środa, 28 lipca 2021

Isntree Tw-Real Bifida Ampoule, czyli o odmładzającej ampułce z lizatem bifidobakterii słów parę

Isntree Tw-Real Bifida Ampoule interesowała mnie chyba od momentu premiery, a kiedy zaczęły spływać pozytywne opinie na jej temat, zapragnęłam wypróbować ją na swojej skórze jeszcze bardziej. Dodatkowo wcześniej stosowałam krem pod oczy z tej serii i byłam z niego naprawdę zadowolona (link do recenzji), co tylko pogłębiało ciekawość. W końcu - pora na recenzję! Czy ampułka sprostała moim wygórowanym oczekiwaniom? Już Wam mówię! :)
Isntree Tw-Real Bifida Ampoule
Serum Isntree Tw-Real Bifida Ampoule umieszczono w eleganckim, szklanym opakowaniu z pipetą, utrzymanym w kremowo-złotej tonacji kolorystycznej. Całość zawiera 50 mililitrów kosmetyku. Wszystko działa bez zarzutu, a dzięki takiemu rozwiązaniu, możemy zachować wysoki poziom higieny (pamiętajcie, nie dotykamy końcówką dłoni ani twarzy). 
Isntree Tw-Real Bifida Ampoule
Co na temat tego serum mówi producent? "TW-Real Bifida Ampoule to serum do twarzy zawierające 88% skoncentrowanego lizatu fermentacji bifida, peptydy oraz ekstrakt z fermentu dyniowego, sojowego i ryżowego, niacynamid, a także adenozynę, która pozwala kompleksowo zadbać o skórę. Esencja o działaniu regenerującym chroni komórki skóry, utrzymuje ją gładką i promienną. Dodatkowo serum stymuluje odnowę komórek, wyrównuje koloryt skóry oraz służy do korygowania zmian związanych z wiekiem. Nie zawiera alkoholu, parabenów i perfum."
Isntree Tw-Real Bifida Ampoule
Isntree Tw-Real Bifida Ampoule ma konsystencję czegoś pomiędzy płynem, żelem, a olejkiem. Całość jest przezroczysta i pachnie tak delikatnie, że niemal nic nie czuć nawet w butelce. Jeśli chcecie, pod spód można zastosować jeszcze tonik, bądź mgiełkę, ale wtedy ampułka wchłania się ciut wolniej. Początkowo nieco zniechęcała mnie formuła produktu, która nieco trąciła olejkiem, ale po kilku użyciach i stwierdzeniu, że produkt ten faktycznie niemal idealnie się wchłania - przekonałam się do niej. Zaraz po nałożeniu całość nieco się świeci, ale po chwili nie czuć go już na twarzy, choć pozostawia po sobie lekki, wygładzający film. Na szczęście nic się nie lepi :) Do zalet warto zaliczyć także fakt, że to produkt wydajny i starczy nam na długi czas.
Isntree Tw-Real Bifida Ampoule
Jak zatem Isntree Tw-Real Bifida Ampoule spisało się u mnie? Na szczęście mimo wygórowanych wymagań udało mu się stanąć na wysokości zadania. Skóra podczas stosowania była pięknie nawilżona, jędrna, gładka i elastyczna, a co za tym idzie - zmniejszyła się także widoczność zmarszczek. Bariera hydrolipidowa również z pewnością zyskała na włączeniu ampułki do mojej pielęgnacji. Skóra była zgodnie z obietnicami niezaróżowiona i ładnie rozświetlona, choć produkt nie usunął moich starszych przebarwień. Mam jednak świadomość, że nie taka była jego rola ;) Co ważne - nie zafundował mi też wysypu zaskórników, a przyznam że nieco się tego obawiałam :) Na Jolse można je dostać już za 17.99$, co jest bardzo atrakcyjną ceną, biorąc pod uwagę wydajność i działanie.
Znacie Isntree Tw-Real Bifida Ampoule? Stosujecie kosmetyki z fermentami lub probiotykami? A może jesteście fankami peptydów? Jakie serum gości w Waszej aktualnej pielęgnacji? Dajcie znać w komentarzach!


czwartek, 22 lipca 2021

Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++, czyli filtr i pielęgnacja w jednym

Po latach wierności Biore Aqua Rich Watery Gel, w końcu zapragnęłam odmiany i od jakiegoś czasu testuję różnego rodzaju filtry. Z różnym skutkiem. Ciągnie mnie tradycyjnie w stronę Azji, czyli Korei i Japonii, ale nie omieszkałam wypróbować także naszych Polskich i Europejskich nowości. Jednak do brzegu... Dziś pora na recenzję Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++. Jest to filtr, który obiecuje wiele. Nie tylko skuteczną ochronę przed słońcem, ale także pielęgnację. Jak potoczyła się nasza znajomość? Już Wam opowiadam!
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++ umieszczono w płaskiej, białej tubie, zawierającej aż 90 gramów kosmetyku. W moim odczuciu, tuba lub buteleczka z dziubkiem, to bardzo dobre rozwiązanie, jeśli chodzi o produkty z SPF. Jest prosto, higienicznie, elegancko, łatwo wydobyć zawartość i wycisnąć odpowiednią ilość produktu, oraz co ważne - zużyć go do końca. A dodatkowo łatwo takie opakowanie włożyć do torebki lub zabrać na wyjazd. Co o swoim kosmetyku mówi producent? "Shiseido Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++ to żel przeciwsłoneczny z bardzo wysokim filtrem, odporny na działanie wody, potu i sebum. Zapewnia wyjątkową ochronę przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym, jednocześnie regulując i ujednolicając pigmentację skóry. Redukuje i rozjaśnia ciemne plamy, piegi oraz zapobiega powstawaniu nowych, nieestetycznych przebarwień. Zawiera opracowany przez Shiseido kwas m-traneksamowy oraz ekstrakt z lukrecji. Formuła zawiera 50% składników pielęgnujących skórę. Pięciornik kurze ziele, kwas hialuronowy, kolagen morski, zielona herbata i szarotka chronią twarz przed wysuszeniem. Skóra jest komfortowo nawilżona, ma ładniejszy koloryt, wygląda świeżo. Żel szybko się wchłania, nie bieli oraz może być stosowany jako baza pod makijaż."
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++ shiseido
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++ zawiera pięć rodzajów kapsułkowanych filtrów. Cóż to takiego? Kapsułkowane filtry pozostają na powierzchni skóry, gdzie zapewniają wysoką ochronę przed promieniowaniem UV, ale nie mają z nią bezpośredniego kontaktu, dzięki czemu są idealne dla cery wrażliwej. SPF Anessa Whitening ma bardzo lekką, wręcz płynną konsystencję, która przypomina mi azjatyckie emulsje. Na szczęście całość jest na tyle przemyślana, że nie wylewa się z tubki :P Filtr lekko pachnie cytrusami i rzadko się to zdarza, ale dla mnie to naprawdę przyjemny aromat. SPF zawiera trochę alkoholu, ale ja osobiście go nie czuję. Łatwo go rozprowadzić i rozsmarować, oraz co ważne - nie szczypie mnie on ani w twarz, ani w oczy.
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++
Jakie wykończenie towarzyszy filtrowi Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++? Po całkowitym wchłonięciu, na mojej twarzy pozostaje lekki, satynowy film, który wygląda naturalnie oraz nie świeci się nadmiernie. Można go nosić bez przypudrowania, ale ja wolę to zrobić :D Krem jest przyjemny w użytkowaniu i choć słabo współpracuje z kosmetykami nakładanymi pod spód, to świetnie nadaje się pod makijaż. Jeśli chodzi o reaplikację to generalnie nieźle się sprawuje, ale bywa, że zaczyna się wałkować. Niestety ale na co dzień ja rzadko to robię (rano nakładam odpowiednią warstwę, a wszystkie moje kosmetyku kolorowe, od bazy przez BB i puder, również mają SPF 50).
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++
Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++ faktycznie dobrze chroni przed słońcem. Nie zauważyłam nawet cienia opalenizny, ani aby na mojej twarzy pojawiły się przebarwienia, bądź utrwaliły nowe, nie odnotowałam żadnych oznak alergii na słońce, oraz skutków ubocznych typu zapychanie lub wysyp niedoskonałości. Wydaje mi się również, że substancje wybielające zawarte w filtrze, także delikatnie wspomagają walkę z przebarwieniami i mimo iż nie stosuję nic poza tym SPFem, to znikają one jakoś szybciej niż zwykle. Mimo drobnych niedociągnięć, z chęcią bym do tego filtra powróciła i polecam go wszystkim, którzy mają problem z nadmierną pigmentacją ;)
Miałyście już okazje testować Anessa Whitening UV Sunscreen Gel SPF50+ PA ++++? Pamiętacie o codziennej ochronie przed słońcem? Jaki jest Wasz ulubiony filtr przeciwsłoneczny? Może polecicie mi coś ciekawego? ;)

piątek, 16 lipca 2021

Makijaż z marką Missha - puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ i Vivid Fix Marker Pen Liner

Ostatnio maluję się rzadziej oraz być może delikatniej, ale myślę że nigdy nie nastąpi moment, kiedy przestanę całkowicie robić makijaż ;) Za bardzo to lubię. W kwestii kosmetyków kolorowych marki Missha - dotychczas miałam jedynie ich kremy BB, z czego jeden kocham naprawdę wielką miłością i zużyłam już dwa lub trzy opakowania (recenzja). Tym razem postanowiłam więc wypróbować puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ oraz eyeliner Vivid Fix Marker Pen Liner. Jak ten duet się u mnie sprawdził? Same przeczytajcie!
Missha - puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ i Vivid Fix Marker Pen Liner

Missha - puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ i Vivid Fix Marker Pen Liner
Missha Vivid Fix Marker Pen Liner ma formę mazaka wykonanego z solidnego plastiku i zawiera 0.6g produktu ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Opakowanie utrzymano w srebrno - czarnej kolorystyce, która przykuwa oko i nie niszczy się, ale niestety ma wielką tendencję do "palcowania". Ślady z podkładu gwarantowane. Ja nie lubię brudnych opakowań kosmetyków, więc od czasu do czasu po prostu przecieram go micelem ;) Wewnątrz pisaka znajduje się kuleczka do mieszania tuszu. Warto również wspomnieć o tym, że skuwka trzyma się eyelinera bardzo mocno i nie ma szans by otworzyła się ona samoistnie. Tego typu produkty dobrze sprawdzą się też w podróży, zajmują dużo mniej miejsca niż słoiczek i pędzel ;) 
Missha Vivid Fix Marker Pen Liner
Aplikator Missha Vivid Fix Marker Pen Liner jest wykonany ze stosunkowo twardej gąbeczki. Końcówka jest bardzo precyzyjna i możemy narysować nią zarówno cienką, jak i grubą kreskę, ale w moim odczuciu do tego typu aplikatorów potrzeba wprawy. Jeśli jej nie macie - lepszy będzie liner w pędzelku. Kosmetyk lekko sunie po powiece, nie rozlewa się, oraz łatwo znosi wszelkiego rodzaju poprawki. Po nałożeniu zasycha w błyskawicznym tempie, zapewniając nam eleganckie, lekko błyszczące wykończenie, które trwa aż do zmycia. Na mojej powiece, nałożony na bazę i cień do powiek, zdołał przetrwać praktycznie w każdych warunkach :) Upał na Bałkanach, całonocną jazdę autem, kilkugodzinną drzemkę. Kolega jest nie do zdarcia. Jednocześnie, co ciekawe, dość łatwo zmyć go podczas demakijażu ;) Eyeliner Missha kosztuje na Jolse około 9.5$. U mnie zdał egzamin śpiewająco!
Missha - puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ Vanilla
Missha Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ umieszczono w eleganckim, czarno - srebrnym opakowaniu. Jest ono wykonane z plastiku, ale wygląda bardzo porządnie, nie rysuje się, zawiera lusterko i osobne miejsce na puszek do nakładania produktu, którego wewnątrz jest 9.5g. Aplikator dołączony do kosmetyku również jest interesujący, bo to lateksowa, płaska gąbeczka, obleczona z jednej strony puchatym meszkiem ;) Wszystko w sam raz do torebki albo na wyjazd. Puder ten występuje w dwóch odcieniach do wyboru. Ja mam kolor Vanilla, który będzie w sam raz dla bladych twarzy posiadających neutralne tony. Na szczęście nie ciemnieje on w ciągu dnia. Kosmetyk lekko pachnie kwiatami, nie wiem czy dobrze, ale mnie ten aromat szczególnie kojarzy się z jaśminem ;) Jakie wykończenie serwuje nam puder Missha? Na moje oko to coś pomiędzy matem, a satyną. Nie posiada drobinek i wyjątkowo ładnie wygląda nałożony pędzlem, choć niestety odrobinę pyli. Gąbeczkę dołączoną do zestawu polecam jedynie poza domem, ciężko nie zostawić plam aplikując nią produkt. Kosmetyk użyty w rozsądnej ilości, zapewnia mi delikatne, eleganckie wykończenie, dobrą trwałość i piękne wygładzenie (zarówno w dotyku jak i optycznie). 
Missha - puder Signature Dramatic Two-Way Pact SPF25 PA++ i Vivid Fix Marker Pen Liner
Po jego użyciu, makijaż zaczyna wyglądać gorzej dopiero po około 4-5 godzinach. Warto jednak zauważyć, że gorzej, nie znaczy źle, bo nawet po tym czasie nie uwidaczniają się suche skórki, kosmetyk nie wchodzi w zmarszczki, a ja się nie świecę. Po tym czasie zdarza mu się uwidocznić pory na nosie oraz delikatnie wytrzeć, ale nawet pod koniec dnia wygląda na twarzy przyzwoicie. Dwa czy trzy razy zdarzyło mu się zwarzyć na brodzie, ale nie do końca była to wina samego pudru, a bardziej leku nałożonego pod spód i zamaskowanej wysypki :P Co ważne, puder nie wysusza mojej skóry, nie podrażnia jej w żaden sposób, nie prowokuje powstawania niedoskonałości i nie powoduje "efektu maski". Fajnym dodatkiem jest SPF25 PA++, ale pamiętajmy że to tylko "bonus", a nie coś zapewniającego nam ochronę. Filtr nałóżcie więc normalnie ;) Cena? Można go dostać już za 14.50$.
Podsumowując moją przygodę z kolorówką Missha - chyba należy zaliczyć ją do tych całkiem udanych :) A Wy miałyście styczność produktami do makijażu tej marki? Znacie ich kultowe kremy BB? A może jesteście fankami pielęgnacji Missha? Kupowałyście już na Jolse po zmianie przepisów celnych? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 9 lipca 2021

Bubel alert, czyli La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+

Z powodów urlopowych oraz zdrowotnych, przypadkiem moja przerwa w blogowaniu wyszła dużo dłuższa, niż pierwotnie planowałam. Mimo wszystko - mówi się trudno i z przypływem nowej weny wraca na "stare śmieci". Zawsze lubiłam Wam pisać pozytywne recenzje, wybierałam produkty które za coś polubiłam, albo się u mnie sprawdziły, wszak nie dałabym chyba opisać wszystkiego, co stosuję. Nienawidzę tworzyć recenzji bubli, ale tym razem muszę, żeby ktoś nie naciął się tak samo jak ja. One też bywają potrzebne. O co więc chodzi? O La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+, na który zdecydowałam się jakiś czas temu, kiedy to na urlop szukałam pomadki z wysoką ochroną SPF. I cóż... Srogo się zawiodłam. Dlaczego? Już mówię!
La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+
Pomadka La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+ ma formę klasycznego, wykręcanego sztyftu, który wykonano w całości z plastiku. Jest on dobrej jakości, nie rysuje się noszony w torebce i kieszeni oraz mimo prostoty - wydaje się przyjemny dla oka, taki słoneczny :D Sztyft łatwo się wykręca, nie wysuwa sam i bez problemu można schować nadmiar do środka (miałyście kiedyś takie pomadki, które trzeba było wpychać palcem? xD). Sam produkt niestety jest stosunkowo twardy, szczególnie na początku i trochę "ciągnie" usta podczas nakładania. Całość zawiera 4.7 grama produktu, a sztyft jest ścięty na płasko. Na szczęście nie zauważyłam, żeby "gibał się" w opakowaniu.
La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+
La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+ lekko pachnie mieszanką wanilii i ciasteczek. Poza opakowaniem to jedna z niewielu jego zalet :P Jak smakuje? Gorzko. Naprawdę dla mnie była to porażka na całej linii i po nałożeniu balsamu, czułam się, jakbym przed chwilą najadła się filtra do twarzy. Posmak w ustach utrzymywał się dobre 40min (nałożyłam ją pierwszy raz w aucie jak jechałam do rodziców, więc wiem :P) i autentycznie myślałam, że zwymiotuję xD Co mówi o nim producent? "Balsam z SPF 50+ La Roche-Posay skutecznie chroni wrażliwe miejsca takie jak usta, nos czy uszy, które są bardziej narażone na oddziaływanie promieni słonecznych. Dzięki szerokiemu spektrum ochrony unikniesz nieprzyjemnych poparzeń, a aplikacja zawsze będzie szybka i precyzyjna. Nie pozostawia białych śladów, jest hipoalergiczny, niekomedogenny oraz wodoodporny". Sztyft oczywiście również bieli, moje usta lekko rozjaśnił, tyle że nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Bardziej nie odpowiadało mi okropne uczucie obklejenia warg.
La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+
I teraz gwóźdź do trumny... La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+ strasznie wysuszał mi usta. Tak, wiem, moje są z natury problematyczne, ale przez te kilka dni, kiedy próbowałam stosować tę pomadkę, ciągle walczyłam z suchymi skórkami, ściągnięciem, a kiedy w końcu pękły, oddałam ją mężowi, żeby smarował nią bliznę po operacji, którą ma na szyi. Chyba spokojnie mogę mianować ją bublem pierwszego półrocza 2021 roku. Jeśli macie ochotę wypróbować ten balsam mimo wszystko, to za tę przyjemność zapłacicie około 35zł. Na szczęście już znalazłam dla niego niezłe zastępstwo :D 
Macie jakieś doświadczenia z La Roche-Posay Anthelios XL Balsam do Ust SPF 50+? Przypadła Wam ona o gustu, czy może nie za bardzo? Jesteście w stanie polecić mi jakieś skuteczne pomadki ochronne zawierające SPF50? 

wtorek, 22 czerwca 2021

Ochrona przeciwsłoneczna z Topestetic, czyli Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50

To chyba pierwszy od dawna rok, kiedy skusiłam się w końcu na jakieś eksperymenty z kremami z filtrem. Od wielu lat używałam jednego, a jak zużyłam opakowanie, kupowałam kolejny. Taki sam oczywiście. Z czasem okazuje się, że jednak wszystko może się znudzić i pora sięgnąć po coś nowego. Mam nadzieję, że do stosowania ochrony przed promieniowaniem UV nie muszę już nikogo zachęcać. Dobrze wiemy, iż zapobiega ona nowotworom, przebarwieniom, pomaga uniknąć zmarszczek, a nawet zaostrzenia chorób autoimmunologicznych. Jest też absolutnie niezbędna, jeśli przyjmujecie na stałe leki, używacie kwasów, bądź retinolu. Przejdźmy jednak do rzeczy, czyli do Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50. Jak spisał się u mnie? Już Wam mówię!
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50 znajduje się w sporej, błękitnej tubce, zawierającej 60 mililitrów kosmetyku. Jeśli chodzi o filtry, to chyba jedno z lepszych rozwiązań. Jest prosto, higienicznie i dzięki wąskiemu dziubkowi łatwo wydobyć ze środka zalecaną ilość kosmetyku (czuli między 0.8 a 1.2g w zależności od wielkości Waszej twarzy). Bez problemu można zabrać filtr ze sobą na wyjazd, lub po prostu włożyć do torebki. Co mówi o nim producent? "Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50 to ultralekki krem nawilżający dedykowany cerze normalnej, tłustej i mieszanej, z faktorem SPF 50, zabezpieczającym skórę przed promieniowaniem UVA oraz UVB. W kremie znajdziemy naturalne źródła witaminy C jak ekstrakt z granatu, ekstrakt z czarnego bzu  i ekstrakt z owoców goji. Dogłębne nawilżenie skóry zapewnia ekstrakt z rumianku oraz ekstrakt z nasion owsa. Za działanie przeciwzapalne odpowiadają: ekstrakt z winogron, ekstrakt z zielonej herbaty i ekstrakt z kopru. Fluid pozostawia po sobie przyjemne wykończenie, bez uczucia tłustości." Jest to filtr fizyczno-chemiczny, zawierający cztery substancje chroniące przed promieniowaniem.
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50 ma bardzo lekką, wręcz płynną konsystencję, więc jeśli nie będziecie uważać, może wylać Wam się z tubki :D Pachnie lekko cytrusami, ale jak to w przypadku filtra - do pięknych on nie należy. Na szczęście czuć go tylko podczas aplikacji. Ta jest szybka i prosta. Łatwo go rozprowadzić oraz rozsmarować (pamiętajcie o uszach;)). Niestety na okolice oczu muszę stosować coś innego, bo ten filtr mnie szczypie.
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50
Jakie wykończenie zapewnia nam Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50? Po całkowitym wchłonięciu, na mojej twarzy pozostaje lekki, satynowy film, który wygląda naturalnie oraz nie świeci się nadmiernie. Bez problemu mogę go nosić bez przypudrowania. Krem jest przyjemny w użytkowaniu i nadaje się także pod makijaż. Jeśli chodzi o reaplikację to powtórzę to co ostatnio - próbowałam gąbeczką na makijaż. Nieźle się sprawuje, ale ja rzadko to robię (nieładnie, ale rano nakładam odpowiednią warstwę i wszystkie moje kosmetyku kolorowe, od bazy przez BB i puder, również mają SPF 50. Dodatkowo na zewnątrz noszę czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne).
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50
Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50 chyba faktycznie dobrze chronił mnie przed słońcem, mimo braku najwyższej, dostępnej na rynku ochrony. Nie zauważyłam, aby na mojej twarzy pojawiły się przebarwienia, bądź utrwaliły nowe, ani nie odnotowałam żadnych oznak alergii na słońce (tak, posiadam ;)). Skutków ubocznych typu zapychanie lub wysyp niedoskonałości u mnie nie było. Stosowałam pod niego głównie serum kojące bądź antyoksydacyjne i cera faktycznie była ładnie nawilżona. Wady? Jak każdy filtr stosowany w odpowiedniej ilości, nie jest zbyt wydajny. No i nie mogę się doszukać szczegółowych informacji na temat ochrony przed UVA. Byłabym spokojniejsza widząc ten znak wzięty na opakowaniu w kółeczko ;) Mimo to, uważam że to dobry, miejski filtr. Na Topestetic kosztuje 183zł, wysyłka kurierem jest już w cenie.
Miałyście już okazje testować Paula's Choice Resist Youth Extending Daily Hydrating Fluid SPF 50? Pamiętacie o codziennej ochronie przed słońcem? Jaki jest Wasz ulubiony filtr przeciwsłoneczny? Może polecicie mi coś ciekawego? ;)


czwartek, 17 czerwca 2021

Miya myPOWERlashes - porównanie tuszy do rzęs. Który okazał się lepszy?

Recenzje tuszy do rzęs zawsze stanowią dla mnie małe wyzwanie fotograficzne :) Bardzo lubię je testować i przez moje ręce przechodzi masa maskar, ale robienie zdjęć malutkim szczoteczkom, drobnym detalom, oraz efektu jaki dają, nie jest moją ulubioną czynnością ;) Tym razem postanowiłam jednak się przemóc i zrobić małe porównanie Miya myPOWERlashes. Pierwszym z nich jest wersja Extra Volume&Length, a drugim Volume, Length&Lift. Jak się u mnie sprawdziły? Już Wam mówię!
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length Volume, Length&Lift
1. Opakowanie
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Proste, w kolorze pudrowego różu, ze srebrnymi detalami, bardzo ładne i kobiece. W trakcie użytkowania napisy nie ulegają wytarciu. Zawiera 10 mililitrów produktu, ważnego 6 miesięcy od pierwszego otwarcia.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Identyczne. Proste, w kolorze pudrowego różu, ze srebrnymi detalami, bardzo ładne i kobiece. W trakcie użytkowania napisy nie ulegają wytarciu. Zawiera 10 mililitrów produktu, ważnego 6 miesięcy od pierwszego otwarcia.
2. Opis producenta
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Mascara o naturalnej, pielęgnacyjnej formule, posiada aż 99,4% składu pochodzenia naturalnego. Pogrubia rzęsy, wydłuża, zwiększa objętość. Optycznie zagęszcza i „powiększa” oko. Tusz pielęgnuje, wzmacnia, odżywia oraz nabłyszcza, zapewniając długotrwały efekt bez osypywania. Silikonowa szczoteczka pokrywa rzęsy od nasady aż po końce, zwiększając ich objętość za jednym pociągnięciem oraz pozwala na precyzyjne pokrycie nawet krótkich rzęs. Pigment pochodzenia mineralnego nadaje głęboki, intensywny, czarny kolor Miya Black. Długo utrzymuje się na rzęsach bez kruszenia i rozmazywania.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Mascara o naturalnej, pielęgnacyjnej formule, posiada aż 99,4% składu pochodzenia naturalnego. Tusz wydłuża rzęsy, podkręca, z każdym pociągnięciem zwiększa ich objętość. Pielęgnuje i odżywia włoski, nabłyszcza je, wzmacnia. Zapewnia długotrwały efekt bez osypywania. Klasyczna szczoteczka oraz jej zwężająca się końcówka pozwala pomalować nawet najmniejsze rzęsy w kącikach oczu. Łatwo i precyzyjnie rozprowadza tusz na rzęsach, nie zostawia grudek, nie skleja rzęs. Pigment pochodzenia mineralnego nadaje głęboki, intensywny, czarny kolor Miya Black.
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length Volume, Length&Lift
3. Szczoteczka
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Sylikonowa, wygięta w łuk, z różnej długości włoskami, dokładnie taka, jak lubię. Jedyne, co mogę jej zarzucić, to fakt, że jest wykonana z dość twardego plastiku i przy odrobinie nieuwagi można delikatnie się nią ukłuć. Nabiera skromną ilość tuszu, więc dla osiągnięcia zadowalającego mnie efektu muszę nałożyć kilka warstw oraz sporo się namachać.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Prosta, klasyczna, bardzo tradycyjna. Nie jestem fanką takiego rozwiązania, ale ta okazała się zadziwiająco dobra. Jest miękka a jednocześnie ładnie rozczesuje rzęsy. Nabiera optymalną ilość tuszu i szybciej można osiągnąć pożądany efekt.
4. Konsystencja i zapach
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Tusz od razu jest gotowy do użytku, od początku konsystencja jest optymalna i bez problemu możemy malować nim rzęsy. Lekko pachnie plasteliną :D
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - W tym przypadku tusz również od razu może trafić do użytku. Zapach jest dokładnie taki sam :)
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length Volume, Length&Lift
5. Kolor
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Piękna, głęboka czerń, która nie blaknie w ciągu dnia. Widząc, że producent uzyskał ją w sposób naturalny, miałam wątpliwości, ale okazały się one bezpodstawne.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Sytuacja jest dokładnie taka sama. Rzęsy cały dzień mają piękny, czarny kolor, który nie blaknie w ciągu dnia.
6. Trwałość
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Od nałożenia aż do zmycia wygląda u mnie tak samo. Może gdyby sytuacji przyjrzeć się bardzo wnikliwie, można by powiedzieć, że rzęsy odrobinę tracą efekt uniesienia, ale byłoby to lekkie czepialstwo. Nie osypuje się, nie rozmazuje, wytrzymuje nawet popołudniową drzemkę.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Tutaj również sytuacja jest identyczna. Od nałożenia aż do zmycia wygląda bardzo dobrze, nie rozmazuje się i nie osypuje, nawet jeśli się zdrzemnę.
7. Efekt
Miya myPOWERlashes Extra Volume&Length - Mimo deklaracji producenta, rzęsy nawet po nałożeniu kilku warstw wyglądają bardzo naturalnie. Są lekko wydłużone, uniesione, i pogrubione, mają ładny, czarny kolor, ale to raczej efekt, który sprawdzi się u amatorek naturalnego looku, lub przy lekkim, codziennym makijażu. Na plus zaliczam fakt, że tusz nie skleja rzęs i podczas malowania nie musimy obawiać się grudek.
Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift - Tutaj sytuacja jest podobna, choć efekt końcowy w przypadku tej wersji może być nieco bardziej widoczny. Przez to, pomimo faktu posiadania nielubianej przeze mnie klasycznej szczoteczki, ta wersja bardziej przypadła mi do gustu. Po nałożeniu kilku warstw (w przypadku obu tuszy trzeba się "namachać") rzęsy są pogrubione, uniesione i wydłużone. Nadal jest to jednak efekt taki jak tusz - naturalny :)
Podsumowanie: 
Jeśli jesteście fankami naturalnej kolorówki bądź lubicie delikatny efekt, może to być coś dla Was. Różnica tkwi w tym przypadku głównie w szczoteczkach, choć wydaje mi się, że wersją Miya myPOWERlashes Volume, Length&Lift można osiągnąć odrobinę lepsze rezultaty. Cena tuszu? W zależności od miejsca zakupu, zapłacicie za niego około 44zł. 
Miałyście już styczność z kosmetykami kolorowymi marki Miya? Co o nich sądzicie? Macie jakichś ulubieńców? Dajcie koniecznie znać!



piątek, 11 czerwca 2021

Ukojenie z Topestetic, czyli Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej

Zachęcona pozytywnymi efektami stosowania wszelkiego rodzaju maseczek oraz faktem że moja skóra po prostu je lubi, a podczas wszelkich tego typu kuracji wygląda dużo lepiej, powoli zagłębiam się w ten świat dalej. Czym się kieruję? Najlepiej by dany produkt starczył mi na kilka razy i był zmywalny. Ze względów ekologicznych unikam płacht oraz jednorazowych produktów w saszetkach - dla mnie ilość generowanych śmieci nie jest warta "zachodu". Sama więc nigdy ich nie kupuję, ale jeśli dostanę je gdzieś w prezencie, oczywiście zużywam :) Tym razem zapraszam Was na recenzję maski Dottore Rossatore Mask Home - wyciszającej maski dla skóry naczyniowej. Jak się u mnie sprawdziła? Czy dała sobie radę z moją poniekąd dość trudną cerą z niedawno zaleczonym trądzikiem różowatym i motylem występującym w przebiegu tocznia układowego? Już Wam opowiadam!

Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej
Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej znajduje się w eleganckiej, plastikowej tubie, od której bije ekskluzywny, srebrny blask :D Całość zawiera 100ml produktu i jest on bardzo wygodny w użytkowaniu. Bez problemu można wycisnąć potrzebną nam ilość, a reszta produktu ma zapewnioną przez opakowanie odpowiednią ochronę (do słoiczka zawsze dostanie się więcej bakterii niż do tubki). Kosmetyk jest ważny 6 miesięcy od otwarcia. Co mówi o niej producent? "Dottore Rossatore Mask Home to wyciszająca maska do cery naczyniowej i wrażliwej wspomagająca w walce z zaczerwienieniami, trądzikiem różowatym oraz innymi niedoskonałościami, jak również poprawiająca jej ogólną kondycję i wyrównująca koloryt. Produkt doskonale wycisza skórę poddaną zabiegom peelingującym, a za sprawą azeloglicyny i kwasu szikimowego zawartego w preparacie działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie".
Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej
Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej ma delikatny, zielonkawy odcień, oraz jednolitą, kremową konsystencję. Ja zawsze nakładam ją szpatułką. Jest to bardziej higieniczne i dzięki temu, możemy uzyskać bardziej równomierną warstwę. Aromat maski jest wyczuwalny w opakowaniu oraz podczas nakładania, potem już zupełnie go nie czuć. Ta "zielona" świeżość jest jednak na tyle neutralna, iż nie sądzę by komukolwiek przeszkadzała :) Producent zaleca, by trzymać ją na twarzy przez 15 minut, a potem spłukać. Tradycyjnie ja robiłam to gąbeczką, ponieważ zmywanie jej palcami dla mnie trwa zbyt długo :D Maska zawiera w swoim składzie glinkę, ale nie zasycha na twarzy.
Dottore Rossatore Mask Home - wyciszająca maska dla skóry naczyniowej
Co jednak z działaniem  Dottore Rossatore Mask Home? Po zmyciu maseczka nie pozostawia po sobie żadnego filmu, jednak cera zyskuje zupełnie nowy wygląd. Skóra ma ujednolicony koloryt, a wszelkie czerwone zmiany są w znaczącym stopniu wyciszone. Jeśli oczekujecie redukcji zaczerwienień - tutaj na pewno to dostaniecie. Dodatkowo zauważyłam, że produkt pomaga w odbudowie bariery hydrolipidowej podczas wszelkich kuracji substancjami aktywnymi. Jeśli więc oczekujecie nawilżenia, ukojenia i ładnie zwężonych porów, a dodatkowo macie rumień albo trądzik różowaty, to zdecydowanie coś dla Was! W Topestetic kosztuje ona 159zł, dostawa jest już darmowa.
Stosujecie maseczki w swojej pielęgnacji? Znacie markę Dottore? Wiecie o tym, że pochodzi z Polski? Kupujecie czasem w sklepie Topestetic? Dajcie koniecznie znać!

piątek, 4 czerwca 2021

Miya Nawilżający Krem SPF 50+. Jak się u mnie sprawdził?

Kiedyś już Wam o tym pisałam, ale powtórzę raz jeszcze. Dla osób chorych reumatologicznie, skuteczna ochrona przeciwsłoneczna jest szczególnie ważna. Normalnie mówi się głównie o tym, że promieniowanie wywołuje nowotwory skóry i przyspiesza starzenie, ale w naszym przypadku warto o nią zadbać jeszcze z jednego względu. Kąpiele słoneczne mogą spowodować pogorszenie się stanu zdrowia, rzut choroby oraz różnego rodzaju alergie skórne, które zazwyczaj są trudne do zaleczenia. Ja z jedną męczyłam się ponad pół roku! Dlatego o kremie z od wielu lat SPF już nie zapominam. Dziś więc pora na kilka słów o produkcie, którego miałam okazję używać w ostatnim czasie. Cóż to takiego? Miya Nawilżający Krem SPF 50+! Jak dał sobie u mnie radę? Już Wam mówię!
Miya Nawilżający Krem SPF 50+
Miya Nawilżający Krem SPF 50+ znajduje się w małej, żółtej tubce, zawierającej 40 mililitrów kosmetyku. Opakowanie (bez części dozującej) oraz nakrętka wykonane są w 100% z tworzywa pochodzącego z recyclingu. Za to plus dla marki. Całość jest wygodna, higieniczna, łatwa do dozowania ze względu na długi, wąski dziubek i bezproblemowa jeśli chodzi o zabranie jej ze sobą. Co mówi o tym SPF producent? "To codzienna pielęgnacja nawilżająca z bardzo wysoką ochroną przed promieniowaniem UVA/UVB. Krem chroni skórę, zapobiegając przedwczesnemu fotostarzeniu się, przebarwieniom oraz plamom pigmentacyjnym. Lekka formuła nie klei się, nie bieli cery, nadaje się do skóry wokół oczu i pod makijaż. Dodatkowo 100% osób potwierdziło, że ma lekką, nietłustą formułę, nie obciąża oraz łatwo się rozprowadza, a 98% osób potwierdziło, że nie bieli skóry. Zawiera fotostabilne filtry o bardzo wysokiej, udowodnionej skuteczności. Przeznaczony do każdego typu cery, w tym wrażliwej, tłustej, mieszanej oraz okolic oczu."
Miya Nawilżający Krem SPF 50+
Miya Nawilżający Krem SPF 50+ ma lekką konsystencję przypominającą coś pomiędzy emulsją, a rzadkim kremem. Zapach produktu jest delikatny, ale niezbyt ujmujący. Na szczęście chemiczna cytrynka wyczuwalna jest chyba jedynie w opakowaniu, oraz podczas nakładania na twarz. Co ważne - filtr nie szczypie w oczy oraz łatwo się rozprowadza (tak, nakładając SPF pamiętamy też o powiekach, uszach i innych "zakamarkach"). Jeśli chodzi o bielenie - zaraz po nałożeniu znacząco zmienia odcień skóry, ale po odczekaniu przepisowych 15-20 minut, bez problemu wtapia się w moją cerę.
Miya Nawilżający Krem SPF 50+
Jakie wykończenie zapewnia nam Miya Nawilżający Krem SPF 50+? Po około kwadransie od nałożenia, już po całkowitym wchłonięciu pozostawia on na mojej twarzy lekko błyszczący, satynowy film. W ciągu dnia staje się on coraz bardziej matowy, ale podejrzewam, że wynika to częściowo z wycierania się. Krem jest przyjemny w noszeniu i bez problemu możemy wykonać na nim makeup, choć polecam odczekać około 20 minut. Jeśli chodzi o reaplikację - próbowałam gąbeczką na makijaż. Nie jest źle, ale generalnie ja rzadko dokładam filtr (wiem, nieładnie, ale rano wklepuję odpowiednią warstwę i wszystkie moje kosmetyku kolorowe, od bazy przez BB i puder, również mają SPF 50). W przypadku Miya producent zaleca robić to co 2 godziny. Gdybym się nie malowała i nie nosiła makijażu, czapki, okularów oraz maseczki, to pewnie bym to robiła :D
Miya Nawilżający Krem SPF 50+
Miya Nawilżający Krem SPF 50+ chyba faktycznie dobrze chroni przed słońcem. Nie odnotowałam utrwalenia przebarwień, pojawienia się jakichkolwiek nowych piegów, alergii, ani opalenizny. Filtr nie jest jednak moją jedyną formą ochrony przed słońcem. Skutków ubocznych typu zapychanie lub wysyp niedoskonałości u mnie nie było. Nie stosowałam pod niego żadnych dodatkowych specyfików i on chyba faktycznie przyzwoicie nawilża moją aktualnie mieszaną skórę. Wady? Jak każdy filtr stosowany w odpowiedniej ilości, nie jest zbyt wydajny, a kosztuje w cenie regularnej 59zł (ale zdarzają się dobre promocje!). Drugą z nich jest fakt, że nadal trwają badania nad sprawdzeniem, jaki poziom ochrony przed promieniowaniem UVA zapewnia nam produkt marki Miya. Byłabym spokojniejsza widząc ten znak wzięty na opakowaniu w kółeczko, szczególnie ze względu na chorobę reumatyczną i zażywane leki fotouczulające. Mimo wszystko, może to być ciekawy filtr miejski dla osób lubiących eko rozwiązania, wszak aż 90.1% składu jest pochodzenia naturalnego.
Miałyście już okazje testować nowy produkt marki Miya? Pamiętacie o codziennej ochronie przed słońcem? Jaki jest wasz ulubiony filtr przeciwsłoneczny? Może coś polecicie? ;)

czwartek, 27 maja 2021

Hity ostatnich miesięcy - pielęgnacja twarzy, ciała i makijaż

Od pojawienia się ostatnich kosmetycznych ulubieńców minęło już dość dużo czasu. Pora więc przedstawić, co nowego podbiło moje serce. Tym razem - inaczej niż ostatnio, znajdzie się tu także coś dla fanek makijażu. W końcu, po dłuższej przerwie wróciłam do niego i z ochotą testuję zaległe nowości. Co więc sprawdziło się w poprzednich miesiącach szczególnie dobrze? Same zobaczcie! 
Some By Mi Super Matcha Pore Clean Clay Mask
1. Some By Mi Super Matcha Pore Clean Clay Mask - umieszczono w małym, zgrabnym słoiczku wykonanym z grubego, zielonego plastiku, zawierającym 100g kosmetyku. To maska glinkowa na bazie herbaty matcha oraz kwasów BHA do głębokiego oczyszczania porów. Kosmetyk ma jasnoszary kolor a jej konsystencja jest stosunkowo gęsta. Zapach? Dość intensywny, świeży, mocno herbaciany. W moim odczuciu jest on bardzo przyjemny i nie powinien przeszkadzać podczas trwającej 10-20 minut sesji. Co ważne, maska raczej nie zasycha na skórze, dzięki czemu nie musimy zraszać niczym twarzy aby uniknąć wysuszenia. Z usunięciem jej nigdy nie miałam problemów, ale zawsze do zmywania go używałam celulozowej gąbeczki. Maseczka nałożona na skórę delikatnie chłodzi. Po sesji z maseczką SOome By Mi Super Matcha skóra jest widocznie rozjaśniona, gładka w dotyku, ukojona, miękka, jędrna i oczyszczona z nadmiaru sebum. Również pory są mniej widoczne. Dodatkowo przy regularnym stosowaniu zauważyłam szybsze gojenie się zmian, krócej miałam na twarzy przebarwienia pozapalne, a delikatnie działający kwas salicylowy, skutecznie zredukował liczbę zaskórników przy linii włosów. Jestem bardzo zadowolona z jej działania i z chęcią kupiłabym kolejne opakowanie. Dla mnie to uosobienie skuteczności z delikatnością. Jedyny minus to dla mnie średnia (nie mylić ze słabą!) wydajność. Na bank kupię drugie opakowanie!
Clio Kill Cover Liquid Concealer Anastasia Beverly Hills Liquid Liner
2. Clio Kill Cover Liquid Concealer - Gama jego odcieni nie jest zbyt rozbudowana, ale z pewnością będą z niej zadowolone osoby, mające jasną karnację. Ja posiadam odcień 02 Lingerie i muszę przyznać producentowi, że faktycznie jest to beż wpadający w chłodne tony, co przy mojej cerze jest jak najbardziej pożądane. Nie posiada on żadnych drobinek i co ważne: nie śmierdzi. Łatwo nakłada się go zarówno gąbeczką jak i palcem, choć ja preferuję raczej ten pierwszy sposób. Korektor całkiem szybko zastyga, pozostawiając po sobie satynowe wykończenie. Sam produkt nie jest zbyt gęsty oraz ma średnie krycie, które bez problemu można stopniować. A teraz najważniejsze: utrwalony trzyma się w stanie niemal idealnym od nałożenia aż do zmycia i absolutnie nie ma mowy o żadnym wchodzeniu w zmarszczki, ani podkreślaniu suchych skórek. Korektor Clio dobrze współpracował z każdym moim pudrem, kremem pod oczy oraz bazą i jego jedynym minusem jest dla mnie słaba dostępność. Mimo wszystko - bardzo polecam!
3. Anastasia Beverly Hills Liquid Liner - Od razu zacznę z grubej rury. To nie jest produkt dla początkujących amatorów kresek, tylko dla starych wyjadaczek. Dlaczego? Ponieważ nie należy do najprostszych w obsłudze. Poza tym? Ideał. Ma głęboki odcień czerni, utrzymuje się na powiece od nałożenia, aż do zmycia (z drzemką po południu też daje radę), szybko schnie i łatwo się go zmywa. Jestem bardzo na tak, choć sama końcówka nie jest szczególnie precyzyjna, a dodatkowo nabiera sporo produktu, co może być utrudnieniem dla osób, które zaczynają przygodę z kreskami.
CeraVe Nawilżający Balsam do Ciała
4. CeraVe Nawilżający Balsam do Ciała - Co myślicie gdy widzicie balsam do ciała z apteki? Bo ja - "na bank jest tłusty!". No i zonk! Ten nie jest tłusty, tylko wchłania się niemal do matu, pozostawiając po sobie bardzo lekki, powiedziałabym jakby aksamitny w dotyku film. Nie świeci się, nie roluje, niemal nie pachnie. Genialnie się go stosuje. I genialnie działa! Zawiera unikatową formułę, która gwarantuje stopniowe uwalnianie trzech rodzajów ceramidów przez cały dzień po aplikacji. Warto stosować go przy atopowej skórze czy łuszczycy, bo wzmacnia odbudowę bariery naskórkowej, która jest silnie osłabiona w przebiegu tych chorób. To także świetny balsam nawilżający na szybkie pozbycie się podrażnień i uczucia suchości. Ja z pewnością kupię kolejne opakowanie, tylko tym razem będzie to ten duży słoik. Kocham go ja, mój brat atopik, chętnie stosuje mąż. Nie dziwię się, że jest chwalony wszem i wobec. Jeśli jeszcze nie próbowałyście - to kupcie ;)
I to już wszystko na dziś :) Znacie choć jeden z kosmetyków, który podbił ostatnio moje serducho? Jaki macie stosunek do mojego top 4? Coś znacie? Któryś produkt lubicie? Dajcie koniecznie znać!

czwartek, 20 maja 2021

I'm From w Misun! Recenzja kojącej maseczki "Mugwort Mask"

I'm From to koreańska marka kosmetyczna, która przywiązuje dużą wagę do naturalnych składników oraz ich pochodzenia. "Nature as it is. It's I'm From" - za hasłem producenta stoją trzy ważne obietnice - przejrzystość składników, uczciwe materiały oraz brak szkodliwych dodatków. Kosmetyki I'm From to po prostu nowoczesne formuły produktów bazujące na tym, co w naturze najlepsze. Marka szybko zdobyła więc serca ludzi na całym świecie, a ich kosmetyki stały się kultowe i wyróżniają się na tle innych. Osobiście wzdychałam sobie po cichutku do produktów tej firmy właściwie odkąd je zobaczyłam. Niestety chyba na początku było mi z nimi nie po drodze, potem zaskoczył mnie lockdown, przestałam zamawiać za granicą, a moje zainteresowanie rozeszło się po kościach. Jednak niedawno Misun wprowadził ich produkty do swojej oferty i zaproponował mi wypróbowanie maski I'm From Mugwort Mask, która według opisu idealnie miała wpasować się w pielęgnację mojej cery. Czy jej się to udało? Już mówię!
I'm From Mugwort Mask
I'm From Mugwort Mask umieszczono w szklanym słoiczku, zawierającym 110 gramów produktu. Jest on stosunkowo wygodny w użytkowaniu, choć mógłby nie posiadać zwężenia w miejscu zamknięcia. Wtedy na pewno łatwiej byłoby wydostać zawartość. W razie czego, są również dostępne mniejsze opakowania w formie tubek. Do aplikacji maski zawsze stosuję dedykowaną szpatułkę, która również jest dostępna w sklepie. Miałam już do tego celu pędzle, różne aplikatory, ale ta wygrała wszystko i towarzyszy mi przy każdym zabiegu. Co jednak mówi o swoim kosmetyku producent? "I'm From Mugwort Mask to maska typu wash off (do zmywania). Zawiera ona bylicę koreańską - bogatą w minerały i witaminy roślinę, znaną z właściwości leczniczych - kojących oraz regenerujących. Maska błyskawicznie łagodzi stany zapalne i podrażnienia, a specjalnie skomponowany skład sprawia, że maseczka pozostawia cerę nawilżoną oraz odżywioną. Żelowa formuła zapewnia orzeźwiający, przyjemny efekt. Polecana dla każdego typu cery, nawet problematycznej i wrażliwej". Już z samego opisu brzmi jak coś w sam raz dla mnie :P
I'm From Mugwort Mask
Kosmetyk ma oliwkowy kolor i niejednorodną konsystencję. W tym zielono - brązowym żelu zanurzone są kawałki bylicy, czyli tak zwane "farfocle" :D Jak już wspomniałam, ja zawsze nakładam ją szpatułką, bo to gwarantuje higieniczną aplikację, równomierne rozprowadzenie produktu i czyste palce ;) Zapach maski? Dość dziwny, bardzo naturalny, trawiasto - ziołowy. Mnie on nie przeszkadza, tylko prowadzi do lat dzieciństwa i czasów posiadania królika imieniem Mimi. Ten produkt pachnie wypisz wymaluj jak siano, które jadł :D Aromat nie jest jednak na tyle intensywny, aby nie wytrzymać 5-10 minut, zalecanych przez producenta. Z usunięciem jej nigdy nie miałam problemów, ale zawsze do zmywania go używałam celulozowej gąbeczki. Palcami niestety schodzi tak niespecjalnie ;) Próbowałam specjalnie dla Was :D Maseczka po nałożeniu delikatnie chłodzi skórę, a gdy ją usuniemy - nie pozostawia po sobie żadnego filmu.
I'm From Mugwort Mask
Co jednak z działaniem? Po sesji z maseczką I'm From Mugwort Mask skóra jest widocznie wygładzona, rozjaśniona, zaczerwienienia są zredukowane (szczególnie te pozapalne, albo od "grzebania"), cera nawilżona i ukojona, a pory mniej widoczne. Według mnie, znacząco przyspiesza ona także gojenie się wszelkich niespodzianek i ze swojej strony, polecałabym ją przede wszystkim osobom mającym cerę trądzikową, ze skłonnością do niedoskonałości, bądź podrażnień, albo z rozszerzonymi naczynkami i rumieniem. Stosuję ją 2 - 3 razy w tygodniu i zawsze jestem zadowolona z efektów :)
Lubicie kosmetyki z bylicą? Stosujecie ją w swojej pielęgnacji? A może jesteście fankami kojących właściwości innych substancji? Znacie markę I'm From? Lubicie stosować maseczki? Dajcie koniecznie znać!


piątek, 14 maja 2021

SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask - o oczyszczającej maseczce słów kilka

Długo, oj bardzo długo nie dostrzegałam potencjału, jaki kryje się w maseczkach do twarzy. Wydawało mi się to po prostu zbędnym dodatkiem do kremu i serum, a ich nakładanie było dla mnie po prostu zbędnymi, nudnymi minutami, wyjętymi wieczorem z życiorysu... Aż w końcu zauważyłam, że moja cera sama się masek dopomina, a mnie ich aplikacja stopniowo sprawia większą przyjemność niż dawniej. Najbardziej przypadły mi aktualnie do gustu produkty na bazie glinek i dziś pora na recenzję właśnie produktu tego typu. SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask - Jak się u mnie sprawdziła? Czy jestem z niej zadowolona? Już Wam mówię!
SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask maseczka oczyszczająca pory
SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask umieszczono w małym, zgrabnym słoiczku wykonanym z grubego, zielonego plastiku. Całość zawiera 100 gramów oraz jest ważna 12 miesięcy od otwarcia. Słoiczek jest bardzo wygodny i łatwo się z niego korzysta, ponieważ ma szeroki otwór, przez który bez problemu możemy nabrać odpowiednią ilość kosmetyku. Co mówi o niej producent? "SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask to maska ​​glinkowa na bazie herbaty matcha  do głębokiego oczyszczania porów. Maseczka wygładza, koi skórę i nawilża, normalizując oraz utrzymując zdrową równowagę hydrolipidową. Dodatkowo skutecznie obkurcza pory. Kwasy BHA z ekstraktu z kory wierzby białej i liści zielonej herbaty pomagają złuszczać martwe cząsteczki skóry. Z kolei glinka oraz herbata matcha w proszku wyciąga z porów nadmiar sebum i inne zanieczyszczenia. Wyciągi z centelli, liści drzewa herbacianego, hauttuinii, a także wody lodowcowej i mineralnej działają kojąco na skórę, nawilżają oraz przywracają równowagę".
SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask
Kosmetyk ma jasnoszary kolor a jej konsystencja jest gęstawa - przypomina trochę pastę. Ja nakładam ją na twarz szpatułką, bo ciężko zmyć ją z palców i wchodzi pod paznokcie :P Zapach? Dość intensywny, świeży, mocno herbaciany. W moim odczuciu jest on bardzo przyjemny i nie powinien przeszkadzać podczas trwającej 10-20 minut sesji. Co ważne, maseczka raczej nie zasycha na skórze, dzięki czemu nie musimy zraszać niczym twarzy aby uniknąć wysuszenia. Z usunięciem jej nigdy nie miałam problemów, ale zawsze do zmywania go używałam celulozowej gąbeczki. Maseczka nałożona na skórę delikatnie chłodzi. Dla mnie to bardzo przyjemne i kojące doznanie.
SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask
Co jednak z działaniem? Po sesji z maseczką SOME BY MI Super Matcha Pore Clean Clay Mask skóra jest widocznie rozjaśniona, gładka w dotyku, ukojona, miękka, jędrna i oczyszczona z nadmiaru sebum. Również pory są mniej widoczne. Dodatkowo, przy regularnym stosowaniu, zauważyłam szybsze gojenie się zmian, krócej miałam na twarzy przebarwienia pozapalne, a delikatnie działający kwas salicylowy, skutecznie zredukował liczbę zaskórników przy linii włosów. Jestem bardzo zadowolona z jej działania i z chęcią kupiłabym kolejne opakowanie. Dla mnie to uosobienie skuteczności z delikatnością :) Jedyny minus to dla mnie średnia (nie mylić ze słabą!) wydajność. Mój egzemplarz pochodzi ze sklepu Joom, a maseczka kosztowała tam około 65zł już z dostawą. 
Lubicie kosmetyki z kwasem salicylowym? Stosujecie w swojej pielęgnacji glinki? A może jesteście fankami właściwości zielonej herbaty? Znacie markę SOME BY MI? Jaka jest Wasza ulubiona maseczka? Dajcie koniecznie znać!

P.S. Z kodem INGA15 zrobicie na Joom zakupy z 15% rabatu. Kod nie jest afiliacyjny.

sobota, 8 maja 2021

Bitwa kremów z ceramidami. Dr.Jart+Ceramidin Cream vs. Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream

Ceramidy. Cóż to takiego? To naturalny składnik lipidów skóry, stanowiący ważne spoiwo wypełniające przerwy międzykomórkowe w warstwie rogowej naszego naskórka. Są one także nazywane cementem międzykomórkowym, który uszczelnia barierę hydrolipidową. Jak powszechnie wiadomo, to ona naszą skórę chroni, wzmacnia i pozwala jej się regenerować. Ceramidy są więc niezbędnym składnikiem w pielęgnacji każdego rodzaju cery. Dlaczego? Ponieważ nawilżają, odbudowują barierę lipidową, regenerują i chronią naskórek przed utratą wody. Ponadto łagodzą podrażnienia, są zbawieniem dla osób stosujących kwasy oraz retinol, a także działają przeciwzmarszczkowo. To chyba wystarczy, by stwierdzić, że warto włączyć je do swojej pielęgnacji... Przez ostatnie miesiące testowałam dla Was dwa kremy, zawierające ten cenny składnik. Droższy - Dr.Jart+Ceramidin Cream i tańszy - Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream. Postaram się więc odpowiedzieć na pytanie, czy warto zapłacić więcej...? A może taniej w tym przypadku znaczy lepiej? Albo może wszystko jedno? Zapraszam na "bitwę" kremów z ceramidami! :D
Dr.Jart+Ceramidin Cream Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream porównanie
Opis producenta

Dr.Jart+Ceramidin Cream: To głęboko nawilżający krem, wzbogacony o 5-Cera Complex (należący do marki Dr.Jart), który wzmacnia barierę ochronną skóry oraz zapobiega nadmiernej utracie wody. Ceramidy zawarte w kremie odbudowują barierę hydrolipidową skóry zapobiegając tym samym ucieczce wilgoci oraz wzmacniając jej ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo krem zawiera szereg składników, które wspomagają nawilżenie skóry takie jak: kwas hialuronowy, masło shea, probiotyk, ekstrakt z alg oraz liści eclipty Produkt niweluje suchość, szorstkość oraz uczucie dyskomfortu pozostawiając skórę wygładzoną, zmiękczoną i widocznie odżywioną.
Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream: To lekki balsam, który łagodzi i leczy podrażnioną skórę, jednocześnie równoważąc i chroniąc naturalną barierę naszej cery. Preparat zawiera 50% liści Centella Asiatica, 10000 ppm ceramidu NP i 500 ppm wyciągu z Centella Asiatica Medical Grade, który naprawia uszkodzoną skórę oraz chroni ją przed działaniem czynników zewnętrznych i wilgoci. Idealny dla wszystkich rodzajów skóry. Poza tym zawiera także witaminę B3, kwas hialuronowy, panthenol, oraz ekstrakt z nasion Cassia Obtusifolia.
Opakowanie
Dr.Jart+Ceramidin Cream: Tubka utrzymana w biało - żółtej stylistyce, wykonana z plastiku. Nakrętka jest porządna, a otwór dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Podczas użytkowania nie zauważyłam żadnych uszczerbków. Zawartość jest dobrze chroniona przed bakteriami ponieważ opakowanie nie zasysa powietrza. Całość zawiera 50 mililitrów i jest ważna 12 miesięcy od otwarcia.
Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream: Tubka utrzymana w biało - pomarańczowej stylistyce. Nakrętka jest średniej jakości i wygląda nieco tanio, ze względu na rodzaj plastiku z jakiego ją wykonano. Mimo to, nie widać zniszczeń tuby podczas użytkowania kremu. Opakowanie nie zasysa powietrza, więc łatwiej o higienę. Całość zawiera 80 gramów i jest ważna 12 miesięcy od otwarcia.
Dr.Jart+Ceramidin Cream Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream
Zapach
Dr.Jart+Ceramidin CreamDość intensywnie pachnie cytrusami - według mnie bergamotką. Aromat jest ładny, ale dość mocny i nie każdej osobie może on odpowiadać. Chwilę utrzymuje się na twarzy.
Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream: Krem pachnie dość intensywnie, ja czuję w nim kwiaty. Aromat mi się podoba, ale wrażliwcy mogą być nie do końca zadowoleni. Zapach chwilę utrzymuje się na twarzy
Konsystencja
Dr.Jart+Ceramidin Cream: Ma bardzo gęstą, treściwą konsystencję, która jednocześnie z zadziwiającą łatwością rozprowadza się po skórze. Nie klei się oraz bardzo szybko się wchłania pozostawiając po sobie leciutki film ochronny. Raz zrolował mi się na serum, nałożony dość grubą warstwą.
Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream: Ma konsystencję, która przypomina odrobinę połączenie kremu z żelem. Nie klei się zbyt mocno, ale potrzebuje chwilkę na wchłonięcie oraz pozostawia po sobie ochronny film. Lepiej nakładać go w miarę oszczędnie. Zaaplikowany w dużej ilości na nieodpowiedni kosmetyk, potrafi się zrolować.
Dr.Jart+Ceramidin Cream Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream
Działanie
Dr.Jart+Ceramidin Cream: Praktycznie od razu po nałożeniu kosmetyk jest w stanie ukoić ściągniętą i wysuszoną różnymi kuracjami skórę, co czyni go świetnym kandydatem do stosowania w towarzystwie kwasów oraz retinoidów. Krem stosowany przez dłuższy czas faktycznie poprawił wygląd mojej skóry. Spowodował wzrost nawilżenia, więc twarz stała się miękka, jędrna, gładsza, zmarszczki, będące efektem odwodnienia poznikały. Cera stała się po prostu ładniejsza. Wszystkie niespodzianki, oraz pozostałe po nich ślady goiły się szybciej (nawilżona skóra regeneruje się dużo sprawniej!). Jednocześnie należy dodać, że mimo tego, iż jest to produkt nawilżająco - odżywczy, nie odnotowałam żadnego wysypu niedoskonałości. Podczas stosowania kremu, niemal nie pojawiał się u mnie rumień
Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream: Praktycznie od razu po nałożeniu może ukoić ściągniętą i wysuszoną skórę. Dobrze sprawdzi się jako produkt regeneracyjny w przypadku cer suchych, odwodnionych, bądź podrażnionych substancjami aktywnymi. Krem Cosrx poprawił kondycję mojej skóry, która dzięki niemu stała się lepiej nawilżona, miękka, jędrna, oraz wygładzona. Nawet zmarszczki powstałe w wyniku odwodnienia są mniej widoczne. Dodatkowo niedoskonałości oraz przebarwienia po nich goiły się szybciej niż bez "wsparcia" (nawilżona skóra regeneruje się szybciej). Jednocześnie należy dodać, że nie zauważyłam żadnych objawów mogących sugerować tak zwane "zapchanie porów". Podczas jego stosowania, nie zauważyłam także pogorszenia jeśli chodzi o mój rumień na policzkach.
Dr.Jart+Ceramidin Cream Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream
Podsumowanie
Na dobrą sprawę oba te kremy różnią niuanse. Jakość opakowania, zapach, konsystencja, wchłanianie, rodzaj pozostawionego na twarzy filmu, oraz rzecz bardzo istotna - cena. Na Jolse Dr.Jart+ Ceramidin Cream kosztuje 38$ a Cosrx Balancium Comfort Ceramide Cream - 16$. Działanie jest jednak naprawdę na tyle zbliżone, że jeśli nie zależy Wam na ładnej tubce i nie przeszkadza cięższy film ochronny, to z powodzeniem możecie kupić Cosrx. Finalny efekt na twarzy powinien być taki sam. Jeśli istotne jest dla Was, aby krem był lekki i lubicie ładne opakowania - postawcie na Dr.Jart+. Ja niestety bardziej polubiłam ten droższy ze względy na wyższy komfort użytkowania...
Stosujecie w swojej pielęgnacji ceramidy? Lubicie kosmetyki z tym składnikiem? A może macie już swojego faworyta? Albo macie ochotę wypróbować któryś z przedstawionych tu produktów? Dajcie znać w komentarzach!

piątek, 30 kwietnia 2021

Dr.Jart+ Ctrl - A Teatreement Moisturizer - czy działa jak obiecywał?

Cała seria Dr.Jart+ Ceramidin od bardzo dawna święci na świecie triumfy. Ja sama miałam okazję przekonać się o jej zbawiennym działaniu na cerę za sprawą zestawu miniatur, genialnego serum i chyba jeszcze lepszego kremu. Zawsze nurtowało mnie jednak pytanie, czy to tylko udana linia, czy może cała marka faktycznie godna jest wyjątkowego zainteresowania? I tak oto trafił do mnie Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer, który obiecywał wiele, a jego skład przemówił do mnie wysoką zawartością zielonej herbaty. Czy ów "nawilżacz" spełnił obietnice? Polubiliśmy się, czy może nie do końca? Już Wam mówię!
Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer
Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer został umieszczony w białej tubce o pojemności 50 mililitrów, urozmaiconej zielonymi akcentami. Całość prezentuje się bardzo porządnie, jest estetycznie - jak przystało na markę, materiały są dobrej jakości. Według mnie, lepiej byłoby jednak, gdyby ze względu na konsystencję, umieszczono ów produkt w opakowaniu z pompką. Mimo małego otworu, niestety potrafi wylać się z tuby. Jest ona nieprzezroczysta, ale na szczęście pod światło możemy sprawdzić, ile produktu zostało jeszcze wewnątrz. Co o swoim "nawilżaczu" mówi producent? "Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer to lekki krem nawilżający z innowacyjnym kompleksem Teatreement ™, stworzony po to, aby w sposób ukierunkowany pozbywać się niedoskonałości i zapobiegać powstawaniu nowych. Emulsja równoważy poziom pH skóry oraz dba o to, by niedoskonałości znikały bez jednoczesnego podrażnienia i przesuszenia cery. Zmniejsza ona także widoczność porów, goi zaskórniki oraz objawy trądziku, przywracając skórze promienny wygląd. Produkt jest niekomedogenny, a przy tym skuteczny i delikatny w działaniu. Zawiera 81.5% ekstraktów z liści herbaty."
Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer
Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer ma bardzo lekką konsystencję, która przypomina emulsję. Łatwo rozsmarowuje się go na twarzy, bardzo szybko się wchłania i świetnie nadaje się do stosowania pod filtr, lub wieczorem na serum. Dobrze współpracuje z innymi kosmetykami oraz makijażem. Krem nałożony solo, daje matowe, bardzo naturalne wykończenie, które niemal nie zmienia wyglądu cery (świetna rzecz dla panów). Co ciekawe, kosmetyk delikatnie chłodzi, więc może być idealną opcją na lato ;) Zapach? Jak w przypadku większości herbacianych kosmetyków - w moim odczuciu śliczny. Lekki, świeży, bardzo delikatny, czuć w nim odrobinę ziół, trochę herbacianej słodyczy. Nawet jeśli nie przypadnie komuś do gustu, to nie czuć go długo... Na minus w przypadku tego produktu trzeba jednak zaliczyć wydajność ;)
Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer
Co zatem z działaniem Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer? W moim odczuciu jest to kosmetyk bardzo lekki, ale jednocześnie dobrze robiący to, co do niego należy. Ja stosowałam go przede wszystkim rano i przyznać muszę, że skóra wyglądała na ładnie nawilżoną, a jednocześnie dało się także odczuć przeciwzapalne działanie emulsji. Wszystko szybciej się goiło, żadne ponadprogramowe zmiany nie pojawiły się po włączeniu jej do pielęgnacji a dodatkowo zauważyłam także korzystny wpływ na zaczerwienienia i rumień. Same plusy, choć przy stosowaniu kwasów, wieczorem musiałam wytoczyć cięższe działa w postaci kremów z ceramidami, bo emulsja nie radziła sobie do końca z odżywieniem mojej cery. 
Podsumowując: jest to kosmetyk, który idealnie wpisał się do mojego schematu pielęgnacyjnego i w tym zestawieniu byłam z niego naprawdę zadowolona. Należy jednak pamiętać, że jako jedyny produkt nawilżający, ma szansę sprawdzić się chyba jedynie w przypadku skór tłustych, jednak ja doceniłam Dr.Jart+ Ctrl-A Teatreement Moisturizer głównie za działanie przeciwzapalne. Na Jolse można dostać go za 20$. Czy warto? Zależy czego szukacie :)
Znacie markę Dr. Jart+? Szukacie w kosmetykach właściwości przeciwzapalnych? Dajcie koniecznie znać! 

piątek, 23 kwietnia 2021

IsnTree TW - Real Eye Cream - czy była z tego przyjaźń?

Rzadko testuję nowe kremy pod oczy. Jest to kosmetyk, który często kupuję w dużych pojemnościach i nie za bardzo lubię go zmieniać, jeśli coś mi odpowiada. Podobnie mam z filtrami SPF do twarzy :D Jak już "przykleiłam się" do jednego, to ciężko mi się z nim rozstać. W tej kategorii nie jest AŻ tak źle, ale wszelkie nowości wybieram zazwyczaj z głębokim rozmysłem i po dłuższym studiowaniu opinii w sieci. Tym razem padło na IsnTree TW - Real Eye Crem. Czy się polubiliśmy? 
IsnTree TW-Real Eye Cream
Krem pod oczy IsnTree TW-Real Eye Cream umieszczono w zwykłej tubce, ale ma ona pewne "bajerki" ;) Pierwszym z nich, jest nadrukowany złoty wzorek, drugim - złota nakrętka, a trzecim - aplikator! Długi, plastikowy, z elegancką kuleczką na końcu. Tego typu dozowniki spotykałam jedynie w dużo droższych kremach, więc to ogromny plus dla marki :) Sposób aplikowania kosmetyku jest bardzo higieniczny, a potem w razie czego - można tubkę rozciąć. Napisy z plastiku nie schodzą i całość wygląda ładnie nawet po dłuższym eksploatowaniu. Zaletą jest także spora jak na krem pod oczy pojemność, wszak wewnątrz znajdziemy aż 30 mililitrów produktu.
Krem pod oczy IsnTree TW-Real Eye Cream
Co o kremie pod oczy IsnTree TW-Real Eye Cream mówi producent? "Fermentowany lizat BIFIDA pomaga wzmocnić barierę ochronną słabszych tkanek wokół oczu i dostarcza składników odżywczych. Ponadto w kremie znajdują się także kompleks 3GF i heksapeptyd acetylowy-8, które pomagają uelastycznić skórę i zwiększyć jej "objętość". Tworzy naturalny kompleks nawilżający z masła shea, oleju z awokado oraz masła z nasion mango. W kosmetyku znajduje się także adenozyna i niacynamid". Mój nos twierdzi, że ten krem nie posiada zapachu, co jak na kosmetyk przeznaczony do okolic oczu wydaje się plusem :) Bardzo polubiłam się z jego konsystencją, która niby na pierwszy rzut oka może wyglądać na lekką, ale tak naprawdę jest treściwa oraz dość gęsta, więc warto chwilę poczekać aby zdążył się wchłonąć jeśli stosujecie go pod makijaż. Po rozsmarowaniu, krem pozostawia po sobie delikatny, nielepiący film, dający odczucie ukojenia, wygładzenia, a okolica oka właściwie od razu wygląda jakby lepiej... I teraz najważniejsze - on nawet w nocy nie migruje i nie wpycha nam się nieproszony do oka :D
IsnTree TW-Real Eye Cream
Co jednak z działaniem? Już na początku stosowania zauważyłam, że krem IsnTree TW-Real Eye Cream bez problemu spełnił deklaracje producenta. Czyli? Pięknie nawilżył, uelastycznił i odżywił okolicę oka, dzięki czemu cała siateczka drobniutkich linii stała się niemal niewidoczna. Nawet zmarszczka pod prawym okiem, której wyjątkowo nie lubię, ze względu na jej głębokość. Po około miesiącu regularnego stosowania, zauważyłam także lekkie rozświetlenie skóry, a cienie i delikatne opuchnięcia stały się znacznie mniejsze (zbiegło się to jednak z rozpoczęciem leczenia anemii, więc to może nie być to do końca jego zasługa). W tym momencie jest na niego promocja na Jolse i kosztuje 13.99$. Za dużą objętość i przy tej skuteczność - warto :) Według mnie to bardzo dobry produkt dla osób około trzydziestki :)
Lubicie markę IsnTree? Macie wśród niej swoich ulubieńców? A może znacie już ten krem pod oczy i macie wyrobioną opinię na jego temat? Dajcie koniecznie znać!