wtorek, 20 sierpnia 2019

NOU Bergamot, czyli o perfumach nieoczywistych

Wspominałam już kilka razy, że z perfumami bywa u mnie bardzo różnie. Przez lata miałam z nimi wyjątkowo trudną relację i ze względu na ciągłe migreny nie używałam ich wcale, a gdy do świata zapachów wróciłam, okazało się, że mój gust okazał się stosunkowo specyficzny. Tak jak pisałam w recenzji NOU Jasmin, moja rodzina określa należące do mnie perfumy jako "męskie", "zwracające na siebie uwagę" oraz "dziwne". I do tego towarzystwa NOU Bergamot zdecydowanie pasuje dużo lepiej niż wersja Jasmin :) Czas więc na jej recenzję ;)
nou bergamot woda toaletowa
Woda perfumowana NOU Bergamot także pochodzi z serii NOU Flowers, inspirowanej sześcioma różnymi, kwiatowymi ogrodami. Cóż to takiego ta bergamotka? Po prostu gorzka pomarańcza, która jest składnikiem wielu kultowych i klasycznych receptur :) W ramach ciekawostki dodam, że bergamotka wykorzystywana jest także do aromatyzowania herbaty Earl Grey ;) A jak producent opisuje swój twór? Same przeczytajcie: "Właśnie wkraczasz do ogrodu NOU Bergamot. Spacer rozpoczyna się od zapachów cytryny, bergamoty i kardamonu, ale po chwili wyczujesz również świeżość przed chwilą zerwanych z gałązki zielonych liści. Zamarzy ci się filiżanka orzeźwiającego napoju i wtedy, nieoczekiwanie, pojawią się zapachy jaśminu, zielonej herbaty, irysa oraz lilii. Dreszcz emocji popchnie cię tajemniczą alejką w głąb ogrodu. W jednym z najpiękniejszych zakamarków zielonego buszu odkryjesz drzewo cedrowe, wokół którego tańczą nuty piżma." W nutach głowy producent deklaruje więc obecność cytryny, bergamoty, kardamonu i zielonych liści, nuty serca grają jaśmin, zielona herbata, irys oraz lilia a pobrzmiewające na końcu nuty bazy to piżmo i drzewo cedrowe.
nou bergamot woda toaletowa
Opakowanie perfum NOU Bergamot zwraca na siebie uwagę na półce. Tak jak we wszystkich zapachach z tej serii, jest czarne, klimatyczne, z roślinną grafiką. Po wyjęciu flakonu z kartonika, naszym oczom ukazuje się prosta, ale elegancka buteleczka z naklejką. Sama etykietka przyklejona do szkła jest dobrej jakości, ale według mnie, bardziej elegancko wyglądałaby ona z grawerem. Mam wrażenie, że odrobinę przyoszczędzono również korku, który wykonano z plastiku, ale za to należy pochwalić najważniejsze - atomizer! Daje on bardzo ładną, średniej wielkości chmurę i naprawdę dobrze się spisuje, wydobywając z zewnątrz piękną mgiełkę. Zaraz po rozpyleniu, ja czuję w tym zapachu gorzko-kwaśne, może odrobinę męskie i stosunkowo ostre dla nosa cytrusowe nuty. Jest nietypowo, czyli jest dobrze. Po  około godzinie, do głosu dochodzi odrobina damskiej słodyczy w postaci kwiatów (wydaje mi się, że najbardziej czuć irys), ale główne akordy nadal grają owoce cytrusowe oraz zielona herbata. Na samym końcu zaś, faktycznie zaczynają pobrzmiewać ciepłe nuty charakterystyczne dla piżma i cedru, ale nadal są one okraszone bergamotową goryczką. Pod względem trwałości jest to aromat naprawdę przyzwoity, wszak czuć go na mojej skórze przez mniej więcej 7-8 godzin. Około 2-3 godziny projekcja zapachu jest typowo przeciętna (czyli na odległość ramion), a przez kolejne 5 godzin - bliskoskórna (czuć go, gdy ktoś np. się nad nami pochyli, my sami już nie za bardzo).
nou bergamot woda toaletowa
Zapach Nou Bergamot, określiłabym jako bardzo świeży, gorzkawy, mocno cytrusowy i absolutnie nie nadający się dla każdej z pań oraz na prezent. Szablonowo zapach ten pasuje raczej do pory letniej oraz wiosennej, ale jeśli o to chodzi, ja bywam przewrotna i czasami w ciepłe pory roku wybieram aromaty ciężkie, a zimą "mrożę" dodatkowo aurę zimnymi, orzeźwiającymi świeżakami.  Jeśli chodzi on Wam po głowie, poszukajcie w Rossmannach testera, by zobaczyć czy coś, co prawie można by nazwać unisexem, będzie Wam się dobrze "nosić". W ramach ciekawostki dodam, że NOU Bergamot przypomina mi Hermes Un Jardin Sur le Nil. I nawet nie chodzi tu o nuty zapachowe, wszak jedyny wspólny punkt w tych kompozycjach to irys, ale o klimat, jaki oba te aromaty tworzą. Jaka jest więc ich cena? Płacąc 69.90 za 50ml zapachu otrzymujemy w zamian naprawdę dobrą jakość oraz dodatkowo wspieramy rodzimy rynek.
A czy Wy znacie zapachy marki Nou? A może kojarzycie serię Flowers lub narobiłam Wam ochoty na przyjrzenie się jej bliżej? Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 13 sierpnia 2019

Nowości lipca, czyli nadrabiamy zaległości

Przez mój urlop, lekkie zawirowania, malutki "niedoczas", zmiany w umeblowaniu mieszkania i aktualne przeziębienie, mam na blogu lekkie "tyły". Zastanawiałam się nawet, czy jeszcze ten post publikować, ale w ankiecie na moim instagramie, wszystkie orzekłyście, że mimo tego że właściwie już niemal połowa sierpnia, chcecie moje nowości zobaczyć :) No więc oglądajmy! :D
maszynki gilette
Czy ktoś pamięta jeszcze czerwcową promocję w Rossmannie, kiedy to można było nabyć sporo taniej między innymi maszynki do golenia? Zaopatrzyłam się wtedy w klasyczne Gilette Venus oraz wkłady do niej, a także rączkę i wkłady do Gilette Venus Swirl, która ma aż 5 ostrzy oraz śmieszną metalową kulkę, pomagającą w dopasowaniu się jej do naszego kształtu ciała. Stosunkowo ciekawa promocja czeka nas również od 21 sierpnia, więc jeśli pragniecie poznać szczegóły, zajrzyjcie do Eweliny :)
aa hydro sorbet soraya plante pinio pianka
Poza tym kupiłam jeszcze kilka drobiazgów do ogólnego użytku. AA Hydro Sorbet Balsam Chok Chok wpadł mi w oko w reklamie na fb i niechętnie, ale poszłam go zakupić (z balsamami do ciała mam trudną relację). I co się okazało? Jest miłość! Prawdopodobnie pokuszę się o napisanie mu pełnej recenzji. Na piankę Roślinną Piankę Myjącą do Twarzy Soraya Plante zdecydowałam się chyba przy okazji jakiejś promocji i nie ukrywajmy - wszechobecnej mody na tę serię, a także dlatego, że jest wychwalana pod niebiosa. Zobaczymy, czy będzie tak samo dobra, jak mój aktualny ulubieniec Iunik :) Trzecim produktem z tego zdjęcia jest rzecz, którą wypatrzyłam u swojej szwagierki :) Ona kupiła ten kosmetyk dla swojego synka, ale ja oczywiście Micelarną Piankę do Mycia Pinio o zapachu banana kupiłam do mycia rąk :P Miło się jej używa i ma przyjemną cenę. Nabędziecie ją w Biedronce ;)
Sulwhasoo First Care Activating Serum EX
Poza tym, jeszcze w czerwcu mąż zafundował mi jako prezent na rocznicę ślubu zestaw Sulwhasoo First Care Activating Serum EX. W jego skład wchodzi rzeczone serum w trochę zmienionej buteleczce (tutaj znajdziecie jego recenzję, bardzo się polubiliśmy), kosmetyczka oraz miniaturki. Wyjątkowo spodobał mi się krem Sulwhasoo Essential Firming Cream EX oraz Concentrated Ginseng Renewing Serum (już zamówiłam sobie 40 próbek tego drugiego na ebay :P - czyli "cebula deal"). Poza tym w zestawie były jeszcze Essential Balancing Emulsion EX oraz Essential Balancing Water EX (na polskie po prostu tonik i emulsja ;)).
Cosrx black head tonymoly bling cat Sulwhasoo cream EX
Tutaj z kolei widać kosmetyki, które dostałam do testów od jolse. Zdecydowałam się na BHA Blackhead Power Liquid Cosrx między innymi dlatego, że nadal walczę z niedobitkami skórnych niedoskonałości. Robi dobre wrażenie, na pewno niebawem pojawi się jego recenzja a ja w przyszłości sięgnę też po wersję z kwasami AHA. Poza tym, trafiła do mnie również pomadka z edycji limitowanej TonyMoly Bling Cat w kolorze Heroine Pink, bo nie mogłam się jej oprzeć :D Opakowanie po prostu wymiata :P Po zużyciu miniaturki, skusiłam się także na pełnowymiarowy krem Sulwhasoo Essential Firming Cream EX. Zużyłam go już bardzo dużo i z pewnością niebawem napiszę jego recenzję, ale już mogę Wam zdradzić, że na pewno będzie ona pozytywna :)
Clarena Bali Cocoshell Peeling Iceland Balm Nawilżający Balsam do Ciała
Ten zestaw marki Clarena dostałam w prezencie od sklepu Fryzomania i zdążyłam napisać już jego recenzję. Ogólnie rzecz biorąc, zarówno Bali Cocoshell Peeling jak i Iceland Balm Nawilżający Balsam do Ciała zrobiły na mnie dobre wrażenie :)
Shark Sauce Holy Snails Althea Petal Velvet Powder
Jak zapewne pamiętacie, przebarwienia to moja zmora od lat. Dlatego strasznie się cieszę, że dostałam od Interendo Shark Sauce Holy Snails. Połączenie niacynamidu z kilkoma innymi składnikami aktywnymi sprawia, że produkt ten jako jeden z niewielu, na mojej skórze naprawdę świetnie się sprawdza i jest wyjątkowo skuteczny ;) Dołączam do jego fanek bez większego zastanowienia :D W paczuszce znalazłam także puder Althea Petal Velvet Powder, z limitowanej, urodzinowej edycji :) Bardzo Ci dziękuję ;*
Na tym zdjęciu widać z kolei dwa zapachy marki NOU z linii Flowers. Pierwszy z nich - Jasmin już doczekał się swojej recenzji, a drugi z nich - Bergamot, jest jeszcze w fazie testów, która niestety trochę się opóźnia, bo złapałam jakąś infekcję i od dobrego tygodnia mój nos konsekwentnie odmawia mi posłuszeństwa ;) Jednak mimo wszystko, moja opinia na jego temat na pewno się pojawi się na blogu :)
I to już wszystko, co tym razem miałam zamiar Wam pokazać. Coś wpadło Wam w oko? Znacie któryś z tych produktów? Jeśli macie ochotę - zostawcie linki do swoich postów z nowościami :) Chętnie zajrzę ;)

czwartek, 8 sierpnia 2019

Pielęgnacja ciała marki Clarena. Czy warto poznać ją bliżej?

Po krótkiej przerwie wynikającej z nieprzerwanej niczym od czwartku bieganiny (wybrałam nowe meble, przyjęłam masę gości, leczyłam chorego kota, pojechałam do rodziców i zrobiłam wiele innych rzeczy), wracam do Was z nowym postem :) Dziś na tapecie duet do pielęgnacji ciała Clarena, który dostałam od sklepu Fryzomania. Pierwszy produkt, to Bali Cocoshell Peeling, a drugi - Iceland Balm Nawilżający Balsam do Ciała. Stwierdziłam, że po urlopie, mega słonej wodzie i słońcu, mojej skórze przyda się regeneracja. Czy te dwa produkty sprostały temu zadaniu? ;)
Clarena Bali Iceland
Pierwszy z kosmetyków, to Bali Cocoshell Peeling. Znajduje się on w prostym, plastikowym słoiczku, zawierającym 250ml kosmetyku ważnego 12 miesięcy od otwarcia. Nie jest to może opakowanie najwyższych lotów, ale ładnie wygląda w łazience, przyjemnie się z niego korzysta i ciężko je uszkodzić (nawet koty nie dały rady, a zrzuciły go z wanny nie raz ;)). 
Clarena Bali Cocoshell Peeling
Peeling Clarena Bali Cocoshell posiada elegancki zapach jaśminu - mnie naprawdę bardzo przypadł on do gustu. Aż żałuję, że producent nie zapewnił nam w kąpieli bardziej wyraźnych doznań w tej materii, bo z moim kochanym katarem często ledwo go czuję, ale za to leciutki aromat zostaje z nami na jakiś czas na ciele (zauważyłam to, gdy miałam dni wolne od smarkania xD). Uważam, że pod tym względem będzie w sam raz dla zapachowych wrażliwców ;) Bardzo podoba mi się konsystencja tego produktu, wszak przypomina on delikatny, gęsty krem. 
Clarena Bali Cocoshell Peeling
Funkcję peelingującą pełnią w jego przypadku maleńkie drobinki kokosa i raczej należy zaliczyć go do tych delikatniejszych w kwestii ścierania. Mimo wszystko, skóra po użyciu Clarena Bali Cocoshell Peeling jest pięknie wygładzona (na serio nie spodziewałam się aż takiego efektu) i miła w dotyku. Jednocześnie nie pozostawia on po sobie żadnej klejącej, ani olejowej warstwy. Skóra jest zarówno gładka oraz lekko nawilżona, jak i całkowicie matowa w dotyku. Na minus zaliczyłabym w jego przypadku chyba tylko fakt, że czasem ciężko go spłukać i jest niezbyt wydajny - choć w sumie to rzecz względna, bo ze mnie straszna "papryga" :) Cena? 66zł
Clarena iceland Balm Nawilżający Balsam do Ciała
Drugim kosmetykiem, który miałam okazję wypróbować, jest Iceland Balm Nawilżający Balsam do Ciała. Znajduje się on w zwykłej, białej tubie i bardzo przypomina mi apteczny (albo raczej powinnam powiedzieć "gabinetowy" ale rzadko bywam) minimalizm. Całość zawiera 200ml produktu i jest ważna 12 miesięcy od otwarcia. Mogłoby być lepiej i ładniej, ale chociaż jest wygodnie ;) I można bez problemu wydobyć z takiego opakowania kosmetyk aż do ostatniej kropli, jednocześnie zachowując względną higienę ;) Balsam Clarena Iceland zawiera w sobie PENTAVITIN, który zapobiega utracie wody z naskórka, silnie nawilża i wygładza, oraz oleje ze słodkich migdałów, awokado i algi morskie. 
Clarena Iceland Balm
Czym więc pachnie wersja iceland? Morską, lekko męską, ale jednocześnie bardzo przyjemną dla mnie świeżością, która nie jest ani zbyt mocna, ani zbyt natrętna. Konsystencja balsamu na pierwszy rzut oka wygląda na lekki krem, ale mimo to, wcale nie jest tak łatwo dokładnie go rozsmarować. Co ważne, bardzo szybko się on wchłania nie pozostawiając po sobie uczucia tłustości, czy lepkości, a jedynie gładką, pięknie nawilżoną skórę. Ciało już po pierwszym użyciu Clarena Iceland Balm staje się ładniejsze, a przy regularnym, wieczornym stosowaniu udaje mu się utrzymać skórę w doskonałej kondycji, nawet jeśli czasem o nim zapomnimy. Co ciekawe, bardzo polubiły się z nim moje łuszczycowe plamy i odkąd zaczęłam stosować ten balsam, wszystkie szybko zniknęły, a nowych ani widu, ani słychu (SZOK). Jego cena to 60zł.
Jak podsumowałabym więc swoją przygodę z tą marką? Moja mama przez wiele lat używała kosmetyków do pielęgnacji twarzy Clareny i od dziecka uznawałam ją za coś niezłego. Sama jednak nie za bardzo miałam z nią kontakt, ale pierwsze spotkanie z firmą, mimo drobnych niedociągnięć muszę uzna za udane. Pięknie udało jej się zadbać o moje ciało i chyba pierwszy raz w życiu odrobinę opalone nogi :D
A Wy znacie kosmetyki tej marki? Miałyście styczność z pielęgnacją Clareny? Macie śród ich oferty swoich ulubieńców? Koniecznie dajcie znać!

środa, 31 lipca 2019

Kosmetyczne pamiątki z Chorwacji, czyli co kupiłam i gdzie warto zajrzeć

Nie będę kłamać - kosmetyczne zakupy za granicą sprawiają mi dużą przyjemność i zawsze podczas urlopów "zwiedzam drogerie", czym doprowadzałam swojego chłopaka, narzeczonego a teraz męża do szewskiej pasji. I choć przez te 12 lat troszeczkę przywykł do tego dziwactwa, to nadal ciągle stęka, że najchętniej latałabym po sklepach (co jest nieprawdą, bo może zagorzałą fanką zwiedzania nie jestem, ale zawsze oglądamy zabytki, stare miasta, parki narodowe i uwielbiam chorwackie plaże - mogłabym siedzieć na nich cały dzień). O tym, że w tym roku "odrobinę" przesadziłam z zakupami pewnie wiecie z mojego Instagrama, ale co tak naprawdę przywiozłam ze sobą? I w jakich sklepach byłam? Zapraszam do oglądania!
co warto kupić w chorwacji
co warto kupić w chorwacji
Bardzo duża część "asortymentu", który przywiozłam ze sobą, pochodzi ze sklepu Muller. Jest to wielki moloch, gdzie znajdziemy zarówno marki selektywne, naturalne, drogeryjne, jak i jego produkty własne (a do tego zabawki, chemię, jedzenie, artykuły papiernicze i dodatki do domu :P) W tym roku zaopatrzyłam się głównie w produkty do mycia i do ciała, gdyż pielęgnacja mojej twarzy pochodzi głównie z Korei i Japonii ;) W Mullerze możemy kupić sporo produktów marki Kneipp niedostępnych u nas, albo do wyszukania od czasu do czasu w TkMaxx. Chyba wszystkie kosmetyki tej firmy pachną pięknie i mocno, więc jeśli zależy Wam na czymś super - spójrzcie w stronę Kneipp. Ja zdecydowałam się przywieźć ze sobą żel pod prysznic Dush Tonic Pink Grapefruit&Vetiver oraz dwa płyny do kąpieli. Jeden nosi nazwę Mannersache, pachnie cedrem i jest przeznaczony dla panów (ale oczywiście będziemy go używać razem z mężem, jak wszystkiego, co stoi w łazience),  a drugi Gute Laune, to połączenie grejpfruta i marakui. Swoją drogą - płyny do kąpieli Kneipp, to najlepsze produkty tego typu, jakie znam ;)
co warto kupić w chorwacji dm muller
Kolejna rzecz, to set esencji kąpielowych Kneipp Bade Kollektion. Większość z nich była dostępna także w pełnowymiarowych wersjach, ale w związku z tym, że chciałam ich popróbować, wylądowałam z całym pudłem mini - buteleczek (20ml), które starczają akurat na jedną aromatyczną kąpiel. Mamy tu wersję Entspannung Pur (Czysty relaks z "niewiadomoczym", ale wnioskując po chorwacko-niemieckim opisie, pachnie to eukaliptusem i ziołami), Tiefen Entspannung (lawenda), Mandelbluten Hautzart (migdał), Schonheits Geheimnis ("Sekret Piękna" i zapach jakichś ekskluzywnych olejów), Gluckliche Auszeit ("Szczęśliwa Chwila" pachnąca jak Kenzo Flower) oraz Stressfrei (pomarańcze i ich kwiaty).  Zakup tego setu również bardzo polecam. Nie są wiele droższe od całej butelki, pojemnościowo wychodzi bardzo podobnie, a można zapoznać się z wieloma zapachami i naprawdę zrelaksować w kąpieli ;)
co warto kupić w chorwacji dm muller
Teraz pora na dwa żele pod prysznic. Fa Summertime Moments urzekło mnie połączeniem wody ogórkowej z frezją, a z kolei Cien Tropical Summer Shower Gel kupiłam, bo inny zapach z tej edycji limitowanej znalazłam w naszej apartamentowej łazience. Tak mi się spodobał, że poleciałam do Lidla i nabyłam wersję Icy Mint. Są tanie i bardzo przyjemne w użytkowaniu ;)
co warto kupić w chorwacji dm muller
Tutaj z kolei widać ostatnie łowy z Mullera. Pierwszy z nich, to żel do golenia ich marki własnej M.Lady Rasier Gel o zapachu brzoskwini i mango (tegoroczna edycja limitowana żeli do golenia w DM pachniała kokosem, a że ja go nie lubię, znalazłam taką alternatywę. Mam nadzieję, że również będę zadowolona). Mydła Kappus Luxury Soap kupuję podczas każdego pobytu w Chorwacji. Pięknie pachną, są bardzo wydajne i świetne na prezent, a przy tym nie zabijają ceną. Tym razem mam wersję Violet Lilac (bez), ale w ofercie są jeszcze Magnolia i Róża :)
co warto kupić w chorwacji dm muller
Teraz pora na zakupy z drogerii DM. Piankę do mycia twarzy Balea Milder Reinigungs Schaum poleciła mi Kasia z Myskinstoryy, więc niewiele myśląc, wrzuciłam ją do koszyka. Poza tym, skusiłam się także na dwie pomadki do ust Balea Lippenpflege, wszak u mnie idą jak woda. Jedna to wersja "Pink Grapefruit", a druga "Minty Melon".
co warto kupić w chorwacji dm muller
Na tym zdjęciu widzicie z kolei między innymi żel pod prysznic Balea Schonheits Geheimnisse (Sekrety Piękna) o zapachu Totes Meer Salz (czyli soli z morza martwego). Pachnie bardzo przyjemnie, świeżo i mam wrażenie, że nie wysusza tak skóry, jak tradycyjne żele tej marki. Drugim produktem do mycia by DM jest pianka pod prysznic Balea Duschschaum Pure Energy, zawierająca ekstrakt z zielonej herbaty, limonki i mięty. Ciekawą rzeczą, której mam już praktycznie końcówkę, jest też Balea Wasser Spray Pool Party. Używaliśmy go z mężem przez cały urlop do schładzania się na plaży i bardzo dobrze sprawdzał nam się w tej roli. Pięknie pachniał, chłodził, odświeżał, nie wysuszał. Za te pieniądze nie potrzebuję niczego więcej ;)
co warto kupić w chorwacji dm muller
Dla odmiany od mydeł Isany, których ciągle używam, kupiłam sobie także mydło w płynie Balea Cremeseife Relaxing Bali. Dalej widzicie odżywkę do włosów Spulung Feuchtig-Keit, którą miałam kilka razy i byłam z niej zadowolona, oraz małe dziwadełko, czyli Balea Handmousse Desert Sun. Co ciekawe, nie jest to mydło, a pachnący mus, pełniący funkcję kremu do rąk :) Ciekawa jestem go bardzo.
I to już na szczęście wszystko tym razem :D Z ciekawych i innych niż u nas miejsc na drogeryjnej mapie kraju, mogę wymienić jeszcze przybytek o nazwie BIPA. Jest tam spory wybór kosmetyków naturalnych i limitek marek Catrice oraz Essence, ale ja w całej swojej chorwacko-urlopowej karierze, kupiłam tam tylko japonki (ale bardzo je polecam! xD są świetne jakościowo). Wpadło Wam coś może w oko? Macie jakieś swoje DM'owe hity? Dajcie koniecznie znać ;)
P.S. Ciekawostka - Z Chorwacji przywożę też zawsze płyny do płukania tkanin Ornel o zapachach Calming i Violet :D

środa, 24 lipca 2019

NOU Jasmin, czyli kwiatowo-owocowa woda perfumowana dla kobiet

W kwestii zapachów, mam raczej nietypowy gust. Niedawno dowiedziałam się od męża, zawzięcie odwiedzającego wszystkie perfumiarskie fora dla panów, że moją ukochaną wodą toaletową (oczywiście oznaczoną jako unisex) latem namiętnie pryskają się właśnie faceci :P Cóż... Innych moich ulubieńców, rodzina określa jako "męskie", "zwracające na siebie uwagę" i "dziwne". Jak więc w tym towarzystwie odnalazł się zapach NOU Jasmin? Przeczytajcie same!
NOU Jasmin
Woda perfumowana NOU Jasmin pochodzi z serii NOU Flowers, inspirowanej sześcioma różnymi, kwiatowymi ogrodami. Z ciekawości aż przeszłam się dwa razy do Rossmanna i powąchałam wszystkie (oczywiście na raty, wszak jednorazowo Wasz nos "ogarnie" około 3 różnych zapachów). Do mnie "przemówiła" jeszcze jedynie wersja Bergamot. Wróćmy jednak do Jasmin... Mnie ten kwiat kojarzy się głównie z ciężkim, zwracającym na siebie uwagę Alienem, ale tutaj, producent przygotował dla nas coś zgoła innego. Same przeczytajcie: "U bramy ogrodu czujesz świeżą cytrynę i słodką brzoskwinię, robisz krok naprzód i rozpoznajesz, że rozpieszcza cię kwiat neroli. A gdy zapragniesz przysiąść na ławeczce, by upajać się pięknem otaczającego cię widoku, twoje zmysły pobudzą intensywne zapachy jaśminu, kwiatu pomarańczy i wiciokrzewu. Na końcu ogrodowej alei, tam gdzie możesz już odetchnąć, wyczujesz jeszcze piżmo i słoneczny bursztyn.". W nutach głowy producent deklaruje więc obecność cytryny, brzoskwini i kwiatu neroli, nuty serca grają jaśmin, kwiaty pomarańczy oraz wiciokrzew a pobrzmiewające na końcu nuty bazy to piżmo i bursztyn słoneczny.
NOU Jasmin
Opakowanie perfum zwraca na siebie uwagę na półce. Jest czarne, klimatyczne, ma kwiatową grafikę. Po wyjęciu flakonu z kartonika, naszym oczom ukazuje się prosta, ale elegancka buteleczka z naklejką. Sama etykietka przyklejona do szkła wydaje się dobrej jakości, ale jednak trochę szkoda, że producent nie zdecydował się na grawer. Mam wrażenie, że odrobinę przyoszczędzono także na plastikowym i niezbyt dobrze dopasowanym korku, ale za to należy pochwalić najważniejsze - atomizer! Daje on bardzo ładną, średniej wielkości chmurę i naprawdę dobrze się spisuje. 
NOU Jasmin
Zaraz po rozpyleniu, czuję w NOU Jasmin głównie owoce. Najpierw cytrynę, później wszystko staje się odrobinę słodsze i do głosu dochodzi zapewne wymieniona przez producenta brzoskwinia. Mam też wrażenie, że mój nos gdzieś w tym miejscu przez moment wyczuwa frezję i zieloną herbatę, której nie podano w składzie. Po kilku minutach do głosu dochodzą białe kwiaty, czyli wspomniany przez NOU jaśmin oraz kwiat pomarańczy i w tym momencie dla mnie perfumy aż do samego końca stają się typowo linearne. Czyli? Totalnie przestają się rozwijać! Ale za to są bardzo przyzwoite pod względem trwałości. Przez pierwsze dwie godziny projekcja kształtuje się mniej więcej na poziomie przeciętnej (czyli na odległość ramion), a przez kolejne 8 godzin jest typowo bliskoskórna. Zapach ten określiłabym jako stosunkowo świeży, owocowo - kwiatowy i nadający się do używania przez cały rok.
NOU Jasmin
Do kogo zatem według mnie NOU Jasmin pasuje? Na dobrą sprawę do każdej z nas, więc to całkiem niezła opcja na prezent. Nie jest killerem, to zapach bardzo uniwersalny, bezpieczny, nada się na wyjątkową okazję oraz do codziennego stosowania i może nie każdą z nas zachwyci, ale sądzę, że żadnej nie "odrzuci". Sądzę, że NOU Jasmin bardzo dobrze wpisuje się w aktualne gusta statystycznych Polek. Dodatkowo płacąc 69.90 za 50ml zapachu otrzymujemy w zamian naprawdę dobrą jakość i dodatkowo wspieramy rodzimy rynek.
A czy Wy znacie zapachy marki Nou? A może kojarzycie serię Flowers lub narobiłam Wam ochoty na przyjrzenie się jej bliżej? Dajcie koniecznie znać!

czwartek, 18 lipca 2019

Pielęgnacja skóry problematycznej z marką iUNIK

Jak zapewne wszyscy dobrze wiedzą, na stan cery wpływają nie tylko produkty, które stosujemy w pielęgnacji naszej skóry, ale także dieta, woda, używki, ilość snu, a także stan naszego zdrowia i zażywane leki. W moim przypadku, właśnie z tym ostatnim był problem :P Rok temu w kwietniu, dostałam od reumatologa nowe cudo, które znacząco poprawiło stan mojego organizmu, ale za to pięknie zmieniło moją cerę z wrażliwej oraz skłonnej do odwodnienia, w niemalże trądzikową :D W czerwcu jednak, zmodyfikowano mi leczenie i wydaje mi się, że powoli wraca ona do "normy" (czyli zostały moje ukochane naczynka i "buraczek"). Co w towarzyszyło mi na ostatniej prostej w przygodzie z poprzednimi tabletkami? Trio marki iUNIK :) Jak spisało się na niełatwym gruncie, którym jest cera skłonna do zanieczyszczeń, wysuszenia i z rozszerzonymi naczyniami? Same przeczytajcie! ;) I trzymajcie kciuki, żeby lekarka w październiku nie zmieniła zdania i nie chciała wrócić już do tego medykamentu :P
iunik tea tree centella
Seria do cery problematycznej marki iUNIK, składa się z kilku produktów. Pierwszy z nich, Centella Calming Cream Gel, doczekał się już nawet osobnej recenzji ;) I to właśnie on zachęcił mnie do wypróbowania reszty linii. Bazuje ona głównie na zielonej herbacie, oraz bardzo popularnej ostatnimi czasy wąkrocie azjatyckiej (czyli właśnie wyżej wspomnianej centella asiatica).
iUNIK Centella Bubble Cleansing Foam
Pierwszym produktem z dziś recenzowanych, który miałam okazję używać w swojej codziennej rutynie, za każdym razem była pianka iUNIK Centella Bubble Cleansing Foam. Znajduje się ona w przyjemnej dla oka butelce, która dzielnie trzyma się przez cały okres użytkowania i bez uszczerbku przetrwała kilka podróży. Zawiera ona 150ml stosunkowo wydajnego produktu. Według obietnic producenta, ma ona także przyjazne dla skóry pH i zawiera aż 69% wąkrotki. Dozownik wypluwa nam na rękę elegancką, gęstą pianę, której aż chce się używać :)  Jaki ma zapach? Bardzo delikatny, zielony i naprawdę przyjemny! Pianka ta bardzo ładnie oczyszcza twarz z pozostałości olejku i makijażu oraz rano po wstaniu z łóżka. Nie pozostawia także po sobie uczucia ściągnięcia, ani wysuszenia, a twarz nie jest zaczerwieniona. Dodatkowo nie szczypie w oczy :D Ja z chęcią bym do niej wróciła i bardzo Wam ją polecam :) Jej cena wynosi 15.29$.
iUNIK Tea Tree Relief Toner
iUNIK Tea Tree Relief Toner znajduje się w plastikowej, przezroczystej butelce, zawierającej 200ml produktu, ważnego 12 miesięcy od otwarcia. Posiada ona wygodny dozownik, oraz dobrze sprawuje się w trakcie użytkowania. Ja w zależności od humoru, czasami stosuję go z butelki z atomizerem, a czasami używam wacików. Składa się on z 67% drzewa herbacianego i 20% centelli asiatica, oraz zawiera także niacynamid i adenozynę. Mimo tego, iż producent obiecywał żelową konsystencję, dla mnie to zwykły płyn ;) Aromat kosmetyku jest dla mnie podczas użytkowania prawie niewyczuwalny, choć z butelki leciutko czuć "zielone" nuty. W moją skórę tonik ten wnika do matu w kilka sekund. Genialnie sprawdza się zarówno na twarzy, szyi i dekolcie. Toner skutecznie przywraca skórze odpowiednie ph, odświeża, łagodzi, wygładza oraz dobrze przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych :) Przyzwoicie jak na tonik nawilża twarz, jednocześnie nie obciążając i nie zapychając jej. iUNIK Tea Tree Relief Toner znacząco przyspiesza także wchłanianie się w skórę innych kosmetyków, które po nim nakładamy :) Jego koszt to 18.70$.
I teraz pora na ostatni produkt z tej serii - iUNIK Tea Tree Relief Serum :) Umieszczono je w szklanej buteleczce z pipetą, która zawiera 50ml produktu i ważna jest 12 miesięcy od otwarcia. Całość jest estetyczna oraz wygodna, ale to zdecydowanie nic ekstra ;)  Serum zawiera 67% wody z drzewa herbacianego i 19,5% wody liściastej asiatica, która uspokaja, łagodzi, a także nawilża skórę. Wewnątrz buteleczki znajduje się zielony płyn o delikatnej, żelowo - wodnej (totalnie niewydajnej) konsystencji, która w moją skórę również wchłania się bardzo szybko. Nie pozostawia po sobie uczucia kleistości (choć minimalnie czuć je na twarzy). Przejdźmy jednak do działania. Osoby ze skórą tłustą może faktycznie mogłyby je polubić, ale ja mam wrażenie, że ten punkt pielęgnacji ani mi nie pomógł, ani nie zaszkodził. Może serum faktycznie sprawiało, że skóra była bardziej uspokojona, jaśniejsza, a rumień mniejszy, ale poza tym, nie jestem w stanie przypisać mu ani grama nawilżenia, zmniejszenia zmian zapalnych oraz niezapalnych, tudzież żadnych innych zasług. A wspominanie przez producenta o jego właściwościach przeciwzmarszczkowych to bujda na resorach :D Zdecydowanie bardziej, przypadł mi do gustu krem, do którego link znajdziecie na początku recenzji. Cena serum to 17$.
Podsumowując calusieńką serię - polubiłam się z kremem, chętnie po raz kolejny kupię piankę do mycia twarzy i dobrze sprawdził się u mnie tonik, ale serum właściwie mogłoby nie istnieć, wszak po prostu nic nie robi :D Jeśli więc macie ochotę zrobić zakupy, wszystkie produkty znajdziecie na zupełnie nowej stronie Jolse. Widziałyście już jej ostatnią odsłonę?
Znacie markę iUNIK? Macie wśród ich oferty jakichś swoich ulubieńców? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 12 lipca 2019

Deborah Dress Me Perfect Loose Powder, czyli fotoshop w pudrze

Jak zapewne wiecie, bardzo długo nie mogłam przekonać się do sypanych pudrów. Dlaczego? Wiecznie miałam problem z ich nakładaniem, wszak dla mnie użycie rano produktu tego typu oznaczało "masz obsypane spodnie i pół pokoju gratis". Gdy już opracowałam sobie na nie własny sposób, okazało się, że trafiłam wśród nich na kilka perełek. Jedną z nich jest Deborah Dress Me Perfect Loose Powder nr 0, który dostałam od Basi :) Czym mnie urzekł? Same przeczytajcie!
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Puder znajdujemy w plastikowym opakowaniu z sitkiem, które zawiera 25g i jest ważne 2 lata od otwarcia. Według mnie, właśnie ono jest najsłabszym punktem tego produktu. Pudełeczko wykonano z cienkiego, podatnego na ryski plastiku, które też dość ciężko się zakręca (coś jakby gwint nie do końca do siebie pasował), a jednocześnie samo bardzo łatwo się odkręca :P Taki paradoks. Irytujące jest też to, że naprawdę dbam o swoje kosmetyki, a jego wieczko wygląda już jak po wojnie, co dobrze ilustruje kolejne zdjęcie ;) Sitko jest plastikowe, klasyczne. Ja jestem zwolenniczką tych wykonanych z siateczki, ale i to udało mi się okiełznać, więc finalnie powiedzmy, że wszystko mi już jedno ;)
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder występuje w dwóch kolorach do wyboru (biały i beżowy). Ja posiadam ten nr 0. W opakowaniu przybiera on typowy, biały odcień, ale po nałożeniu na twarz nadaje jej lekko chłodną poświatę. Warto zauważyć, że on nie bieli. Posiada też bardzo delikatne, malusieńkie drobinki, które najpierw uznałam za jego wadę, ale potem paradoksalnie okazały się największą zaletą ;) Wykończenie, jakie serwuje nam puder, to coś pomiędzy satyną, a matem, delikatnie okraszone od czasu do czasu pojawiającą się subtelną mini drobinką. Zapach kosmetyku, jest typowo kwiatowy i dość ciężki, ale ja już na tyle się do niego przyzwyczaiłam, że nie czuję go nawet podczas aplikacji ;) 
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder nakładam na twarz puszkiem. Przy takim stosowaniu, na szczęście nie pyli on zbyt mocno. Kosmetyk wklepany w rozsądnej ilości, zapewnia mi delikatny, satynowy mat, dobrą trwałość i piękne wygładzenie (cera jest gładsza zarówno w dotyku jak i optycznie). Po jego użyciu, makijaż zaczyna wyglądać gorzej dopiero po około 10 godzinach. Jednak nawet po tym czasie nie uwidaczniają się suche skórki, makeup nie wchodzi w zmarszczki a ja się nie świecę (w złym tego słowa znaczeniu). Puder Deborah bardzo dobrze znosi też poprawki, które zdarza mi się wykonywać wokół mojego wiecznie zasmarkanego nosa ;) Co ważne, kosmetyk nie wysusza mojej bardzo kapryśnej ostatnio skóry, nie podrażnia jej w żaden sposób, nie prowokuje powstawania niedoskonałości, nie warzy się i nie powoduje "efektu maski". Po prostu geniusz! Dodatkowo świetnie nadaje się także pod oczy ;)
Deborah Dress Me Perfect Loose Powder
Moim skromnym zdaniem, jest to jeden z lepszych pudrów, jakie możemy dostać w Rossmannie i zdecydowanie warto polować na niego podczas promocji. Poza tanio wyglądającym oraz szybko niszczącym się opakowaniem, nie mam mu właściwie nic do zarzucenia, wszak pięknie utrwala, ślicznie wygląda na twarzy, jest przyjemny w użytkowaniu i ma przyzwoitą cenę (regularna to bodajże coś koło 50zł). 
Znacie Deborah Dress Me Perfect Loose Powder? Co o nim myślicie? A może zachęciłam Was do zakupu? Dajcie koniecznie znać :)

poniedziałek, 8 lipca 2019

Mały powrót - czyli filtry na wakacjach :) It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block w akcji

Nie wiem jak Wam, ale mnie po urlopie wraca się do normalnego życia jakoś wyjątkowo trudno :) Zostawmy jednak to, co nieprzyjemne, wszak nasz pobyt w chorwackim Trogirze, to jedne z najlepszych wakacji na jakich byłam. Piękne miejsce, plaże, wspaniali właściciele apartamentu w którym mieszkaliśmy, stare miasto wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO i do tego my :D Jedyne na co mogłabym narzekać, to upał :P Zwiedzanie było trochę utrudnione, ale plażowanie i pływanie w taką pogodę sprawdzało się idealnie (polecam wszystkim płetwy! ;)). Przechodząc jednak do meritum - jak w 32 stopniach (lub więcej) uchronić się przed niechcianą opalenizną? I czy z pomocą  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block mi się to udało? Już Wam mówię!
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
Filtr  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block znajduje się w zwykłej, pomarańczowobiałej tubie "na klik", która nie jest szczególnie urodziwa, ale za to całkiem porządna. Przetrzymała bez uszczerbku dwutygodniowe noszenie na plażę w plecaku, kamyczki, wielokrotne zamykanie, otwieranie i ściskanie. Po tych wszystkich "przygodach" nie zeszły z niej nawet napisy :P Całość jak na azjatycki filtr jest stosunkowo duża, wszak wewnątrz opakowania znajdziemy aż 150ml. Dozownik był wygodny, a z wnętrza łatwo było wydostać odpowiednią ilość kosmetyku. Mimo tego, że opakowanie po prostu mi się nie podoba, nie sposób odmówić mu trwałości i funkcjonalności. Ochrona kremu  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block wynosi SPF 50 PA +++. Jest on przeznaczony do stosowania zarówno do twarzy jak i ciała oraz jest filtrem chemicznym.
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
Filtr  It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block ma konsystencję lekkiej, białej emulsji, która bardzo łatwo rozsmarowuje się po skórze i jednocześnie bardzo szybko w nią wnika nie pozostawiając po sobie świecącej łuny. Jeśli nałożymy dokładnie przepisową ilość, wchłonie się w naszą skórę niemalże do matu (nie ma klejenia!). Był on na tyle niewyczuwalny, że chętnie smarował się nim także mój mąż. Zapach z kolei jest bardzo delikatny oraz świeży, właściwie niemalże niewyczuwalny. Co ważne - emulsja nie bieli skóry. Na swojej oczywiście bym tego nie zauważyła, ale mój Rafał też nie chodził "cały na biało". Używany na twarzy nie spowodował u żadnego z nas wysypu niedoskonałości ani żadnych niepokojących zmian. Nie stosowałam go pod makijaż, ale biorąc pod uwagę wchłanianie, oraz wykończenie, myślę że dobrze sprawdziłby się także w tej roli.
 It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block
It's Skin UV Away Moist Jumbo Sun Block sprawdził się u nas bardzo dobrze. Był wyjątkowo przyjemny w użytkowaniu, a jednocześnie dobrze chronił skórę przed promieniami słonecznymi podczas kilkugodzinnej, codziennej ekspozycji. Stosowany był przez nas najpierw przed pójściem na plażę, a potem zazwyczaj reaplikowaliśmy go jedynie raz. Tym sposobem ja niemal się nie opaliłam, a mąż nie spalił (on był opalony już przed urlopem). Dodatkowo emulsja całkiem dobrze wytrzymała ciągły tryb "woda-plaża". Skąd wiem, że filtr jest skuteczny? Drugiego lub trzeciego dnia nierówno się nim posmarowałam, a po przyjściu do hotelu zauważyłam na dole pleców piekącą, czerwoną plamę :P Więcej nie popełniłam tego błędu i smarowałam się już dokładniej. Poza tym, złapałam jeszcze odrobinkę opalenizny na rękach i dekolcie podczas wieczornych wyjść "na zachód słońca", wszak wtedy nakładałam filtr już tylko na twarz i szyję ;) Ja z miłą chęcią ponownie zabrałabym go na urlop. Mój egzemplarz pochodzi z Jolse i kosztował bodajże około 12$, co przy tej wydajności oraz jakości wydaje mi się bardzo przyzwoitą kwotą.
A jaki jest Wasz ulubiony filtr do ciała? Jesteście w stanie polecić mi coś dobrego? :) Znacie markę It's Skin? A może macie wśród jej asortymentu jakieś swoje hity? Dajcie znać!

środa, 26 czerwca 2019

Czerwcowe nowości "na szybko" :D

W czerwcu starałam się jakoś szczególnie nie szaleć z zakupami, ale jednak poległam w sklepach kilka razy (jak to zwykle :P). Dodatkowo spływały do mnie z Azji zakupy poczynione jeszcze w maju, więc siłą rzeczy, odrobinę się tego wszystkiego nazbierało :) Zapraszam dziś głównie do oglądania zdjęć, które przygotowałam sobie jeszcze przed wyjazdem na urlop. Dziś piszę do Was z bardzo urokliwego Trogiru (Chorwacja), który możecie dokładniej obejrzeć na moim instagramie i facebooku :)
nowosci black liner
puder huda lovely highlighter golden rose nude
W czerwcu perfumeria Sephora obchodziła swoje dwudzieste urodziny. W związku z tym, przygotowała ona dla swoich klientów kilka niespodzianek, do których zaliczały się między innymi dni VIP, które obowiązywały na wszystkie marki dostępne w owym miejscu, nawet na te, które zazwyczaj do rabatu się "nie łapią". Zdecydowałam się więc na zachwalany wszem i wobec puder Huda Beauty Easy Bake Loose Powder w odcieniu Pound Cake. Mam nadzieję, że ja również będę z niego zadowolona :D Podczas spaceru po Manufakturze, wpadłam jeszcze do Golden Rose i zdecydowałam się nabyć Sheer Baked Powder Nude Look z limitowanej edycji. Co mnie do tego skłoniło? Tester! Po jego "pomacaniu" okazało się, że to kosmetyk na tyle uniwersalny, że nałożony w małej ilości pięknie rozświetli nam całą cerę, a w większej: pięknie podkreśli kości policzkowe :) Nie żałuję zakupu :D Ostatnim już nabytkiem z tego zdjęcia jest rozświetlacz w płynie Lovely Make Me Highlight nr1. Była dobra promocja a ja nie mam teraz żadnego tego typu produktu w płynie... Mam nadzieję, że to przyzwoite usprawiedliwienie xD
nacific hada labo
Jeszcze w maju, trafiłam z kolei na Jolse na świetną promocję produktów Nacific. Oczywiście nie mogłam przejść obok niej obojętnie i nabyłam drogą kupna przez internety Real Flora Toner Calendula, czyli bardzo ciekawy tonik nagietkowy z "farfoclami", który był bardzo dobrze na powyższej stronie oceniany przez klientki. Zobaczymy, czy moja twarz też go pokocha. Drugim produktem, jest Nacific Fresh Cica Plus Clear Serum. To nowość, więc poniekąd poczyniłam zakup w ciemno, ale z racji tego, że moja cera bardzo lubi kosmetyki z centellą, mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Ostatni już kosmetyk, który tu widzicie, to Hada Labo Shirojyun Premium Whitening Jelly Essence. Narobił mi na nią ochoty Kociamber i stwierdziłam, że generalnie bez tejże esencji moje życie będzie niepełne :D W związku z tym, nabyłam cudo mające formułę żelu, które może być stosowane nawet jako jednoetapowa pielęgnacja skóry. Zawiera ona kwas tranekstramowy, dwa rodzaje kwasu hialuronowego, witaminę C i E. Ponoć jest super, ale zobaczymy jak da sobie radę u mnie :)
Antybakteryjny tonik normalizacja `Level Hard` barwa Niacynamide zinc the ordinary
Celem rozjaśnienia plamy po pryszczu, kupiłam sobie także serum The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%. Finalnie jednak wcale go nie otworzyłam, bo poradziłam sobie z nieprzyjaciółmi za pomocą czegoś innego, ale i na nie kiedyś przyjdzie pora :) Od dawna byłam ciekawa produktów tejże marki, więc z chęcią zobaczę, o co tyle szumu. W Rossmannie zdecydowałam się także na zakup Antybakteryjnego Toniku Normalizacja Skin On "Level Hard" marki Barwa. Ponoć ma on całkiem niezły i interesujący skład, ale nie wiem czy to aby najlepszy wybór dla mojej cery. Zobaczę... Jeśli nie, oddam mężowi :P Albo upłynnię w inny sposób, wszak do drogich on nie należy ;)
pantene odżywki
Z racji tego, że skończyły mi się dokumentnie wszystkie produkty do pielęgnacji włosów (a to u mnie dość rzadka sytuacja), postanowiłam skorzystać z promocji w Rossmannie i kupić trzy odżywki marki Pantene Pro - V: Micellar Purify&Nourish, Hair Superfood oraz Lively Color. Kupiłam także Dwufazową Odżywkę w Spray'u Aqua Light. Liczę na to, że pomoże mi na elektryzowanie się włosów, jednocześnie nie obciążając czupryny :)
W czerwcu uzupełniłam także kosmetyczkę o mój ulubiony Vichy Deo Anti-Transpirant 48H, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Świetnie działa i nie podrażnia :) A zanim trafiło do mnie pierwsze opakowanie, ciągle miałam problem z tym drugim :P Dodatkowo nabyłam także za radą Interendo "coś z kwasem migdałowym" :) Padło na Pharmaceris T Sebo-Almond-Claris Oczyszczający Płyn Bakteriostatyczny. I nie powiem, moja skóra dawno nie była w tak dobrym stanie! Nie wiem tylko, czy to zasługa tego płynu, czy skutek odstawienia leków, które podejrzewałam o robienie jej "kuku" :P W Rossmannie wpadł mi w oko także niedrogi, a ładnie pachnący płyn do kąpieli Isana Orange Heaven :) Jak tylko zużyję ten który stosuję aktualnie, na bank wkroczy do akcji ;)
Tołpa see bloggers
Z kolei pamiątkami po See Bloggers, które zostały razem ze mną, jest kilka produktów marki Tołpa, która była sponsorem wydarzenia. Do mojego męża trafił Dermo Men Barber. Balsam-Żel do Twarzy z Zarostem i Brodą. Warto wspomnieć o tym, iż mimo że używa go krótko, to na razie jest zadowolony z efektów :) Poza tym, dostałam także Urban Garden. Enzymatyczny Peeling z Drobinkami do Rąk i Skórek, Maskę Dermo Face, Sebio. (maska-peeling-żel 4w1 korygująca niedoskonałości) oraz drugą maseczkę Dermo Face, Strefa T. (enzymatyczna maska z glinkami), której to jestem szczególnie ciekawa.
I to już wszystko tym razem :) Coś wpadło Wam w oko? Dajcie koniecznie znać i trzymajcie za mnie kciuki, abym zbytnio nie szalała w tutejszych DM'ach :P

wtorek, 18 czerwca 2019

Makijaż na wakacjach, czyli kosmetyczni ulubieńcy, którzy ze mną jadą

Makijaż na wakacjach to temat rzeka... Jedni się malują, inni nie, każdy ma swoje zdanie i robi jak mu odpowiada :) Ja wyznaję zasadę, że na plażę zabieram ze sobą tylko filtr i wodoodporny tusz do rzęs, ale na wieczorne wypady do miasta, wycieczki i spacery, lubię się umalować i ubrać lepiej niż w kostium kąpielowy oraz sukienkę o fasonie oversize :P Co więc postanowiłam ze sobą zabrać na najbliższe 2 tygodnie? Same zobaczcie z jakimi kosmetykami będę podbijać Chorwację! :P Znajdziecie tu same moje pewniaki, na których jeszcze ani razu się nie zawiodłam :)
missha cho bo yang tarte concealer
Missha Cho Bo Yang jest ze mną krótko, ale pokochałam ją praktycznie od razu. Krem BB ma śliczne wykończenie, eleganckie opakowanie, dobrze kryje oraz co najważniejsze - jest trwały! Ogólnie rzecz biorąc świetnie dogaduje się z moją cerą i z pewnością zasłużył na to, aby jechać ze mną ;) Jeśli chcecie wiedzieć więcej, jego recenzję znajdziecie tutaj. Korektor, który zdecydowałam się włożyć do mojej wakacyjnej kosmetyczki, to Tarte Shape Tape. Nie jest to produkt idealny, ale na tyle dobry, iż wiem, że nie zepsuje mi humoru swoimi fochami a dodatkowo działa przyzwoicie na wielu polach. Pomoże skutecznie zakryć zarówno cienie pod oczami, jak i nowego nieprzyjaciela na środku czoła :D Recenzję przeczytacie w tym miejscu i choć napisałam tam, że drugiej sztuki nie kupię, to jednak stało się inaczej, wszak trudno znaleźć mi coś lepszego o podobnym działaniu.
Hean Fixer Spray Deborah loose powder
Na pewno wiele z was to zna... Zwiedzanie, spacery do późna, spora wilgotność nad wodą... Czasem makijaż wypadałoby więc utrwalić ;) Moim ulubieńcem w tej dziedzinie, jest ostatnio Hean High Definition Fixer Spray :) Jest łatwo dostępny, niedrogi i naprawdę sprawia, że makijaż wytrzyma cały dzień i noc bez poprawek (u mnie w rodzinie bywają takie wesela - ślub o 14:00 a impreza do rana :P). Zdecydowanie polecam! Puder, który jedzie ze mną to Deborah Dress Me Perfect Loose Powder. Dostałam go jakiś miesiąc temu od Basi i pokochałam od pierwszego użycia. Nadaje twarzy pięknego, zdrowego blasku, wygląda świeżo oraz naturalnie, ale jednocześnie ładnie utrwala podkład. Myślę, że pokuszę się o napisanie temu produktowi recenzji, wszak na pewno na nią zasłużył ;)
My secret face Illumitator powder lily lolo honolulu
A teraz pora na duet do konturowania twarzy :) Od dawna mój ukochany bronzer to Lily Lolo Pressed Bronzer w odcieniu Honolulu. Jest dość ciemny, ale jeśli dobrze z nim popracujecie, świetnie sprawdzi się nawet przy najjaśniejszych karnacjach. Trwa on na twarzy calusieńki dzień, jest całkowicie matowy i świetnie komponuje się z chłodną karnacją. Będę płakać jak się skończy i pewnie kupię go po raz kolejny :P Z kolei rozświetlacz, to pewnie wszystkim dobrze znany i tani jak barszcz My Secret Face Illuminator Powder. Tworzy on śliczną taflę, jest bardzo trwały, pięknie wygląda w połączeniu z powyższym bronzerem i idealnie pasuje do mojej karnacji. To już drugie opakowanie, które gości w mojej kosmetyczce ;) Sprawdza się od kilku lat, więc na pewno da radę również na urlopie! ;)
Golden rose puder do brwi tusz fasio loreal lash telescopic affect m 1039
Specjalistą od podkreślania moich brwi, od wielu sezonów jest Golden Rose Eyebrow Powder nr 107, więc to naturalna kolej rzeczy, iż ten kolega jedzie ze mną ;) Jeśli lubicie modelować brwi cieniami, naprawdę warto go wypróbować! W kwestii tuszy do rzęs, postawiłam na wodoodporny Fasio Volume, który sprezentowała mi Interendo (trzech godzin w basenie nie wytrzymał, ale w morzu pływam w okularach i krócej więc pewnie da radę) oraz mojego starego ulubieńca - L'oreal False Lash Telescopic. Pięknie rozczesuje on rzęsy, wydłuża, jest trwały i nie osypuje się nawet po całym dniu. Tutaj przeczytacie pełną recenzję ;) I ostatnia rzecz z tego zdjęcia - bazowy cień do powiek! Jeśli tak jak ja, jesteście bladziochami o chłodny podtonie, zwróćcie uwagę na cień Affect M-1039. Świetnie się rozciera, jest genialnie napigmentowany i trwa na powiekach calusieńki dzień :) Bardzo polecam, idealnie wygląda z kreską!
smashbox 24 hour photo finish shadow primer eveline precise brush liner bbi@ gel eyeliner
Kontynuując tematykę makijażu oka,  postanowiłam zabrać ze sobą również niezawodną bazę pod cienie Smashbox 24Hour Photo Finish Shadow Primer. Nie należy ona do tanich, ale za to jest bardzo wydajna oraz sprawia, że każdy cień wygląda na naszej powiece naprawdę świetnie i to przez naprawdę długi czas. Wysoką cenę wynagradza też wyjątkowo wysoka wydajność produktu ;) W kwestii eyelinera, postawiłam na Eveline Precise Brush Primer. Ma on piękny odcień czerni, jest trwały, łatwo namalować nim kreskę w każdych warunkach (udało mi się nawet gdy trzylatka ciągnęła mnie za rękaw krzycząc: "ciocia, ja też chcę!" :D) oraz ma bardzo przystępną cenę. Jeśli poczułyście się zainteresowane, więcej na jego temat możecie przeczytać tu. Ostatnim już kosmetykiem do oczu, jest czarna kredka BBi@ Last Auto Gel Eyeliner. Używam jej do malowania linii wodnej i jako jedyna trwa na niej aż do demakijażu. Tak, wiem że to zmniejsza oko, ale zdarzyło mi się już, że ludzie oraz Wy same pytałyście czy mam wytrzeszcz, więc absolutnie się tym nie przejmuję xD (no i akurat tarczycę mam zdrową :P) Jeśli szukacie trwałej kredki na linię wodną - kupujcie! :D Wydaje mi się, że marka w swojej ofercie ma także cielistą wersję.
YSL Rouge Volpute Shine Mac Candy Yum Yum Modesty
W kwestii pomadek, postawiłam z kolei na klasykę z nutką szaleństwa. Co to znaczy? W moim wykonaniu - postanowiłam zabrać ze sobą pewne niezawodne trio. Zacznijmy zatem od szaleństwa :D Mac Candy Yum Yum to idealna matowa pomadka o bardzo chłodnym odcieniu fuksji, której wyjątkowo lubię używać. Jest trwała, nie wysusza ust i "robi cały makijaż". Jej po prostu nie może zabraknąć w mojej wakacyjnej kosmetyczce :D Do tego klasyka - kryjąca szminka Mac Modesty w  moim ulubionym wykończeniu cremesheen na pewno przyda mi się gdy będę chciała mocniej podkreślić oko. A z kolei gdy zapragnę efektu "my lips but better", postawię na lekko przejrzystą pomadkę Yves Saint Laurent Rouge Volpute Shine nr 8Tu znajdziecie recenzję niemalże identycznego odcienia, który jest tak samo genialny jak ten powyżej :) Z resztą wszystkie te trzy pomadki są naprawdę godne polecenia ;)
I to już wszystko, co planuję zabrać. Czy to dużo, czy mało - pewnie każdy oceni według swoich standardów. Mnie jednak wystarczy to zarówno do stworzenia lekkiego makeupu na wycieczkę lub spacer, jak i czegoś bardziej zwracającego uwagę :) Nie lecimy samolotem, więc można napakować do bagażnika czego dusza zapragnie :P Ja tym razem kupiłam sobie nawet płetwy :D

P.S. Nie wiem, czy uda mi się coś stworzyć jeszcze przed wyjazdem, wszak mam masę prania i jeszcze więcej pakowania :D Dodatkowo jeśli się nie uda,  nie wiem czy starczy mi samozaparcia, by napisać coś podczas wyjazdu, ale mimo wszystko zabieram ze sobą laptopa ;) Jeśli by Wam mnie brakowało, zapraszam na mój facebook i instagram. Tam na pewno będzie się działo :) W domu będę pewnie 4 lipca :) Buziaki! ;*