poniedziałek, 6 lipca 2020

Frudia Green Grape Pore Control Cream, czyli o lekkim nawilżaczu na lato słów parę

O kremie Frudia Green Grape Pore Control pisałam co nieco już w poprzednim poście na temat ulubieńców ostatniego kwartału. Nie wiem jak Wam, ale mnie w cieplejsze miesiące stosunkowo ciężko znaleźć coś lekkiego, a jednocześnie wystarczająco nawilżającego, by moja skóra była zadowolona i zachowała zdrowy balans - szczególnie mam tu na myśli pielęgnację poranną. Dodatkowo bardzo lubię kremy do twarzy o konsystencji żelu i zdecydowanie najchętniej takowych używam. Jak więc jest z moim ostatnim, winogronowym odkryciem? Już Wam mówię!
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Frudia Green Grape Pore Control Cream umieszczony jest w prześlicznym, lekko opalizującym słoiczku ze szkła, który kształtem przypomina mi baryłkę miodu Kubusia Puchatka :D Smaczku nadaje mu też finezyjna, plastikowa nakrętka. Na początku myślałam, że taka forma nie będzie zbyt wygodna, ale szpatułką czy palcem nabierzemy kosmetyk bez problemu. Całość zawiera 55ml produktu i o ile dobrze pamiętam krem jest ważny rok od otwarcia. Niestety producent nie dołączył do niego żadnej szpatułki, jednak nie jest mi ona szczególnie niezbędna do życia ;)
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Co mówi na temat Frudia Green Grape Pore Control Cream producent? Tanina i witamina E nawadniają oraz oczyszczają skórę, a pantenol łagodzi powstałe na niej podrażnienia. Głównym składnikiem  kremu jest ekstrakt z winogron, który znajduje się już na pierwszym miejscu w składzie (jest to dość nietypowe, wszak na tej pozycji najczęściej pojawia się woda). Poza tym krem ma posiadać lekką konsystencję, idealnie nadawać się do każdego rodzaju cery (w tym tłustej), nawilżać, pielęgnować i nawadniać szorstką, matową skórę.
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Krem ma lekko zielonkawą barwę i co ciekawe - jest on jakby matowy! Mam nadzieję, że zauważycie to oglądając zdjęcia. Całość naprawdę przepięknie i bardzo naturalnie pachnie winogronami. Z tego, co czytałam, zapach ten zawdzięczamy specjalnej technologii przetwarzania owoców przez producenta. Nosi ona nazwę R Vita W i polega na pozyskiwaniu składników odżywczych w niskiej temperaturze w celu dostarczenia skórze jak największej ilości cennych przeciwutleniaczy. Ekstrakty z nasion oraz owoców są przetwarzana z niezwykłą starannością, aby zachować ich barwę oraz zapach. I naprawdę czuć to po otworzeniu słoiczka! Podobnie pachniały dojrzałe, zielone winogrona zebrane w ogródku dziadków kilkadziesiąt lat temu... Konsystencja kremu to z kolei leciutki żel, który solo wchłania się niemalże do matu (bez klejenia! ;)), pozostawiając naszą cerę gładką i miękką. Łatwo się go rozprowadza, pięknie współpracuje z każdym serum nakładanym pod spód oraz co najważniejsze - bez problemu mogę wklepać go w twarz przed filtrem serwując sobie dodatkową dawkę nawilżenia, bez obaw, że coś pójdzie nie tak z SPF, bądź makijażem ;) Dobrze spisywał się także jako ostatni etap w pielęgnacji nocnej, wspomagający zamknięcie wewnątrz skóry nawilżenia pochodzącego z dobrej emulsji lub serum.
Frudia Green Grape Pore Control Cream
Co jednak z działaniem Frudia Green Grape Pore Control Cream? Według mnie jest to produkt, który pomimo swej lekkości, serwuje skórze całkiem przyjemny poziom nawilżenia. Zmarszczki stały się mniej widoczne, a cera miękka, jędrna, gładka i sprężysta. Co dla mnie szczególnie ważne - nie podrażniał, nie powodował powstawania rumienia, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że lekko go łagodził. Nie zaobserwowałam też żadnych reakcji alergicznych, nowych zaskórników, bądź wysypu jakichkolwiek innych zmian. Dla mnie ważną rzeczą było także to, iż nie szczypał nawet nakładany na lekko podrażnione obszary skóry i stosowany regularnie, zapewniał mi odpowiednią dbałość o barierę hydrolipidową w cieplejsze miesiące ;)
Douglas Frudia Green Grape Pore Control Cream kosztuje 109.90zł, ale bez problemu można upolować go taniej podczas nocy zakupów albo promocji na produkty pielęgnacyjne. Ja z pewnością w przyszłości chętnie do niego wrócę. A Wy jakiego kremu używacie, jak przychodzi lato? Znacie markę Frudia? Miałyście już jakieś ich produkty? Dajcie koniecznie znać!

wtorek, 30 czerwca 2020

Szczęśliwa piątka drugiego kwartału, czyli o moich ulubieńcach słów parę

Ostatni ulubieńcy pojawili się na blogu trzy miesiące temu i chyba jeszcze nigdy, żaden kwartał nie zleciał mi w tak szalonym tempie. Sporo się działo (mimo że życie częściowo zamarło), nie zabrakło nagłych zwrotów akcji, nerwowych momentów i masy problemów, choć bywało także pozytywnie. Jak zwykle w całym tym bałaganie, znalazł się również czas na kosmetyki i wyłonienie nowych perełek, więc jeśli jesteście ciekawe, zapraszam serdecznie do lektury!
Ulubione kosmetyki black liner
lancome monsieur big nyx glitter primer
1. Lancome Monsieur Big Tusz do Rzęs - nie będę kłamać... Przez pierwsze dwa tygodnie miałam z nim dość trudną relację. Do tego stopnia, że myślałam, iż nic z naszej znajomości nie będzie :D Jednak później, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęliśmy się dogadywać i Monsieur Big pomógł mi tworzyć piękny wachlarz rzęs, kiedy tylko zechciałam. Można wręcz rzec, że samodzielnie jest on w stanie wyczarować cały makijaż oka... Tusz jest bardzo trwały, pięknie wydłuża oraz podkreśla rzęsy, ale trzeba nauczyć się nim obsługiwać. Jak na moje standardy, jest również bardzo wydajny. Ma klasyczną szczoteczkę i zaraz po otwarciu jest dość "mokry". Mimo dość trudnych początków, za efekt jaki gwarantuje, oraz genialną trwałość, trafia do mojego ostatniego TOP 5 :) (I love dots, dziękuję Ci za prezent ;*)
2. Nyx Glitter Primer Baza pod Brokat i Cienie do Powiek - To chyba kosmetyk już niemalże kultowy. Warto jednak wspomnieć, że genialnie sprawdził się także u mnie. W zimnie i cieple, na weselu i w ciągu dnia, w przypadku cieni brokatowych, satynowych oraz matowych. Zawsze i w każdych warunkach mogę na niego liczyć. Świetnie utrwala, pięknie podbija kolory cieni oraz pomaga wyczarować każdy makijaż. Ten dzienny, ten wieczorowy, dosłownie każdy...
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
3. SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum  - chyba mój największy pielęgnacyjny hit ostatnich miesięcy, którego obszerną recenzję znajdziecie tutaj. O dobrych kosmetykach zawsze jednak warto napisać jeszcze raz, więc się powtórzę: to genialny produkt dla osób z przebarwieniami, piegami i narzekających na szary koloryt cery. Zawiera głównie witaminę C i 5% niacynamidu, a używane dwa razy dziennie, naprawdę robi na twarzy cuda. Serum stosowane w towarzystwie odpowiednio dobranej pielęgnacji, powinno sprawdzić się zarówno u posiadaczek skóry suchej, jak i tłustej. Dla mnie to mały geniusz i już kupiłam kolejne opakowanie.
4. Frudia Green Grape Pore Control Cream - to krem dla cery tłustej wyrównujący gospodarkę hydro-lipidową skóry, stworzony na bazie 81% ekstraktu z winogron. Dla mnie to genialny żel nawilżający na dzień, do stosowania pod wszelkiego rodzaju filtry, albo jako ostatni etap w pielęgnacji nocnej, wspomagający zamknięcie wewnątrz skóry nawilżenia pochodzącego z dobrej emulsji lub serum. Zastosowany solo wchłania się niemalże do matu, pozostawia bardzo przyjemną w dotyku skórę i mimo swej lekkości, całkiem porządnie nawilża, jednocześnie nie powodując problemów z rumieniem, alergiami i zapychaniem, a ostatnio bardzo u mnie o to łatwo. Dodatkowo ma wspaniałą konsystencję leciutkiego żelu i przepiękny zapach! W sam raz na lato ;)
Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej
5. Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej - Pełną recenzję tego produktu już można znaleźć na blogu w tym miejscu. Jest to kosmetyk, który ostatnio robi zawrotną karierę na instagramie i przyznać muszę, że trafił on także do moich ulubieńców. Dla mnie ma on same zalety. Posiada przyjemną, żelową konsystencję, nieźle się pieni i dobrze oczyszcza, ale jednocześnie ma neutralne pH oraz nie narusza bariery hydrolipidowej. Jest także niesamowicie wydajny i na dobrą sprawę można się nim myć od stóp, do głów, co czasami czynię, szczególnie na wyjazdach. Bardzo go lubię, też kupiłam już kolejne duże opakowanie. 
I to już wszystko na dziś. Znacie może któregoś z moich ulubieńców? A może miałybyście ochotę poznać? Podzielicie się, co Wam ostatnimi czasy przypadło do gustu? Dajcie koniecznie znać!

środa, 24 czerwca 2020

Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ z Topestetic, czyli chronimy się przed słońcem

Dla osób chorych reumatologicznie, skuteczna ochrona przeciwsłoneczna jest wyjątkowo ważna. Tradycyjnie mówi się zazwyczaj o tym, że promieniowanie wywołuje nowotwory skóry i przyspiesza starzenie, ale dla nas ma to jeszcze jeden wymiar. Kąpiele słoneczne mogą spowodować pogorszenie się stanu zdrowia, oraz różnego rodzaju alergie skórne. U mnie był to jeden z pierwszych objawów choroby, delikatnie dający o sobie znać już w okresie nastoletnim, a intensywnie dający popalić od jakiejś dekady. Można więc uznać, że używałam wysokich filtrów zanim to było modne :P Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś zapomniałam posmarować dekolt, a potem porobiły mi się na nim dziwne wrzody, które potem zmieniły się strupy. Na koniec - przez rok walczyłam z brzydkimi bliznami. Wszystko było oczywiście okraszone drogim leczeniem dermatologicznym... Z racji zamkniętych granic, zdecydowałam się na przetestowanie dostępnego w Topestetic Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ :) Jak się on u mnie spisał? Już Wam mówię ;)
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Co mówi o nim sam producent? "Laser Sunscreen 100 SPF50+/PA+++ zapewnia najwyższą ochronę przeciwsłoneczną SPF 50+/P+++. Filtr polecany jest do każdego rodzaju skóry z oznakami starzenia, oraz wymagającej wysokiej ochrony przed czynnikami zewnętrznymi. Wysoce skuteczny, szczególnie jako ochrona po zabiegach medycyny estetycznej: laserowych, mikrodermabrazji i epilacji. Zawiera niezwykle silne potrójne działanie. Formuła filtru swoja skuteczność opiera na nano-mikrocząsteczkach tlenku cynku, które intensywnie chronią skórę przed promieniowaniem UV oraz wolnymi rodnikami. Zawarte w kremie składniki przeciwzmarszczkowe hamują proces starzenia się skóry i intensywnie regenerują. Dzięki swej lekkiej konsystencji bloker szybko się wchłania pozostawiając półmatową bazę pod makijaż. Doskonale rozjaśnia i ujednolica koloryt skóry. Filtr może być stosowany jako krem do twarzy." Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ umieszczono w eleganckiej, płaskiej tubce, utrzymanej w aptecznej stylistyce. Jest ona higieniczna, łatwo wydobyć z niej kosmetyk i ma komfortowy dziubek, ale niestety łatwo zbiera wszelkie "rysy" oraz dość szybko się niszczy. Całość zawiera 50ml produktu i jest ważne 12 miesięcy od otwarcia. 
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ ma lekką konsystencję przypominającą coś pomiędzy emulsją, a rzadkim kremem. Zapach produktu jest delikatny, świeży i niemęczący, czuć go chyba jedynie w opakowaniu oraz podczas nakładania na twarz. Co ważne - filtr nie szczypie w oczy oraz łatwo się rozprowadza (tak, nakładając SPF pamiętamy też o powiekach, uszach i innych "zakamarkach"). Jeśli chodzi o bielenie - ciężko jest mi się wypowiedzieć. Generalnie mnie żaden filtr nie rozjaśnia, ponieważ ja już jestem niemalże biała xD Wydaje mi się jednak, że nałożony w dużej ilości może to delikatnie robić, wszak pod nim mój rumień i przebarwienia są jakby trochę bledsze. 
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Co w takim razie z wykończeniem jakie funduje nam Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++? Po około kwadransie od nałożenia, już po całkowitym wchłonięciu pozostawia on na mojej twarzy lekki, satynowy film. W pełni komfortowy, przyjemny w noszeniu. Twarz czeka tylko na nałożenie makijażu, lub lub samego pudru. Można oczywiście nosić go także "solo", ale ja przeważnie zawsze nakładam na filtr chociaż puder ;) Takie małe zboczenie :D Z racji tego, że większość czasu spędzam w domu, nie reaplikowałam go już w ciągu dnia. Makeup wygląda na nim dobrze cały dzień. Czasem pod tenże filtr kładłam jakiś lekki krem nawilżający, ale generalnie nie jest to regułą i według mnie raczej nie wymaga on tego typu zabiegów ;)
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++
Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+/PA+++ faktycznie dobrze chronił mnie przed słońcem. Nie odnotowałam żadnych nieprzyjemnych reakcji na twarzy, nie pojawiły się żadne nowe piegi, ani przebarwienia. Skutków ubocznych typu zapychanie, wysyp niedoskonałości albo egzem czy alergii także u mnie nie było. Muszę przyznać, że to bardzo przyjemny produkt do codziennego stosowania, choć ma drobne wady. Jak każdy filtr stosowany w odpowiedniej ilości, nie jest szczególnie wydajny. W cenie regularnej jest także dość drogi, wszak cena tubki to dokładnie 150zł. A trzecia wada? Wytworzona przeze mnie trochę na siłę, ale widziałam już filtry z czterema plusikami, więc i tu mógłby się on pojawić :D Poza tym - naprawdę polecam :)
Znacie markę Cell Fusion C? Miałyście już okazje testować ich produkty? Jaki jest wasz ulubiony filtr przeciwsłoneczny? Może coś polecicie? ;)

środa, 17 czerwca 2020

Jowaé Nourishing Lip Balm - czy zadbał o moje usta jak należy?

Usta od kilku dekad są chyba najbardziej wymagającym obszarem mojego ciała ;) Przetestowałam  już dziesiątki pomadek, balsamów i olejków, chodziłam z nimi po dermatologach, a do dziś bardzo często czuję, że są ściągnięte i wysuszone. Dlatego produkt do pielęgnacji ust mam ze sobą wszędzie (przy noszenia masek wargi dostają u mnie "popalić" jeszcze bardziej), a spać nie pójdę bez demakijażu i nałożenia pomadki :D Jak więc na takim trudnym gruncie spisała się pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm? Czy dała sobie radę? Zachwyciła mnie, a może okazała się niewypałem? Już Wam mówię ;)
Jowaé Nourishing Lip Balm
Pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm ma formę klasycznego, wykręcanego sztyftu, który wykonano w całości z plastiku. Jest on dobrej jakości, nie rysuje się noszony w torebce i kieszeni oraz mimo prostoty - wydaje się przyjemny dla oka, choć ja chętnie zobaczyłabym na nim jakąś roślinkę, tak jak ma to miejsce w pozostałych kosmetykach marki. Sztyft łatwo się wykręca, nie wysuwa sam i bez problemu można schować nadmiar do środka (miałyście kiedyś takie pomadki, które trzeba było wpychać palcem? xD). Sam produkt ma idealny poziom twardości, gdyż nie "rozmaśla się" na ustach, ani nie jest zbyt twardy. Po prostu idealnie po nich sunie i można go nałożyć bez żadnego dyskomfortu nawet na pękniętych lub skaleczonych wargach. Całość zawiera 4 gramy produktu, a sztyft jest ścięty na płasko. Ale uwaga: niestety jest on źle osadzony i "gibie się" w opakowaniu :/
Jowaé Nourishing Lip Balm
Smaku Jowaé Nourishing Lip Balm nie posiada, ale pachnie lekko mieszanką olejów. Nie jest to ani bardzo przyjemna woń, ani nic odrzucającego. Dodatkowo czuć ją jedynie w opakowaniu. Co mówi o swoim kosmetyku producent? "Antyoksydacyjne Lumifenole wraz z odżywczym olejem z kamelii chronią przed działaniem negatywnych czynników zewnętrznych. Masło shea, wosk pszczeli i Candelilla pogłębiają rewitalizację ust, zwalczają suchość tworząc na nich przyjemną powłokę, a olej ze słodkich migdałów przynosi ukojenie, a także niweluje podrażnienia. Dodatkowe odżywienie i nawilżenie dostarcza ekstrakt z pestek słonecznika. W efekcie usta zachwycają pięknym blaskiem oraz doskonałą miękkością! Produkt zwiera 99% składników pochodzenia naturalnego." Pomadkę można bez problemu stosować solo, bo pozostawia ładne, lekko błyszczące wykończenie. Jowaé Nourishing Lip Balm dość długo utrzymuje się ona na ustach, więc nie trzeba ciągle ich smarować. Mam jednak wrażenie, że podczas jej noszenia, są one jakby "obklejone"... Średnie uczucie.
Jowaé Nourishing Lip Balm
Jak zatem Jowaé Nourishing Lip Balm działa? Według mnie bardzo przeciętnie... Po nałożeniu na usta, nie czuję ukojenia ani szczególnego nawilżenia. Jeśli wargi były suche, to nawet po posmarowaniu ich odczuwam lekkie ściągnięcie. Przy regularnym użytkowaniu nieznacznie poprawia kondycję warg, ale nie na tyle, by zrezygnować z nocnej pielęgnacji Nuxe Reve de Miel i pozwolić jej działać "solo"... Mam wrażenie, że pomadka Jowaé Nourishing Lip Balm moich ust nie nawilża, nie regeneruje i nie odżywia, a jedynie zapobiega pogorszeniu ich stanu w ciągu dnia. Na szczęście jednak nie wywołuje u mnie potrzeby nakładania jej "na okrągło" ani nie wysusza. Czy to trochę nie zbyt mało, jak na sztyft za 20zł? Szczerze Wam przyznam, że oczekiwałam dużo więcej, szczególnie po świetnych doświadczeniach z pianką do mycia twarzy tej firmy. Szkoda... 
Podsumowując: U mnie lepiej sprawdza się choćby pomadka Alterry, ale być może to kwestia moich wyjątkowo trudnych w pielęgnacji ust. Macie jakieś doświadczenia z Jowaé Nourishing Lip Balm? Przypadła Wam ona o gustu, czy może nie za bardzo? Jesteście w stanie polecić mi jakieś skuteczne pomadki ochronne?

środa, 10 czerwca 2020

Lockdown w nowościach, czyli co trafiło do mnie w ciągu ostatnich dwóch miesiecy

Kwiecień i maj - biorąc pod uwagę moje możliwości - nie były szczególnie obfite w kosmetyczne zakupy :P Miałam jednak imieniny, więc mimo wszystko trafiło do mnie sporo prezentów i to głównie tych związanych z tematyką bloga :D Z racji tego, że już na dobre zaczął się czerwiec, pora chyba wrócić pamięcią do tych niezbyt szczęśliwych, wiosennych miesięcy i zrobić mały przegląd nowości. Ciekawi? Zapraszam zatem do oglądania!
rossman promocja -55%
Zacznę może od promocji w Rossmannie. Mimo wątpliwości, udałam się tam któregoś dnia wieczorem. Byłam w małym centrum handlowym na uboczu Łodzi, przy okazji zakupów w hipermarkecie. Lubię tam teraz jeździć, bo całkiem nieźle dbają o higienę i jest względnie mało ludzi (Łódź - M1 na Brzezińskiej). Skusiłam się na Puder Revlon Candid Photoready, słyszałam o nim dobre opinie, ale z czasem pojawiają się coraz gorsze xD Będę więc musiała szybko wyrobić sobie własną :P Poza tym, wrzuciłam do koszyka gąbkę do podkładu Lovely Delicious Blender, oraz masę pomadek, które u mnie w domu schodzą hurtem, a dodatkowo masowo gubi je Lilka (pomijam fakt, że jedną sobie otworzyła i zeżarła). Skusiłam się na Kneipp Lip Care Almond Candellia, Isana Intensiv, Soraya Plante Naturalnie Nawilżający Balsam do Ust, oraz Blistex Lip Infusions Hydration. Błagam, Lileczko, nie dotykaj ich tym razem!
basiclab pod oczy bielenda supremelab elixir
Wraz z premierą nowej linii Bielendy - Supremelab Barrier Renew, zapragnęłam posiąść Barierowy Eliksir Hydro-Odżywczy z Kompleksem NMF. Z okazji sporej promocji w jednym ze sklepów internetowych, postanowiłam go nabyć. Kolejną rzeczą ze zdjęcia, jest Basiclab Kuracja Przeciwzmarszczkowa pod Oczy Nawilżenie i Ujędrnienie, upolowana na sporej promocji w Hebe, tego samego dnia, co ampułka Pureheal's z następnego zdjęcia (Był to okres największego lockdownu,  kiedy to miałam chodzić na ulicy 2 metry od męża, z którym śpię w jednym łóżku. Weszłam do drogerii bo zapomniałam kupić w markecie chusteczki, a na mojej drodze stanął regał z promocjami :P Na serio ceny obu były mega niskie!). Widziałam, że produkt ten jest bardzo chwalony, a ja akurat wypaprałam wszystkie kosmetyki pod oczy. Mam nadzieję, że też będę z tego serum zadowolona ;)
krave pureheals jumiso eveline
W ostatnim czasie, udało mi się upolować kilka innych rzeczy w świetnych cenach. Były to między innymi Jumiso Have a Good Cream, z wąkrotką azjatycką i śluzem ślimaka, Eveline Glycol Therapy Kuracja Przeciw Niedoskonałościom na Noc (zawiera 5% kwasu glikolowego, 10% niacynamidu oraz 1% cynku) oraz Zestaw PureHeals Centella, składający się z Centella 90 Ampoule (tylko ona załapała się na zdjęcie), kremiku i maski w płachcie. Krave Kale-Lalu-yAHA to z kolei mój pierwszy prezent imieninowy (już w normalnej cenie), który dotarł do mnie chyba po 2 miesiącach czekania... Generalnie trochę strach coś teraz zamówić za granicą, nawet jeśli w teorii powinno dojść :(
Avene Biore
Z racji mojej wieloletniej już walki z rumieniem, przy okazji zamówienia w jednej z aptek internetowych, postanowiłam wrzucić do koszyka Avene Antirougeurs Fort Koncentrat na Utrwalone Zaczerwienienia. Szczerze Wam powiem - pierwsze wrażenie jest naprawdę bardzo dobre! :D (i to był już chyba mój ostatni zakup z tego okresu). Przejdźmy teraz do prezentów! :D Od jednej z moich kochanych obserwatorek na Instagramie dostałam też mój ulubiony filtr do twarzy Biore UV Watery Gel Aqua Rich SPF 50+ PA ++++. Jak wiadomo - samoloty z Japonii nie latają i dostane go graniczy z cudem, więc tym bardziej strasznie dziękuję! ;*
Pixi
Podczas standardowych ploteczek na temat naszych kotów z Anetą Cosmeticosmos, wspomniałam jej że jeszcze nigdy nie miałam styczności z marką Pixi. Już po kilku dniach, obdarowała mnie ona mnóstwem cudowności z linii Milky i Jasmin oraz odlewką toniku glikolowego Glow Tonic. Kochana, bardzo Ci dziękuję ;* Części rzeczy już używam, a te zawierające retinol, czekają spokojnie na jesień ;) Mam nadzieję, że po usłyszeniu tylu zachwytów i ja znajdę wśród ich oferty coś dla siebie :)
cell fusion c
To z kolei imieninowa paczuszka od Interendo :) Dostałam w niej tonik Cell Fusion C pH Condition Toner, Cell Fusion C First Cure Serum, oraz dwie miniaturki nowej dla mnie marki: Cremorlab. Jedna z nich to pianka do mycia twarzy, a druga krem. W przesyłce były także chusteczki higieniczne z Hello Kitty, ale zdążyłam je już zużyć :P
Mugler Alien Guerlain Herba Fresca
Moje imieniny były w tym roku bardzo bogate w kwestii perfumeryjnej. W sumie nic w tym dziwnego, wszak zanim trafiły do mnie te dwa zapachy, miałam raptem 3 albo 4 flakony z czego 2 typowo wieczorowe (czyli dość skromnie, jak na mnie w ostatnich latach). Alien Thierry Mugler to mój stary ulubieniec, o czym wiedzą już chyba wszyscy z rodziny, ale mąż zaskoczył mnie kupując mi zapach Guerlain Aqua Allegoria Herba Fresca. Skubany świetnie zna mój gust. Aromat jest zimny, świeży i naprawdę strasznie mi się podoba! 
Xiaomi peeling kawitacyjny roller easylivin
Tak sobie myślę - musiałam wyjątkowo głośno i długo jęczeć, że marzy mi się Peeling Kawitacyjny Xiaomi inFace, ponieważ w maju dostałam go od brata na imieniny :D Może jeszcze za wcześnie na podsumowujący osąd, ale na razie bardzo się lubimy. Z kolei Easy Livin' Gold Derma Roller przez Myskinstoryy, "chodził za mną" mniej więcej od Bożego Narodzenia, więc gdy na jej profilu znalazłam kod zniżkowy do sklepu, a mój portfel akurat został zasilony imieninową gotówką, szybko zdecydowałam: Biorę. I nie żałuję :D Kwarcowy przy nim wymięka :P
mesoestetic cell fusion c spf filtr
Niestety w związku z pandemią koronawirusa musiałam odwołać swój urlop w Chorwacji, ale mimo wszystko Topestetic wysłał mi w prezencie dwa filtry - jeden do ciała (ich używam głównie na wakacjach), czyli Mesoestetic Antiaging Body Sun Mist SPF 30, a drugi do twarzy (te stosuję codziennie :)) - Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF 50+ PA +++, za który już zdążyłam się zabrać ;) Nie powiem, również zrobił dobre pierwsze wrażenie. 
dermena men
Mój mąż otrzymał także w prezencie zestaw kosmetyków Dermena. W jego skład wchodzi między innymi Dermena Men Lotion Hamujący Wypadanie Włosów. Został on opracowany w odpowiedzi na problemy łysienia typu męskiego spowodowanego również zaburzeniami w obrębie gospodarki hormonalnej androgenów. Dermokosmetyk zapobiega wypadaniu włosów, hamuje postępowanie procesu łysienia i tworzenia zakoli, a także stymuluje porost włosów. Sprzyja pielęgnacji włosów czyniąc je świeżymi, gęstymi i zdrowymi. Drugim kosmetykiem jest Dermena Odżywka Wzmacniająca do Włosów. Unikalne połączenie składników odżywczych oraz wygładzających wzmacnia włosy i odbudowuje ich strukturę keratynową. Opatentowana substancja czynna pochodzenia witaminowego wzmacnia mieszki włosowe, poprawia odżywienie oraz chroni przed powstaniem podrażnień. Spowalnia także proces wypadania włosów i przywraca naturalną równowagę skórze głowy. Ostatnia już rzecz, to z kolei Dermena Men Szampon Hamujący Wypadanie Włosów. Dzięki specjalnie dobranym składnikom aktywnym, zapobiega on utracie pasm i stymuluje proces ich odrastania. Równocześnie poprawia mikrokrążenie skóry głowy oraz reguluje pracę gruczołów łojowych, zapobiegając nadmiernemu przetłuszczaniu się włosów. Chroni przed powstawaniem podrażnień skóry głowy. Dodatek składników o działaniu regenerującym i ochronnym sprawia, że włosy są odpowiednio odżywione, odzyskują swój blask oraz sprężystość.
I to już wszystko na dziś :) Co trafiło do Was w tym trudnym czasie? Wracacie powoli do pracy? Ja szczerze Wam powiem, że mimo iż powoli witamy się z "normalnością", to ze względu na największą "ever" liczbę zachorowań i prężne zasilanie "grupy ryzyka z chorobami towarzyszącymi" mam lekkie obawy dotyczące tego, co będzie dalej... Życzę Wam dużo zdrowia, a Wy trzymajcie kciuki za mnie ;) Coś z moich nowości wpadło Wam w oko? Dajcie znać!

czwartek, 4 czerwca 2020

Wiosenna regeneracja z Topestetic, czyli Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel

O ochronę przeciwsłoneczną dbam od lat, a słońca unikam niemalże całe życie. Na początku tego sezonu trafiłam w Topestetic na interesujący dla takich osób jak ja produkt... Przeznaczony jest on do stosowania razem z filtrami SPF i dodatkowo pomaga w profilaktyce przeciwstarzeniowej (było mi to ostatnio potrzebne, bo mam wrażenie, że moje zmarszczki na czole jakoś nie wyglądają lepiej :P). Co to takiego? Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel. Czy się polubiliśmy? A może kosmetyk jednak nie zadziałał jak należy? Zapraszam Was serdecznie na recenzję!
Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel
Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel znajduje się w prostym, ale eleganckim opakowaniu typu airless, wykonanym z plastiku. Wewnątrz znajduje się 50 mililitrów produktu, więc całkiem standardowo, jak na serum ;) Pompka nie strzela i działa bez zarzutów, można wycisnąć ze środka dokładnie tyle kosmetyku, ile potrzebujemy, Całość utrzymano w schludnej bieli, ale dzięki dodatkom pomarańczu i błękitu, czuć letnie wibracje :D Jedynym minusem tego opakowania jest fakt, iż jedynie pod światło możemy sprawdzić, ile produktu zostało nam wewnątrz. Co na temat swojego kosmetyku mówi producent? Promieniowanie UV odpowiada między innymi za powstawanie przebarwień i przyspieszenie procesu starzenia, który objawia się powstawaniem zmarszczek oraz utratą jędrności (dlatego trzeba używać filtrów! Codziennie, w odpowiedniej ilości, niezależnie od pogody i pory roku, jednocześnie pamiętając, iż żaden produkt nie chroni nas w 100% ;)). Linia Repaskin Mender to dobry wybór dla osób które celowo lub mimochodem eksponują skórę na słońce i chcą zminimalizować ryzyko pogorszenia się jej kondycji. Składniki zawarte w tym żelu przeciwstarzeniowym przede wszystkim odżywiają skórę, stymulują zdolności ochronne oraz zapobiegają jej przesuszeniu. Linia Repaskin Mender nie zastępuje stosowania kremu z filtrem, natomiast w połączeniu z takim kosmetykiem pozwala kompleksowo zadbać o skórę. Żel zawiera między innymi wyciąg z rzodkiewnika pospolitego, panthenol oraz probiotyki.
Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel
Wewnątrz opakowania, znajduje się biały, delikatny żel. Pod spód bez problemu możemy zastosować esencję, tonik, bądź mgiełkę, a na wierzch położyć filtr i makijaż. Serum bez problemu współpracuje ze wszystkimi kosmetykami, z którymi miałam okazję je połączyć. Jeśli nałożymy Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel samodzielnie, wchłonie się on do matu. Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry. Zapach? Serum posiada śliczny, świeży, owocowy aromat, który czuć podczas aplikacji, ale nie jest on męczący i szybko się ulatnia. Myślę, że każdemu powinien on przypaść do gustu, a ja osobiście bardzo go polubiłam ;)
Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel
Jak zatem sprawdził się u mnie Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel? Ja jestem z jego działania zadowolona. Stosowałam go na dzień, pod filtr i zauważyłam, że skóra sporo zyskała. Widać było, że kosmetyk dobrze radzi sobie z jej nawilżeniem, odżywieniem i regeneracją, jednocześnie nie powodując żadnych szkód. Nie odnotowałam jakiegokolwiek wysypu zaskórników, pryszczy i innych tego typu rzeczy. Jedyne, co mogłabym uznać za minus to fakt, iż nie radzi sobie on z moim rumieniem i w gorsze dni musiałam wspomagać się preparatami punktowymi, które go łagodziły. Zdaję sobie jednak sprawę, iż niewiele osób posiada tego rodzaju problem, a producent nie deklarował takiego działania, więc nie mam o to pretensji. Jako produkt nawilżająco - przeciwstarzeniowy do dziennej pielęgnacji do stosowania pod filtr podczas lata - zdecydowanie polecam ;)
W Topestetic kosztuje on około 140zł i jak zawsze możecie liczyć na darmową przesyłkę. Jeśli szukacie kosmetyku z przeznaczeniem do stosowania w ciepłe miesiące w ciągu dnia - jest to bardzo ciekawa opcja. Szczególnie dzięki lekkiej konsystencji i obiecującemu działaniu. Znacie produkt Sesderma Repaskin Mender Antiaging Gel? Miałyście już okazję testować kosmetyki tej marki? A może już macie wśród jej oferty swoich ulubieńców? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 29 maja 2020

Trzydzieści faktów o mnie na 6 rocznicę blogowania

Czytacie mojego bloga od ponad sześciu lat, a postów tego typu było tu jak na lekarstwo ;) Przyznam szczerze, że do napisania go zbierałam się od grudnia a gdyby ktoś nie wiedział, mamy koniec maja :D Ale jak to mówią - lepiej późno niż wcale (bądź później), więc stwierdziłam że w tych trudnych czasach opowiem Wam odrobinę o sobie, swoich dziwactwach, ulubionych rzeczach i innych cudach ;) Kto ma ochotę - niech czyta :)
1. Jak zapewne zauważyłyście - dotyczy mnie problem prokrastynacji. Lubię odkładać na później... A to np. napisanie tego posta, a to posprzątania szafki w kuchni, pójście do urzędu, lekarza, po coś do sklepu. Nie lubię tego w sobie ;)
2. Przeważnie mówię ludziom co myślę, przez co jestem czasem uważana za niezbyt grzeczną i średnio miłą :P
3. Jestem cholerykiem i potrafię zrobić grubą awanturę z godzinnym elaboratem, ale po wyładowaniu emocji mi przechodzi. Potem zazwyczaj już się nie gniewam :D
4. Dopiero dwa lata temu temu zaczęłam na co dzień chodzić w butach na obcasie. Zazwyczaj wybieram szeroki słupek, albo koturny, nie dla mnie szpilka...
5. Nienawidzę, jak ktoś zna się na wszystkim i jest najmądrzejszy, wszak to po prostu niemożliwe. Dostaję wysypki, jak mam z kimś takim rozmawiać :P (niestety mam takie osobniki w rodzinie)
6. Kiedy ktoś mówi mi, że coś powinnam, albo "muszę" to momentalnie załącza mi się mały buntownik i od razu mam ochotę zrobić odwrotnie, o cokolwiek by nie chodziło.
7. Jestem samokrytyczna - znam swoje wady i słabości oraz nie boję się o nich mówić. W końcu każdy jakieś ma ;)
8. Biorę sporo leków. Może nie wyglądam, ale mam już takie zacne pudełeczko z czterema przegródkami na jeden dzień, a w każdej kilka tableteczek ;)
9. Mimo że z kondycją u mnie kiepsko, kiedy mam jechać tramwajem, to wybieram rower, albo chodzę pieszo. Strasznie zabolała mnie likwidacja łódzkiego roweru miejskiego.
10. Kupiłam rasowego mruczka, żeby mieć pewność, że nowy domownik nie będzie agresywny w stosunku do starszego kota, który niby jest zadziorny, ale straszna z niego lapa. Na szczęście ragdoll ma charakter ragdolla i jakoś się dogadują. Rozetka nie jest tłamszona przez silną osobowość, a Lilce nie w głowie bycie niemiłym i kocha wszystko i wszystkich ;)
11. Mam fiksum dyrdum na punkcie przedziałka. Musi być idealnie prosty, w dokładnie określonym miejscu na głowie. Moja mama od lat ma z tego polewkę xD
12. Nienawidzę chodzić do fryzjera. Od gimnazjum. Chciałam skrócić włosy do ramion, a "pani Kasia" obcięła mnie tak pięknie, że w szkolnym przedstawieniu grałam faceta - Johna Lennona...
13. Dawniej nosiłam okulary (dlatego dostałam tę zaszczytną rolę), ale przy wadzie -8 są tak ciężkie, że teraz chodzę już tylko w soczewkach.
14. Latami używam tych samych perfum. Jeśli już jakieś kupię, to na mniej więcej 75% trafi do mnie kolejny flakon. Dlaczego? Nie lubię czuć na sobie zapachu, od czegoś nowego potrafi rozboleć mnie głowa ;)
15. Nie cierpię kupować ubrań, nienawidzę kupować butów. Tym sposobem nigdy nie jestem modna i utkwiłam gdzieś w jakimś swoim bezpiecznym stylu opartym na spodniach rurkach, ołówkowych spódniczkach, oversizowych koszulkach i sukienkach, oraz sporych swetrach i bluzach.  Oczywiście w kolorze czarnym. Mam też kilka koszul, ale nie lubię ich prasować, przez co rzadko je noszę...
16. Przez lata nie oglądałam seriali i nigdy nic mnie nie interesowało. Skupiałam się głównie na filmach. W porównaniu do moich znajomych i rodziny przekonałam się do nich naprawdę całkiem niedawno ;)
17. Jestem stosunkowo nieśmiała i nie lubię spotkań z obcymi, ale staram się pracować nad sobą i nie stoję już jak słup soli :P Od czasu do czasu zabieram już głos nawet w nieznanym towarzystwie :D
18. Mam wytrzeszcz. Tak, dobrze czytacie :D Moje duże oczy są spowodowane sporą wadą wzroku. Żeby nie wyglądać głupio, staram się lekko przymykać je do zdjęć makro (np. jak pokazuję pomalowane tuszem rzęsy). Na żywo i przy normalnych fotografiach raczej nikt nie zwraca na to uwagi.
19. To mój drugi blog - pierwszy był o głębokich przemyśleniach zakochanej nastolatki, więc generalnie wstyd się przyznać ;)
20. Nie lubię gotować, strasznie mnie to męczy i nigdy nic mi nie wychodzi. Poza tym nie przepadam za wieloma rzeczami i nawet nie wiem jak powinny smakować. U nas w domu ja sprzątam a mąż gotuje :P
21. Nie chciałabym mieszkać na wsi. Działka, sadzenie kwiatków, koszenie trawy, ziemia... Wszędzie daleko... Do tego masa robactwa, komary, pająki. Wolę balkon/taras i miejskie gołębie :D No i wszędzie gdzie potrzebuję, dojadę bez problemu.
22. Tak, nie mam prawa jazdy :P
23. Denerwuje mnie myślenie, że jak ktoś normalnie się prezentuje to na bank jest zdrowy, tryska energią, optymizmem i humorem oraz NIE MOŻE mu nic dolegać. Idąc tym tropem... Lenin też dobrze wygląda - pamiętajcie :D
24. Chciałabym mieć firmę organizującą śluby i wesela :D Może kiedyś ;)
25. Zanim zdiagnozowano u mnie toczeń, 18 lat leczono mnie na coś innego :P Konkretnie tylko na jeden jego objaw.
26. Lubię kwiaty doniczkowe, ale nie mam do nich ręki. Albo je zasuszę, albo zgniją, albo koty zeżrą - dlatego kupuję już tylko takie, które im nie szkodzą :P 
27. Nie lubię kolorów. Czerń, biel, szarość i wystarczy. Toleruję jeszcze czerwień oraz kobalt, ale w małych ilościach. Dotyczy to ubrań, wystroju wnętrz, a w dużej mierze także makijażu. 
28. Nie lubię lata. Bo jest gorąco, bo mi duszno, bo mam alergię na słońce. Już wolę zmarznąć zimą... Serio. 
29. Urodziny mam 25 grudnia, czyli oczywiście w pierwszy dzień Bożego Narodzenia i czasami niektórzy z rodziny oszukiwali mnie na prezentach :D Jako dziecko strasznie to przeżywałam. Dla odmiany imieniny mam w inne święto - Dzień Matki (26 maja).
30. Moje ulubione słodycze to cukierki Nimm2. Kocham je od dziecka i to takiego naprawdę małego. To się chyba nigdy nie zmieni :D 

I to już wszystko, co chciałam Wam dziś o sobie opowiedzieć. Lubicie tego typu posty? Ja tak, ale szczerze powiedziawszy długo zastanawiałam się, czy będziecie czymś takim zainteresowane ;) Mamy może jakieś punkty wspólne? :D

piątek, 22 maja 2020

Swederm Hudsalva Vitamin E, czyli akcja "ratujemy dłonie"

Nie wiem jak Wam, ale mnie już na początku pandemii bardzo dały popalić środki do dezynfekcji na bazie alkoholu. Normalnie mydło i woda im niestraszne, a w standardowych warunkach nie są jakieś szczególnie wymagające - wystarczy im zwykły krem, albo nawet balsam do ciała, ale tym razem po prostu wołały o pomstę do nieba. Ściągnięta, sucha skóra, atopowy wykwit na lewym nadgarstku, świąd jak stąd do nieskończoności... Trzeba było zacząć działać. Wtedy przypomniałam sobie o produkcie Hudsalva Swederm Vitamin E marki Swederm, polecanym często przez Secretaddiction. Kupiłam, poużywałam i teraz czas powiedzieć, czy moje dłonie również zostały uratowane :D
Swederm Hudsalva Vitamin E
Maść umieszczono w zwykłej, przezroczystej tubie zamykanej na klik. Jest to rozwiązanie bardzo wygodne, a opakowanie nie sprawia żadnych problemów. Napisy nie schodzą, zawartość łatwo wydobyć z wnętrza. Całość ma 100ml i jest ważna 12 miesięcy od pierwszego otwarcia. Co o swoim kosmetyku mówi producent? Swederm Hudsalva Vitamin E polecana jest szczególnie dla osób ze skórą skłonną do przesuszeń, zrogowaciałym naskórkiem, zaczerwienieniem i pęknięciami. Chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych (zimno, woda, detergenty), szybko się wchłania i zapewnia efekt bariery ochronnej. Zawarty w maści bisabolol łagodzi oraz regeneruje. Alantoina działa nawilżająco i zmiękczająco, a gliceryna chroni przed nadmierną utratą wody (to szczególnie ważny aspekt w stosowaniu na dłonie, gdzie skóra cierpi na słabą ochronę ze strony gruczołów łojowych natomiast narażona jest na dużą utratę wody za względu na obecność licznych gruczołów potowych). Z kolei lanolina działa intensywnie natłuszczająco. Można ją stosować na dłonie, stopy, łokcie i inne miejsca wymagające regeneracji.
Swederm Hudsalva Vitamin E
Swederm Hudsalva Vitamin E ma piękny, kwiatowy zapach, ale myślę, że nie powinien on przeszkadzać nawet osobom wrażliwym ;) Najciekawsza jest jednak formuła kosmetyku. Całość ma konsystencję maści, która jest jasnoróżowa i uwaga - świeci się niczym rozświetlacze w płynie :D Na szczęście na dłoniach pozostawia delikatny film już bez atrakcji. Fanki błysku mogą czuć się zawiedzione, ale według mnie, to dobrze. Nie do końca lubię produkty pielęgnacyjne z drobinkami. Moim zdaniem całość rozsmarowuje się całkiem nieźle. Jak już wspomniałam, jest to typ produktu, który nie do końca się wchłania i ja stosowałam go głownie na noc. Dużą zaletą jest jednak fakt, iż film, który zostaje na dłoniach się nie klei.
Swederm Hudsalva Vitamin E
Jak zatem sprawdziła się u mnie Swederm Hudsalva Vitamin E? Nie będę kłamać - mnie również uratowała dłonie. Już po pierwszym zastosowaniu widać było znaczną poprawę - oraz co ważne - w miejscach gdzie skóra była uszkodzona, nie odnotowałam żadnych nieprzyjemnych reakcji, typu swędzenie, szczypanie, bądź pieczenie. W ciągu kilku dni, moje ręce wróciły do "normy" (zginął nawet atopowy wykwit) i teraz stosuję ją "przypominająco" (co 2-3 dni) na zmianę z Regenerującą Maską do Rąk Organique. Maść pomogła także mojemu mężowi, a w kryzysowej sytuacji, w ciągu 2 dni zregenerowała także moje szorstkie pięty. Dla mnie właściwie nie ma wad... No może Swederm Hudsalva Vitamin E mógłby być tańszy, albo mieć większą pojemność :D Dostępność także lekko kuleje, ale znajdziecie ją w sklepach internetowych, lub na allegro. Kosztuje 38 - 40zł, ale moim zdaniem warto się w ten produkt zaopatrzyć, szczególnie teraz ;)
Znacie Swederm Hudsalva Vitamin E? Miałyście okazję używać tego produktu? Czy teraz wasze ręce również dostały popalić? Jak je ratujecie? Dajcie koniecznie znać i podzielcie się swoimi doświadczeniami :)

poniedziałek, 18 maja 2020

SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum, czyli moja walka z nierównym kolorytem skóry

Odkąd pamiętam, główną "zmorą" jeśli chodzi o problemy z moją cerą, były przebarwienia. Najpierw były to tylko piegi, których nienawidziłam już od podstawówki, a po diagnozie tocznia - doszły do tego także przebarwienia pozapalne. Moimi nowymi przyjaciółmi - poza kwasami - stały się więc substancje i produkty mające na celu rozjaśnić, wyrównać koloryt, wybielić, i tak dalej, i tak dalej... Z biegiem czasu zauważyłam, że akurat u mnie, w tej roli świetnie sprawdza się niacynamid (w stężeniu minimum 5%), a witamina C zazwyczaj głównie mi szkodzi (choć zdarzyły się dwa wyjątki!). Kiedy zobaczyłam SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum moje serce zabiło szybciej. Kocham niacynamid, ale ono zawiera także witaminę C! Co wynikło z naszej relacji? Szczególnie, że producent obiecał zmianę na lepsze już w 30 dni? Już Wam mówię!
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum znajduje się w żółtej, przezroczystej buteleczce w kształcie walca, zawierającej 50ml kosmetyku. Jest prosto i skromnie, opakowanie wykonano z plastiku, ale jednocześnie całość wygląda naprawdę zachęcająco, a podczas użytkowania nie traci ono na urodzie. Kosmetyk dozuje się za pomocą pompki, która chyba jeszcze nigdy nie sprawiła mi żadnego problemu. Całość jest przezroczysta, więc na bieżąco możemy śledzić zużycie produktu (mamy na to 12 miesięcy). Co mówi o nim producent? "Serum pomaga walczyć z szarą, matową cerą, oraz rozjaśnia nierówny koloryt skóry, celując w wypryski, piegi i przebarwienia. Zawiera glutation, arbutynę z ekstraktem z yuji i amidem niacyny, które rozjaśniają oraz nawilżają cerę, ciemne plamy i zapobiegają wytwarzaniu pigmentu melaniny, a także 12 rodzajów witamin ożywiających matową, zestresowaną skórę. Lekkie, nieklejące się serum zawiera 100% naturalnego oleju i organiczny zapach olejku ze skórki yuja odpowiedni dla wrażliwej skóry".
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum zdecydowałam się kupić głównie ze względu na koktajl składników aktywnych, które się w nim znalazły. Na samym początku możemy zobaczyć ekstrakt z owocu yuzu, który zawiera duże stężenie witaminy C, działa silnie rozjaśniająco, antyoksydacyjnie i opóźnia procesy starzenia, zaraz potem - niacynamid: wyrównuje koloryt skory, reguluje pracę gruczołów łojowych i przyspiesza gojenie (producent deklaruje, że serum posiada go 5%, co jest niezbędne, aby działać skutecznie), oraz kolejną substancję, którą lubię - arbutynę. Posiada ona właściwości rozjaśniające oraz zapobiega powstawaniu przebarwień. Poza tym w serum znajdziemy także glutation, olej jojoba, mnóstwo ekstraktów, adenozynę oraz 10 różnych witamin, zbitych przez producenta w kompleks o nazwie Aquaxyl Fructan.
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
Wewnątrz buteleczki, znajduje się pomarańczowy, bardzo rzadki żel, bądź jak kto woli - gęsty płyn. Jeśli bardzo chcecie, pod serum można stosować także tonik, lub mgiełkę, ale lepiej chwilę poczekać, aby wszystko dobrze wyschło, ponieważ na mokrej skórze potrafi się ono spienić (jak chyba każde serum z większą zawartością niacynamidu). Jeśli nałożymy SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum samodzielnie - wchłonie się ono do matu. Bez klejenia, bez pozostawiania po sobie jakiejkolwiek warstwy i bez ściągnięcia skóry. Ale generalnie nie polecam, gdyż jest stworzone "do towarzystwa" oraz świetnie dogaduje się z wszelkiej maści kremami. Dobrze nadaje się także pod filtr przeciwsłoneczny i pod makijaż. Zapach? Gorzka pomarańcza ;) Niestety nie jest najwyższych lotów, ale na szczęście bardzo szybko się ulatnia. Według producenta serum powinno się stosować raz dziennie, jednak ja używałam go rano oraz wieczorem. Dlaczego? Ponieważ moja skóra dobrze zna niacynamid i nie obawiałam się podrażnień, a także dlatego, że wg badań do ich rozjaśnienia potrzeba minimum 5% stężenia, stosowanego właśnie dwa razy dziennie.
SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum
Jak zatem SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum spisało się u mnie? Szczerze Wam powiem - jestem zachwycona efektami. Przede wszystkim, skóra naprawdę jest pięknie rozświetlona, jasna, a koloryt bardziej jednolity (przebarwienia pozapalne są już niemalże niewidoczne, mocno rozjaśnione są także piegi). Jednocześnie muszę stwierdzić, że zmarszczki zarówno na czole, jak i pod okiem naprawdę są mniej widoczne. Cera jest jędrna, gładka, nawilżona, bez rumienia. Jednocześnie serum nie spowodowało tego, czego najbardziej się obawiałam, czyli przesuszenia albo wysypu zaskórników czy innych dziwnych zmian, które często pojawiają się u mnie podczas stosowania witaminy C. Chyba zapowiada się nowy hit, do którego będę często wracać :D
Podsumowując - mimo średnio odpowiadającego mi zapachu, serum to idealnie wpisało się w moją pielęgnację i naprawdę widać było efekty jego stosowania. Za 50ml kosmetyku, zapłaciłam w polskim sklepie 85zł, ale jeśli w końcu zaczną wysyłać nam produkty bezpośrednio z Korei, zapewne da się kupić je jeszcze taniej. Moim zdaniem - jak najbardziej warto! Szczególnie jeśli miewacie problemy z przebarwieniami, rumieniem, piegami, a jednocześnie posiadacie już skórę, która powoli zaczyna się starzeć.
Znacie SOME BY MI Yuja Niacin 30 Days Blemish Care Serum? Lubicie kosmetyki z niacynamidem? A może tak jak ja walczycie z przebarwieniami pozapalnymi, piegami, bądź rumieniem? Macie na to jakieś sposoby? Jakiego serum aktualnie używacie? Dajcie koniecznie znać!

poniedziałek, 11 maja 2020

Esthederm Cellular Water Mist, czyli nawilżanie z Topestetic

Szczerze przyznam się Wam, że długo nie doceniałam potencjału kryjącego się we wszelkiego rodzaju mgiełkach. Czas jednak robi swoje, gusta się zmieniają, więc i ja kilka lat temu zaczęłam testować tego typu produkty, z czasem się w nich zakochując ;) Dziś uwielbiam uczucie odświeżonej, spryskanej "wodą" skóry i często po nie sięgam, wszak zazwyczaj możemy dostać od nich coś więcej, niż tylko "zimny prysznic" :D Jak zatem sprawdził się u mnie produkt Esthederm Cellular Water Mist? Czy i jak zadziałał? Same przeczytajcie!
Esthederm Cellular Water Mist
Kosmetyk Esthederm Cellular Water Mist jest umieszczony w puszce przypominającej klasyczne wody termalne, ale opakowanie jest iście luksusowe. Mnie osobiście jego kolor i wykończenie przypomina srebrny, metaliczny lakier, w wypolerowanym na błysk samochodzie marki premium :D Każda, najmniejsza drobinka mieni się cudownym blaskiem, ciesząc nasze oko. W środku znajdziemy 100ml produktu, a na jego zużycie czas jest nieograniczony, wszak symbolu PAO na opakowaniu nie ma. Atomizer? Znowu pełen luksus. Z wnętrza opakowania wydobywa się delikatna, leciutka mgiełka, a nie oprysk jak z konewki (często zdarzały mi się takie spreye, koszmar :D).
Esthederm Cellular Water Mist
Co mówi o swoim kosmetyku producent? Według niego, Esthederm Cellular Water Mist to nowa woda komórkowa o działaniu nawilżającym, antyoksydacyjnym i energetyzującym, o identycznym składzie, jak ta występująca naturalnie w skórze człowieka. Zawiera optymalną ilość soli mineralnych oraz pierwiastków śladowych (sole mineralne, L-karnozyna, hipotauryna, kwas cytrynowy), które dostarczają skórze dzienną dawkę energii potrzebną do jej prawidłowego i jak najlepszego funkcjonowania oraz do utrzymania jej w dobrej kondycji. Nowa, wzbogacona o kwas hialuronowy formuła Cellular Water Mist intensywnie nawilża skórę, poprawia jej jakość i strukturę, przedłuża młodość komórek, a także jednocześnie spowalnia procesy starzenia. Polecana jest do każdego typu skóry, ale najlepszy efekt można zaobserwować przy cerze suchej, albo z zaburzoną barierą hydrolipidową (z tym mam ostatnio drobny problem :D). Kosmetyk może pełnić funkcję boostera (czyli wspomagać działanie kremu i serum) lub być stosowane na makijaż, w celu nawilżenia skóry w ciągu dnia. Mgiełka nałożona na twarz solo, wchłania się do całkowitego matu, a zaaplikowana na makijaż pięknie niweluje jego pudrowość i faktycznie pomaga, jeśli w ciągu dnia czujemy ściągnięcie skóry. Niestety (dla mnie) - mgiełka nie posiada żadnego zapachu :(
Esthederm Cellular Water Mist mgiełka
Jak zatem spisała się u mnie "woda komórkowa" Esthederm Cellular Water Mist? Miałam wobec niej realne oczekiwania i muszę przyznać, że ten produkt je spełnił. Stosowany w zastępstwie toniku, ładnie wspomagał nawilżenie cery, jednocześnie przyspieszając wchłanianie się innych produktów. Gdy czułam ściągnięcie albo szczypanie w ciągu dnia, pomagał mi uspokoić skórę, jednocześnie zapewniając uczucie odświeżenia, lekkiego chłodu, nawilżenia oraz wygładzenia. Przedłużenia młodości komórek i spowolnienia procesu starzenia nie jestem w stanie zweryfikować - bardzo mi przykro :D Ale mimo wszystko - polubiliśmy się. Wadą w przypadku Esthederm Cellular Water Mist jest dość wysoka cena, na Topestetic kosztuje 99zł. Jednak biorąc pod uwagę to, że przesyłka jest za darmo, a wydajność plasuje się na wysokim poziomie, to myślę że warto ją wypróbować ;) U mnie świetnie dała sobie radę :D
Znacie kosmetyki marki Esthderm? A może miałyście już okazję testować opisywaną przeze mnie mgiełkę? Lubicie tego typu produkty? Dajcie koniecznie znać!

środa, 6 maja 2020

A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask, czyli glinka, bąbelki i brzoskwinie na pomoc skórze problematycznej

Jeszcze jakiś czas temu nie byłam wielką fanką maseczek i robiłam je, bo "musiałam". Słowo "musiałam" umieściłam w cudzysłowie, bo przecież niby nikt mnie nie zmuszał, ale jednak moja skóra po prostu się ich dopominała i wyglądała lepiej po wielu produktach tego typu... Po mniej więcej roku stosowania ich z konieczności - w końcu ten rytuał polubiłam. Teraz często przyjemność sprawia mi nałożenie czegoś przed kąpielą, leżenie z maską w wannie, albo na sofie... W życiu bym się czegoś takiego po sobie nie spodziewała xD Dziś chciałabym zaprosić Was na recenzję ciekawego produktu koreańskiej marki A'Pieu, czyli Stone Peach Pore Less Bubble Mask. Jak się sprawdziła i dlaczego jest ciekawa? Już Wam mówię!
A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask
A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask, czyli bąbelkująca maseczka oczyszczająca zmniejszająca widoczność porów, umieszczona jest w opakowaniu przypominającym - uwaga - dezodorant! :D Cała puszka mieści w sobie 60 gramów produktu pod ciśnieniem, który możemy bez żadnych problemów wycisnąć z opakowania. Generalnie wygląda ono naprawdę bardzo ładnie. Jest różowo, są kropeczki, etykieta ma matowe wykończenie i nic się nie odkleja, ani nie wyciera, czyli tak jak lubię ;)
A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask
Co na jej temat mówi producent? Kosmetyk przeznaczony jest do pielęgnacji skóry o nierównej teksturze, z widocznie rozszerzonymi porami. Oczyszczająca maseczka bąblująca poprawia teksturę naszej cery, "zwęża" rozszerzone pory, nawilża oraz wygładza. W jej składzie znajdują się między innymi ekstrakt z brzoskwini, który wygładza i dostarcza skórze niezbędnych składników odżywczych, ekstrakt z piwonii (zwęża rozszerzone pory, nawadnia) i różowa glinka (odżywia, oczyszcza pory). Jak ją stosować? Należy rozprowadzić maskę równomiernie na suchej twarzy omijając okolice oczu i ust, a momencie powstania mikrobąbelków, należy rozpocząć delikatny masaż. Po 10-15 minutach można spłukać produkt ciepłą wodą. 
A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask
Dla mnie maseczka A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask pachnie tylko podczas nakładania i jest to połączenie aromatu kwiatów z lekką nutką brzoskwini. Bardzo przyjemny i nienachalny aromat, który umila nam proces nakładania. Konsystencja maski przypomina mi z kolei dość gęsty krem. Łatwo rozprowadzić ją na twarzy, a podczas aplikacji, mimo tego, że po chwili zaczynają pojawiać się malusie, lekko łaskoczące bąbelki - nie spływa z twarzy. Nakładam ją dość grubą warstwą i raczej w ciągu 15 minut aplikacji nie jest w stanie u mnie zaschnąć. Co ważne - dość łatwo zmywa się nawet palcami, choć ja z lenistwa używam celulozowych gąbeczek Calypso ;)
A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask
Co jednak z działaniem? Po zastosowaniu A'Pieu Stone Peach Pore Less Bubble Mask zaobserwowałam głównie piękne wygładzenie, zmiękczenie, ujednolicenie struktury i delikatne oczyszczenie skóry (przy regularnym stosowaniu efekt się potęguje!), a jednocześnie całkiem przyzwoite nawilżenie. Jak na kosmetyk, który według producenta ma głównie oczyszczać, to całkiem nieźle ;) Dodatkowo maseczka lekko niwelowała mój rumień i rozjaśniała cerę - nie było to działanie spektakularne, ale warto je odnotować :) Dla mnie jedyną wadą tego produktu jest stosunek ceny do pojemności - za opakowanie maseczki musimy zapłacić około 70zł, a ubywa jej dość szybko... Mimo wszystko - bardzo ją polubiłam i dziękuję Madzi z bloga I Love Dots za podarowanie mi jej ;) Sama pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi :D
Miałyście już może styczność z tym produktem? Lubicie maseczki? A może polecicie mi jakiś inny, ciekawy produkt na bazie glinek? Dajcie koniecznie znać!

czwartek, 30 kwietnia 2020

O tym, że odpowiednia higiena twarzy jest ważna - Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej

Nie wiem, jak sytuacja wygląda u Was, ale ja bardzo łatwo niechcący mogę zrobić swojej twarzy krzywdę żelem do mycia i jest to produkt, który najczęściej "oddaję dalej", a jak coś już się sprawdzi, to rzadko się z tym rozstaję. Przede wszystkim, mój kosmetyk myjący musi mieć odpowiednie pH, łagodzić, nie naruszać bariery hydrolipidowej skóry, a najlepiej jeszcze grać, tańczyć, wiązać krawaty i tak dalej :D Bo jak nie... To witamy rumień, zaskórniki i cały arsenał innych nieprzyjemności :P Wszak delikatne i skuteczne mycie, produktem o fizjologicznym pH, który nie podrażnia, to tak naprawdę połowa sukcesu w walce o ładną cerę ;) Czy Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej pomógł mi w czy zaszkodził w moim maratonie? Same przeczytajcie!
Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej
Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej znajduje się w biało - zielonym opakowaniu z pompką, zawierającym 473ml produktu i ważnym 12 miesięcy od otwarcia. Nie robi ono jakiegoś szczególnie pozytywnego wrażenia, ale ma ciekawy, prostokątny kształt i bez problemu możemy wycisnąć potrzebną nam ilość kosmetyku. Naklejka pomimo trzymania w łazience nie odkleja się, a byłam niemal pewna, że tak będzie, bo na amerykańskie opakowanie, naklejono jedynie polskie nakładki ;) Ewidentną wadą jest za to brak możliwości sprawdzenia ilości żelu, jaka znajduje się w butelce. Ledwo cokolwiek widać nawet pod światło... 
Co na jego temat mówi producent? Żel do mycia został opracowany we współpracy z dermatologami. Oczyszcza oraz usuwa nadmiar sebum, nie naruszając bariery ochronnej skóry twarzy oraz ciała. Zawiera trzy kluczowe dla cery ceramidy, niacynamid (mój ukochany!), a także kwas hialuronowy. Jest odpowiedni dla dorosłych i dzieci od 3 roku życia. Formuła kosmetyku jest bezzapachowa, hypoalergiczna i niekomedogenna. Mimo tego, że Cerave twierdzi, że ich żel nie pachnie, ja podczas mycia wyczuwam bardzo delikatną, świeżą nutę :) Dużą jego zaletą, jest konsystencja. Żel nie jest ani za rzadki, ani za gęsty, lekko się pieni oraz bardzo dobrze spłukuje z twarzy. I co ważne - nie szczypie w oczy - nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo często coś się do nich dostanie podczas mycia :P Dodatkowo Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej jest niesamowicie wydajny! Niecałe pół pompki wystarcza mi do umycia twarzy. 
Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej
Jak jednak działa Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej? U mnie naprawdę rewelacyjnie! Na początku używałam go do mycia "od stóp do głów", ale na mojej buzi dawał sobie radę tak dobrze, że pod prysznic wyciągnęłam sobie coś innego, a ten żel został specjalistą od mycia twarzy.  Skóra po użyciu tego produktu, jest pięknie oczyszczona, a jednocześnie blada, niezaczerwieniona. Dodatkowo - nie odczuwam żadnego nieprzyjemnego ściągnięcia, podrażnienia ani swędzenia :) Nawet na dłuższą metę, przy stosowaniu dwa razy dziennie nie wysusza i nie powoduje żadnych innych szkód. Wręcz powiedziałabym, że pomaga. Cerave Oczyszczający Żel do Mycia Dla Skóry Normalnej i Tłustej kocha również mój brat, który myje się nim cały (fajna opcja dla leniwych panów) i zużył już chyba niezliczoną liczbę opakowań. Widzę też, że z mojego produktu ochoczo korzysta mąż i także jest zadowolony - ma cerę tłustą. Także zarówno ja, jak i "moi panowie" bardzo polecamy! ;) Duże opakowanie upolujecie za około 50zł, a małe -zawierające 236ml za plus minus 30zł.
Znacie żele do mycia marki Cerave? A może macie innych ulubieńców? Czego aktualnie używacie do mycia twarzy? Dajnie koniecznie znać!

piątek, 24 kwietnia 2020

The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution ("Krwawy Peeling"), czyli kolejna przygoda z kwasami

The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution był moim pierwszym zakupem w 2020 roku, więc chyba pora na jego recenzję ;) Szczególnie, że niedawno miał swój debiut w ulubieńcach ostatnich miesięcy... Jak się on u mnie spisał? Czy poradził sobie z problemami, z którymi ostatnio się zmagam? A może tylko zaszkodził? Same zobaczcie!
The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution Krwawy Peeling
Nie wiem, co Wy sądzicie na ten temat, ale dla mnie opakowania The Ordinary są po prostu brzydkie. Kupiłam owego dnia dwa produkty, dawniej miałam również niacynamid z cynkiem, a kilka innych stosował mój brat, więc swoje już widziałam :P. Są one wykonane z matowego szkła, mają 30ml pojemności i wszystkie są krzywe, porysowane albo uszkodzone w jakiś dziwny sposób. Np. nakrętka od recenzowanego dziś "krwawego peelingu" z uporem maniaka po zakręceniu wyskakiwała z gwinta. Potem długo kombinowałam z nakrętką, aż w końcu osiągnęłam połowiczny sukces - pompka jest krzywa, ale przynajmniej butelka daje się szczelnie zakręcić. I taki kosmetyk może nam służyć 12 miesięcy od otwarcia? Masakra. Generalnie jeszcze nie trafiłam na dobre opakowanie pochodzące od marki The Ordinary :D Może to pech, a może naprawdę jest coś na rzeczy ;) W składzie peelingu znajdują się kwasy alfa-hydroksylowe (czyli AHA) (glikolowy, mleczanowy, winowy, cytrynowy) w stężeniu 30% oraz kwas beta-hydroksylowy (salicylowy - tzw BHA) w stężeniu 2%, a także kopolimer kwasu hialuronowego, aloes, witamina B5, czarna marchewka i pieprz tasmański. W skrócie: Kwasy AHA złuszczają najwyższe warstwy naskórka, by uzyskać jaśniejszy i bardziej równomierny koloryt, a BHA nie tylko złuszcza skórę, ale także pomagają oczyścić pory.
The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution Krwawy Peeling
Jakie efekty da się osiągnąć podczas stosowania The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution? Tak naprawdę bardzo szerokie, ze względu na połączenie kwasów AHA i BHA :) Możemy więc liczyć na regulację pracy gruczołów łojowych, oczyszczenie ich ujść, wyrównanie kolorytu, złuszczenie wierzchniej, poszarzałej warstwy naskórka, spłycenie zmarszczek oraz blizn, a także na ogólne działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Konsystencja produktu to bardzo rzadki żel, który mnie najwygodniej nanosić na twarz palcami. Peeling ten zapachu według mnie niemalże nie posiada (ale za to ma czerwony kolor, stąd jego przydomek "krwawy"), choć może gdyby dobrze się wczuć, można by doszukać się w nim delikatnej, "kwaśnej" nuty. Produktu używam zgodnie z zaleceniem producenta raz w tygodniu i nakładam go na twarz maksymalnie na 10 minut. Uwierzcie - jeśli przesadzicie z tym produktem, albo ogólnie z substancjami aktywnymi (np. kwasami, retinolem), możecie zaburzyć barierę hydrolipidową skóry. Dla niewtajemniczonych - jest to mieszanka sebum i potu tworząca na skórze warstwę ochronną, która zapobiega utracie wody przez skórę oraz rozwojowi bakterii. Jeśli źle dobierzemy pielęgnację, albo nie zadbamy o nawilżenie i odbudowę cery tym bardziej ona się broni i produkuje więcej sebum. Często konsekwencją zbyt agresywnego mycia oraz złuszczania są wypryski, zaczerwienienia i podrażnienia twarzy. 
The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution
W moim przypadku, produkt ten jest stosunkowo wydajny, wystarczy cienka warstwa preparatu i już widać efekty. Teraz tak: mnie on nie szczypie (ale uważajcie, jak go nakładacie, lepiej nie mieć żadnych ranek ;)), a twarz po jego zmyciu nie jest zaczerwieniona, ale już u mojego męża, jest dokładnie odwrotnie. Mówi, że podczas aplikacji i w trakcie zabiegu skóra podszczypuje, a jego twarz po zmyciu wygląda przez chwilę jak buraczek :D U mnie z kolei, cera wręcz blednie ;) Generalnie jeśli chodzi o moją twarz, to myślę, że moc peelingu The Ordinary jest akurat "w punkt". Komfort stosowania jest zachowany, podczas zabiegu produkt nie ścieka na szyję, a dzięki czerwonemu kolorowi można go dokładnie zmyć, co przychodzi z łatwością (wystarczą tylko paluszki, żadnych gąbek Calypso :D).
The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution
Co zatem z działaniem? Jest dokładnie tak, jak obiecywał producent :) Już po zmyciu, skóra jest miękka, gładka, rozjaśniona (nawet u mojego męża jak po kilku minutach zejdzie zaczerwienienie), odświeżona i jędrna. Na dłuższą metę na pewno pomaga mi zachować jednolity koloryt skóry, wspomaga walkę z przebarwieniami, lekko wygładza zmarszczki, a także chyba pomógł mi zredukować ilość zmian zaskórnikowych (choć już zanim zaczęłam go stosować było ich bardzo mało, a teraz niemalże się nie pojawiają).  Bałam się, że The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution będzie dla mnie za mocny, ale prawdopodobnie przez 2 lata stosowania kwasów, moja skóra zbudowała sobie już jakąś tolerancję i idealnie się dogadujemy ;) Dodatkowo jego zaletą jest przystępna cena, wszak za buteleczkę zapłacimy około 32zł. 
Mam świadomość, że The Ordinary - AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution to produkt, który pojawia się chyba wszędzie i zbiera dobre opinie, ale musiałam dorzucić swoje trzy grosze :D Miałyście już okazję go używać? Macie swoje zdanie na jego temat? A może posiadacie innych ulubieńców marki The Ordinary? Dajcie koniecznie znać! ;*

P.S. Jeśli stosujecie teraz kwasy, pamiętajcie o ochronie przeciwsłonecznej w postaci filtra SPF 50 ;)