemisia Fresh Calming Water, Pure Artemisia Watery Calming Fluid, oraz Pure Artemisia Watery Calming Cream. Jak na razie testy esencji, fluidu i kremu przebiegają bardzo pozytywnie, a wrażenia ze stosowania tej linii mam wyjątkowo dobre. I ten cudowny, zielony zapach! Za jakiś czas, na blogu na pewno pojawi się recenzja wszystkich produktów, a ja na bank zakupię jeszcze czarną i białą serię :P Czekajcie więc na ostateczny werdykt ;)
Hair Shampoo Nutrient Fortifying Clinic, Hair Tonic Nutrient Fortyfying Clinic
Z kolei mój mąż powoli zaczyna marudzić, że tworzą mu się zakola. Wychodząc z założenia, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, postanowiłam że wypróbujemy linię Tosowoong do włosów wypadających. Tak trafił do nas Hair Shampoo Nutrient Fortifying Clinic, oraz Hair Tonic Nutrient Fortyfying Clinic. Na spółkę stosujemy szampon i szczerze Wam powiem, że ja już go kocham, a mój Rafał używa wcierki. Zobaczymy, co zdziała, bo szczególnie jej jestem ciekawa :)
W ostatnim czasie, dostałam także paczkę od Kasi Myskinstoryy, która podesłała mi kilka produktów do przetestowania. Trafiły więc do mnie Tonik Żelowy Złuszczająco - Rozjaśniający Lynia, Maseczka The Ordinary Salicyd Acid 2% Masque, Odżywka do Włosów Beaver Tea Tree Nourishing Balance Conditioner (myślę nad pełnowymiarową, jest ekstra!), miniaturki kremów Lancome i Annayake, oraz Krem pod Oczy Context Vitamin C All Day Eye Cream. Kochana, bardzo, bardzo Ci dziękuję ;*
I to już wszystko, co trafiło do mnie od publikacji ostatniego posta z nowościami :) Wpadło Wam coś w oko? Czekacie na jakąś recenzję? A może znacie któryś z tych produktów? Dajcie koniecznie znać!

P.S. Na sesję niestety nie załapał się balsam do ust Dr Jart+ Ceramidin Lipair, ale na pewno będzie miał on na blogu swoje 5 minut ;) 

sobota, 16 listopada 2019

Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid, czyli koniec z zaskórnikami

Przepraszam Was za dłuższą niż zwykle przerwę na blogu, ale niestety dały mi popalić ręka i plecy, o czym wspominałam Wam już kilka dni temu na swoim instagramie i fb :) Przejdźmy jednak do rzeczy - w swym życiu trochę problemów z cerą już miałam. Ba! Nawet dużo, wszak od 1 roku życia rodzice zawzięcie biegali ze mną po dermatologach, alergologach i innych doktorach. Wszystkie moje dolegliwości wiązały się jednak z AZS, łuszczycą oraz alergiami a po tym okresie życia pozostała mi jedna rzecz - wstręt do wszystkiego, co tłuste i klejące. Nie sądziłam jednak, że w wieku 29 lat, moja cera spłata mi figla kolejnego i zafunduje mi wysyp drobnych zaskórników. Szczerze powiedziawszy byłam wtedy w kropce - z jednej strony stosunkowo świeża diagnoza tocznia układowego oraz słowa lekarza: "niech Pani uważa z cerą", a z drugiej - no nie mogłam na siebie patrzeć! Nawet makijaż nie pomagał :/ Poradziłam się w tym temacie Interendo, przeczytałam kilka książek, trochę artykułów mądrych ludzi w sieci i zaczęłam działać. Na początku kupiłam Skinoren - nic. Potem wypaprałam butelkę Płynu Bakteriostatycznego Pharmaceris T Sebo Almond Clairs z 3% kwasu migdałowego - też prawie nic. Pierwsze zaskórniki, te mniejsze lub otwarte, ruszył w końcu BHA Blackhead Power Liquid Cosrx (jego recenzję znajdziecie tutaj) a dziś pora na króla tej imprezy, czyli Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid! Jak się u mnie spisał? Czy jestem zadowolona? Zapraszam do lektury!
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Zacznijmy więc od tego, co na temat Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid mówi producent. Jest to specyfik przeciw zaskórnikom z naturalnym kwasem AHA w postaci wody jabłkowej oraz kwasem glikolowym. Ma on oczywiście właściwości złuszczające i oczyszczające, redukuje zaskórniki, a także reguluje wydzielanie sebum. Płyn zawiera również niacinamid, który rozjaśnia skórę i zwiększa jej odporność na czynniki zewnętrzne. Wewnątrz kosmetyku, znajdziemy też kwas hialuronowy, który ma zapewnić nam odpowiedni poziom nawilżenia. Płyn wspiera także procesy odnowy komórkowej, regeneruje, zmniejsza widoczność zmarszczek oraz przyspiesza gojenie. Kosmetyk polecany jest dla cery z zaskórnikami zamkniętymi, tłustej i problematycznej. Produkt ten zapakowany jest w prostą butelkę z matowego plastiku, mającą na sobie jedynie fioletowo - czarny nadruk z logo firmy oraz nazwą kosmetyku. Według mnie jest minimalistycznie, ale jednocześnie estetycznie i porządnie. Pompka działa bez zarzutu, nic niepożądanego się z niej nie wylewa, a całość nie ma skłonności do niszczenia się, mimo tego że zabierałam butelkę w różne miejsca. Wewnątrz znajduje się 100ml produktu, ważnego 12 miesięcy od pierwszego otwarcia :) Pamiętajcie, że w trakcie stosowania tego cuda, nawet jesienią lepiej używać filtrów ;) (a jeszcze lepiej robić to cały rok :P).
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Wewnątrz opakowania, znajduje się przezroczysty płyn, mający konsystencję czegoś pomiędzy olejem a wodą. Bardzo łatwo i szybko można nałożyć go palcami, choć gdy nieco bardziej się guzdrzemy - potrafi z nich spłynąć ;) Specyfik ten w ciągu kilku minut wchłania się praktycznie do matu. Co do aromatu - według mnie, niemalże go nie czuć, ale bywają takie dni, że gdzieś z tyłu głowy przebiega mi myśl, czy on czasem nie pachnie cytryną...? :P Co ważne, Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid nie szczypie, nie powoduje u mnie przesuszeń, łuszczenia się skóry i żadnych innych niedogodności. Chętnie stosował go także mój mąż, który wersją BHA pogardził "bo go piekła". Tutaj takich atrakcji nie było ;) Ja najpierw nakładałam go dwa razy w tygodniu, a przez miesiąc zwiększałam częstotliwość stosowania dochodząc do "codziennie". Teraz po czasie intensywniejszego złuszczania, znowu wróciłam do zalecanej przez producenta wersji "dwa razy w tygodniu".
Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid
Jak zatem Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid sprawdził się u mnie? W trakcie jego stosowania, moja cera stała się ładnie nawilżona oraz rozświetlona, a zmarszczki i pory stały się mniej widoczne. Zaskórniki otwarte zniknęły całkowicie już jakiś czas temu, nowe nie powstały, a zamknięte naprawdę się ulotniły! Część wyparowała sama z siebie, a paru "najtwardszych" zawodników bez problemu udało mi się wycisnąć, w dodatku bez żadnych ranek i innych uszczerbków. Przy stosowaniu go raz, lub dwa razy w tygodniu, na szczęście nie pojawia się nic nowego. Moja twarz jest dzięki płynowi Cosrx AHA 7 Whitehead Power Liquid jest tak gładka jak dawniej i po prostu dużo ładniejsza, zarówno w makijażu, jak i bez :)
Podsumowując: Jestem niesamowicie zadowolona z działania tego kosmetyku. Udało mi się po roku walki odzyskać moją dawną, gładką twarz i specyfik ten zapewnił mi poprawę samopoczucia nawet w wymiarze psychicznym xD Trzymajcie kciuki, żeby tak zostało! Jego cena wynosi około 45-55zł na ebay i uwierzcie mi - naprawdę warto, szczególnie że jego wydajność jest szalona ;) 
A Wy macie tego typu problemy? Znacie markę Cosrx? Stosowałyście już ich produkty? A może znacie AHA 7 Whitehead Power Liquid? Dajcie koniecznie znać! ;)

piątek, 8 listopada 2019

Holy Snail Shark Sauce - magiczna różdżka na przebarwienia i rumień?

Moja cera to twór wyjątkowo upierdliwy w kwestii przebarwień. Praktycznie od dziecka miałam piegi, których szczerze nienawidziłam (na szczęście bardzo mało z nich przetrwało do dnia dzisiejszego), a dodatkowo ostatnimi czasy wraz ze zmianą leczenia pojawiły się u mnie okresowe niespodzianki w postaci pryszcza bądź zaskórników, które trzeba było usunąć mechanicznie (na serio szczególnie z tymi drugimi nie było wyjścia).  Po tego typu zabiegu, oczywiście pozostawały mi na skórze plamy, które samoistnie znikały dopiero po około 4-6 tygodniach, a mnie już przy trzech tego typu śladach na twarzy trafiał przysłowiowy szlag. Trzeba więc było działać, dodatkowo najlepiej szybko i skutecznie. I tak za sprawą Interendo i Myskinstoryy trafił do mnie Holy Snail Shark Sauce. Czy sos rekinowy wyżarł moje przebarwienia? Już mówię! :D
Holy Snail Shark Sauce
Holy Snail Shark Sauce zapakowano w prostą buteleczkę z miękkiego plastiku, zawierającą 30ml produktu. Niestety, ale prawda jest taka, że wygląda ona tanio, już przy pierwszym użyciu naklejka na "rekinku" brzydko się gniecie, a dodatkowo ciężko dostać się do wnętrza (tj. odkręcić korek). Całość wykonano "po kosztach", ale za to aplikator jest precyzyjny i bardzo wygodny w przypadku stosowania punktowego. Kluczowe składniki aktywne tego serum to niacinamid, który rozjaśnia i poprawia elastyczność skóry, N-Acetyloglukozamina (rozjaśnia oraz nawilża, redukuje widoczność drobnych zmarszczek, a dodatkowo wspomaga naprawę uszkodzeń spowodowanych promieniami UV i przyspiesza gojenie się ran), korzeń lukrecji i ekstrakt z zielonej herbaty, kwas hialuronowy, mleczan sodu oraz pantenol. Warto pamiętać, że Shark Sauce stosujemy po wszystkich substancjach aktywnych i toniku, a przed kremem.
Holy Snail Shark Sauce
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Zapachu według mnie serum niemalże nie posiada, choć może gdyby dobrze się wczuć, można by doszukać się w nim delikatnej, "aptecznej" nuty. Produktu tego, używam zarówno rano jak i wieczorem, choć nie codziennie. Głównie czeka on na epizody problemowe, czyli kropki po niedoskonałościach, bądź "dzień buraka". Po nałożeniu na twarz kosmetyk nie pozostawia po sobie żadnej warstwy, chyba że przesadzicie - jak ja za pierwszym razem xD Wtedy klei się wręcz niemiłosiernie. W przypadku Holy Snail Shark Sauce mniej znaczy lepiej :) Warto również dodać, że jest to produkt szalenie wydajny i całe szczęście, że jest ważny aż 12 miesięcy od otwarcia, bo kilkoma kropelkami posmarujemy praktycznie całą twarz. 
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Co jednak z działaniem? Stosowałam go na przebarwienia oraz mojego toczniowego motylka i powiem Wam tak: to faktycznie działa. Stare plamki trzeba smarować dłużej, ale faktycznie jaśnieją, a świeże ślady po zaskórnikach bądź pryszczach, lub nawet nowe blizny np. po zadrapaniu (też sprawdzałam) znikają z twarzy w około 7-14 dni. Co z piegami? Piegi jak to piegi, raz są, raz ich nie ma i generalnie to walka z wiatrakami, w której najbardziej pomaga dobry filtr UV. Mimo to - faktycznie trochę jaśnieją. Co ciekawe, po posmarowaniu skóry tym serum, mój rumień wycisza się praktycznie w ciągu godziny (magia), więc jeśli macie problemy tego typu - również może się ono u Was sprawdzić.
Holy Snail Shark Sauce na przebarwienia
Sporą przeszkodą w imprezowaniu z rekinami (ponoć żaden nie ucierpiał przy tworzeniu tego serum :D) może być niestety cena. Duże opakowanie kosztuje 239zł lub 29$ a małe 7ml - 89zł lub 9$. Jeśli jednak chcecie stosować je punktowo, to z czystym sumieniem możecie zaopatrzyć się w mniejszą buteleczkę. Przy jego szalonej wydajności na pewno wystarczy na długi czas. Ja swoim opakowaniem podzieliłam się z bratem, który ma podobną cerę ;) Z mojej perspektywy warto w niego zainwestować, szczególnie jeśli macie problemy z przebarwieniami, bądź rumieniem :) Do sosu z rekina jestem już bardzo przywiązana i czuję się bezpieczniej, gdy stoi sobie na półeczce :D Wprawdzie problemy z zaskórnikami i pryszczami powoli są coraz mniejsze a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że powoli zanikają, to świetnie ratuje mnie on także w "buraczane dni", kiedy mój rumień szaleje ;)
Znacie Holy Snail Shark Sauce? Macie problemy ze śladami po pryszczach, przebarwieniami bądź rumieniem? Też zostają Wam widoczne ślady nawet po maleńkich bliznach? Jak sobie z tym radzicie? Dajcie koniecznie znać!

Jako bonus publikuję piosenkę, z którą większości z Was skojarzył się ten kosmetyk, gdy pokazałam go na instagramie :D

poniedziałek, 4 listopada 2019

Kinvane PDRN Cica Balm - cudowna galaretka w tubce?

Kosmetyków z centellą przetestowałam już masę i nie będę ukrywać, że bardzo je polubiłam, ze względu na fakt, że świetnie łagodzą mój "kochany" rumień na policzkach :) Pewnego pięknego dnia, napisała do mnie Pani z ekipy Jolse, że w mają w swojej ofercie nową linię kosmetyków, którą testowali jeszcze na etapie tworzenia i szczególnie polecają Kinvane PDRN Cica Balm. Pomyślałam sobie, że spróbuję... Jak na tym wyszłam? Już Wam mówię :)
Kinvane PDRN Cica Balm
Krem umieszczono w zwykłej, białej tubce "na klik" zawierającej 50ml kosmetyku. Niczym szczególnym się ona nie wyróżnia i mnie osobiście odrobinę przypomina nasze kosmetyki apteczne. Mimo wszystko fajnie wygląda stylizowany na receptę tył. U mnie na zdjęcie się nie załapał, ale jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda, zerknijcie do Secretaddiction ;) Kinvane PDRN Cica Balm zawiera beta - glukan, kwas hialuronowy, wyciąg z Centella Asiatica oraz madekasozyd, które odpowiadają za nawilżenie i łagodzenie oraz tajemniczy PDRN. Co to takiego? Otóż jest to polydeoxyribonucleotide, który dba o szybką regenerację naszej skóry.
Kinvane PDRN Cica Balm
Sam krem jest białawy i lekko pachnie cytrusami. Trochę zawiodła mnie jego konsystencja, wszak producent obiecał nam galaretkę. A jeżeli obiecano mi galaretki, to oczekuję galaretki, a nie czegoś co wygląda jak hybryda kremu i żelu. Smutno :( Galaretki są fajne :P  W dodatku mam wrażenie, że całość dość ciężko rozprowadza się po skórze... Po nałożeniu na twarz i pieczołowitym wklepaniu kremu jako ukoronowanie pielęgnacyjnego rytuału zaczyna się niemiłosiernie lepić. Nienawidzę tego tak bardzo, że w końcu zaczęłam stosować go jedynie pod makijaż. U mnie nie pomagała ani aplikacja na wilgotną skórę, ani wklepywanie, ani masowanie... I tak pozostawiał on po sobie warstwę, która nie dawała mi spokojnie iść spać. Ble, ble, ble! Za to makeup trzymał się na nim pierwszorzędnie i można go było wykonywać praktycznie od razu. Chociaż tyle :P
Kinvane PDRN Cica Balm
Co jednak z działaniem? Po pierwsze - centelli oraz dodatków łagodzących jest w nim na tyle dużo, że stosowany raz dziennie trzyma mój rumień w ryzach i chwała mu za to. Dodatkowo faktycznie szybko regeneruje oraz ładnie nawilża, co szczególnie widać było podczas gdy jeszcze zawzięcie stosowałam go na noc. Rano twarz była jędrna, gładka, odżywiona, rozświetlona i pięknie wygładzona, nawet podczas kuracji kwasami. Dodatkowo - nie spowodował u mnie powstania jakichkolwiek niedoskonałości z czym ostatnio miewam okresowo drobne kłopoty ;) Jego koszt to około 23$, ale według mnie, jest on dość wydajny. 
Podsumowując: na mojej twarzy krem Kinvane PDRN Cica Balm zdziałał naprawdę sporo dobrego i bez wątpienia, podczas jego stosowania moja cera wyglądała bardzo ładnie. Byłam z niego zadowolona stosując go na dzień, ale używanie takiego klejucha na noc, to zdecydowanie nie na moje nerwy. Polecam go więc albo niewrażliwym na takie atrakcje, albo szukającym dobrego kremu pod makijaż dla wymagającej skóry ;)
A czy Wam również przeszkadza lepiący się film po zakończeniu rytuału pielęgnacyjnego? Czy znacie markę Kinvane? A może tak jak ja, jesteście fankami kosmetyków z wąkrotką azjatycką? Dajcie koniecznie znać!

niedziela, 27 października 2019

Klasyka koreańskiego gatunku, czyli Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold

Kremów BB używam od wielu, wielu lat i to właśnie Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold był pierwszym koreańskim produktem po jaki sięgnęłam, na długo przed tym zanim to było modne i zanim przeszło mi przez myśl, aby może kiedyś założyć bloga. Zużyłam wtedy calusieńkie opakowanie, zapamiętałam go bardzo dobrze i po wielu latach postanowiłam sprawdzić, jak zda u mnie egzamin jego odświeżona wersja. Czy nadal jest dobrze? A może troszkę popsuli mi go eksperymentami, niczym Hot Pink? Same zobaczcie!
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Krem BB przychodzi do nas zapakowany w kartonik, wewnątrz którego znajduje się srebrno - złote opakowanie w kształcie walca mieszczącego 40g produktu. Pompka generalnie działa w nim bez zarzutu, ale do czasu... Gdy kosmetyk się kończy, niestety zaczyna strzelać :P Napisy pięknie tkwią na swoim miejscu, plastik się nie rysuje i chyba jedyne co mogę mu zarzucić, to to, że jest niezbyt poręczne w podróży. Widziałam jednak, że wszystko zależy od tego, jak produkt jest użytkowany, bo np. na wielu zdjęciach zauważyłam pościerane nadruki, co u mnie nigdy nie miało miejsca. Na zużycie całości, mamy aż 12 miesięcy, czyli według mnie w sam raz dla osoby, która robi makijaż niecodziennie albo ma kilka podkładów :) Warto również wspomnieć o tym, że tak jak w przypadku chyba wszystkich BB tej że marki, podczas nakładania, towarzyszy nam aromat kwiatów ;)
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Konsystencja kremu jest bardzo gęsta, treściwa, ale nie mogę powiedzieć, że ciężka. Kosmetyk najlepiej nakładać palcami, wcześniej delikatnie go rozgrzewając, ale mnie zdarzyło się aplikować go gąbkami i także byłam zadowolona z efektów jakie uzyskałam. Kolor, mimo że na zdjęciu wygląda na dość ciemny, po nałożeniu na twarz ładnie się do niej dopasowuje i praktycznie od momentu nałożenia szybko adaptuje się do naszego odcienia skóry. Jest to stosunkowo jasny beż, ale wpada on w różowe tony. Wykończenie Vip Gold to typowy, mokry połysk, uwielbiany na Dalekim Wschodzie. Ja nakładam na niego dodatkowo puder rozświetlający, aby makijaż utrwalić, ale jednocześnie zachować elegancki glow. Kosmetyk w ciągu dnia nie ciemnieje, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że tak jak inne kremy tej marki - lekko jaśnieje. Warto też wspomnieć, że posiada SPF 30 PA+++. Przypudrowany, trzyma się na mojej normalnej ostatnio skórze od nałożenia, aż do zmycia, w niemalże nienaruszonym stanie. Co ważne, Vip Gold nie podkreśla jakoś szczególnie suchych miejsc oraz nie zbiera się w zmarszczkach, ani załamaniach skóry (stosuję teraz kwasy, raz przesadziłam i też nieźle się spisał ;)). Co z zatem z jego kryciem? Ogólnie określiłabym je jako średnie, wszak potrafią spod niego wyglądać piegi albo przebarwienia, ale już druga warstwa kosmetyku powoduje, że znikają one z naszych oczu. Generalnie dla mnie, jest ono w sam raz ;) 
Skin79 Super+ Beblesh Balm Cream Vip Gold
Producent tradycyjnie obiecuje nam również pielęgnacyjne "cuda na kiju". Dzięki zawartości złota i kawioru, ma on przyspieszyć odnowę skóry, przywrócić jej napięcie, jędrność oraz elastyczność, a także korygować zmarszczki. No sorry, ale nie ;) Włóżmy to wszystko między bajki i zapamiętajmy: takie rzeczy jest nam w stanie zapewnić tylko dobra pielęgnacja lub zabiegi medycyny estetycznej, a nie kosmetyk do makijażu :P Jednak szczerze Wam powiem, iż mimo że Skin79 przy każdym swoim BB deklaruje powyższe głupoty, to ja i tak wszystkie te kremy w opakowaniu "walca" bardzo lubię, bo to naprawdę porządne produkty do makijażu. Co ważne - odwrotnie niż Hot Pink, wersji Vip Gold moim zdaniem nie popsuto. Krem nadal jest świetny i na pewno jeszcze do niego wrócę. Na Jolse zapłacicie za niego 20$ a dodatkowo do 31 października wysyłka na całym świecie jest darmowa :) (płacić można zwykłą kartą debetową). Nic, tylko brać :D
Znacie kremy BB marki Skin79? Macie swojego ulubieńca? Ja Najbardziej lubię właśnie ten, oraz wersję "Orange" :) Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 22 października 2019

Esencja Aloesowa Natural Secrets - pierwsza dobra polska esencja?

Dobra esencja do twarzy, to trzon mojej aktualnej pielęgnacji cery. Dotychczas zerkałam w tym temacie jedynie w stronę Wschodu (mam tu na myśli Koreę Południową i Japonię), bo według mnie to co oferował nam rodzimy rynek nie działało lub robiło niewiele. Po co się więc męczyć :D Zawsze lepiej działać skutecznie ;) Kiedy jednak na Triny (https://triny.pl/) wpadła mi w oko Esencja Aloesowa Natural Secrets, postanowiłam ją wypróbować, ponieważ przypomniało mi się, że kilka osób chwaliło ją na instagramie oraz... spodobała mi się ta granatowa butelka xD (cytując klasyka: "baby, ach te baby, czym by bez nich był ten świat..."). Jak na tym wyszłam? Same przeczytajcie!
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Jak już wspomniałam, kosmetyk ten znajduje się w szklanej, eleganckiej granatowej buteleczce, zawierającej 100 mililitrów produktu. Całość ważna jest 6 miesięcy od otwarcia. Pompka w Esencji Aloesowej Natural Secrets również działa bez zarzutu i szczerze powiedziawszy - jeśli chodzi o opakowanie, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Z kolei wewnątrz znajdziemy dobry składowo produkt i takie substancje aktywne jak sok z aloesu, kwas hialuronowy, alantoinę, D-pantenol, ekstrakt z zielonego ogórka, ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej (centella asiatica) oraz bioferment z rzodkwi, który jednocześnie pielęgnuje i jest naturalnym konserwantem opartym na probiotykach :)
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Tym sposobem nie marnujemy kosmetyku i zwiększamy jego wydajność, dodatkowo nie wydając pieniędzy na waciki :D Same plusy :P Esencja Aloesowa Natural Secrets ma dla mnie delikatny zapach ogórka, ale w sumie chyba nie powinno to dziwić, wszak znajduje się on już na czwartym miejscu w składzie. Produktu tego używałam zarówno rano, jak i wieczorem, ale wręcz uwielbiałam go w dni "bez makijażu". Dlaczego? Ponieważ bez problemu wchłania się on do matu! Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry, czyli taka nieodczuwalna  namacalnie pielęgnacja "po cichu". A potem bez problemu można iść na zakupy do marketu nie świecąc się jak latarnia :P Mimo to - pamiętajcie, że esencje zawsze lepiej stosować w towarzystwie :P
Esencja Aloesowa Natural Secrets
Po każdym kosmetyku oczekujemy jednak przede wszystkim działania... Nie będę kłamać - ja wobec Esencji Aloesowej Natural Secrets miałam wysokie oczekiwania, które postawiły przed nią azjatyckie kosmetyki tego typu, oraz po prostu byłam do niej sceptycznie nastawiona. Dlaczego? Bo mam złe bądź średnie doświadczenia z produktami naturalnymi, oraz nie wierzyłam, że polskie marki w końcu ruszyły do przodu w temacie esencji. Na szczęście całkiem miło się zawiodłam :D Szybko okazało się, że na twarzy widać pierwsze efekty działania Esencji Aloesowej Natural Secrets w postaci całkowicie niewidocznego rumienia. Podczas dalszego stosowania szybko zauważyłam także wzrost nawilżenia, łagodzenie podrażnień oraz rozświetlenie cery. W moim przypadku wręcz czuć też działanie przeciwzapalne i widać było, że wszelkie ranki na twarzy bardzo szybko się goją. W ramach ciekawostki powiem Wam także, że jest to genialny produkt dla chorych na łuszczycę. Któregoś razu, zostało mi na dłoni za dużo kosmetyku i nałożyłam go na plamkę na kostce, którą posiadam "permanentnie" ;) Następnego dnia wyglądała tak zachęcająco, że postanowiłam zacząć smarować esencją wszystkie zmiany, a po 2 tygodniach takiego "leczenia" po "tymczasowych kropkach" nie było śladu, a ta na nodze od lat nie wyglądała tak ładnie. Polecam więc wszystkim "biedronkom" ;) Koszt buteleczki to 85zł - z szybką dostawą kupicie ją TUTAJ.
Czy warto? Moim zdaniem bardzo! Ja uwielbiam ją głównie za to, że trzymała w ryzach mój rumień i ładnie nawilżała cerę, jednocześnie ją kojąc, ale podejrzewam, że naprawdę wiele osób będzie z niej zadowolonych. Nie sądziłam, że wśród polskich kosmetyków i to w dodatku naturalnych, znajdę taką perełkę, która zmusiła do chwilowego odwrotu nawet moje łuszczycowe plamy :P
Znacie sklep TRINY i markę Natural Secrets? Macie wyrobione na ich temat opinie? Dajcie koniecznie znać!

środa, 16 października 2019

LANEIGE Clear C Advanced Effector, czyli owocowa moc witaminy C

Szczerze Wam się przyznam, że nie zawsze moje doświadczenia z kosmetykami zawierającymi witaminę C były pozytywne i ogólnie rzecz biorąc mimo zaleceń, by umieścić ją w swojej pielęgnacji, ja niekoniecznie się do tego stosowałam. Po prostu nie do końca miałam pewność, czy przy mojej cerze i specyficznej sytuacji zdrowotnej bardziej mi ona pomaga, czy szkodzi. Kiedyś zamieniłam jednak kilka słów z Interendo i poleciła mi ona LANEIGE Clear C Advanced Effector, czyli esencję, która zawiera aż 92.5% ekstraktów z jagód z aceroli i acai. Całość okraszono także niacynamidem i adenozyną, które moja skóra bardzo lubi, więc niewiele myśląc - postanowiłam zaryzykować. Co z tego wyszło? Same zobaczcie!
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Esencja ta znajduje się w szklanej butli, zawierającej 150ml. Całość utrzymana jest w tonacji srebrno - różowej oraz nie da się ukryć, że wykonanie jest bardzo porządne i miłe dla oka. Nietypowym rozwiązaniem w przypadku płynnych esencji rodem z Korei jest fakt, że została ona wyposażona w sprawną pompkę, a dodatkowo przy jej zakupie dostajemy 60 specjalnych, dedykowanych jej, koreańskich wacików, które są zupełnie inne niż nasze. Jedna strona jest gładka, a druga perforowana i z tego co zrozumiałam, ma ona zapewnić nam także delikatne złuszczenie. 
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Konsystencja kosmetyku jest typowo wodnista i faktycznie używanie jej w towarzystwie wacików, to chyba najwygodniejszy sposób jej stosowania, choć na pewno nakładana pacami byłaby bardziej wydajna. Zapach? Delikatnie owocowy, odrobinę czuć, z czego została ona wykonana. LANEIGE Clear C Advanced Effector używałam codziennie rano, zaraz po umyciu twarzy, a potem nakładałam na nią zazwyczaj krem Sulwhasoo, który już bardzo dobrze znam pod kątem działania i kocham go miłością wielką ;) Jeśli nałożymy esencję solo, bez problemu wchłonie się ona do matu. Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry. Ale pamiętajcie - generalnie jest ona stworzona do metody layeringu. 
LANEIGE Clear C Advanced Effector
Jakie obietnice wobec LANEIGE Clear C Advanced Effector składa producent? Esencja według niego ma za zadanie właściwie tylko nawilżać oraz rozjaśniać, ale witamina C ma zdecydowanie szersze spektrum działania i to było po mojej skórze widać. Najszybciej zauważyłam działanie rozświetlająco - rozjaśniające. Dodatkowo naczynka oraz zaczerwienienia nie są tak widoczne, jak były, a ponadto wszystkie plamki po "okołookresowych" niespodziankach zniknęły nadspodziewanie szybko. Dawno też nie widziałam mojego znienawidzonego "buraczka", który spędza mi sen z powiek. Esencja poprawiła wygląd zmarszczek i zapewne dzięki działaniu antyoksydacyjnemu zapobiega powstawaniu nowych ;) Nawilżenia nie odnotowałam, ale też nie stosowałam jej solo i według mnie, za to odpowiadają kremy bądź serum. Pamiętajcie jednak, by nie stosować esencji na otwarte ranki i podrażnioną skórę ;)
LANEIGE Clear C Advanced Effector,
Dotychczas stosunkowo rzadko byłam zadowolona z produktów zawierających w nazwie witaminę C, wszak często podrażniały mi skórę. Mimo to LANEIGE Clear C Advanced Effector dosłownie skradł moje serce i z miłą chęcią wrócę do niego w przyszłości, wszak świetnie robi to, co ma robić, a także oferuje dokładnie to, czego po witaminie C mogę się spodziewać. Jednocześnie nie serwuje mi w pakiecie żadnych skutków ubocznych. Jest miłość! Za esencję zapłacicie na Jolse 36.80$. I według mnie zdecydowanie warto :)
A jaki jest Wasz ulubiony produkt zawierający witaminę C? Zdarzały Wam się kiedyś nieprzyjemności związane z jej stosowaniem? A może znacie opisany przeze mnie produkt LANEIGE? Dajcie koniecznie znać!

czwartek, 10 października 2019

Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" - czyli przygody z naturą na bis

Do blogerek eko i tych stawiających głównie na naturę bardzo mi daleko, ale i w moje ręce wpadają czasem tego typu produkty :) Tym razem jest to Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" ze sklepu https://triny.pl/. I teraz pora na małą dygresję. Nigdy nie byłam fanką maseczek, jednak z czasem odkryłam ich naprawdę magiczne właściwości, co spowodowało, że po prostu postanowiłam się przemóc i zacząć regularnie je stosować. No a najlepiej, żeby było szybko, prosto oraz skutecznie. Jak w te ramy wpisał się "Miód i Truskawki"? Przeczytajcie same! ;)
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" marki Miodowa Mydlarnia umieszczona jest w 25 gramowym słoiczku, który zapakowano w elegancki kartonik z instrukcją obsługi. Jest ładnie, prosto i ekologicznie ;) Kosmetyk ma konsystencję proszku, który musimy rozrobić sobie z wodą. I tu u mnie zawsze pojawiał się problem, bo czego bym nie zrobiła, zawsze konsystencja była za rzadka, lub za gęsta :D I albo ciężko było mi ją rozprowadzić na twarzy, albo maska z niej spływała :P Ma się ten dryg ;) Finalnie cały słoiczek starczył mi na 5 aplikacji, ale nie będę kłamać - wsypywałam zazwyczaj trochę więcej proszku niż każe producent przez moje eksperymenty i problemy z uzyskaniem właściwej formuły... Generalnie proszek to forma dla cierpliwych albo wprawionych, wszak ja myślałam, że podczas "mieszania" trafi mnie przysłowiowy szlag xD
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
I teraz tak: ta maseczka pachnie. Dla mnie tylko podczas nakładania, według mojego męża cały czas (tak, on też używał). Jest to zapach naturalnego miodu przemieszanego z truskawkami i według mnie nie jest on super przyjemny (nie lubię aromatu miodu), ale do przeżycia. A z kolei mój mąż powiedział, że maseczka tak śmierdzi, że aż mu niedobrze xD (jaki delikatny :P). W każdym razie mnie ten aromat do stosowania nie zniechęcił i zużyłam całe opakowanie ;) Po rozrobieniu maseczka robi się bordowa, zasycha na twarzy i bardzo ciężko się ją zmywa nawet przy pomocy gąbeczek celulozowych :) Wydaje mi się, że może to być wina miodu, który jest tu obecny na pierwszym miejscu w składzie. Poza tym, znajdziemy w nim jeszcze truskawki w proszku, kozie mleko i czerwoną glinkę.
Miodowa Mydlarnia Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki"
Co jednak z działaniem? Po zastosowaniu Maseczki do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" Miodowej Mydlarni, zaobserwowałam głównie piękne wygładzenie, zmiękczenie skóry, oraz ukojenie mojego rumienia i popękanych naczynek w okolicy nosa :) W dodatku wszystko to dostałam bez uczucia jakiegokolwiek ściągnięcia ;) Przy dłuższym stosowaniu producent obiecuje także poprawę jędrności, a także wygładzenie drobnych zmarszczek, ale mnie nie dane było tego doświadczyć.
Maseczka do Twarzy, Szyi i Dekoltu "Miód i Truskawki" Miodowa Mydlarnia kosztuje 25,73zł. Ogólnie rzecz biorąc z jej działania jestem nawet zadowolona, ale znam produkty, które zafundują mi ten sam efekt bez mało przyjemnych doznań zapachowych oraz bez mieszania proszku z wodą, które szybko znienawidziłam :P Miodowa Mydlarnio, może przygotujesz wersję w tubce dla leniwych? :D Byłoby mi bardzo miło :D Jeśli jednak bardzo ważny jest dla Was naturalny skład, to przyznać muszę że maska robi swoje, ale jej forma po prostu mi nie odpowiada. Na całe szczęście w asortymencie sklepu każda z nas znajdzie coś dla siebie. Gotowe tubki, słoiczki, płachty, proszki i saszetki ;)
A Wy jakie formy maseczek lubicie najbardziej? Zwracacie uwagę na składy produktu? Nie denerwuje Was rozrabianie maseczek? Dajcie koniecznie znać :)

sobota, 5 października 2019

Natural Secrets Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą, czyli wieczorne SPA

Wieczorne SPA, bez dobrego peelingu chyba nie może się obejść ;) Ja bardzo ten rytuał lubię, ale jako osoba chorująca na łuszczycę, muszę uważać podczas wyboru tego typu kosmetyków. Nie może być on zbyt ostry, te na bazie soli odpadają całkowicie (chyba, że raz na "ruski rok" nie mam ani jednej zmiany na ciele), za małe drobinki z kolei też potrafią napsocić w inny sposób (czasem np. ciężko je spłukać), więc najchętniej stawiam na peelingi oparte na drobinkach cukru, zanurzonych w  naturalnych olejach. Tak więc, gdy dotarł do mnie Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets, czym prędzej przystąpiłam do testów :) Co z tego wynikło?
 Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets
Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets zapakowano w ciężki, szklany słoik, przypominający te do weków. Nie jest to może najpraktyczniejsze rozwiązanie pod prysznicem, ale w wannie stosowało mi się go całkiem wygodnie. Jedyny minus, jaki dostrzegłam to fakt, że że szkło nie jest "kotoodporne" a moje zwierzaczki z wielkim zamiłowaniem bawią się w wannie i niestety zdarzało się, że coś tam potłukły :P Co ważne - słoiczek nie przecieka, więc na upartego możemy go zabrać ze sobą na wyjazd, choć jest to bardzo niepraktyczne ;) Poza tym, na zużycie go 250ml mamy 12 miesięcy. Jeśli chodzi o aromat tego produktu, peeling ma dla mnie bardziej zapach zielonej herbaty, ale gdzieś w tle, pobrzmiewa także słodkie mango. Po użyciu delikatnie utrzymuje się on na ciele przez jakiś czas.
 Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets
Funkcję ścierającą w  Peelingu Cukrowym Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets - jak sama nazwa wskazuje - pełnią małe drobinki cukru. Mają one na tyle przemyślany kształt i rozmiar, iż moc ścierającą określiłabym jako średnią, czyli moją ulubioną. Jest ona nam w stanie zapewnić zarówno złuszczenie, wygładzenie oraz zmiękczenie, jak i naprawdę przyjemny masaż. Cukier zatopiony jest w mieszaninie olejów więc właściwie przed każdym użyciem należałoby go dobrze wymieszać, jednak dla mnie nie stanowi to problemu. Ciekawym dodatkiem, są także znajdujące się wewnątrz kosmetyku zmielone kawałki zielonej herbaty :) Wydajność również stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, jednakże u mnie w domu nie do końca można to określić, ponieważ mój mąż namiętnie korzysta ze wszystkiego, co pojawia się w łazience i sypialni (tak, kremy przeciwzmarszczkowe też są spoko).
Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural secrets
Po zastosowaniu peeling pozostawia po sobie na ciele delikatny, przyjemny film, dzięki któremu skóra jest gładka, miękka, nawilżona i odżywiona. Ja lubię tego rodzaju atrakcje, ponieważ jestem balsamowym leniem. Po użyciu specyfiku tego typu, mogę odpuścić sobie smarowanie, a ciało mimo wszystko wygląda bardzo ładnie. Za to wielki plus. Poza tym, przy regularnym stosowaniu, na pewno zauważyć można poprawę wyglądu naszej skóry.  Za kosmetyk ten zapłacie 35zł i moim skromnym zdaniem - warto się na niego skusić ;) Dorównuje albo nawet przewyższa on wiele droższych peelingów na rynku. No i ma przyjemny skład :)

P.S. Produkt ten pochodzi ze sklepu https://triny.pl/ i miałam z nim do czynienia też jako klientka. Do złożenia tam zamówienia zachęcił mnie mnie spory wybór produktów, zdarzające się kody rabatowe, stosunkowo niska kwota potrzebna do darmowej wysyłki (pamiętam, że odbierałam paczkę z żabki obok domu :D), oraz szybki czas realizacji, wszak należę do tych niecierpliwych :D A dodatkowo można truć na wszystkich dostępnych kanałach obsłudze sklepu, który zawsze chętnie doradza nawet zwykłym klientom ;) Kupowałam raz, ale byłam bardzo zadowolona :)
A Wy znacie Peeling Cukrowy Orzeźwiający Melon z Zieloną Herbatą Natural Secrets? Lubicie peelingi cukrowe, czy wolicie jakieś inne? A może macie już wyrobioną opinię na temat sklepu Triny? Polecacie coś z ich asortymentu szczególnie? Dajcie koniecznie znać!

poniedziałek, 30 września 2019

Super+ O2 BB Cleanser Skin79, czyli jak zastąpić oleje w demakijażu

Mam nadzieję, że po tym jak u nas w kraju zapanowała moda na pielęgnację azjatycką, wszyscy już wiedzą, że twarz najlepiej oczyszczać dwa razy :) Raz - za pomocą olejku z emulgatorem, a drugi - delikatnym żelem bądź pianką. Co jednak w sytuacji, kiedy niekoniecznie dogadujemy się z zalecanym pierwszym etapem? Ano szukamy alternatyw! I o tej właśnie alternatywie dla olejków myjących chciałam Wam właśnie dziś opowiedzieć :) Mowa o Super+ O2 BB Cleanser Skin79, czyli nowszej wersji żelu O2 BB Cleanser Skin79.
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Super+ O2 BB Cleanser Skin79 znajduje się w prostym, przezroczystym opakowaniu typu airless, zawierającym 100g kosmetyku. Posiada ono wiele zalet. Między innymi jest higieniczne, regularnie możemy kontrolować poziom zużycia kosmetyku, ma bardzo sprawnie działającą i wygodną pompkę, która nie strzela na wszystkie strony, łatwo je przewozić i jest przyjemne dla oka. Do umycia całej twarzy, wystarczają nam dwie dozy, ale kosmetyk ten jest całkiem wydajny :) Co do zapachu - nowsza wersja pachnie dla mnie owocami, a w starszej czuć było tylko "świeżość". Jak więc jej używać? Najpierw rozprowadzamy żel na dłoniach, a potem delikatnie masujemy twarz, oczy i usta około minuty, wszak producent deklaruje, że możemy wykonać nim demakijaż nawet tych newralgicznych miejsc. Co ciekawe - ta wersja pianki praktycznie niemalże się nie pieni :)
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Super+ O2 BB Cleanser Skin79 po zetknięciu z wodą zmienia się w delikatną emulsję, która jednocześnie bardzo łatwo usuwa nawet najcięższy makijaż. Zmywałam nią kremy BB wypryskane utrwalaczem, ciężki, ciemny, imprezowy makijaż oka, czerwone szminki i nie zawiódł mnie on ani razu. Dodatkowo - on na serio nie szczypie w oczy, więc śmiało można nim zmywać tusze do rzęs i eyelinery. Twarz po jego użyciu naprawdę jest czysta, co potwierdza także bielusieńki ręczniczek, którym wycieram twarz :)
Super+ O2 BB Cleanser Skin79
Warto również wspomnieć o tym, że mimo swojej "siły rażenia" produkt ten jest naprawdę delikatny. Moja skłonna do rumienia i ściągnięcia cera bardzo dobrze się z nim dogadywała i była w ostatnim czasie wyjątkowo jasna, a demakijaż tego nie psuł (co przy nieodpowiednich produktach się zdarza).  Przez cały okres jej stosowania, nie odnotowałam również pojawienia się żadnego pryszcza ani zaskórnika :) Jest super <3 Jeśli więc nie lubicie olejków emulgujących, bo np. oczy zachodzą Wam mgłą, nosicie szkła kontaktowe, bądź po prostu "nie bo nie" a chcecie mieć pewność, że demakijaż wykonałyście w należyty sposób - zerknijcie koniecznie w stronę Super+ O2 BB Cleanser Skin79 :) Ja jestem z tej pianki bardzo zadowolona - jak chyba z każdej z trzech wersji, które miałam okazję używać ;) Kosztuje ona 17$ lub 79zł i na stronie Jolse możecie prześledzić w jaki sposób ewoluowała :)
Lubicie olejki do demakijażu? Jakiego produktu do tego celu aktualnie używacie? Dajcie koniecznie znać, może mnie czymś zainspirujecie :D